piątek, 14 grudnia 2012

J. K. Rowling: "Trafny wybór"

Autor: Beata Szy dnia 14:46:00 31 komentarze


Autor: J. K. Rowling
Tytuł: "Trafny wybór"
Wydawnictwo: Znak
Stron: 512


J. K. Rowling to dziś chyba najbardziej rozpoznawalna współczesna pisarka. Jej nazwisko od razu wywołuje jedno skojarzenie - matka "Harry'ego Pottera", cyklu dla dzieci, który swego czasu wywrócił rynek wydawniczy do góry nogami. Fenomen, który udowodnił, że można oderwać dzieci i młodzież od komputerów, dając im książkę. Ba, że na pisaniu wciąż jeszcze można zarobić. Po wydaniu siedmiu tomów cyklu i kilku dodatkach do serii, Rowling zamilkła. Nie musiała już więcej pisać. "Harry Potter" przyniósł jej niewyobrażalne bogactwo. A jednak obserwujemy właśnie medialny szum wokół jej najnowszej powieści.

Jej życie przypomina współczesną opowieść o Kopciuszku. Rowling zawsze chciała pisać, ale gdy już stworzyła świat Hogwartu, kilka lat zmagała się z próbą wydania pierwszego tomu "Harry'ego". Nie porzuciła jednak swojego marzenia, a książka zrobiła furorę. Jej życie osobiste również nie należało do udanych. Pierwsze małżeństwo, z którego ma córkę, zakończyło się szybkim rozwodem. Mąż pisarki znęcał się nad nią, a awantury czasem kończyły się ucieczką Rowling z domu z maleńkim dzieckiem. Los jednak bywa łaskawy. Dziś pisarka jest jedną z najbogatszych kobiet w Wielkiej Brytanii. A może i na świecie...

"Trafny wybór" (z oryginału "Tymczasowy wakat") jest pierwszą powieścią Rowling dla dorosłych. Przynajmniej tak się ją określa, choć nie do końca się z tym zgadzam. Owszem, powieść zdecydowanie różni się od opowieści o małym czarodzieju, zarówno tematyką, jak i językiem, jednak wydaje mi się, że ze względu na kontrowersje, jakie wprowadza, najlepszymi jej odbiorcami jest starsza młodzież odraz osoby w wieku 20-30 lat. Oczywiście, starsi również mogą ją czytać a nawet być bardzo zadowoleni z lektury (o czym za chwilę), jednak wydaje mi się, że grupa docelowa usytuowana jest właśnie w tym przedziale.

Barry nie żyje. Śmierć członka rady kładzie się cieniem na wszystkich mieszkańców Pagford. Leniwie na światło dzienne zaczynają wychodzić wewnętrzne konflikty, tajemnice, niesnaski i chęć przejęcia władzy. Jedni wspominają najszlachetniejszego mieszkańca miasteczka z tkliwością i sentymentem. Inni już zacierają ręce w walce o jego stołek. Są tacy, którzy tracą nadzieję na poprawę swojego losu, bo wiązali ją z jego osobą. Jeszcze inni obserwują to wszystko z boku, wyciągając własne wnioski. Jedna śmierć, mająca dalekosiężne konsekwencje. Pagford nie będzie już nigdy takie, jak przedtem.



Nie chcę powtarzać wniosków, które nasunęły się już wielu recenzentom. "Trany wybór" rzeczywiście jest napisaną z rozmachem panoramą współczesnego miasteczka, bardzo uniwersalną. Portrety bohaterów wręcz zachwycają, są oddane z dużą wrażliwością i drobiazgowością. Język jest niezwykle plastyczny. Rowling nareszcie pokazuje, że potrafi też pisać dojrzale, kunsztownie, zagłębiać się w psychologię postaci. To chyba jeden z głównych zarzutów stawianych "Harry'emu" - tam język był prosty, dynamiczny, wydarzenie goniło wydarzenie, brakowało opisów i refleksji. Tu wprost odwrotnie. Nasi bohaterowie głównie... myślą - poznajemy ich rozterki, dylematy, które nimi miotają, ich najciemniejsze strony. A akcja? Gdzieś się zatraca. W odróżnieniu do klasycznych powieści, w "Trafnym wyborze" właściwie nie wyczekuje się na finał. Nie ma tu postawionego problemu, który wymaga rozwiązania. Pojawia się wiele pomniejszych znaków zapytania, wyłaniających się z historii poszczególnych osób. Każdy z bohaterów ma swój życiorys, swój rozkład dnia, swoje cechy charakterystyczne, pragnienia i dążenia. To wokół nich Rowling osnuwa cieniutką nić fabuły, której głównym założeniem jest wyłonienie następcy po Barrym. Ale mnogość wątków i postaci sprawia, że zatrzymujemy się na innych scenach, że żyjemy z wybraną przez siebie postacią i to na jej losach się skupiamy.

"Trafny wybór" przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. 12 grudnia kluby w całym kraju spotkały się, by w tym samym czasie dyskutować o debiucie Rowling dla dorosłych. A wszystko to dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak i Instytutu Książki. Pierwszy raz uczestniczyłam w takim spotkaniu i jestem pod ogromnym wrażeniem. Dzięki temu mogę podzielić się nie tylko moimi wrażeniami z lektury, ale również reszty uczestników dyskusji.

Zdania na temat książki są podzielone. Jedno jest pewne - gdyby nie nazwisko Rowling powieść mogłaby przejść bez echa. Nie jest ona niczym nowym, nie stanowi przełomu. Wielka kampania marketingowa sprawiła jednak, że na "Trafny wybór" natykamy się wszędzie. Czy to źle? Nie wiem. Nawet jeśli nie jest to powieść wybitna, na pewno też nie jest zła. Rowling chciała pokazać coś innego i udało jej się. Choć świat, jaki stworzyła, wręcz kipi od frustracji, pozorów, złości, niespełnienia i brudu, wywołuje żywe emocje. Podczas naszego spotkania pojawiły się głosy zarówno za jak i przeciw. Niektóre panie były wręcz urzeczone powieścią i jej bohaterami. Podobało mi się to jak można opowiadać o przeczytanej książce, jak się nią emocjonować. Pojawiły się też głosy, że książka jest nudna, że język jest zbyt wulgarny, wydarzenia dołujące, czasem wręcz obrzydliwe. Myślę, że Pagford to takie miasteczko ukazane trochę w krzywym zwierciadle, przerysowane. Skumulowano w nim tyle zazdrości, podejrzliwości, cierpienia i zła, że trzeba do lektury odpowiednio się przygotować, wybrać właściwy czas. Nie będzie różowo. Nie będzie wesoło, choć tyle mówi się o autoironii autorki i czarnym humorze. Nie, ja tego humoru tu po prostu nie widzę. To miasteczko jest złe. Nie chcielibyśmy w nim zamieszkać. Każdy bohater ma jakąś skazę. Wydaje się, że jedynym aniołem był nieżyjący Barry. Stawia się go na piedestale, urasta do rangi symbolu ideału. Ale może właśnie dlatego, że już nie żyje i nie możemy poznać jego prawdziwego oblicza. Przecież tu każdy skrywa swoje grzeszki... A jednak, zło bywa pociągające. Dlatego czytamy dalej.



Mogłabym dużo mówić o bohaterach tej powieści. Początkowo miałam problem z połapaniem się kto jest kim, ze względu na ich mnogość, jednak Rowling zawsze wplata w tekst jakieś szczegóły, przyspieszające identyfikację. Plus za ogromną staranność i drobiazgowość w kreowaniu postaci. Za ich niepowtarzalność i oryginalność. To naprawdę coś. I chociaż ich losy są dramatyczne, ich przewinienia drastyczne, chyba każdy znajdzie coś z siebie w którymś z tych bohaterów. Autorka chciała chyba rozprawić się ze swoimi traumatycznymi doświadczeniami, ze środowiskiem, w którym się wychowała, z pierwszym nieszczęśliwym małżeństwem. Stad tyle bólu i niesprawiedliwości. Obserwując, jak życiorysy poszczególnych bohaterów splatają się ze sobą, czekamy na tragiczny finał. I on nadchodzi...

Książkę polecam, mając w pamięci wszystkie jej wady i zalety. Wydaje mi się, że każdy fan "Harry'ego" powinien zmierzyć się z "doroślejszą" wersją Rowling. Książka na pewno nie dorównała magicznemu cyklowi, ale nie takie było jej zadanie. Pokazała raczej, że Rowling nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Że jej wyobraźnia jest nieposkromiona.

Ocena: 4/6
Pozdrowienia dla wszystkich uczestników spotkania DKK!

Żałuję, że nie byłam w stanie oddać w recenzji wszystkich myśli, jakie pojawiły się podczas dyskusji, ale bardzo się starałam.

niedziela, 2 grudnia 2012

Jacek Hugo-Bader: "Biała gorączka"

Autor: Beata Szy dnia 21:19:00 6 komentarze
Autor: Jacek Hugo-Bader
Tytuł: "Biała gorączka"
Wydawnictwo: Czarne
Audiobook



W październiku miałam przyjemność brać udział w spotkaniu autorskim z Jackiem Hugo-Baderem, dziennikarzem i reportażystą. Przed spotkaniem, chcąc nadrobić "na szybko" jego publikacje, sięgnęłam po audiobook "Białej gorączki". Książka jest zapisem podróży autora do ZSRR w 1991 i 1992 roku. Tytułowa biała gorączka to ni mniej, ni więcej efekt długiego ciągu alkoholowego, delirium, objawiające się halucynacjami i agresją. Schorzenie to nęka ludzi, z którymi spotyka się Hugo-Bader w Rosji, których poznaje, z którymi prowadzi rozmowy, zgłębia ich biografie, słucha, a potem tworzy unikalne portrety. I właśnie z takich ludzkich biografii składa się ta książka. Z historii trudnych, dołujących, pokazujących najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Dziennikarz bohaterami swoich reportaży czyni ludzi, którzy przegrali swoje życie. Ludzi uzależnionych od alkoholu, narkotyków, seksu. Alkoholików, ćpunów, bezdomnych, ludzi z marginesu, zarażonych HIV/AIDS. Oddaje im głos. A oni, wbrew pozorom, mają o czym opowiadać...

Jacek Hugo-Bader jest człowiekiem niezwykłym. Przede wszystkim całkowicie oddanym swojej pracy i co najważniejsze - kochającym ją. Spotkanie z nim udowodniło to dobitnie. Cieszę się, że mogłam posłuchać jego opowieści, a wszyscy ci, którzy również mieli z nim styczność, na pewno potwierdzą moje słowa. Hugo-Bader to mistrz gawędziarstwa, człowiek, który swoimi opowieściami wyczarowuje inne światy. I choć pisze o ludzkich dramatach, mimo wszystko oddaje swoim bohaterom hołd, kimkolwiek by oni nie byli. Potrafi poświęcić się na tyle, by stać się jednym z nich. Dziennikarz np. pisząc o bezdomnych porzucił dom i wygodę, wybierając życie na ulicy. Bo, jak uważa, tylko wtedy można pisać prawdziwie, gdy do cna pozna się świat ludzi, o których chce się mówić.

Miałam okazję wysłuchać audiobooka czytanego przez samego autora. Jednak przyznaję od razu, że nie dałam rady wysłuchać go w całości, dlatego niewiele mogę powiedzieć o "Białej gorączce". Specyfika tych reportaży nie do końca pozwala odnaleźć się w tekście czytanym. Krótkie rozdziały czy podrozdziały, sygnalizowane jednowyrazowym tytułem, za bardzo zlewały się w monologu autora, także zbyt często gubiłam wątek. I choć Bader jest mistrzem opowiadania, podczas czytania zatraciła się gdzieś jego spontaniczność, świeżość, naturalność. Na pewno wrócę do tej książki w wersji tradycyjnej, niestety audiobook jak dla mnie był nie do przejścia.

Jacek Hugo-Bader jest dziennikarzem z dużą wrażliwością, a przy tym bardzo pracowitym, dociekliwym, z pasją i świetnym zmysłem obserwacyjnym. Całkowicie poświęca się swojej pracy i czytając/słuchając jego reportaże można poczuć, jak bardzo ważne jest dla niego to, co robi. Nie boi się mówić o tym, co brudne, gorzkie czy odpychające. Warto.



Za egzemplarz recenzyjny dziękuję

wtorek, 20 listopada 2012

Sharon Creech: "Dwa obroty księżyca"

Autor: Beata Szy dnia 19:40:00 7 komentarze





Autor: Sharon Creech
Tytuł: "Dwa obroty księżyca"
Wydawnictwo: Novus Orbis
Stron: 206




Kiedy byłam na poziomie podstawówka/gimnazjum zaczytywałam się w "Jeżycjadzie" M. Musierowicz, "Panu Samochodziku" Z. Nienackiego czy "Krainie kolorów" B. Ostrowickiej. Z sentymentem wspominam dziś te serie, które choć ciągle cieszą się popularnością, powoli - zdaje się - odchodzą do lamusa. Teraz młodzi zaczytują się w paranormal romance, wszystkich tych "zmierzchopodobnych" tworach. Nijakie, zakompleksione dziewczyny rozkwitają u boku przystojnych, błyskotliwych facetów innej rasy. Cóż, może taka jest kolej rzeczy... Ostatnio przypomniałam sobie o jeszcze jednej perełce z lat dziecinnych i udało mi się wrócić do tej książki. Chciałabym dziś napisać kilka słów o "Dwóch obrotach księżyca" S. Creech.

"Nie osądzaj drugiego człowieka, dopóki nie pochodzisz w jego mokasynach przez dwa obroty księżyca". Liścik z ową frapującą sentencją znajdują dwie przyjaciółki - Salamanka i Phoebe - na progu domu jednej z nich. Kolejne wiadomości zaczynają przychodzić regularnie, zawierając niemniej enigmatyczne treści. To nie wszystkie osobliwości, jakie czekają na dziewczynki. Salamanka stara się przystosować do nowego miejsca, po wymuszonej przez ojca przeprowadzce. Dziewczynka, która dotąd wychowywała się na wsi, w dużym gospodarstwie, czuje się w mieście odcięta od natury. Jednak tak trzeba. Dom przypominał im mamę, która odeszła... Salamanka stopniowo poznaje rodziny swoich kolegów ze szkoły, wchodzi w ich domy, obserwuje. Widzi to, czego oni nie zauważają. Tym silniej odczuwa brak matki i postanawia wyruszyć w podróż jej śladami. Wierzy, że to jedyny sposób, aby wróciła...

Trudno w kilku zdaniach oddać o czym jest ta książka. Przede wszystkim mieści w sobie ogromne pokłady wzruszeń. To było niesamowite uczucie - przypomnieć sobie po latach całe fragmenty, odnaleźć te ulubione, wciąż przechowywane w pamięci, wzruszać się na nowo. Książka jest dobra dla dzieci i młodzieży, ale mogą do niej zajrzeć także dorośli. Mnie powaliła na kolana kolejny raz. Może nie była już tak zaskakująca i świeża jak przy pierwszym czytaniu, ale nadal się broni.

"Dwa obroty księżyca" to opowieść o wielkiej podróży, mającej przynieść ulgę i zrozumienie. To próba zmierzenia się z samym sobą i z przerastającymi nas doświadczeniami. Odbudowywanie rozsypanego domku z kart. To mądra powieść, która uwrażliwia na świat innych. Pomaga zobaczyć to, co w codziennym pędzie gdzieś nam umyka. Wczuć się w drugiego człowieka, w jego sytuację. A przy tym to piękna historia o dorastaniu, o przyjaźniach, pierwszych miłościach. O silnej więzi rodzinnej. I o rozdźwiękach, które prędzej czy później wypływają w każdym związku. Nie brakuje tu też dziecięcego humoru i wyobraźni, prowadzących do nieprawdopodobnych sytuacji. Każdy - czy to dorosły, czy dziecko, czy nastolatek - powinien znaleźć tu naukę dla siebie.

Oby więcej takich książek.

Książkę znalazłam na allegro. Na pewno jest też w bibliotekach.

Ocena: 5/6

środa, 14 listopada 2012

Perihan Magden: "Przed kim uciekamy, Mamo?"

Autor: Beata Szy dnia 20:35:00 11 komentarze




Autor:
Perihan Magden
Tytuł: "Przed kim uciekamy, Mamo?"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 224




Kim są: dziwna, nerwowa kobieta i jej piękna, może trzynastoletnia córka, jakby celowo ubierana tak, by wyglądać na młodszą? Z jakiego powodu muszą ciągle zmieniać kraje i hotele? Dlaczego podróżują bez bagażu, za każdym razem kupując ubrania i zabawki, które potem zostawiają? Jacy „oni” rzekomo je ścigają? Czego tak bardzo boi się jej matka? Co zdarzyło się w przeszłości? Wstrząsające studium paranoi, wyobcowania i toksycznych stosunków matki z córką. Intrygująca forma: oto prosta, opowiedziana na dziecięcy sposób historia dziewczynki bezgranicznie wpatrzonej w ukochaną mamusię...


Historia opowiedziana z punktu widzenia dziewczynki, właściwie nastolatki, jednak wskutek surowego wychowania i trzymania bohaterki pod kloszem, mamy wrażenie, że przemawia do nas osoba dużo młodsza. Ograniczona, dziecinna, naiwna, może nawet opóźniona? Dziewczyna od chwili narodzin żyje w odosobnieniu. Matka izoluje ją od innych ludzi, ma na nią oko, kontroluje jej kontakty z otoczeniem. Podobno to dla jej dobra. Kobiety przecież wciąż przed czymś uciekają, grozi im niebezpieczeństwo, nie mogą nigdzie zagrzać miejsca. Dziewczyna ślepo podąża za matką, tułając się od jednego hotelu do drugiego. Jej życie to nieustanna podróż. Pytania "Przed kim uciekamy, Mamo?", pozostają bez odpowiedzi. Jak również te o ojca, o to skąd pochodzą ich pieniądze na życie, o babcię, o dzieciństwo matki, o tajemniczych "ich", którzy je ścigają. Pętla się zaciska.

Książka jest dotkliwą analizą paranoi. Pokazuje niszczycielską moc choroby, która wywiera druzgocący wpływ nie tylko na matkę, ale przede wszystkim na jej córkę. Dziewczyna nie zna innego życia i nie zdaje sobie sprawy z tego, że największe niebezpieczeństwo wiąże się z najbliższą osobą. Kobiety są razem, są Jednością, nie dopuszczają do siebie nikogo z zewnątrz. Ta toksyczna więź nie może doprowadzić do niczego dobrego.

Pomimo, że w finale powieści wiemy niewiele więcej niż na początku, warto sięgnąć po tę pozycję. Choć pisana jest oszczędnym językiem, choć irytuje powtórzeniami (charakterystyczna konstrukcja niemal każdego akapitu, paralelna budowa zdań - szybko można przywyknąć), wszystkie te zabiegi mają swój sens. Bardzo ważna jest też baśń o jelonku Bambi, idealnie wkomponowana w całość. Pozostajemy z mnóstwem pytań i niedomówień.

Książka rzuca trochę światła na problem chorób psychicznych. Uświadamia jak wielkim zagrożeniem mogą być osoby pozostawione bez opieki, nie zdające sobie sprawy z włąsnej ułomności, zatruwające życie najbliższym. Poruszająca, aczkolwiek bardzo surowa w formie.



Ocena: 3/6

niedziela, 11 listopada 2012

Markus Zusak: "Złodziejka książek"

Autor: Beata Szy dnia 17:28:00 27 komentarze





Autor: Markus Zusak
Tytuł: "Złodziejka książek"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 496






Opasłe tomisko, a w środku historia tak delikatna, wzruszająca, niebagatelna. Na „Złodziejkę książek” M. Zusak’a polowałam jakiś czas. Historia osieroconej dziewczynki, Niemki, która znajduje schronienie w domu przybranych rodziców rozgrywa się na tle II wojny światowej. Holokaust, odmienność, wojna, utrata, bieda, wybory, miłość, przyjaźń i śmierć… To tylko niektóre z fundamentalnych tematów tej niezwykłej opowieści. Mimo, że główną bohaterką opowieści jest dziesięcioletnia dziewczynka, co mogłoby sugerować adresowanie „Złodziejki…” do osób młodszych, autor nie bał się poruszyć tematów tabu. Napisał powieść, z której dorośli mogą czerpać moc mądrości. Jednocześnie na tyle wysublimowaną, że nie powinniśmy bać się dawać jej dzieciom. Gdyż one też, prędzej czy później, poznają historię, będą się uczyć, zaczną zadawać pytania. Gdy ciężko jest udzielić odpowiedzi, gdy sami nie wiemy jak mówić o okropnościach wojny, o rządach Hitlera i piekle, w jakie zamienił się wtedy świat, „Złodziejka książek” jest pomostem, wspierającym nas w tych podróżach. Książka, a przynajmniej jej fragmenty, powinna się znaleźć w kanonie lektur.

Co niesłychane - narratorem tej opowieści jest… Śmierć. Nie okrutna postać rozkładającego się ciała, zakapturzona i z naostrzoną kosą w ręku, ale Śmierć wypełniająca sumiennie swe zadanie, przybywającą w momencie końca, zabierająca zlęknione dusze do nowego miejsca. Śmierć obserwuje ludzkość i niedowierza. Nie rozumie, tego, co się dzieje. Jest zapracowana, jednego dnia zbiera setki, tysiące dusz. Prowadzi je tam, gdzie mogą zaznać spokoju. Kocha kolory. Potrzebuje wakacji. A przy tym ma jeszcze dość energii, by opowiedzieć nam o pewnej dziewczynce… Nie brak jej dystansu do siebie, autoironii. Nie przejmuje się konwencją (zdarza się jej zdradzić zakończenie rozdziału już na samym wstępie). Śmierć czyni też komentarze-dygresje, pojawiające się co kilka stron, wydzielone w tekście - dzięki czemu książkę czyta się szybciej. Nie brakuje jej humoru. Bo jak tu się nie uśmiechnąć na wyznanie Śmierci, że czuje się prześladowana przez ludzi? :)

Śmierć to wnikliwy obserwator. Jej losy w paru punktach splatają się ze ścieżką Liesel. Po latach, dzięki odnalezionemu dziennikowi dziewczynki, Śmierć odtwarza nam jej historię. To opowieść o dziecku, które poznało wagę słów. Pokochało je – wiążąc swoje życie z opowieściami, z książkami, z nauką. Zawdzięczając im życie. Ale również obserwując jak bardzo słowa mogą ranić, ile złego wyrządzić, jak porwać tłum i poprowadzić go w przepaść.

To książka o miłości do słów, a więc czyniąca z nich najlepszy pożytek. Nie jest przesadzona czy ckliwa. Momentami bywa okrutna, by zaraz potem zachwycić nas swym blaskiem. Wojna jest tłem tej opowieści, ale historia nie koncentruje się na niej. Nikt tu nie ma żalu do Boga, nikt nie pyta: dlaczego to na nas spada. Ludzie potrafią sobie pomagać. Łączą ich niesamowite więzi. Przez to powieść staje się uniwersalna. Może opowiadać o losach dowolnej grupy, połączonej traumą, starającej się ze wszystkich sił przetrwać.

„Złodziejka książek” jest książką, którą trudno z czymkolwiek porównywać. Zusak pokusił się na odważny eksperyment – pokazał nam wojnę z punktu widzenia Niemców, ba, dziecka, co więcej – oddał głos rozumnej Śmierci. Efekt jest zadziwiająco udany. A cała historia, mimo że trudna i kontrowersyjna, ma w sobie jakiś niewysłowiony czar. Jest piękna.



Ocena: 6/6

sobota, 3 listopada 2012

Hiromi Kawakami: "Manazuru"

Autor: Beata Szy dnia 15:13:00 10 komentarze


Autor: Hiromi Kawakami
Tytuł: "Manazuru"
Wydawnictwo: Karakter
Stron: 238



"Do tamtej pory udawałam, że nie istnieje. Nie mogłam o nim mówić ani myśleć. Nawet mi się nie śnił. Kiedyś słyszałam, że jeśli zaczynamy śnić o kimś, kogo straciliśmy, rany zaczęły się już goić."


Mało dotychczas czytałam japońskiej literatury, ale te kilka tytułów, na które się dotąd natknęłam, miało wspólny, osobliwy klimat. „Manazuru” H. Kawakami zdecydowanie wpisuje się w ten nurt. Książka urodzonej w Tokio, wielokrotnie nagradzanej pisarki, jest przedziwnym studium ludzkiej osobowości. Główna bohaterka powieści, Kei, straciła męża. Zniknął przed dekadą, nigdy nie odkryto gdzie i dlaczego. Kobieta podąża tropem zapisków z jego dziennika do nadmorskiego miasteczka, tytułowego Manazuru. Wydawałoby się – nic nadzwyczajnego. A jednak autorka przenosi nas w psychodeliczny świat japońskiej obyczajowości, gdzie pośród trudnych do wymówienia przez nas nazw i imion kryje się wiele innych, elektryzujących zjawisk.

Świat Kei jest oniryczny, niejednoznaczny, skryty. Kobieta odczuwa obecność zjaw, które ruszają jej śladami. Śledzą ją. Czasem wydają się przyjazne i oswojone – kobieta decyduje się rozmawiać z nimi, wręcz zaprzyjaźniać. Innym razem wywołują nastrój grozy czy wręcz przerażenia. Pojawiają się znikąd i niosą ze sobą niepokojące obrazy. To proza, w której nic nie jest takie, jak się wydaje. Obserwujemy otoczenie z punktu widzenia Kei, a bardzo szybko dostrzegamy, że to, co mówi nam kobieta, nie zawsze jest prawdą. Wszystkie sceny, rozmowy, wspomnienia są przefiltrowywane przez jej myśli i podane nam tak, jak sobie tego życzy narratorka. Uważny czytelnik szybko spostrzeże nieścisłości, zatrzyma się na pewnych kwestiach, dojrzy więcej. Sama Kei w miarę jak jej podróż ku odnalezieniu wewnętrznej równowagi zbliża się ku końcowi, odsłania coraz więcej…

Miłość w tej powieści jest wszechobecna, a jednak opisana w tak efektowny sposób, że dawno nie zetknęłam się z podobnym ujęciem tego tematu. To niesłabnąca moc tego uczucia kieruje Kei wciąż, po dwunastu latach, w stronę zaginionego męża. To samo uczucie pcha kobietę w ramiona kochanka. Kei pięknie mówi też o przechodzeniu ciąży, o uczuciach żywionych do córki, o tym jak ewoluowały one przez lata, a teraz w jej życiu nastąpił zastój. Jak do tego doszło, co to w niej zmienia? Jedno uczucie, mające kilka wymiarów. Na przemian gasnące i wybuchające nowym żarem. Potrzeba miłości jest treścią życia Kei.

Lubię takie niejednoznaczne powieści, dlatego styl Kawakami uwiódł mnie od pierwszych stron. Czające się w rogu każdej strony napięcie i elementy grozy też solidnie na mnie podziałały. Podobał mi się też minimalistyczny styl autorki i swobodny zapis dialogów. Szkoda tylko, że zakończenie ocierało się już o frazes. Czytałam bez wytchnienia, po takiej dawce emocji i wstrząsów licząc na naprawdę mocne zakończenie, jednak trochę się rozczarowałam. Oczywiście jest ono otwarte, pozwala nam sobie dopowiedzieć resztę. Jednak wielka szkoda, wolałabym, żeby autorka poszła o krok dalej, żeby oczarowała jeszcze raz, w finale. Mimo wszystko oceniam tę książkę bardzo wysoko i solennie przykazuję sobie, by zanurzyć się w nurcie japońskich opowieści jeszcze niejednokrotnie.

Ocena: 5/6

wtorek, 30 października 2012

Tea Obreht: "Żona tygrysa"

Autor: Beata Szy dnia 21:04:00 7 komentarze



Autor: Tea Obreh
Tytuł: "Żona tygrysa"
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Stron: 336



O czym jest ta książka? Tea Obreht snuje kilka historii, które sprzęgają się w jedną, spojone postacią dziadka narratorki – młodej lekarki, Natalii. Gdy dziewczyna, razem ze swoją przyjaciółką, wyrusza w drogę do małego miasteczka, by nieść pomoc chorującym dzieciom, nie podejrzewa, jak wiele czeka ją u krańca tej podróży. Wkrótce dowiaduje się o śmierci swojego ukochanego dziadka. Odbywa równoległą podróż: we wspomnieniach, w skrawkach historii, w opowieściach, które niegdyś zasłyszała z jego ust. Razem z bohaterką zagłębiamy się w magiczny świat rodem z baśni, tętniący przygodą, niezwykłością, tak żywotny. A przy tym proza ta jest bardzo nostalgiczna, delikatna, oniryczna. Zatracamy się w niej bez pamięci.

Książka młodziutkiej pisarki intrygowała mnie, odkąd usłyszałam jej tytuł. Kim jest żona tygrysa i co właściwie oznacza ten przydomek? Jak tłumaczyć intensywną fascynację dziadka tygrysami? Zwierzętami z pogranicza świata piękna i okrucieństwa? Wróćmy pamięcią do lat młodości, do „Księgi dżungli” Kiplinga – książki będącej nierozłącznym atrybutem mężczyzny. Co dzieje się z duszami po śmierci, kto odpowiada z zapewnienie im spokoju? Poznajmy nieśmiertelnika… T. Obreht maluje nam świat pełen barw, ciepły, ale i drapieżny, zabobonny, jakby wyjęty z legend. O jej książce pisze się, że ci, którzy w dzieciństwie czytali bajki, będą zachwyceni. I rzeczywiście coś w tym jest. Czytanie jest jak powrót do korzeni, sentymentalna podróż wstecz. I jeszcze ten język… Doszlifowany, plastyczny, urzekający. Uwielbiam czytać taką prozę. Wprost czuje się lekkość pióra autorki, a przy tym owoce jej pracy są dorodne, dojrzałe, soczyste.

Trochę brakowało mi pociągnięcia historii dalej, jednak takie zakończenia mają swój smak. Ciężko było się rozstać z klimatem powieści, z nutką magii, a przede wszystkim z opowieściami, które są rdzeniem tej książki. Bardzo mile spędzony czas i moc wrażeń. Z czystym sumieniem polecam i mam nadzieję, że dacie się porwać tej opowieści.

Ocena: 5,5/6

czwartek, 25 października 2012

C.P. Estes: "Biegnąca z wilkami"

Autor: Beata Szy dnia 18:32:00 10 komentarze



Autor: C.P. Estes
Tytuł: "Biegnąca z wilkami"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 684


O życiu w zgodzie z własnym instynktem, o poszukiwaniu Dzikiej Kobiety w sobie, o wewnętrznej sile każdej kobiety, o zakamarkach duszy, o prastarych mądrościach, o przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieściach i mitach, mających uzdrowicielską moc, o głęboko ukrytych sensach, o troskach i radościach każdej z nas, o trudnej, lecz wykonalnej drodze ku samorealizacji, o odnowie, o odkrywaniu siebie, o naprawie, o skowycie, o bólu. O tym wszystkim jest książka C. E. Estes „Biegnąca z wilkami”. O tym, ale jest tego jeszcze dużo, dużo więcej. Autorka pracowała nad nią prawie dwadzieścia pięć lat. Zawarła w niej nauki, gromadzone przez całe życie, opowieści różnych kultur, zasłyszane w swoich podróżach, wiedzę i doświadczenie, które pomagają jej w codziennej pracy. Estes jest dyplomowanym psychoanalitykiem szkoły Junga. Pomaga kobietom. Takim, jak ona. Błądzącym, poszukującym swojego miejsca w świecie, bezradnym, zagubionym. Kobietom, które chcą coś zmienić, o coś zawalczyć, inaczej pokierować własnym życiem. ”Biegnąca z wilkami” jest kompilacją historii nagromadzonych przez lata. Pisanych przez życie. Książka magnetyczna, niepowtarzalna, bajeczna. Ważna dla każdej kobiety. O nas i dla nas.

Za czytanie „Biegnącej…” zabrałam się trochę niewłaściwie, z racji tego, że musiałam ją zrecenzować. Wczytywałam się w pracę Estes przez dwa tygodnie, a powinnam robić to tak, jak ona tworzyła swoją opowieść – miesiącami, nawet latami. Wyrywkowo, niesystematycznie, nie zwracając uwagi na kolejność rozdziałów. Ale to książka z gatunku tych, do których się wraca. Nie raz i nie dwa. I na pewno jeszcze to zrobię, aby rozsmakować się w niej z pełną mocą.

Książka ma w sobie coś niesamowitego. Wielokrotnie czuje się, że czyta się o sobie. Przeszywa nas dreszcz. To o mnie, mam tak samo, to ja. Nagle otwieramy oczy. Czujemy, że wiele naszych niechcianych zachowań ma sens. Poznajemy ich źródło. Wybitna psychoanaliza kobiecej duszy. Estes szatkuje znane tradycyjne historie, przytacza wiele nowych i bazując na nich snuje opowieść o głębi kobiecej psychiki, o nieuświadomionych treściach. Wskazuje drogi. Wydobywa prawdy. Po przeczytaniu „Biegnącej z wilkami” zupełnie inaczej spojrzymy na takie baśnie jak „Brzydkie kaczątko”, „Sinobrody” czy „Czerwone trzewiczki”. Szczerze przyznam, że bardzo ucieszyło mnie, że autorka poświęca im tyle uwagi, że wplata je w tekst. Poczułam się trochę znów jak mała dziewczynka, której opowiada się baśnie na dobranoc. I zrozumiałam, jak wielki mają one wpływ na kształtowanie się osobowości.

Estes pisze także pięknie o naszych braciach, wilkach. Wskazuje na analogie między naszymi gatunkami. Sprawia, że patrzymy inaczej na te dzikie, niebezpieczne zwierzęta. Zaczynamy podziwiać ich naturę. I doszukiwać się jej zalążków w nas samych. Biologicznego rytmu tętniącego w naszych sercach.

Książka ma być przyczynkiem do rozważań o swoim życiu. Nie daje gotowych recept. Sygnalizuje co i gdzie boli, stara się pokazać dlaczego. Być może stanowi pierwszy krok ku wyleczeniu się, ku odrzuceniu bólu. Ale trzeba jasno powiedzieć, że nie gwarantuje tego. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, popracować nad sobą, poszukać ratunku, Estes daje narzędzia. To, co z nimi zrobimy, zależy już tylko od nas.

Lektura obowiązkowa dla kobiet na różnych etapach życia. Jestem pod ogromnym wrażeniem rozległej wiedzy autorki, jej niemal poetyckiego stylu i wrażliwości, jaką przelała na karty „Biegnącej…”. Jak mówi sama autorka jej książka to coś pośredniego między poezją, psychologią, religioznawstwem i naukami kobiecymi. „Biegnącą…” można zaliczyć do każdego z tych działów i jednocześnie książka dalece poza nie wykracza. Mój egzemplarz pełen jest zakładek i miejsc, do których jeszcze wrócę. Polecam.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

czwartek, 18 października 2012

Umberto Eco: "O bibliotece"

Autor: Beata Szy dnia 19:30:00 8 komentarze


Autor: Umberto Eco
Tytuł: "O bibliotece"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 48


„O bibliotece” U. Eco to zapis odczytu wygłoszonego przez pisarza w 1981 r. z okazji 25–lecia Biblioteki Miejskiej w Mediolanie. Książeczkę czyta się w… bo ja wiem, 10 minut? To krótka, lecz treściwa, podróż po bibliotece, bardzo w stylu Eco. Szkoda jednak, że odczyt wydano w formie niezależnej książki, a nie na przykład w pracy zbiorczej, gromadzącej kilka esejów autora. Całość jest bowiem zbyt krótka, właściwie niewiele wnosi, nie mówi o niczym konkretnym. Ot, ciekawostka. Warto poznać się z nią bliżej, jednak raczej tylko spotęguje apetyt, niż go zaspokoi.

Eco opowiada nam o swoich ulubionych bibliotekach, a także przedstawia wzór tej idealnej w sposób dość ironiczny – stawiając za wzór antybibliotekę, gdzie należy zniechęcać do wypożyczania książek, bibliotekarz powinien uważać czytelnika za wroga, a biblioteka powinna być otwierana wyłącznie w godzinach pracy typowego Kowalskiego. Oczywiście i dzięki Bogu:w bibliotekach, które znamy i które – mam nadzieję – odwiedzacie, jest zgoła odmiennie. Eco mówi o tym, co w bibliotekach ważne, co umila czas i przyciąga. Trzeba jednak pamiętać, że odczyt wygłoszony był ponad trzydzieści lat temu. Od tego czasu wiele się zmieniło i kwestie przedkładane przez Eco są dla nas raczej oczywiste. Biblioteki idą z duchem czasu, naprawdę się rozwijają i robią wszystko, byśmy wracali do nich z uśmiechem. Zresztą, jako pracownik tej instytucji wiem coś o tym i znam cały proces od środka. Także książeczkę oczywiście polecam, bo to mistrz Eco, jednak uważam, że jest ona tylko niewielkim wycinkiem tego, co o bibliotekach można i trzeba (!) powiedzieć.

środa, 10 października 2012

E L James: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

Autor: Beata Szy dnia 21:13:00 29 komentarze



Autor: E L James
Tytuł: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"
Wydawnictwo: Sonia Draga
Stron: 608



„O tym mówią wszyscy” – tak przekonują nas już nawet slogany na billboardach. Dawno nie widziałam takiej promocji książki. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” – ten tytuł jest wszędzie. Raczej nie spodziewałam się wiele po tej książce, jednak tak jak pewnie wiele z Was chciałam na własnej skórze przekonać się, o co tyle szumu. Swój egzemplarz nabyłam jeszcze na katowickich Targach Książki i trochę odstał w kolejce, ale przyszła kolej i na Greya :)

E L James wzorowała swoją powieść na „Zmierzchu” S. Meyer i rzeczywiście te wpływy są widoczne. Choć w końcowej wersji rolę kochanka-wampira zastąpił piekielnie przystojny bogacz o perwersyjnych seksualnych skłonnościach, bohaterów obu powieści wiele łączy. Ona, Anastasia, to młoda, niewinna i naiwna dziewczyna, która zakochuje się (?) w niedostępnym, tajemniczym mężczyźnie „nie z tego świata”. On nosi w sobie mroczny sekret i mało mówi o przeszłości. Mimo młodego wieku, niewiarygodnie wiele osiągnął. Jego nazwisko jest powszechnie znane i szanowane, a on sam jest wpływowym, zaradnym biznesmenem. Ona lubi przygryzać dolną wargę. On gra na pianinie. Kojarzycie to skądś?

Nikt nie ukrywa, że mamy przed sobą erotyk. Seks pojawia się, i to w dużych, czy nawet bardzo dużych ilościach, jak kto uważa. Nasi kochankowie przedkładają go nad rozmowę czy jakąkolwiek czynność. Oni po prostu nie potrafią przebywać razem i tego nie robić. James nie poskąpiła nam pikantnych opisów. W którymś momencie fabuła jakby schodzi na dalszy plan, zupełnie znika. Jest tylko seks. Czy, jakby określił to Grey, pieprzenie. I chociaż obiecywanych wątków sado-maso jak na mój gust i tak jest niewiele, a relacja Pan-uległa rozwija się niespiesznie, książka jest kontrowersyjna i trzeba mieć mocne nerwy, by ją przetrawić.

Co mi się nie podobało? Zupełnie nieprzystające do okoliczności wykrzyknienia Anastasii typu: Rany Julek, Święty Barnabo, czy opisy poczynań jej wiecznie roztańczonej wewnętrznej bogini. Chcę wierzyć, że to tylko wina tłumaczenia. Powtarzające się zwroty, słówka czy flirty, które z biegiem czasu stają się nudne („Dojdź dla mnie, maleńka” –sić!). Prymitywizm i śmieszność wielu scen. Czasami to, co miało podniecać, po prostu odpycha. Poza tym książka wydana jest niestarannie, a jakość papieru po prostu odstrasza. Bałam się, że kartki rozsypią mi się w rękach, takie są cienkie.

Plus za pogłębienie portretów psychologicznych postaci (o tyle, o ile, ale jednak). Całość mimo wszystko ma ręce i nogi. Bohaterowie mają swoje charaktery, cięty język i bywają zabawni. Ona zaczyna coś czuć do tego niebezpiecznego faceta, który tyle razy ją ostrzegał, by trzymała się z daleka. Gdy poznaje jednak prawdę o jego preferencjach, toczy w sobie wewnętrzną walkę. Christian zaś ma powody, by lubować się w takiej, a nie innej formie miłości. Choć zaczyna o nich mówić, wiele pozostaje wciąż jeszcze ukrytych.

Nie wiem jaki jest pomysł na zekranizowanie tego dzieła, bo przychodzi mi na myśl tylko film pornograficzny.

Pewnie nie przeczytam kolejnych tomów, choć patrząc na ich tytuły można się mniej więcej domyślić jaki będzie finał. Myślę, że patrzę na tę powieść trochę inaczej, przez pryzmat własnych doświadczeń. Tacy Grey’owie istnieją obok nas, a podobne sytuacje się zdarzają. Zachowanie bohaterki może wydawać się dziecinne i ślepe, dopóki sami nie doświadczymy czegoś podobnego. No ale oczywiście nie ratuje to książki, która w mojej ogólnej ocenie wypada raczej słabo.

Ocena: 2,5/6

środa, 3 października 2012

Lauren Oliver: "Pandemonium"

Autor: Beata Szy dnia 18:06:00 26 komentarze



Autor: Lauren Oliver
Tytuł: "Pandemonium"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 376

Świat wykreowany w „Delirium” Lauren Oliver zaciekawił mnie, ale jednak nie zafascynował. Nie zżyłam się z bohaterami, nie wyglądałam niecierpliwie kontynuacji. Jednak gdy zaproponowano mi zmierzenie się z „Pandemonium” postanowiłam dać tej serii jeszcze jedną szansę. I nie żałuję, gdyż część druga przypadła mi do gustu o wiele bardziej niż pierwsza, a nowa, powstająca z popiołów Lena Morgan Jones, okazała się bohaterką o wiele wyrazistszą, interesującą.

W „Pandemonium” powracamy do świata, w którym zakazano miłości, uznając ją za śmiertelną chorobę. Lena, przekroczywszy granicę, trafia do Głuszy, wyrywa się spod jurysdykcji surowego prawa. W pierwszym tomie opuściliśmy ją w momencie, gdy ciemny dym oddzielał ją od ukochanego, postrzelonego Alexa. Można było mieć nadzieję, że bohater się odrodzi, że stanie się cud. Jednak rzeczywistość jest bezlitosna. Lena na własnej skórze poznaje jakie są konsekwencje posiadania uczuć – musi zmierzyć się z niewyobrażalnym cierpieniem po stracie miłości swojego życia. Ale musi otrząsnąć się szybko – życie w Głuszy to nie przelewki. Trzeba o siebie zadbać, jeśli chce się przeżyć. Lena dołącza do grupy i poddaje się jej prawom. Wkrótce dołącza do ruchu oporu – organizacji nieleczonych, którzy starają się walczyć o przywilej miłości. Podczas wykonywania jednego z tajnych zadań Lena poznaje Juliana – swojego największego wroga…

„Pandemonium” składa się z dwóch, naprzemiennie występujących części. Rozdziały zatytułowane „Wtedy” opowiadają o życiu Leny po rozstaniu z Alexem, jej przystosowywaniu się do warunków Głuszy i nawiązywaniu pierwszych bliskich, uczuciowych kontaktów z ludźmi. Część druga dotyczy tego, co dzieje się „Teraz”. Wyłania się z niej wizerunek nowej Leny – dziewczyny, silnej, butnej i odważnej. Tej, która pogrzebała swoją przeszłość i choć wciąż nosi żałobę, chce walczyć o swoje prawa. Bardzo podobał mi się pomysł takiego wyboru narracji, zamiast chronologicznego układu. Na pewno jest ciekawiej. Akcja książki jest dynamiczna, przyciąga, czyta się z wielkim przejęciem. Bohaterowie są sprawnie nakreśleni, mają indywidualne cechy, nie są tak bezosobowi jak w pierwszym tomie. Tom drugi sprawił, że przekonałam się do trylogii i wyczekuję na część trzecią, kto by pomyślał.

No właśnie! Już na kilku blogach spotkałam się z recenzjami „Pandemonium” i wiele osób narzekało na zakończenie równie nieprzewidywalne jak przy „Delirium”, jakby urwane, drażniące. Byłam pełna obaw, zmierzając do końca. Niektóre konkluzje mnie nie zaskoczyły, można było się ich domyślić, jednak zakończenie… Jak dla mnie bomba i wcale nie uważam, że jest złe. Nawet cieszę się, że jest takie, a nie inne. I chcę więcej! Czekam na ostatni tom!

"Pandemonium" można czytać bez znajomości "Delirium", jednak sięgając po obie książki ma się na pewno lepszy obraz i lektura dostarcza większych emocji. Polecam!

Ocena: 5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

sobota, 29 września 2012

Cormac McCarthy: "Droga"

Autor: Beata Szy dnia 11:41:00 14 komentarze


Autor: Cormac McCarthy
Tytuł: "Doga"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Stron: 268



Ostatnie chwile naszej planety. Ostatni ludzie – krwiożercze bestie. Ostatnie ślady naszej cywilizacji – puszka coca-coli i strzępy starych gazet. Piekło apokalipsy spełnionej w uhonorowanej Nagrodą Pulitzera powieści Cormaca McCarthy’ego. Tę książkę czyta się ze ściśniętym gardłem i pełnym przerażenia zachwytem…
W przyszłości, która może zdarzyć się jutro lub za tysiąc lat, nastąpił straszliwy kataklizm, który zniszczył naszą cywilizację i większość życia na Ziemi. Wszędzie zgliszcza i ciemność. Kamienie pękają od mrozu. Ani jednego ptaka, ani jednego zwierzęcia, gdzieniegdzie tylko bandy zdziczałych kanibali. Na tle martwego pejzażu dwie ruchome figurki – to ojciec i syn przemierzają zniszczoną planetę. Przed nimi pełna niebezpieczeństw droga w nieznane, wokół nich – świat umarłej nadziei, rozpaczy, strachu, a w nich – wciąż tląca się miłość…


Bohaterami tej postapokaliptycznej powieści są dwaj mężczyźni: ojciec i syn. Przemierzają świat, a raczej to co z niego zostało - spopielone zgliszcza, martwą planetę, nie wydającą już owoców, przesiąkniętą terrorem i katastrofą, która rozegrała się na ich oczach.
Wędrują na południe, jako ci dobrzy, niosący ogień. Mężczyzna nie mówi synowi wszystkiego, usiłuje go chronić. Lepiej, niż próbował uczynić to z jego matką. Teraz zostali we dwóch. Muszą sobie radzić: zdobywać pożywienie, unikać zgrai złodziei, rabusiów i kanibali. Tych złych… Rzeczywistość przytłacza, ludzie zatracają swoje człowieczeństwo. Czy uda im się wytrwać? I co dobrego może spotkać jeszcze takich ludzi jak oni, uwikłanych w chory, zdegradowany świat? Czy po katastrofie na Ziemi jest jeszcze miejsce na miłość?

Książka McCarthy’ego, wybitnego amerykańskiego pisarza, przeszywa do szpiku kości, wstrząsa, wywołuje uczucie zaprzeczenia, niedowierzenia, współczucia. To świat przyszłości, jakiego nie chcielibyśmy dożyć, a przecież tak prawdopodobny. Fragmentaryczna narracja, krótkie strzępki zdań, lapidarne, lakoniczne dialogi, proza zbliżająca się do poezji – wszystko to potęguje wrażenie rzeczywistości surowej, szorstkiej, pozbawionej wszystkiego, co nam bliskie. Książka opowiada o drodze, o powolnym, upartym przemieszczaniu się do wyznaczonego celu. Niewiele tu akcji, wydarzeń, bohaterów. Trzeba nastawić się na narrację refleksyjną, spokojną, a jednak w swojej prostocie porażającą brutalnością i złem, którego nasza świadomość nie chce, nie może pojąć. Twarda lekcja. Ostrzeżenie. Drogowskaz.

Zakończenie jest otwarte. Pozostawia nas ze znakiem zapytania, z podejrzliwością, z nadzieją [?], wprowadza dwuznaczność. O książce można myśleć dalej, kontemplować, szukać najprawdziwszej z prawd. Polecam, choć nie jest to powieść dla każdego.

A może ktoś z Was widział filmową ekranizację z Viggo Mortensenem w roli głównej? Ja się przymierzam do tego filmu.

Ocena: 5/6

wtorek, 25 września 2012

Film: "Odwróceni zakochani"

Autor: Beata Szy dnia 19:27:00 10 komentarze




Film: "Odwróceni zakochani"
Reżyser: Juan Diego Solanas
Premiera: 2012

Porywające love story osadzone w oszałamiających wizualnie realiach alternatywnego wszechświata. Zjawiskowa Kirsten Dunst ("Spiderman", "Melancholia") i znakomity Jim Sturgess ("Niepokonani") zakochani miłością niemożliwą. Dwie planety, dwoje ukochanych i granica, której nie wolno przekraczać. Ale miłość nie respektuje zakazów. Adam jest zwykłym chłopakiem w niezwykłym wszechświecie. Wiedzie skromne życie wypełnione pracą i marzeniami o Ewie - dziewczynie, którą poznał przed laty i o której nie potrafi zapomnieć. Ewa pochodzi z równoległego świata, który znajduje się tuż nad światem Adama. Ta planeta rządząca się swoimi prawami, własną grawitacją, jest niedostępna dla Adama i jemu podobnych. Pewnego dnia chłopak dowiaduje się, że istnieje bardzo ryzykowny, nielegalny sposób przedostania się do świata Ewy. Będzie musiał złamać wszelkie normy i zasady, przeciwstawić się prawom fizyki i zaryzykować życie wkradając się do zakazanego świata, by odnaleźć miłość swojego życia…

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam trailer tego film pomyślałam: wow, tego jeszcze nie było. Film wizualnie zapowiadał się smakowicie. Współobecność dwóch odwróconych światów, koegzystujących ze sobą, a jednak oddzielonych barierą nie do przekroczenia – wydawać by się mogło – na ekranie prezentowało się to niesamowicie. Można dostać zawrotów głowy od tych ciągłych przeskoków i czasem pogubić się co jest górą, a co dołem. Głównie dla tych obrazków postanowiłam iść do kina, nie zrażając się pierwszymi negatywnymi ocenami. Cóż, jeśli mam być szczera, nie wzięły się one znikąd. Choć film naprawdę miał potencjał, finalnie został sprowadzony do zupełnie prozaicznego romansu – ona, klasa wyższa i on, ten gorszy, gotowy do walki o jej serce. Schemat ten można by jeszcze przeboleć, gdyby na ekranie oddano rzeczywiście żywe, spontaniczne emocje. Jednak między dwójką bohaterów zupełnie nie iskrzy. Ich rzekoma miłość jest mocno naciągana. Sprowadza się właściwie do paru spotkań i pustych pocałunków. Nie czuć chemii, nie czuć przywiązania, nic. Nie wspominając o braku logiki w niektórych scenach. No i... jest nudno. Trudno wysiedzieć w kinie. Także - mogło wyjść coś fajnego, jednak nie popisano się. Film warto obejrzeć dla efektów specjalnych, jednak radzę nie nastawiać się na nic więcej. A zakończenie? Woła o pomstę do nieba. Jak z tanich harlequinów.

czwartek, 20 września 2012

Alfonso Signorini: "Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości"

Autor: Beata Szy dnia 18:36:00 12 komentarze
Autor: Alfonso Signorini
Tytuł: "Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 224


Marilyn Monroe to legenda. Piękna, niezwykła, kusząca uwielbiana. Amerykańska modelka i aktorka, gwiazda kina lat 50. i 60. XX wieku. Pożądana przez mężczyzn. Wielbiona przez tłumy. Ikona kobiecego piękna. A jednak… jej historia jest tragiczna. Umarła zbyt młodo. Nie urodziła wymarzonego dziecka. Nie zdobyła mężczyzny, którego kochała. Wciąż czuła niedosyt, brak. Zbeletryzowana biografia cudownej Marilyn, autorstwa włoskiego dziennikarza i pisarza, Alfonso Signorini’ego, sugeruje dlaczego.

Tak naprawdę nazywała się Norma Jeane. Nowe nazwisko przybrała wspinając się po szczeblach kariery. Dzieciństwo Marilyn nie należało do szczęśliwych. Wychowywana przez neurotyczną, szaloną matkę, dręczona przez babkę, trafiała pod skrzydła kolejnych opiekunów. Czuła się niekochana, nieakceptowana, zupełnie niepotrzebna. To właśnie wtedy zrodziły się jej sny, sny o sławie, sny o wielkiej karierze. Przeczuwała, że zostanie gwiazdą, pragnęła tego. Miała w sobie wiele samozaparcia i samodyscypliny. Nieugięcie dążyła do celu. Osiągnęła niebywały sukces, to prawda. Ale jej życie prywatne nie było usłane różami. Koszmary dzieciństwa ciągnęły się za nią do końca…

Nie mam zamiaru oceniać historii Marilyn, chcę się skupić na sposobie jej podania. Trzeba przyznać, że chociaż Signorini oddaje istotę życia Marilyn, przedstawia autentyczny życiorys, biografię czyta się jak powieść. Bardzo szybko. Nie wiadomo jednak do jakich źródeł dotarł pisarz, zbierając materiały do swojej książki, na jakich przesłankach oparł konkretne rozdziały, ponieważ nie padają tu żadne przypisy czy bibliografia. To daje trochę do myślenia i zastanawia ile prawdy jest w tym, co pisze włoski autor, a co jest po prostu jego fantazją. Dlatego całość trzeba brać z przymrużeniem oka.

Autor nie zasypuje nas suchymi faktami, wręcz przeciwnie. Opisuje życie kobiety, kobiety prawdziwej, z krwi i kości, poszukującej miłości. i to właśnie ta sfera – związki, uczucia, miłostki Marilyn najbardziej interesują autora. Biografia jest wybiórcza - choć wspomniano o jej rolach, pracy na planie i stosunkach w branży, są to kwestie marginalne. To, co nie interesuje Signorini’ego traktowane jest przez niego powierzchownie. Biografia nie jest bezstronna – autor stawia tezę, dla której każdy rozdział ma być już tylko dobitniejszym potwierdzeniem. Czy słusznie?

Ogromny plus za wklejki ze zdjęciami!

Treści zawarte w książce warto zweryfikować. Na pewno sięgnę po inną, fachową literaturę na temat aktorki. Wiele z sugerowanych przez pisarza kwestii wydaje się przesadzonych, niekompletnych, czy też zbyt ckliwych. Niemniej książka wydaje się dobra na start – rzuca pewne światło na sylwetkę ikony tamtych lat. Nie można jednak bazować tylko na niej.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild




/kolejny raz automatycznie ustawił mi się nowy wygląd bloga i tym razem nie ma tego magicznego przycisku, żeby przywrócić stary. czy ktoś może pomóc?

piątek, 14 września 2012

S.J. Watson: "Zanim zasnę"

Autor: Beata Szy dnia 21:09:00 13 komentarze


Autor: S.J. Watson
Tytuł: "Zanim zasnę"
Wydawnictwo: Sonia Draga
Format: mp3, Audeo.pl
Lektor: Joanna Jeżewska




Ostatnio miałam okazję spróbować czegoś nowego. Może ktoś z Was słyszał o internetowej platformie Audeo.pl, oferującej audiobooki jako pliki do pobrania (mp3). W ofercie znajduje się ponad 2500 tytułów. Zakupione w ten sposób nagrania można słuchać na smartfonach, iPhonach, iPadach, odtwarzaczach mp3 czy po prostu na komputerze – jak to było w moim przypadku. Po zarejestrowaniu się w serwisie, wyborze i wykupieniu audiobooka, wybrany przez nas tytuł trafia na półkę – Audeo.pl umożliwia tworzenie swojej własnej, internetowej biblioteczki, do której możemy zajrzeć z dowolnego urządzenia z dostępem do Internetu.

Tyle tytułem wstępu. Choć audiobooki są coraz modniejsze, ja podchodziłam dotychczas do nich raczej nieufnie. Jednak już od jakiegoś czasu powoli przekonywałam się, że może warto wypróbować ten sposób „czytania” książek. Niestety po 8h dziennie spędzanych w pracy przy komputerze moje oczy często są zbyt zmęczone, gdy wieczorami chcę poczytać. Jest to problem, z którym zmagam się od paru miesięcy. I choć nie zamierzam porzucić książek tradycyjnych, bo jednak książka to książka, w tym wypadku audiobooki wydają się rozsądną alternatywą. Przynajmniej od czasu do czasu.






Zanim przejdę do rozważania plusów i minusów korzystania z platformy Audeo.pl parę słów o tytule, który sobie upatrzyłam na początek. Odsłuchałam książkę „Zanim zasnę” S,J, Watson, w interpretacji Joanny Jeżewskiej. Był to tytuł, który chodził za mną od jakiegoś czasu, jednak nie spodziewałam się wielkiej rewelacji. Historia opowiada o kobiecie, która w wyniku wypadku utraciła zdolność zapamiętywania. Codziennie budzi się w łóżku w obcym ciele, nie pamiętając kim jest mężczyzna u jej boku, utraciwszy swoją przeszłość. Christine co noc traci wspomnienia, które udaje jej się zebrać w ciągu dnia. A człowiek, którego powinna kochać, nie mówi jej całej prawdy…

Książka nasunęła mi od razu skojarzenie z filmem „50 pierwszych randek” i jeśli ktoś nie oglądał, to polecam. Filmowa historia przypadła mi do gustu o wiele bardziej niż ta książkowa. Może to ze względu na złe tłumaczenie – fatalny, drętwy język, wiele powtórzeń i błędów stylistycznych, co przy słuchaniu jeszcze bardziej raziło. Narratorką jest sama Christine, jednak znaczną część historii poznajemy z kart jej pamiętnika. Jej zaniki pamięci wprowadzają wstrząsający efekt – w pewnym momencie sami nie wiemy, co jest prawdą, a co wymysłem kobiety. Czy jej zapiski nie są zmyślone? Czy jej podejrzenia nie są urojone? Kto tak właściwie kłamie? Jednak w mojej ogólnej ocenie książka wypada raczej słabo – nie porwała mnie, nie oczarowała. Wiele sytuacji wydawało mi się za bardzo uproszczonych. Raczej przeciętne czytadło, jednak ciekawie skonstruowane, wprowadzające wiele niejasności, trzymające w napięciu.

Nie trafiono chyba też z doborem lektora, ponieważ choć jest to właściwie mój pierwszy odsłuchany audiobook (nie licząc kasetowych bajek i baśni w dzieciństwie), mam wiele zastrzeżeń. Przede wszystkim głos lektorki nie przyciągał mnie, a raczej usypiał. Dość groteskowo wypadały te momenty, w których pani Jeżewska starała się przekazywać emocje bohaterów – podnosiła głos w ferworze kłótni, pochlipywała z bohaterką, zmieniała intonację, gdy rozmówcą był mężczyzna. Myślę, że podobnie jak w kwestii technicznej w książce, tak również i tutaj coś zawiodło.

Teraz o samym audiobooku. Jak już wspomniałam odsłuchiwałam nagranie na domowym laptopie. Początkowo nieprzyzwyczajona do tej formy lektury trochę się wyłączałam, i musiałam przewijać nagranie, żeby wiedzieć co się działo, potem jednak przyzwyczaiłam się. Faktycznie odsłuchiwanie jest wygodniejsze, zwłaszcza w sytuacjach, gdy ma się problemy ze wzrokiem. Zabiera jednak więcej czasu – całość nagrania to 680 min. Jestem pewna, że przy samodzielnym czytaniu w myślach zajęłoby mi to o wiele mniej. Nagranie podzielone było na 30 fragmentów – można więc odsłuchiwać takimi kawałkami. No i jeszcze kwestia ceny. Sprawdziłam, że cena nowej książki to ok. 33-35 zł. Cena audiobooka w postaci płyt CD waha się w granicach 28-31,90 zł. Cena pliku mp3 w Audeo.pl wynosi 27,50 zł. W innych e-księgarniach jest porównywalna, zdarza się nawet niższa.

Chyba zacznę rozglądać się za telefonem komórkowym, przystosowanym do odtwarzania plików, gdyż ta opcja wydaje mi się bardzo wygodna - zwłaszcza, że trochę czasu spędzam w autobusach, a noszenie ze sobą książki nie zawsze jest wygodne czy w ogóle możliwe.

Przed zakupem zawsze możemy wysłuchać darmowego fragmentu,
żeby się upewnić co do wyboru. Pomimo, że mój pierwszy strzał nie był zbyt udany, nie zraziłam się do audiobooków i myślę, że jeszcze skorzystam z tej formy poznawania książek :)


Za możliwość odsłuchania dziękuję Audeo.pl






wtorek, 11 września 2012

Lauren Oliver: "Delirium"

Autor: Beata Szy dnia 17:34:00 22 komentarze


Autor: Lauren Oliver
Tytuł: "Delirium"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 360


„Mówili, że bez miłości będę szczęśliwa.
Mówili, że lekarstwo na miłość sprawi, że będę bezpieczna.
I zawsze im wierzyłam.
Do dziś.
Teraz wszystko się zmieniło.
Teraz wolę zachorować i kochać choćby przez ułamek sekundy, niż żyć setki lat w kłamstwie”.

Dawniej wierzono, że miłość jest najważniejszą rzeczą pod słońcem.
W imię miłości ludzie byli w stanie zrobić wszystko, nawet zabić.
Potem wynaleziono lekarstwo na miłość.
Czy gdyby miłość była chorobą, chciałbyś się wyleczyć?”



Większość z Was na pewno czytała albo chociaż słyszała o „Delirium” bo o tej książce było głośno na blogach. W pewnym momencie po prostu roiło się od recenzji, a w każdej zjawiskowa okładka przykuwała na nowo mój wzrok. I wreszcie i ja sięgnęłam po „Delirium”. Czy się „zaraziłam”? :)

„Delirium” to antyutopijna wizja świata przyszłości, której akcja toczy się w miejscowości Portland, w Ameryce. Narratorką powieści jest Lena, która czeka na swoje osiemnaste urodziny. Podda się wtedy zabiegowi, mającemu wyleczyć ją z najgorszej choroby pod słońcem - miłości. Zabieg jest zbawiennym remedium, któremu poddaje się wszystkich bez wyjątku. Minęły 64 lata od kiedy zaklasyfikowano miłość jako chorobę. Niebezpieczną, doprowadzającą do śmierci, której trzeba się wystrzegać ze wszystkich sił. Lena słyszy pogłoski o Odmieńcach, ukrywających się w Głuszy. Oni sprzeciwili się prawu, uciekli, roznosząc zarazę. Lena nigdy nie pozwoliłaby sobie na podobne zachowania. Do czasu, aż poznaje Aleksa… W jego obecności doktryny, wpajane jej od maleńkości, tracą sens, okazują się kłamstwem. I choć Lena początkowo nie ufa chłopakowi, obstając przy własnych prawdach, będzie miała okazję przekonać się na własnej skórze co to znaczy kochać…

To prawda, że książkę czyta się dobrze, jednak peany na jej cześć, z którymi dotąd się spotykałam, są trochę przesadzone. Koncept z jakim spotykamy się w tej powieści nie jest nawet oryginalny – przyszłość bez uczuć jest motywem powielonym. Ja spotkałam się z nim w świetnym filmie „Equilibrium” z Christianem Bale’m („Batman”) w roli głównej. Z miejsca polecam go wszystkim fanom książki. Film ukazuje wizję przyszłości po III wojnie światowej, gdzie – dla dobra ludzkości – wyeliminowano uczucia. Jednak to, co miało chronić, okazuje się śmiercionośną bronią. Zarówno książka jak i film pokazują jak wielkie znaczenie dla ludzkości mają uczucia i do czego może prowadzić wyzbycie się ich. Powtarzalne są również kreacje głównych bohaterów – Lena to dziewczyna niepozorna, przeciętna, wręcz nijaka. Dopiero pod skrzydłami Aleksa dziewczyna pokazuje nam drugą twarz, nabiera odwagi i dystansu do siebie, ewoluuje. Młodzi zakochują się bez pamięci. Skądś to znamy? Oczywiście.

Zakończenie książki jest otwarte i jak możemy się od razu zorientować, nastawione na kontynuację. ”Delirium” okazuje się trylogią.
Choć książka szczególnie mnie nie zachwyciła, będę czekać na jej dalszy ciąg, gdyż ciekawią mnie dalsze losy bohaterów.

Ocena: 4/6


poniedziałek, 3 września 2012

Gayle Forman: "Jeśli zostanę"

Autor: Beata Szy dnia 19:07:00 18 komentarze


Autor: Gayle Forman
Tytuł: "Jeśli zostanę"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 248



"Adam to inna historia. Pamiętać znaczyłoby tracić go wciąż na nowo, więc nie jestem pewna, czy mogłabym to znieść."


Akcja książki obejmuje dwadzieścia cztery godziny, dla których punktem wyjścia jest tragiczny wypadek samochodowy. Mia traci w nim najbliższych, a sama trwa w stanie dziwnego zawieszenia – gdzieś pomiędzy światem żywych a umarłych. Najbliższe godziny zdecydują o tym, czy nastoletnia dziewczyna zapragnie dołączyć do zmarłej rodziny, czy odzyska przytomność. Jednak Mia wie, że powrót do rzeczywistości wiązałby się z nieopisanym bólem po stracie bliskich, których tak kochała. Rozstrzygając dylemat, Mia oddaje się wspomnieniom: wraca do najszczęśliwszych chwil swojego życia.

Trochę inaczej wyobrażałam sobie tę książkę, gdy przeczytałam kilka bardzo pozytywnych recenzji. Jednak gdy ostatecznie wpadła w moje ręce już dwie sprawy zaskoczyły mnie i to na niekorzyść: niewielka objętość i dosyć duża czcionka. Poczułam, że mam w rękach typową książkę młodzieżową, na którą jestem już za „stara” o co najmniej dziesięć lat. Ale gdy się powiedziało „a”, trzeba umieć powiedzieć „b”. Stwierdziłam, że co mi szkodzi, i zaczęłam czytać. Jak na lekką młodzieżówkę przystało, nieskomplikowany język i prosta budowa sprawiły, że książkę połyka się w okamgnieniu.

Powieść traktuje o niezwykle trudnym wyborze, przed którym nie chciałoby stanąć żadne z nas. Ale Mia znalazła się w takiej sytuacji i ma coraz mniej czasu, by podjąć decyzję. Jej najbliżsi – dziadkowie, ciotki i wujkowie, a przede wszystkim najlepsza przyjaciółka i chłopak, zrobią wszystko, by wyrwać ją ze śpiączki. Ale to do Mii będzie należało ostatnie słowo. To na jej ruch wszyscy czekają…

Książka na pewno przypadnie do gustu młodzieży, szczególnie tej młodszej. Dla starszych wydaje się już zbyt tendencyjna i naiwna. Nietrudno przewidzieć kolejne sceny, nietrudno przeniknąć umysły bohaterów i rozgryźć ich kolejny krok - postępują dokładnie tak, jak przeczuwamy. Brak elementów zaskoczenia. Przywoływane w każdym rozdziale wspomnienia, mające funkcję retardacyjną, w którymś momencie przynoszą odwrotny skutek. Zamiast budować napięcie, przygotowując nas na finał, mnie osobiście zaczęły uprzykrzać lekturę i zniechęcać. Były zbyt wyidealizowane, banalne. No ale tego właśnie trzeba się spodziewać po książkach tego typu. Dlatego choć czyta się lekko, a książka mimo całej tej przerysowanej otoczki jednak wzrusza, to w ostatecznym rozrachunku dzień od zakończenia lektury, historia Mii nie pozostawiła we mnie nic. Szybko o niej zapomnę. Opowieść z potencjałem, który można by o niebo lepiej wykorzystać.

Mimo wszystko plus za takie, a nie inne, zakończenie.


Ocena: 3/6

czwartek, 30 sierpnia 2012

Ann-Marie MacDonald: "Co widziały wrony"

Autor: Beata Szy dnia 19:24:00 19 komentarze



Autor: Ann-Marie MacDonald
Tytuł: "Co widziały wrony"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 846






Pamięć przechowuje nawet to, co najstaranniej pragniemy z niej wykluczyć. Zwłaszcza to.
Potrafi wysyłać nam sygnały, przypominając to, co wiele lat temu udało nam się ukryć na jej dnie. Nie zwycięża jej czas – w najmniej spodziewanym momencie, z mglistych, częściowo zakrytych klisz, zaczynają wyłaniać się ostre obrazy. Nawet takie, o których wolelibyśmy nie wiedzieć. Które staraliśmy się zepchnąć w podświadomość, wmawiając sobie, że nigdy nie uczestniczyliśmy w podobnych wydarzeniach. Latami mogło nam się wydawać, że dopięliśmy swego. Ale pamięć czeka. Nasłuchuje, bada, ostrożnie wypuszcza korzenie. Coś, co przydarzyło nam się w dzieciństwie, co zamazał upływ czasu, niekoniecznie musiało przepaść. Wspomnienia śpią. Ale wystarczy zapalnik, który je rozbudzi. Wtedy wypływają. Pytania, namnożone przez lata, mogą znaleźć odpowiedzi. Wydarzenia, które wystraszone dziecko wyrzuciło z myśli, mogą powrócić. Wystarczy zrobić ten krok, uczepić się strzępków wspomnień. Trzeba posunąć się do przodu, wyłapać przekaz. Trzeba chcieć.

"Po wojnie wyjrzało słońce i świat nagle ukazał się naszym oczom jak w technikolorze. Każdemu przyświecała jedna myśl. Założyć rodzinę. Mieć dużo dzieci. Robić wszystko jak należy."

Madeleine, kilkuletnia dziewczynka, prowadzi wędrowniczy tryb życia. Jej rodzina ciągle się przemieszcza, za sprawą charakteru pracy ojca – pułkownika lotnictwa. Osiedlają się w kolejnych bazach wojskowych, w szeregowych, bliźniaczych domkach, o rozmieszczeniu podobnym do poprzednich. Nigdzie nie zagrzewają miejsca dłużej niż dwa, trzy lata. Ale dziewczynka nie zna innego życia, więc nie rozumie ile traci. Przyzwyczaiła się. wie, jakimi prawami rządzi się taki świat. Potrafi się błyskawicznie zaklimatyzować w nowym miejscu. Na pamięć zna harmonogram adaptowania się w nowej społeczności. Nim nadchodzi pierwszy dzień czwartej klasy nawiązuje pierwsze znajomości. Wieczory spędza w ramionach ukochanych rodziców. Popołudniami droczy się ze starszym bratem. Do łóżka kładzie się z wierną maskotką, sfatygowanym królikiem Bugsem. Czas płynie niemal sielsko. Jednak w ten pogodny, uporządkowany świat wkrótce wkroczy coś mrocznego. Niebezpieczeństwo czyha tuż za rogiem.

Opis wydawcy zdradza moim zdaniem zbyt wiele, ale skoro się na to zdecydowano, i ja powtórzę pokrótce zarys fabuły. Mieszkańcami bazy wstrząsa straszliwa wiadomość. Ginie mała dziewczynka, Claire. Madeleine zna ją ze szkoły, chodziły razem do klasy. Madeleine wie o wiele więcej, ale świadomość małego dziecka nie jest w stanie połączyć w całość elementów puzzli. Ona sama cierpi: została okaleczona przez człowieka, przez mężczyznę. Świat Madeleine zostaje odarty z niewinności. Nic nie jest w stanie jej przywrócić. Rozwiązaniem wydaje się milczenie…

Kika równoległych historii zazębia się w jednym punkcie. Śmierć jednej dziewczynki na zawsze zmieni życie kilku osób. Musi minąć dwadzieścia lat, żeby Madeleine otworzyła oczy. Jako dorosła kobieta wydaje się nam nie do poznania. Czy to naprawdę ta mała dziewczynka? Tak wyrosła? To się z nią stało? Ale szybko łączymy poszczególne elementy. Zauważamy, dlaczego. Ona też będzie musiała poskładać przeszłość w całość. Wtedy będzie mogła powrócić do tamtego lata. Zobaczy, co widziały wrony. Ptaki, będące świadkiem morderstwa.

Książka Ann-Marie MacDonald chodziła za mną bardzo długo. Miała w sobie magnetyczną siłę, przyciągającą mnie bez reszty. I chociaż dziewczynka z okładki niewiele ma wspólnego z główną bohaterką – już pierwsze strony zdradzają, że Madeleine ma krótko ścięte włosy – nie mogę nie wspomnieć, jakie wrażenie robi na mnie okładka. Jest cudowna, wprowadza w klimat tej opowieści.

MacDonald ma specyficzny styl pisania, który można albo pokochać, albo znienawidzić. Akcja płynie bardzo wolno, leniwie, spokojnie. Nikomu się nie spieszy. Poznajemy myśli poszczególnych bohaterów, zbliżamy się do nich. Autorka tworzy pełną, rozległą panoramę. Kreśli kolejne sylwetki bohaterów, ich własne historie, zależności. Dowiadujemy się co nieco o strukturze lotnictwa, o zawodowych obowiązkach Jacka. Odkrywamy obraz świata po wojnie – nadzieje i lęki ludzkości. Obserwujemy wyścig, jaki Amerykanie toczą z Sowietami – o to kto postawi pierwszy nogę na Księżycu. I za jaką cenę… Dowiadujemy się jak działa twardy, polityczny system i jak łatwo pogrążyć się w tej bezdusznej maszynie. Jack wplątuje się w aferę, powierzono mu tajne zadanie, jednak sam nie przeczuwa, jaką lawinę wywoła. Razem z Madeleine przeżyjemy gorzkie, traumatyczne chwile, które zmienią ją na zawsze. Będziemy krzyczeć: Nie, tylko nie to! Świat jednak jest okrutny. Nikt nas nie usłyszy. Nie zmienimy biegu wydarzeń. Nie uchronimy tych dziewczynek przed najgorszym, co mogło je spotkać. Nie będziemy mogli zrobić nic, kiedy na ławie oskarżonych zasiądzie niewinny…



Książka jest wstrząsająca. Głównie dlatego, że taka prawdziwa, żywa, realna. To mogło wydarzyć się wszędzie. To mogło spotkać każdego. Sielskość miesza się tu z brutalnością. Prawda nie zawsze uszlachetnia. Dzieciństwo kształtuje dorosłe życie. Dorosły wysługuje się dzieckiem. Skazy są niezmywalne. Kąsają od środka.

„Co widziały wrony” to niemal 850 stron niesamowitej opowieści, od której nie mogłam się oderwać. Do morderstwa dochodzi na ok. czterechsetnej stronie, więc ci, którzy spodziewają się pikantnego kryminału, raczej się zawiodą. Dorosłe życie Madeleine objętością zajmuje niecałe 1/4 książki. Te liczby mówią same za siebie. Mimo, że – jak już wspomniałam – akcja płynie wolno, niemal sennie, nie można się nudzić przy tej książce. Oczywiście nie każdemu się spodoba – trzeba do niej dojrzeć i lubić podobny sposób prowadzenia narracji.

Książka bardzo mi się podobała. Mimo, że wpleciono w nią dialogi po francusku, które nie zawsze rozumiałam. Mimo, że czasem chciałam krzyczeć: „nie, to się nie może tak skończyć, to nie tak!”. Mimo, że niektóre sceny mnie przerastały. Autorka jest subtelna, stosuje niedopowiedzenia, które tym silniej działają na wyobraźnię. Bardzo zżyłam się z główną bohaterką – autorka świetnie zobrazowała proces dojrzewania, doskonale wczuła się w psychikę małego dziecka. Pozostali bohaterowie również zostali przedstawieni bardzo wiarygodnie. Historia silnie oddziałuje na emocje.

Już zaczynam się rozglądać za „Zapachem cedru”, debiutancką powieścią tej autorki. Jestem pewna, że również mnie zachwyci. Ode mnie mocna szóstka!

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild


środa, 29 sierpnia 2012

Zjazd Blogerów na katowickich Targach Książki

Autor: Beata Szy dnia 11:34:00 13 komentarze
Na stronie katowickich Targów Książki pojawiła się informacja o I zjeździe blogerów - w sobotę, 8 września. Tego samego dnia zostanie wręczona nagroda dla blogerów w konkursie eBuka oraz przyznana zostanie Złota zakładka. Niestety niewiele dodatkowych informacji potrafię odnaleźć. Wybiera się ktoś?

Info: tutaj

wtorek, 21 sierpnia 2012

Stosik nie byle jaki :)

Autor: Beata Szy dnia 20:03:00 24 komentarze


Nie ma mnie, bo wsiąkłam z wronami, a konkretnie z książką A. Macdonald, która ma prawie 850 stron.
W ostatnich dniach wskutek wymian (i nie tylko) przywędrowało do mnie mnóstwooo tytułów, także mam zapas chyba na najbliższe 3 miesiące i aż nie wiem za co się najpierw zabrać.

Choć ostatnio na pewnym forum zawrzała dyskusja na temat tego czy wypada pokazywać stosiki, czy nie, ja swój zaprezentuję jeszcze tym razem. Jest dla mnie ważny, ponieważ w 60 proc. zawdzięczam go wymianom. Wprost nie mogę uwierzyć, że w ten sposób udało mi się zebrać tak wiele książek z mojej listy. Dzięki dziewczyny!

Na zdjęciu numer jeden zawartość pierwszych przesyłek, które do mnie przyszły. Wszystkie umilacze są prezentem od Kadzi. Niezmiernie mi miło!
A dalej to już stosik w komplecie :)



I tak po krótce od góry:
"Delirium" - wymiana
"Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości" - recenzyjna
"Anioł" i "Gwiazda anioła" - wymiana, prezent dla mojej młodszej siostry :)
"Najgorsza rzecz, jaką zrobiła" i "Jeśli zostanę"- wymiana
"Madame Hemingway" - wymiana
"Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica." zakup własny
"Żona tygrysa" zakup własny
"Co widziały wrony" recenzyjna

Czytaliście?

środa, 15 sierpnia 2012

Laura Esquivel: "Z szybkością pragnienia"

Autor: Beata Szy dnia 15:34:00 8 komentarze




Autor: Laura Esquivel
Tytuł: "Z szybkością pragnienia"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 158




Trudno mi napisać cokolwiek o książce, która wywołała we mnie nijakie emocje, więc będzie krótko. Właściwie zaczynając czytać „Z szybkością pragnienia” nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale wzmianka, że Laura Esquivel jest autorką bestselleru „Przepiórki w płatkach róży” dawała nadzieję. Choć każdy wie, że w dzisiejszych czasach co druga wydawana książka określana jest bestsellerem – promocja robi swoje. Niestety często za tym terminem nie stoi żadna wartość. Ale to już kwestia na zupełnie inne wywody.

Największym plusem książki jest fakt, że opisuje ona już trochę zapomniane urządzenie, jakim był telegraf. Wszystkie ciekawostki techniczne związane z tym sposobem komunikacji, praktyką i przekazywaniem wiadomości alfabetem Morse’a były interesujące. Fabularnie już trochę gorzej: historia staruszka Jubila, którego poznajemy u kresu życia, zmożonego chorobą Parkinsona, pozbawionego wzroku i niemego. Pielęgnuje go córka, mająca w pamięci obraz ojca pełnego wigoru i wdzięku, obdarzającego zaraźliwym darem radości każdego, z kim przebywał. Jubilo także wraca myślami do swojej młodości. Do czasów, gdy dorastał, poznał swoją piękną żonę i spędził z nią najszczęśliwsze lata życia. Jednak teraz, kilkadziesiąt lat później, mężczyzna jest sam, rozstał się z żoną i nie widział jej od wielu lat. Kontrast pomiędzy tym, co było, a jak wygląda życie Jubila teraz, jest przykry. Co więc się stało? Dlaczego?

Treść jest raczej banalna.
Denerwowało mnie sprowadzanie wielkiej miłości, która rzekomo narodziła się między Jubilem i Luchą głównie do łóżka – podkreślanie tego, ile razy dziennie w nim lądowali i jak hojnie obdarzali się pieszczotami. Punkt kulminacyjny, którym było wyjawienie co ostatecznie rozdzieliło parę i przekreśliło ich miłość, rozczarował mnie. Oczywiście – na łożu śmierci małżonkowie dostają szansę od losu na wybaczenie sobie dawnych urazów. Czy ją wykorzystają, łatwo się domyślić. Irytująca była też postać Luchy, która wychowała się w dostatku i przywiązywała wielką wagę do pieniędzy – a Jubilo, biedny telegrafista, nie mógł zaspokoić jej potrzeb. Jej przesadzony materializm i przekonanie, że mieć pieniądze = być szczęśliwym, doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

Książka raczej nudna,, nie wzbudzająca żadnych głębszych emocji, napisana właściwie nie wiadomo po co. Dużo górnolotnych, pustych słów, moralizatorstwa, patosu i truizmów. Zabrakło prawdy. Bohaterowie wydają się jakby wycięci z szablonu, sztywni i miałcy. Czasami trudno ich zrozumieć. Największym plusem tej książki jest jej niewielka objętość. Czytałam, mając nadzieję, że jednak czymś mnie zaskoczy. Nie udało się. Odradzam.

Ocena: 2/5

niedziela, 12 sierpnia 2012

"Mroczny Rycerz powstaje"

Autor: Beata Szy dnia 22:04:00 13 komentarze

Dziś parę słów o najnowszym „Batmanie”. Filmu nie mogłam się doczekać odkąd zobaczyłam ten genialny zwiastun:

klik

Wcześniej obejrzałam w domu dwie poprzednie części trylogii. Chciałam sięgnąć też po wcześniejsze ekranizacje kultowego komiksu, jednak w tym momencie odezwał się mój przewrotny gust filmowy, odrzucający wszystko (no, prawie), co powstało wcześniej niż piętnaście-dwadzieścia lat temu. Tamte filmy z punktu widzenia współczesnego kinomaniaka mogą wydawać się po prostu śmieszne i karykaturalne. Ja właśnie tak mam, i choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafię się przekonać do starszego kina. Klasyka klasyką, ale jestem zdecydowanie za postępem.

„Batman” to historia o tym jak swoje lęki przekuć na siłę. Bohater nie zostaje obdarzony żadnymi nadnaturalnymi mocami – swoją moc zawdzięcza tylko i wyłącznie treningowi fizycznemu, samozaparciu i… efekciarskim gadżetom. Bruce Wayne to zwyczajny mieszkaniec mieszaczka Gotham (no może drobnym szczegółem jest tu fakt, że ma na swoim koncie więcej zer niż przeciętny), który po tragicznej i niesprawiedliwej śmierci rodziców całkowicie się zmienia. Postanawia, że nigdy nie będzie już cierpiał, i równocześnie wypowiada wojnę wszelkiemu złu. Staje na straży miasta, lecz tak jak dzieje się to w przypadku innych bohaterów, jego postać szybko zostaje zrzucona z piedestału. Władze miasta nie doceniają jego potencjału, widząc w nim tylko bandytę.


W najnowszym filmie w reżyserii Ch. Nolana Batman znów będzie musiał wrócić do gry, choć przed wieloma latami zaszył się zrezygnowany w swojej rezydencji, samotny i nieszczęśliwy. Jego przeciwnikiem będzie Bane – przebiegły, inteligentny i piekielnie silny mężczyzna z tajemniczą maską na twarzy. Trzeba przyznać, że kiedy Bane pojawia się na ekranie, coś w człowieku zamiera. Jego głos, zniekształcony przez maskę, budzi prawdziwy lęk. Równolegle oprócz strachu, Bane wzbudza głęboki respekt. Tom Hardy naprawdę „przypakował” do tej roli, jest nie do poznania. W filmie - co przypisuję na plus – obok morderczego instynktu zostaje ukazana też ludzka słabość Bane’a. Nie jest on złem skończonym, zachowuje ludzkie odruchy. To człowiek pokrzywdzony przez los, który jednak obiera w życiu inną ścieżkę niż Batman.

Również Anne Hathaway w roli Kobiety-Kota spisała się znakomicie. Choć nie przepadam za tą aktorką (jeszcze od czasów „Pamiętnika księżniczki”) muszę obiektywnie przyznać, że jest idealnie stworzona do tej roli. Uwodzicielska, sprytna i przebiegła jednocześnie. Stanowią z Batmanem zgrany team – oczywiście kiedy wreszcie udaje im się dogadać.

No i Christian Bale w tytułowej roli Mrocznego Rycerza. Bardzo lubię tego aktora (pierwszy film, jaki z nim obejrzałam to „Equilibrium”). Mimo że krążą różne opinie o jego chorobliwym wręcz zaangażowaniu w role i szalonym perfekcjonizmie (na potrzeby filmu „Mechanik” schudł prawie 30 kilogramów), nie da się ukryć że jego kreacje są naprawdę dobre. Tak jest i tym razem. Doskonale wciela się w postać upadłego bohatera, który będzie musiał zmierzyć się z samym sobą zanim powróci na scenę.

Jest jeszcze jedna postać, o której chciałabym dorzucić swoje trzy grosze. Znany z „Incepcji” Joseph Gordon-Levitt w roli policjanta Johna Blake’a. Jako typowa kobieta chodzę do kina także po to, by sobie popatrzeć, a ów aktor jest doskonałym obiektem westchnień. Synonim sprawiedliwości w najlepszym wydaniu. No i otwarte zakończenie, w którym Blake odsłania swoje drugie oblicze daje pewne nadzieje na to, że być może jeszcze zobaczymy tę postać w akcji.

Film trwa prawie trzy godziny – po wyjściu z kina spojrzałam na zegarek i byłam w szoku, że już tak późno. Są momenty, że zaczyna się dłużyć, ale raczej nie odczuwa się tego, że jest aż tak długi. Pojawia się też element zaskoczenia w końcowych scenach. Podsumowując: kawał dobrego kina akcji, nakręconego z rozmachem i patosem. Nie brakuje też banału – jak końcowa scena w restauracji - ale każdy fan Batmana przymknie na oko na drobne niedociągnięcia.

Ocena: 5/6

środa, 8 sierpnia 2012

Brunonia Barry: "Wróżby z koronek"

Autor: Beata Szy dnia 19:32:00 17 komentarze

Na początek wciąż zapraszam do notki poniżej, gdzie oferuję kilka książek do wymiany, a teraz już spieszę z najnowszą recenzją.



Autor:
Brunonia Barry
Tytuł: "Wróżby z koronek"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 432


Łagodny wzór koronek na powiece dziewczyny z okładki sprawił, że wzięłam tę książkę do ręki. Porównanie „równie szokująca jak Szósty zmysł” przekonało mnie, że powinnam się zastanowić nad tym tytułem. Przewertowanie książki i rzut na promocyjną cenę poskutkowały zakupem „Wróżb z koronek” B. Barry.

„Nazywam się Towner Whitney. Nie, to nie całkiem prawda. Właściwie mam na imię Sophya. Nigdy mi nie wierzcie. Kłamię przez cały czas. Jestem szalona… Ostatnie zdanie to prawda.”

Towner, zawiadomiona przez brata o zaginięciu swojej ciotecznej babki Evy, wraca do rodzinnego miasta – Salem. To miejsce, które opuściła kilkanaście lat wcześniej, przywołuje wspomnienia. Nie zawsze słodkie i niewinne. Kobieta, która pragnie przede wszystkim zerwać z przeszłością, będzie zmuszona stawić jej czoła. Wróżby od których starała się uwolnić, znów zdominują jej życie. Kobiety z rodu Whitneyów posiadły magiczną zdolność przepowiadania przyszłości z koronek. Towner jako nastolatka odrzuciła ten dar. Po samobójczej śmierci siostry bliźniaczki, o którą po części się obwinia, poprzysięgła, że nigdy już nie spojrzy w koronki. Ale czy można uciec przed przeznaczeniem? Każdy dar ma swoją cenę…

Powieść przeleżała trochę na mojej półce, gdyż po początkowej fali entuzjazmu szybko przyszło zniechęcenie – książka zdobywała raczej niskie noty w recenzjach, które napotkałam. Wreszcie nadszedł czas, by dać jej szansę. Początki były trudne – język powieści momentami wydawał mi się zbyt pospolity, prosty. Pojawiały się też odstraszające kwiatki (typu: „poinformowałam szpital, że zamierzam iść na studia, jak pierwotnie zamierzałam”). Jednak później z każdą kolejną stroną postać zagubionej Towner stawała mi się coraz bliższa. Bohaterka bardzo leniwie odsłania przed czytelnikiem kolejne sceny ze swojej przeszłości, sama odkrywając je na nowo – po leczeniu w szpitalu psychiatrycznym jej pamięć krótkotrwała uległa uszkodzeniu. Czasem nie jesteśmy pewni, czy wydarzenia, o których opowiada, miały miejsce w rzeczywistości, czy może jej się przyśniły? A może je sobie wmówiła? Bardzo szybko można zauważyć, że w tym schemacie jest jakaś luka, że coś tu ze sobą nie przystaje, gdzieś pomiędzy niedomówieniami czai się druga prawda. To książka z tych, które tak lubię – wymaga czytania między wierszami, skupienia uwagi i wyciągnięcia wniosków, nie zawsze zgodnych z tymi, jakie przedstawia bohaterka.

Książkę czyta się szybko – o ile damy jej się ponieść, przekonamy się do jej niecodziennej natury. Rozdziały są bardzo krótkie. Każdy z nich poprzedza porada z „Podręcznika wróżenia z koronek”. Akcja często cofa się wstecz, do dzieciństwa bohaterki, jednak brak tu wyraźnego ukonkretnienia czasu („tamtego lata”, „pamiętam jak”). W pewnym momencie poznajemy świat z zapisków, jakie Towner prowadziła w szpitalu. Czasem narracja z pierwszoosobowej przeskakuje w trzecioosobową – dzięki temu zwiększa się i nasz kąt widzenia.

Chociaż miałam swoje przeczucia i przypuszczenia co do interpretacji pewnych fragmentów, zakończenie książki i tak mnie poruszyło. Cieszę się, że sięgnęłam po tę pozycję i że nie zniechęciłam się różnymi opiniami. Uważam, że naprawdę warto przeczytać „Wróżby z koronek”. Nie chcę zdradzać, jakie książki mi przypomniała, żeby nie odkryć za bardzo sekretu, który w sobie skrywa, powiem jednak, że dla lubiących niejasności i odszukiwanie drugiego dnia w każdym słowie będzie to powieść idealna. Wolę niedomówienia niż niepotrzebny patos i banał. Ta książka działa właśnie w taki sposób. Oczywiście, o ile zostanie zrozumiana przez czytelnika.

Ocena: 4,5/5

wtorek, 7 sierpnia 2012

Mam do wymiany... :)

Autor: Beata Szy dnia 21:50:00 4 komentarze
Robię małe porządki na regałach i w ich wyniku znalazło się parę książek, które chętnie wymieniłabym na inne. Poniżej zdjęcie i tytuły.



M. Jennings: Detektyw Murdoch (trzy tomy: Ostatnia noc jej życia, Pod gwiazdami smoka, Biedny Tom już wystygł)
A. Potter: Kim jest ta dziewczyna?
K. Dunn: Jarmark odmieńców
B. i K. Desserich: Wiadomość z nieba
O. Potzsch: Córka katazarezerwowana
A. Flegg: Skrzydła nad Delft
T. Hudson: Pomiędzy zarezerwowana
K. Creagh: Nevermore. Kruk zarezerwowana
G. Carl: W twoich rękach
J. Małecki: W odbiciu
R. Whitfield: Gladiatorka zarezerwowana
Melissa P.:Zapach twojego oddechu
T. Parsons: Kroniki rodzinne
S. Berman: Dziewczyna, która pływała z delfinami zarezerwowana
A. Kava: Dotyk zła (inna okładka, nowsze wydanie)
A. Janko: Dziewczyna z zapałkami


Jeżeli ktoś jest zainteresowany proszę o info na maila beataszymura@gmail.com i propozycje do wymiany. Najbardziej zależy mi na ksiązkach:
Madame Hemingway, Najgorsza rzecz jaką zrobiła, książki Murakami'ego, Saint Exupery. Ostatnia tajemnica, Pamiętnik róży, trylogia Igrzyska śmierci, Zanim zasnę, Służące, Złodziejka książek, Żona Tygrysa, Życie Pi, Pożeracz snów, Delirium, ale jestm otwarta na wszystkie propozycje :)

sobota, 4 sierpnia 2012

Stan Lauryssens: "Dali i ja"

Autor: Beata Szy dnia 11:46:00 11 komentarze


Autor: Stan Lauryssens
Tytuł: "Dali i ja"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 224



Salvador Dali to nazwisko, które zna chyba każdy. I nawet jeśli nie jesteśmy pasjonatami sztuki, nazwisko tego hiszpańskiego malarza w naszych głowach od razu konotuje pewne symbole. Przede wszystkim wywołuje termin surrealizm, a zaraz potem znane z obrazów malarza wizerunki topniejących zegarów, płonącą żyrafę, kule inwalidzkie, wędrujące mrówki, motyle. Ekscentryczny pan z długimi, nawoskowanymi w górę wąsami uważany jest za geniusza, a jego dzieła, balansujące na granicy snu i jawy, zachwycają do dziś. Jaki był naprawdę? Jakie sekrety skrywa jego biografia? Czy jego sława nie jest przesadzona? Stan Lauryssens w książce „Dali i ja” odpowiada na te i inne pytania.


Ta powieść łotrzykowska jest jednocześnie traktowana przez samego autora jako literatura faktu – opisuje on wydarzenia, których sam był uczestnikiem, świadkiem, albo o których mu opowiedziano. W czasach, gdy Dali podbijał świat, Lauryssens został handlarzem, specjalizującym się w malarstwie Dali’ego. Wyszukiwał wpływowych inwestorów, którzy pragnęli ulokować swoje nielegalnie zdobyte fortuny w czymś, co po latach przyniosłoby im zysk. Dali świetnie się do tego nadawał. Był przebojem – ekscentrycznym geniuszem, o którym rozpisywała się prasa, który pojawiał się w mediach. Jego obrazy osiągały na aukcjach niebotyczne sumy. Złote zdanie Stana, że po śmierci Dali’ego produkcja ustanie, a popyt się zwiększy, przekonywało inwestorów. Obiecywał im, że odkupi dzieła z wielokrotnym przebiciem. Trzeba tylko poczekać, aż mistrz wyzionie ducha. To skutkowało. Bogacze dawali pieniądze, handlarz wyszukiwał nowe obrazy. Wszystkie opatrzone były sygnaturą pisarza, dołączano do nich certyfikat autentyczności. Nikt o nic nie pytał, nikt nie miał wątpliwości. W rzeczywistości słynne obrazy malarza produkowane były na szeroką skalę: fałszowano je i robiono odbitki. Rynek zalewany był nieautentycznym Dalim. Taki proceder musiał w końcu zebrać swoje żniwo…

Książka traktuje przede wszystkim o nielegalnym rynku handlu sztuką, ale jest też kopalnią wiedzy o osobie Dali’ego. O tym, jaki był naprawdę ten dziwny, charyzmatyczny człowiek. Odkrywa jego prawdziwe oblicze i wstydliwe fakty z życia malarza i jego muzy, żony Gali. Para kochała się w pieniądzach i zrobiłaby dla nich wszystko. Ponadto żyła ponad stan. Dali słynął z organizowania kontrowersyjnych imprez, na których dochodziło do orgii. Sam uwielbiał się ze sobą zabawiać, podczas gdy jego żona-nimfomanka, płaciła młodym mężczyznom za seks. Lubował się w małych chłopcach. Nie znał umiaru, przekraczał granice dobrego smaku. Kultywował siebie, wyrósł na ikonę. To on w głównej mierze przyczynił się do zaprzepaszczenia swojej ogromnej fortuny w ostatnich latach życia. To on uruchomił nieodwracalny proces powielania, fałszowania i kantowania. A wszystko to przez pieniądze…Stworzono nawet anagram z jego imienia: Avida Dollars (chciwy na dolary).



Język autora książki jest bardzo dosadny, szorstki i wyrachowany, jak on sam. Przez lata Lauryssens wrósł w swój zawód kanciarza i oszusta łasego na miliony swoich klientów, i właśnie ten wizerunek znajduje odzwierciedlenie w jego sposobie prowadzenia narracji. Pisarz jest oszczędny w słowie i często brutalny – nie waha się przed przytaczaniem najwstydliwszych kawałków. Wydaje się człowiekiem bez uczuć, który podobnie jak Dali, koncentruje się jedynie na zyskach. Bywa okrutny, ale za sprawą szczerości do bólu. Nie owija w bawełnę, nie ma czasu na sentymenty.

Ze wspomnień Lauryssensa wyłania się portret człowieka-szaleńca. Dali nie budzi sympatii, jest wręcz odrażający. Gdzieś w trakcie lektury zatracamy szacunek do malarza jako artysty. I choć w pamięci mamy najznakomitsze z jego dzieł, czujemy dziwne zażenowanie. Książka „Dali i ja” otwiera oczy, ukazuje tamten czas z drugiej perspektywy i uświadamia kim tak naprawdę był Dali. Mimo talentu i surrealistycznej wyobraźni, których nie da się mu odmówić, Dali w ostatecznym rozrachunku okazuje się… Ale o tym w książce :)



Mną osobiście powieść wstrząsnęła, ale cieszę się, że na nią natrafiłam. Dali pozostaje dla mnie postacią oryginalną, pełną sprzeczności, nękaną obsesjami. Na pewno jeszcze nie raz sięgnę po pozycje, które pozwolą mi przybliżyć jego sylwetkę i zinterpretować obrazy. Oczywiście polecam!

Ocena: 5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild

piątek, 3 sierpnia 2012

Lato z książką i Wydawnictwem Zysk i S-ka

Autor: Beata Szy dnia 17:54:00 4 komentarze
Lato z książką




W najbliższy weekend (11-12 sierpnia) Wydawnictwo Zysk i S-ka zaprasza wszystkich miłośników czytania na niezwykłą imprezę, organizowaną w Łebie.


Wakacje nie mogą odbyć się bez literatury - w związku z tym, na terenie Portu Jachtowego w Łebie wszyscy wczasowicze będą mieli okazję spotkać się z popularnymi autorami, których dzieła publikuje Wydawnictwo Zysk i Spółka oraz zapoznać się z najnowszymi przebojami literackimi. W Łebie pojawią się m.in. Małgorzata Kalicińska, Robert Gwiazdowski, Sławomir Cenckiewicz, Zofia Kucówna i Jacek Pałkiewicz. Każdy z gości zaprezentuje swoją najnowszą książkę i odpowie na pytania czytelników.

Oprócz wspaniałej literatury na uczestników spotkania czekać będą liczne atrakcje, m.in.: strefa silent book, gdzie każdy z gości będzie mógł odstresować się przy audio-booku i darmowym drinku oraz Gra o tron - strategiczna zabawa miejska dla dzieci i dorosłych.

Więcej informacji:

tutaj
i tu.

Ja do Łeby co prawda mam dalekoo - to prawie drugi koniec Polski, ale może ktoś z Was się wybiera?
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon