środa, 21 czerwca 2017

"The Path", serial, sezon 1

Autor: Beata Szy dnia 17:28:00 0 komentarze


"The Path", serial, sezon 1

Nie wstydzę się tego, że często oglądam serial dla jakiegoś męskiego bohatera (oczywiście nie jest to główny powód, ale jeden z wielu), i tym też m.in. kierowałam się przy wyborze serialu „The Path”. W obsadzie znalazł się bowiem Aaron Paul, czyli mój ulubiony Jessie z „Breaking Bad”. Miło było go zobaczyć w nowej odsłonie – tam grał młodego buntownika, obdarzonego soczystym językiem dilera, tutaj szanowanego ojca rodziny. Ciekawy kontrast. W obsadzie mamy też Hugha Dancy’ego, ale ja dopiero przeglądając recenzje zorientowałam się że to przecież Will z „Hannibala”. Fryzura robi swoje i z całym szacunkiem dla aktora – niech się tak więcej nie ścina :) Z kolei Michelle Monaghan widzieliśmy w „Detektywie” – ale szczerze mówiąc nie mam pamięci do kobiecych twarzy i w ogóle jej nie kojarzę…

Serial opowiada z jednej strony o kryzysie w związku małżeńskim Eddiego i Sarah i o tym jak to wpływa na otoczenie, z drugiej ukazuje kulisy sekty, do której należy rodzina. Mejeryści nie lubią tego określenia, uważają że tworzą kult, religię, są grupa wsparcia. Słowo „sekta” ich nie dotyczy. Zbudowali małą społeczność i szukają nowych członków – wyłapują ludzi potrzebujących pomocy, zniszczonych psychicznie, ofiar różnego rodzaju klęsk żywiołowych. Kolejne odcinki ujawniają ich techniki manipulacji i ukryte zamiary. Kolejne szczeble Drabiny, jakie starają się pokonać, w drodze ku doskonałości, to tylko przykrywka.

Serial może nie jest jakimś wielkim odkryciem, ale bardzo mnie wciągnął. Nie tylko dlatego, że oglądanie Aarona na ekranie było cudownie nostalgiczne, a cała jego postać robiła na mnie takie wrażenie, i w ogóle jego… No dobra. Serial jest ciekawy z tego względu, że możemy zatracić się w sekcie trochę tak jak jej członkowie – na początku wszystko wydaje się takie idealne, dobre i bezpieczne, dopiero później okazuje się, że wyjście z sekty nie jest takie proste, a jej główne założenia są po prostu bajeczką.

No i cóż, polecam jeśli lubicie mgliste opowieści, skoncentrowane na wąskiej, zamkniętej grupie. Dobrze opowiada też o potrzebie wiary w jakąś wyższą siłę sprawczą, o szukaniu sensu i odpowiedzi na pytania egzystencjonalne.

niedziela, 18 czerwca 2017

"The Expanse", , "Belfer" i krótko o "The 100"

Autor: Beata Szy dnia 10:40:00 2 komentarze


Dziś inaczej niż zwykle – będzie o kilku serialach, które w ogóle do mnie nie trafiły, rozczarowały, które oglądałam z nadzieją, że może jeszcze się coś zmieni, ale ostatecznie są to tytuły na listę „już do nich nie wrócę”.



"The Expanse", serial, sezon 1


Pierwszym z takich seriali jest „The Expanse”. Wybrałam go dlatego, że miał dosyć mocne recenzje, z opinią, że to najlepsza opera kosmiczna ostatnuch lat. Uwielbiam wszystko, co dzieje się w kosmosie, i przyznam że serial pod tym względem dostarczał naprawdę dobrych wrażeń – akcja toczyła się na odległych planetach, we wnętrzu statków kosmicznych i bazach, zbudowanych przez ludzi lub tych, których ludźmi trudno już nazywać – wychowanych na Pasie czy Marsie. Widowiskowo, pierwsza klasa. Niestety jakość serialu mierzona jest czymś więcej. Chwilę zastanawiałam się nad tym, czego mi tu brakowało, co się stało, i wiem. W moim przypadku był to brak przekonującego głównego bohatera – wystarczyłby chociaż jeden jedyny, którego losy chciałabym śledzić z napięciem. Niestety wśród wszystkich pojawiających się – detektywa Joe Millera, dowódcy statku Jima i jego załogi, czy Chrisjen – pani polityk z drażniącym tonem głosu, nie ma ani jednej postaci, wywołującej we mnie jakiekolwiek emocje. Wszyscy są mdli, nudni, zarysowani dość enigmatycznie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Sama fabuła też jest dosyć słaba. Z jednej strony obserwujemy zmagania detektywa, któremu powierzono odnalezienie dziewczyny wplątanej w spisek, z drugiej bohaterów wplątanych w narastający konflikt, mogący doprowadzić do wojny w Układzie Słonecznym.

Serial ma oczywiście swoje momenty, ale jest ich niewiele. Jest dosyć ciemny, ponury i zimny. Ten serial nie angażuje. Słyszymy o konfliktach, o trudnej sytuacji tych, którzy musza żyć poza Ziemią, o buntach i ciemiężeniu, ale… Niewiele z tego widać, niewiele udało się zobrazować. Samym mówieniem o krzywdzie nie da się wywołać współczucia.

"The 100", serial


Kolejnym z takich seriali jest „The 100”. Gdy widzę taki plakat reklamowy jak tutaj – czuję się poruszona. Ale gdy zaczynam oglądać serial, który kierowany jest chyba do widzów młodszych ode mnie o dekadę, niee, o jeszcze więcej, to mam zgrzyt. Historia opowiada o grupie nastolatków, nieletnich przestępców, wysłanych w ramach kary na Ziemię w celu kolonizacji. Nuklearna wojna zniszczyła naszą planetę, ludzie żyją na statku kosmicznym. Co dalej? Trudno mi powiedzieć, bo chociaż zwykle gdy zaczynam jakiś serial, staram się dać mu szansę i obejrzeć chociaż jeden sezon, to tutaj wytrwałam jakieś 15-20 minut. Adresowany jest do młodszych nastolatków i chyba przypadnie im do gustu, starszym może wydać się zbyt prosty, kiczowaty, „dziecinny”. Nie będę pisać nic więcej, bo po prostu nie wytrwałam. A może ktoś z Was go zna i ma odmienne zdanie, może warto było poczekać na rozwój akcji? 



„Belfer” , serial, sezon 1




„Belfer” nie był specjalnie złym serialem, a fakt że jest to produkcja polska oczywiście trochę podnosi jego rangę - w końcu udało nam się nakręcić coś, co ludzie oglądają, o czym rozmawiają w pracy. Ale nie jest to też serial wybitnie dobry – ogląda się go miło do pewnego momentu, ale później jest coraz gorzej. Nauczyciel języka polskiego, Paweł Zawadzki (Maciej Stuhr), przyjeżdża do maleńkiego miasteczka na rozpoczęcie roku szkolnego. Trafia w sam środek tragicznych wydarzeń – w niewyjaśnionych okolicznościach zginęła jedna z uczennic. Jako osoba z zewnątrz nauczyciel traktowany jest jak osoba obca, niedopuszczana do lokalnych tajemnic i układów. Jednak detektywistyczna żyłka, a także pewne osobiste powiązanie (o czym dowiadujemy się później) sprawiają, że bohater obieca sobie za cel wyjaśnienie sprawy i odnalezienia zabójcy. Każdy z bohaterów ma trochę za uszami, więc pojawia się parę błędnych tropów. Sama ofiara również nie była kryształowa – świadczyć ma o tym m.in. jej romans z żonatym mężczyzną. Ale gdy w historię zostają jeszcze wmieszane gangsterskie porachunki, wydaje się już tego za dużo. Rozwinięcie całej zagadki jest dosyć abstrakcyjne, uszyte na siłę. Jakby ktoś naoglądał się za dużo amerykańskich seriali kryminalnych i chciał je przenieść w realia polskie, które po prostu są inne. Za dużo tej brawury i sensacyjności, która daje efekty przeciwne do zamierzonych. Właściwie oprócz pytania „kto zabił”, nie pojawiają się żadne inne. Brak wątków pobocznych, mogących uratować ten serial. Wydaje mi się, że twórcy tak bardzo bali się, że ich historia będzie zwyczajna, że podkolorowali ją za bardzo. Dramaturgię w kryminałach podnosi jednak sam sposób prowadzenia śledztwa, odkrywania kart, zadawania pytań, a nie sensacja, bliska kiczu.

Plusem jest fakt, że serial mimo wszystko ogląda się dobrze i jak na naszą rodzimą produkcję trzyma poziom. W porównaniu do przecenionego „Belle Epoque” (dałam radę obejrzeć tylko 1 odcinek i nawet nie chcę tego komentować) nie jest źle. Wydaje mi się nawet, że sięgnę po kolejny sezon.

A czy Wy trafiliście ostatnio na jakieś seriale, przez które trudno było Wam przebrnąć?

poniedziałek, 12 czerwca 2017

WERTHER'S ORIGINAL - kampania Rekomenduj.to

Autor: Beata Szy dnia 14:50:00 1 komentarze
Pamiętacie urocze reklamy cukierków Werther’s Original z naszego dzieciństwa? Cukierki powróciły w nowej odsłonie. Ostatnio miałam okazję wziąć udział w kampanii i spróbować nowych, karmelowych cukierków w dwóch wariantach – klasyczne opakowanie z cukierkami zapakowanymi w papierek i druga opcja – cukierki w tzw. batonie.

Cukierki wyróżniają się tym, że szybko rozpuszczają się w ustach i mają intensywny smak, w tym wypadku karmelowy. Nie są za słodkie, takie w sam raz. Dobre na prezent, odpowiednie dla dzieci, jak i starszych – wg akcji marketingowej mają łączyć pokolenia. Mała przekąska, przypominająca trochę klasyczne krówki. 



Ze swojej strony polecam serdecznie. Ja średnio przepadam za karmelem, a cukierki mi posmakowały. Większość rozdałam bliskim i przede wszystkim dzieciakom – oczywiście były uradowane i bardzo im smakowało.

A czy Wy już próbowaliście nowego karmelowego smaku? Czy w ogóle znacie te cukierki? Próbowaliście kiedyś?

Polecam serwis Rekomenduj.to, dzięki któremu miałam okazję testować te słodycze :)

czwartek, 8 czerwca 2017

"Sense8", serial, sezon 2

Autor: Beata Szy dnia 15:16:00 1 komentarze



"Sense8", serial, sezon 2

Smutna wiadomość z ostatnich dni, że Netflix anulował serial “Sense8”, nie dostaniemy już kontynuacji. Przykre to tym bardziej, że niedawno skończyłam oglądać drugi sezon, równie emocjonujący jak pierwszy. Dla mnie „Sense8” jest jednym z oryginalniejszych seriali, jakie oglądałam. To jak oglądanie filmu „Atlas chmur” w nowych realiach, rozwiniętego pod względem koncepcyjnym i wizualnym. Ogromna szkoda. Zwłaszcza, że dostaliśmy otwarte zakończenie, które wprost wymaga dopowiedzenia. Pojawiły się wątki, które już nigdy nie zostaną domknięte, bohaterowie pozostali zawieszeni w próżni i ciężko pogodzić się z myślą, że na zawsze musimy opuścić ten świat.

Na usta ciśnie się pytanie: dlaczego? Serial był dosyć niszowy, kontrowersyjny, zbierał skrajne recenzje, ale miał też oddaną rzeszę fanów, i wielki potencjał. Kasa jednak musi się zgadzać, i jeśli cos jest nieopłacalne, to znika z anteny. Uważam, że to błędna decyzja, że można mu było dać jeszcze szansę. Dla mnie wielki zawód.

Drugi sezon podobał mi się podobnie jak pierwszy. Był bardziej dynamiczny, rozwinięty o wątki sensacyjne. Ósemka ludzi, których losy zostały splecione dzięki magicznemu połączeniu, stara się pozostać w bezpiecznym ukryciu, walcząc o przetrwanie. Ich istnieje jest zagrożone, ściga ich potężna organizacja. Poznajemy inne gromady, które dają naszym bohaterom cenne lekcje, ale czasami zażyłość z innymi sensatami doprowadzić może do katastrofy. W świecie, gdzie najważniejsze jest to, by przeżyć, każdy chwyt zdaje się dozwolony.

Serial określa się jako manifestację środowiska LGBT, wszak reżyserował go kontrowersyjny duet Wachowskich: Lena (wcześniej Larry) i Lilly (Andy). Czasami rzeczywiście odnosi się wrażenie, że tych wątków jest w serialu za dużo – tolerancja tolerancją, ale sceny obściskujących się mężczyzn na piaszczystej plaży, ubranych jedynie w stringi budzi różne odruchy. Różnorodności jest tu wiele i właściwie przekroczone są chyba wszystkie granice. Mimo tego, można przymknąć oko na mocne sceny i po prostu delektować się serialem i przepiękną scenerią - co umożliwiają podróże między kontynentami, dla bohaterów wykonalne w ciągu paru minut.

Nie myślcie, że to obraz który ma na celu tylko szokowanie. Pojawia się tu też wiele delikatnych scen, wiele trudnych, wzruszających, chwytających za serce. Wielokulturowość bohaterów jest doskonałym ptetekstem do poruszenia wielu egzystencjonalnych problemów.

Oglądaliście ten serial? Co myślicie? Mnie bardzo będzie go brakowało.

niedziela, 4 czerwca 2017

Konkursy, nagrody, testy

Autor: Beata Szy dnia 16:35:00 1 komentarze
Już jakiś czas temu pisałam, że blog ma przyjąć bardziej osobisty charakter i że będę częściej pisała o moich innych pasjach, np. ankietach, testowaniu produktów i konkursach. Oczywiście jak zwykle wielka idea i brak motywacji, by się za to zabrać. Ale nic straconego... :)

Dziś chciałabym przejść do tematu, który wyzwala we mnie żyłkę rywalizacji, tak czasami potrzebną. Lubię oglądać zdjęcia na Instagramie, w grupach Facebookowych i na blogach, gdzie ludzie pokazują swoje konkursowe zdobycze. Oczywiście, że zazdroszczę, ale zarazem daje mi to motywację do tego, by samej też się wysilić. Skoro oni mogą, to ja przecież też. I jasne, po ogłoszeniu wyników w 15 różnych konkursach, gdzie nic mi się nie udało, przychodzi chwila zwątpienia, ale potem pojawiają się dwa kolejne, gdzie wygrywam i cała ta zabawa zaczyna się od nowa. Nie jestem jakąś nałogową bywalczynią różnego typu konkursów - zajmuję się tym, gdy akurat mam czas albo ochotę. A każda wygrana, nawet ta najmniejsza, cieszy. Bo lubimy być obsypywani prezentami i ja tak to właśnie traktuję.

Oto kilka wspaniałości z ostatnich miesięcy:

Zestaw Grant's dla Męża:


Ceramiczna filiżanka:



Kuracja od Seboradin: 



Zestaw wygrany na blogu:


Komplet maseczek w płachcie: 

Kosmetyki od Evree - uwielbiam :)


Konkretna paczka od Biotebal - szampony i odżywki, wygrane na fb jednej z vlogerek :)


Słodki upominek od Lusettedla 100 pierwszych osób, które wykonały określone działania na IG. Ja byłam nr 98 :D


Wielkie Testowanie Cetaphil


Regeneracja przyszłości z Syoss :) Udało mi się wygrać drugi zestaw dla siostry i mamy :)



Bilety na "Pitarów" od Zymetrii. Drugi komplet wygrałam w Rabble Festiwal i wczoraj przeszłam się na "Wonder Woman" - polecam.



Jeśli ktoś mnie obserwuje na Instagramie (keskese87) to na pewno widział już te zdjęcia, bo często się tam udzielam.

A co Wam udało się ostatnio wygrać? Ja miałam ostatnio leniwe dni i małą przerwę, ale chyba niedługo wrócę do gry :)


czwartek, 1 czerwca 2017

"Westworld" i "Humans" - seriale o sztucznej inteligencji

Autor: Beata Szy dnia 16:27:00 3 komentarze

Temat sztucznej inteligencji jest bardzo chwytliwy, więc dziś nadmienię nieco o dwóch serialach, które podjęły tę tematykę w nieco inny sposób.



Pierwszy to głośny serial, jeden z lepszych 2016 roku, czyli „Westworld”. Ogłaszany następcą „Gry o tron”, choć w związku z tym, że prowadzony jest nieco inaczej zbiera raczej skrajne opinie. Jednym, jak ja, bardzo się podoba, wręcz oszałamia, inni uważają że jest przesadzony i nudny. Ja osobiście lubię takie niespieszne tempo i uważam że nie zawsze dynamizm i wartka akcja są dla serialu dobre. Czasem fajnie obejrzeć coś, gdzie więcej dzieje się w duszach bohaterów, gdzie obserwujemy po prostu ich przemiany.

Westworld to świat stworzony sztucznie przez człowieka. To park rozrywki, wzorowany na Dziki Zachód, gdzie urzędują Gospodarze – boty stworzone na kształt i podobieństwo człowieka. My, zwykli śmiertelnicy, możemy wykupić pobyt w tym parku za krocie i zrobić wszystko. Wszystko, w ludzkim wydaniu, sprowadza się do mordowania i współżycia, bo po te dwie główne „przyjemności” kierują się tu zwiedzający.

Co się dzieje? Otóż kilku z Gospodarzy zyskuje świadomość – dzieje się to powoli, wskutek wprowadzenia zmian w ich kodach. Boty orientują się, że służą tylko rozrywce, że nie są ludźmi, że ich wspomnienia, historia, bliscy – to wszystko jest zmyślone, stworzone na potrzeby programu. Bunt postępuje stopniowo, bo przecież twórcy parku nie mogą się w niczym połapać. Obserwowanie, jak boty uświadamiają sobie czym są jest fascynujące – najpierw zaprzeczenie, bo to przecież niemożliwe, a później chęć wyrwania się, ucieczki, zemsty.

Równolegle toczy się kilka wątków. Jeden z nich opowiada o twórcy parku, Fordzie, którego partner zginął w parku w tajemniczych okolicznościach. Ten starszy pan (w tej roli Hopkins) czuje, że nastała era młodych i powoli staje się zbędny. Nie zgadza się z tym, robi wszystko by nie oddać swojego stołka. Tworzy pewien misterny plan, i właściwie to on zapoczątkowuje chaos, jaki nastaje w parku.

Mój ulubiony watek to historia Dolores – pięknej, łagodnej dziewczyny, która od lat odgrywa w parku rolę niewinnej dziewczyny, w której łatwo się zakochać. W niej też coś się burzy, w jej głowie pojawiają się głosy, których jeszcze nie rozumie. Zauroczenie, jakiemu się poddaje, gdy poznaje Willa, przyspiesza ten proces. Will jest jedną z ciekawszych postaci, ale o tym przekonamy się dopiero w finałowych odcinkach. Chłopak z dobrego domu, który przed swoim ślubem zostaje zaproszony do parku, początkowo nie zgadza się z terrorem jaki tam panuje, a później sam mu się poddaje. Człowiek może się zmienić, całkowicie.




Najdynamiczniejszy wątek dotyczy Maeve, pracującej w domu publicznym. Jej postać skrywa ogromny potencjał – nikt nie spodziewałby się, że kobieta lekkich obyczajów jako pierwsza zyska pełną świadomość i przeciwstawi się swojemu losowi. Tylko czy jej bunt naprawdę jest czynem niezależnym, oznaką wolnej woli, czy tylko kolejnym scenariuszem?

Inna ważna postać to Bernard, pracujący przy tworzeniu botów. Dla mnie bohater tragiczny, ale to pokażą dopiero dalsze odcinki.

Oczywiście to nie wszystko, ale nie mam zamiaru streszczać Wam serialu, chcę tylko trochę przybliżyć jego istotę. Polecam, uprzedzając zarazem że serial płynie wolno i nie chodzi w nim o to, by stale zaskakiwać, szokować i wprawiać w zdumienie. Spodoba się osobom, które lubią obserwować metamorfozy bohaterów, rozwiązywać zagadki i dociekać kto jest kim…




Drugi serial o sztucznej inteligencji to „Humans”. Tutaj roboty wprost przeciwnie – wiedzą, że zostały stworzone przez człowieka i mają mu służyć. Ludzie kupują maszyny w celach praktycznych – jako pomoce domowe czy tanią siłę roboczą w przedsiębiorstwach. W taki oto sposób Anita zjawia się w domu głównych bohaterów – Joe kupuje ją, aby odciążyć żonę w obowiązkach domowych. Laura nie jest zadowolona, uważa że to zbyt wielki wydatek i zupełnie niepotrzebny. Zaczyna czuć się zbędna, gdy domownicy zachwycają się Anitą, gdy okazuje się że robot we wszystkim jest perfekcyjny. Roboty z założenia nie powinny mieć uczuć, jednak szybko okazuje się, że to nieprawda. Anita nie jest zwykłą maszyną – posiadała pełną świadomość, czuła, przeżywała, kochała… Została jednak schwytana, wymazano jej pamięć, zresetowano jej system i teraz robot nie pamięta nic ze swojego wcześniejszego życia. Jej przyjaciele próbują jednak ją odnaleźć, co nie jest łatwe, gdyż sami muszą się ukrywać. Świat nie jest gotowy by wiedzieć, że roboty mają więcej z ludzi, niż mogłoby się wydawać. One również zaczynają się „psuć”, to znaczy buntować i wykazywać oznaki człowieczeństwa.

W „Humans” również pojawia się wątek wykorzystywania. Maszyny nie tylko zastępują ludzi jako pomoc domowa, jako pracownicy w fabrykach, firmach – stanowią nawet zagrożenie, są lepsze i wydajniejsze niż człowiek, co skutkuje zwolnieniami… Ludzie posuwają się dalej – roboty wykorzystywane są w domach publicznych, a czasem po prostu gwałcone żeby zobaczyć „jak to jest”. Przecież to nie zdrada, przecież to nie jest prawdziwy seks. Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek w swoim pragnieniu wszechwładzy? Jak daleko posunie się robot, by się zrewanżować?


Nie jestem dobra w recenzowaniu seriali, nie znam w ogóle wszystkich tych technicznych pojęć, totalny ze mnie laik, ale oglądam coraz więcej i chętnie dzielę się swoimi wrażeniami. Mam nadzieję, że dzięki podobnym wpisom ktoś z Was może odnajdzie swoją serialową perełkę. :)

niedziela, 28 maja 2017

"Touch", serial, sezon 1

Autor: Beata Szy dnia 18:14:00 1 komentarze
"Touch", serial, sezon 1


„Touch” to taki serial, który nie wstrząsnął mną jakoś głęboko, nie zapisał mi się szczególnie w pamięci, ale należy mu się kilka słów uwagi. Opowiada o wdowcu, Martinie, samotnie wychowującym 11-letniego syna, Jake’a. Chłopak jest szczególny – nie mówi, nie pozwala się dotykać, cierpi na autyzm. Martin robi wszystko, by zatrzymać chłopca, jednak opieka społeczna ma inne zdanie na temat ich relacji – uważają, że mężczyzna nie radzi sobie, że jego syn powinien przebywać w specjalnym ośrodku, gdzie zajmie się nim ktoś wykwalifikowany. W końcu Martin musi oddać Jake’a w obce ręce. Clea Hopkins, pracownik opieki społecznej, dostrzega jednak w chłopcu potencjał, który dotąd widział tylko ojciec. Jake jest niezwykły. Zaczyna porozumiewać się z otoczeniem za pomocą liczb. Pełni rolę spoiwa, łączy ze sobą pewne wzory, dba o porządek świata. 

Oprócz głównego wątku w serialu istnieje wiele pobocznych. Każdy odcinek opisuje jedną historię, jakieś wydarzenie, które dzieje się dzięki uwadze Jake’a. Tylko on wie w którym momencie wkroczyć, jak połączyć ze sobą dwoje ludzi, by zadziało się to, co musi. Obserwowanie tego na początku wprawia wręcz w zdumienie. Mamy tu cos na kształt efektu motyla – to że rodzic każe jakiemuś dziecku odejść od komputera sprawia, że w maleńkiej afrykańskiej wiosce inne wygrywa w konkursie tanecznym. Wiele tu takich niesamowitości. Jednak schemat każdego odcinka jest podobny, więc po którymś z kolei to co dotąd zachwycało, zaczyna być zwyczajne. To największy minus serialu – budowanie odcinków w ten sam sposób, powtórzenia. Mimo to tytuł godny uwagi, ma coś w sobie. Ale za drugi sezon zabiorę się pewnie dopiero, gdy nie będzie nic innego do oglądania.

środa, 24 maja 2017

Aleksander Dumas: "Hrabia Monte Christo"

Autor: Beata Szy dnia 17:44:00 2 komentarze

Aleksander Dumas
"Hrabia Monte Christo"
ebook


Pierwsza książka, jaką przeczytałam na czytniku to „Hrabia Monte Christo”. Postanowiłam zacząć od klasyki, bo jest jeszcze wiele tytułów, których aż wstyd nie znać i trzeba je nadrobić. Powieść Dumasa poruszyła mnie, mimo że zwykle mam problem z klasykami: nudzi mnie ich przebrzmiały już język i nieprzystające do współczesności konwenanse. Jednak ta historia ma coś w sobie.

Powieść podzielić na dwie odrębne historie. Jedna to opowieść o młodym, szczęśliwym mężczyźnie. Edward lada dzień ma brać ślub, jest do szaleństwa zakochany, wróży mu się dużą karierę na statku, a oprócz tego opiekuje się starszym ojcem. To wszystko jednak zostaje zburzone wskutek intrygi jego rywali. Edmund na wiele lat traci wolność, zostaje niesłusznie zamknięty w więzieniu, a jego osoba jest tak niewygodna dla paru osób, że nie ma szans by się wybronić. To moja ulubiona partia książki – opowieść o wielkiej przyjaźni, jaka narodzi się między Edwardem a więźniem z sąsiedniej celi, oszalałym księdzem.

Druga część książki to świat intrygującego hrabia Monte Christo, człowieka który zdaje się mieć wszystko. Tym przydomkiem okrasza się Edward, kiedy podstępem w końcu ucieka z niewoli i uzyskuje ogromne bogactwo. Edward miał wiele lat na zaplanowanie zemsty, ukaranie ludzi, którzy wyrządzili mu krzywdę. Fakt, że ukochana kobieta nie zaczekała na niego, a ojciec umarł z głodu, tylko potęguje jego żal i wściekłość. Jego plan zemsty będzie misterny, dopracowany w najmniejszych szczegółach. Krok po kroku będzie go realizował, by w finale zademonstrować ogrom swoich możliwości. To posępne oblicze człowieka, który stracił wszystko i jedynym, co trzyma go przy życiu, jest chęć rewanżu, nie ma nic wspólnego z Edwardem, jakiego znaliśmy wcześniej. Niewola zmieniła jego twarz i głos – dawni znajomi nie są w stanie w nim rozpoznać Edwarda, czasem on sam nie wierzy, że był kiedyś tamtym młodym człowiekiem.

Książkę polecam i pewnie niebawem sięgnę po kontynuację.

niedziela, 21 maja 2017

"Jessica Jones", serial, sezon 1

Autor: Beata Szy dnia 15:53:00 0 komentarze

"Jessica Jones", serial, sezon 1

Kolejnym serialem, który bardzo mnie zaskoczył i chciałabym go polecić jest Jessica Jones. Postać z Marvelowskich komiksów, wreszcie kobieta grająca główne skrzypce i to w dodatku całkowicie odmienna od tych, jakie zazwyczaj spotykamy w produkcjach tego typu. Jessica jest postacią mroczną, neurotyczną – pije ogromne ilości alkoholu, ma niewyparzony język, nie dba o swoje zdrowie, sypia z kim popadnie i trudni się jako prywatny detektyw, co sprowadza się do przyłapywania niewiernych partnerów na gorącym uczynku. Jessica nie dba o to, jak postrzegają ja inni, pędzi raczej samotnicze życie, choć jest kilka osób dla których zrobiłaby wszystko. Raczej nie lubi przyznawać się do swoich uczuć, udaje zimną i nieczułą. Ma też supermoce – jest bystra, niezwykle silna i… lata, choć to raczej namiastka tego, co potrafi np. Superman :)

Serial rozpędza się bardzo powoli i początkowo, dla osoby która komiksu nie zna, większość wydarzeń bywa niejasna. Na szczęście stopniowo dzięki retrospekcjom poznajemy przeszłość bohaterki i poszczególne trybiki zaczynają się zazębiać. Najważniejsze postacie tego sezonu to oprócz samej Jessici m.in. jej najlepsza przyjaciółka Trish, Luke Cage czyli kolejny metaczłowiek obdarzony nadnaturaną mocą oraz czarny charakter… Kilgrave. Dawno nie spotkałam się z tak fascynującym bohaterem, istnym wcieleniem zła. Kilgrave wpływa na ludkzie umysły – potrafi zmusić swoją ofiarę do wszystkiego, w tym do samobójstwa. Jest absolutnie fenomenalną postacią, bezbłędnie zagraną. Ma się wrażenie, że jego siłę perswazji odczuwamy nawet przez szklany ekran. Przez jakiś czas Jessica była pod jego wpływem, ale udało jej się uciec. Teraz Kilgrave wraca, zarzucając sidła na jej bliskich. Ta chorobliwa zależność, jaka rodzi się między nimi, staje się najważniejszym tematem tego serialu. Świetnie się to ogląda. A obserwowanie, do czego zdolny jest Kilgrave, zapiera dech. Zdarzało mi się krzyczeć: o nie, o nie!, gdy oglądałam niektóre ze scen. Porażają zwłaszcza te, gdy mężczyzna zostaje schwytany, i wydaje się, że wszystko już będzie dobrze, że bohaterowie mają go pod kontrolą. Tymczasem jak to w kinie akcji bywa, nic bardziej mylnego…





Przyjemny serial, któremu trzeba dać szansę – wciąga dopiero po kilku odcinkach. Świetna, pełnokrwista główna bohaterka, której nie da się nie lubić, mimo że jest ciężka w obyciu. Doskonałe role aktorskie i sceny mrożące krew w żyłach. Jest tu dużo brutalności i erotyki, więc serial zdecydowanie nie dla wszystkich. Na mnie zrobił duże wrażenie.

A, i mały smaczek dla fanów „Daredevila”. Akcja obu serii dzieje się w tym samym czasie, w tym samym mieście, w tym samym uniwersum, co daje ciekawe możliwości. Jessica poznaje lekarkę, którą dobrze znamy z serialu o niewidomym superbohaterze. Claire nawet proponuje pomoc swojego zamaskowanego przyjaciela, ale Jessica ja odrzuca. Woli działać w pojedynkę. Czuje, że to ona jest winna śmierci kolejnych ofiar Kilgrave’a i tylko ona może się mu przeciwstawić…

niedziela, 30 kwietnia 2017

Philips Lumea Prestige - 2 miesiące testów

Autor: Beata Szy dnia 12:05:00 1 komentarze
Mało piszę, ale tym razem notka, która musi się pojawić z konieczności. Chciałam o tym urządzeniu napisać później, gdy już będę pewna efektów, ale gonią mnie terminy w pewnej kampanii, zatem przedstawię Wam po krótce… 

Philips Lumea Prestige

I trochę teorii od producenta:

Urządzenie wykorzystuje innowacyjną technologię intensywnego światła pulsacyjnego (IPL), opartą na metodach stosowanych dotąd w profesjonalnych salonach kosmetycznych. Philips we współpracy z dermatologami dostosował tę metodę do skutecznego i w pełni bezpiecznego stosowania w domu.
 
Lumea kieruje impulsy światła do cebulek włosów, w rezultacie czego włosy w naturalny sposób wypadają, a proces ich odrastania zostaje zahamowany. Prosty i delikatny zabieg zapobiega odrastaniu włosków, zapewniając piękną i gładką skórę na długo. Czas między zabiegami może się różnić w zależności od indywidualnego tempa wzrostu włosów.


Idealne dopasowanie dzięki nasadkom: Nowe modele Lumea Prestige posiadają unikalne, specjalnie wyprofilowane nasadki stworzone tak, by uzyskać optymalne efekty na wszystkich obszarach ciała (nogi, pachy, bikini, twarz). Nasadki różnią się kształtem, rozmiarem okienek i filtrami.

Wygoda użytkowania: Lumea Prestige działa zarówno bezprzewodowo na zasilaniu akumulatorowym, jak i po podłączeniu do kabla sieciowego. Prawidłowo przeprowadzone zabiegi IPL z użyciem urządzenia Philips Lumea są bezpieczne i bezbolesne. Lumea Prestige posiada lampę o wysokiej wydajności ponad 250 000 błysków, co zapewnia nawet do 20 lat użytkowania przez jedną osobę. Co ważne, lampy nie trzeba wymieniać, stąd nie musisz martwić się o dodatkowe koszty użytkowania.


Co ja o tym sądzę?

Używam tego urządzenia w ramach kampanii na portalu TRND od ok. 2 miesięcy, w tym czasie wykonałam 3 zabiegi (czwarty będzie dziś lub jutro). Trochę już mogę powiedzieć, ale uważam że to jednak za krótki okres by w pełni zrecenzować ten depilator.




Plusy!

Urządzenie jest bardzo proste, intuicyjne w obsłudze. Ma fajny wygląd i dobrze leży w dłoni, nie jest też zbyt ciężkie. Instrukcja obsługi tłumaczy wszystko, warto się z nią zapoznać przed przystąpieniem do depilacji. Do modelu dołączone są nasadki przeznaczone do konkretnych miejsc np. twarz, pachy, bikini, nogi. Możemy regulować moc urządzenia w skali 1-5, w zależności od ubarwienia skóry i własnego komfortu. Czy depilacja jest bezbolesna? Podczas używania Philips Lumea Prestige można odczuć coś jak uszczypnięcie, lekkie oparzenie, ale jeśli odczuwamy dyskomfort warto zmniejszyć moc i nie powinno być problemów. Błyski są silne, ale producent zapewnia że urządzenie jest bezpieczne dla oczu. Urządzenie ma ładowarkę, więc nie musi być podłączone do prądu, gdy wykonujemy zabieg. Fajnym elementem jest bezpłatna aplikacja, która przypomina o kolejnych zabiegach, a te na początku są bardzo oddalone w czasie (co 2 tyg.).




Minusy?

Przede wszystkim cena – urządzenie kosztuje ok 2 tys zł.

Trudno po 2 miesiącach zobaczyć efekty, to za wcześnie, i t właśnie największy minus. Niby stosuję, wszystko zgodnie z instrukcja, a póki co efekty, jeśli w ogóle, w moim przypadku są śladowe. Będę testować urządzenie jeszcze kilka miesięcy, więc zaktualizuję wtedy wpis, powiem coś więcej. Może pojawiły się niewielkie obszary, gdzie włoski odrastają wolniej, ale nie jestem pewna, czy to rzeczywiście to, czy po prostu tak mi się wydaje – stosowałam wcześniej zwykły depilator, który dawał lepsze efekty niż maszynka, więc trudno mi to teraz ocenić. Aby stosować to urządzenie trzeba niestety przejść na maszynkę – przed zabiegiem włoski muszą być ogolone, a z uwagi że urządzenie działa na cebulki, stosowanie zwykłego depilatora mija się z celem. Trudno mi więc póki co wydać jednoznaczną opinię.

Wciąż mam nadzieję, że to naprawdę działa!

Wpis zaktualizuję za jakiś czas, gdy będę mogła powiedzieć coś więcej.


poniedziałek, 20 marca 2017

"Logan. Wolverine", "Piękna i Bestia"

Autor: Beata Szy dnia 11:23:00 1 komentarze


Raczej nie recenzuję filmów, ale spędziłam bardzo kinowy weekend i chciałabym choć w paru słowach podzielić się z Wami wrażeniami. Kilka moich krótkich przemyśleń na temat dwóch obrazów, które oczywiście polecam.


"Logan. Wolverine", film

W sobotę wybraliśmy się do kina na „Logan. Wolverine”. Film znacznie odbiega od tego, co z X-Menami może się kojarzyć, ale jednocześnie jak dla mnie jest naprawdę dobry. To takie zupełnie inne spojrzenie na uniwersum – z nostalgią, surowością, prostotą. Coś się kończy, oglądając ten film cały czas mamy takie poczucie. Wolverine, jedna z najtragiczniejszych postaci tej serii, traci dawny wigor i siłę. To starzejący się pan, zmęczony życiem, dorabiający sobie jako kierowca. Logan, choć nieśmiertelny, odczuwa upływający czas: rany goją się coraz wolniej, coś truje go od środka, jest zgorzkniały i prowadzi samotnicze życie bez nadziei. Umiera, jak podsumuje to Laura. Mutanci przegrali walkę z ludźmi, ukrywają się, pozostała ich garstka. Najpotężniejszy z nich, Charles, to walczący z demencją staruszek, który nie kontroluje już swoich mocy – stanowi zagrożenie i musi się ukrywać. Do tego smutnego, wygasającego świata wkrada się jednak promyk nadziei w postaci małej Laury – dziewczynki, która z Loganem ma więcej wspólnego, niż można by przypuszczać. Jej gra jest fenomenalna. 



„Logan. Wolverine” to film bardzo brutalny, gdzie bohaterowie w końcu nie muszą się patyczkować, nie stronią od wulgarnego języka, a krew leje się tu strumieniami w widowiskowy sposób. Gorzki, ostry, a przy tym wzruszający. Pełen przemyśleń, pytań bez odpowiedzi, surowych obrazów. Wolę taką odsłonę – postacie z krwi i kości, do bólu prawdziwe, pełne cierpienia. Wydają się nam przez to bliższe, realniejsze, dojrzałe. Brak scen po napisach końcowych zostawia nas z poczuciem, że to koniec pewnej ery, że coś się zmieniło. Bardzo ciekawe jest też nawiązanie do komiksów Marvela, które wpadają w ręce Logana – przeglądając je twierdzi, że to wszystko kłamstwa, że większość z tych scen nigdy nie miała miejsca, a reszta wyglądała całkiem inaczej. Błogosławiony Eden, którego szukają bohaterowie, też może być tylko wymyśloną mrzonką. Film pełen jest kluczowych scen, które nadają inny wymiar temu, co dotąd sądziliśmy o X-Menach.


"Piękna i Bestia", film
 
W niedzielę za to zmiana o 180 stopni – „Piękna i Bestia” z Emmą Watson w roli głównej. Uwielbiam wszystkie bajki Disney’a o księżniczkach, nieważne ile mam lat, więc jak mogłabym się nie wybrać? Na początku trochę się zdziwiłam, bo zwiastun w żaden sposób nie zdradzał, że w sumie jest to trochę taki… musical. A ja za bardzo piosenek na ekranie nie lubię… Ale mimo wszystko wczułam się w klimat, a kilka z nich było naprawdę ładnych. Film dosyć wiernie odwzorowuje historię, która znamy z animowanej wersji. Rozwinięto go jedynie o wątek matki Belli i wytłumaczono jak to możliwe, że zamek Bestii przez tyle lat ukryty był w zapomnieniu.


Muzyka, kostiumy, wnętrze zamku, i oczywiście sama postać Bestii – wszystko to oddano bardzo wiernie, drobiazgowo, także film „zjada się” oczami, bo jest naprawdę piękny. Ma też zabawne momenty, a Bestia bywa urocza i w sumie fakt, że Bella mogła ją pokochać, nie wydaje się niczym dziwnym. Scena, kiedy Bella i Bestia robią sobie małą randkę i tańczą w zamku jest po prostu przepiękna. W końcowych zaś scenach, gdy klątwa zostaje przełamana, a książę odzyskuje swój dawny wygląd, dzieje się coś dziwnego – właściwie tęsknimy za poprzednim wcieleniem, i chyba tak powinno być. Sama Bella podczas balu przygląda się swojemu wybrankowi i napomyka, że mógłby zapuścić brodę. Kilka słów uwagi należy się też postaci Gastona – naprawdę dobrze zagrana, mi jakoś tak nieodzownie kojarzył się z brutalnym piratem, który musi postawić na swoim. Na „Piękną i Bestię” czekało się bardzo długo, czy jestem zadowolona? Ogólnie jestem na tak, choć nie wiem dlaczego wciąż mam takie poczucie, że liczyłam na coś więcej. Mimo wszystko – bardzo lubię filmowe wersje bajek, a Wy?

piątek, 17 marca 2017

"Sense8", serial, sezon 1

Autor: Beata Szy dnia 16:02:00 1 komentarze


"Sense8", serial, sezon 1
To niesamowite jak opinia o serialu może się zmienić w trakcie oglądania kolejnych odcinków. Przez pierwsze trzy odcinki „Sense8” zastanawiałam się czy sobie nie odpuścić i nie przerwać, ale staram się być wyrozumiała i jak coś zacznę, serial musi być naprawdę zły, bym go odłożyła. A później – przełom nastąpił właśnie gdzieś przy czwartym odcinku. Jakie to jest dobre. Jaki to świetny serial. Jaki inny, niesamowity, zupełnie nowa jakość.

Historia opowiada o ośmiu osobach z różnych zakątków świata, połączonych w nadzwyczajny sposób. Bohaterowie potrafią przenosić się między kontynentami, rozmawiać ze sobą tak, jakby znajdowali się w tym samym miejscu, mimo że dzielą ich kilometry. To coś więcej niż zamienianie się ciałami, odczuwanie tego samego, choć i to przydarza się naszym bohaterom. „Sense 8” pokazuje osiem dusz zamkniętych w jednej jaźni, jedną dusze rozbitą na osiem ciał, wreszcie tyleż ciał stających się momentami jednym. Oglądanie tego zapiera dech. To jak jedna rozmowa może rozgrywać się w dwóch, trzech miejscach równolegle sprawia, że można tylko przecierać oczy ze zdumienia. Oglądaliście film „Atlas chmur”? To tylko namiastka…

Policjant – wzór cnót. Buntownicza DJ-ka. Pokorna, wierząca Hinduska. Bezkompromisowy, przystojny rabuś. Afrykańczyk o złotym sercu. Aktor – homoseksualista. Lesbijka, która urodziła się w ciele chłopca. Business-woman obyta w sztukach walki. Będą dla siebie oparciem, jakiego można tylko pozazdrościć. Mam ciarki kiedy myślę o wszystkich tych scenach, które w normalnym świecie nigdy nie będą miały miejsca.


Zimna Islandia, piękne Indie, uboga Afryka, pełne niebezpieczeństwa Niemcy, kolorowy Meksyk… I tak dalej, i tak dalej. Splot różnych charakterów, miejsc, wydarzeń, kultur, tradycji. Każdy bohater ma swoją historię, ale wszystkie one zaczynają być do siebie podobne. Minie trochę czasu nim zaczniemy z tego pozornego chaosu wyłaniać spójną całość. Uwielbiam ich wszystkich i bardzo żałuję, że na sezon drugi muszę czekać aż do maja. Póki co Netflix zafundował małą namiastkę, dwugodzinny odcinek który jest wstępem do kolejnego sezonu. I tam niespodzianka, rolę jednego z bohaterów zaczyna grać inny aktor. Przyznaję że trochę zbiło mnie to z tropu i nie było zbyt przyjemne, ale sposób w jaki nawiązuje się do tej zamiany jest dosyć zaskakujący i niespotykany w tego typu produkcjach.

Lubię gdy w serialach pojawiają się aktorzy, których znam z innych produkcji. Tutaj mamy Jonasa, który jest kimś w rodzaju mentora grupy, tłumaczy im istotę działania tej zależności. Znamy go z serialu „Lost” – równie zagadkowego, pełnego niespodziewanych przypadków. Nieprzypadkowe nawiązanie.




Podoba mi się. Serial jest czymś nowym, świeżym. Może dla wielbicieli dynamicznej akcji wydawać się zbyt nudny, choć także ma swoje momenty. Dotyka bardziej psychiki, życia wewnętrznego, emocji które mogą ogarniać kilka osób jednocześnie. Serial Wachowskich, więc nastawcie się na sceny kontrowersyjne, manifestację seksualności i inności. Ale wszystko to opakowane jest w piękny sposób.

Ah i… Po tym serialu mam nowy obiekt westchnień. Wolfgang!

czwartek, 2 marca 2017

Żeby wygrać, trzeba grać... :)

Autor: Beata Szy dnia 13:48:00 3 komentarze
Długo nosiłam się ze zmianą tematyki bloga, tzn. wzbogaceniem jej o nowe elementy. Nie zliczę, o ilu przeczytanych książkach nawet nie wspomniałam w ciągu ostatnich miesięcy, ile seriali pochłonęłam - a czasem aż trudno przypomnieć mi sobie ich tytuły, i jakie nowe pasje mnie wciągnęły. Nie sądzę, że to kiedyś nadrobię, choć kto wie. Spędzam przed komputerem tyle godzin w pracy - i to przed dwoma monitorami naraz - że powtarzanie tego w domu, ślęczenie przed komputerem totalnie mija się dla mnie z celem. Jestem jak wyzuyta ze wszystkiego, jedyne na co mam ochotę to położyć się i odpocząć - to straszne, ale póki co, i wydaje się że szybko się to nie zmieni, moja praca potrafi wycisnąć ze mnie całą energię. Rzadko trafiam na coś, co potrafi dać mi zastrzyk i na chwilę przywrócić dawne samopoczucie. Oczywiście można mówić, że jeżeli coś jest trudne, po co w to brnąć, ale żeby żyć, trzeba zarabiać... No mniejsza z tym.

Wspomniałam ostatnio o panelach z ankietami, które obok brania udziału w różnych kampaniach, dają mi jakiś fajny zastrzyk motywacji i adrenaliny. Trzecią taką sprawą są... konkursy. Bo tak proszę państwa, żeby wygrać, trzeba grać, jak głosi tytuł dzisiejszej notki. I ja mniej więcej tak w listopadzie zeszłego roku dołączyłam do zacnego grona graczy. Oczywiście, gdzieś na tym niższym progu, bo nie mówię tu o atrakcjach typu Lotto czy innych konkursach, gdzie mowa o naprawdę dużych wygranych, ale o takich małych konkursikach, dostępnych dla każdego szaraczka, gdzie zwykle nie trzeba robić nic wielkiego poza napisaniem paru zdań albo polubieniem paru profili :)

Oczywiście robię to gdzieś pomiędzy obowiązkami, więc nie wykorzystuję w pełni potencjału, który takie konkursy dają - znam osoby, które wygrywają coś po parę razy w tygodniu i są to naprawdę fajne, wartościowe nagrody. U mnie bywa różnie, ale przyznam, że każda, nawet najmniejsza drobnostka jakoś tak cieszy. Uczucie rozpakowywania paczki jest jedyne w swoim rodzaju. Poza tym lubię przekazywać nagrody dalej, dzielić się nimi z bliskimi. Od dłuższego czasu robiłam fotki tego, co do mnie przychodziło z myślą, że kiedyś poopowiadam o tym na blogu, ale kupka rosła, a ja nie miałam czasu na pisanie... Dlatego w końcu zebrałam wszystko i może się wydawać, że to jakiś nieprawdopdoobny wysyp, ale tak naprawdę wystarczy od czasu do czasu wziąć w czymś udział, by przez parę miesięcy zebrać np. takie trofea :)

Świąteczna loteria z Tyskie. Zestaw poleciał do mojego brata, gdy odwiedzałam rodzinkę na święta.


Kawa za Marzenie z Jacobs. Nie udało się wygrać głównej nagrody, jaką było spełnienie marzenia, ale nagrody pocieszenia też były niczego sobie :)



Konkurs z bloga, szampon i odżywka właśnie mi się kończą, a szkoda. Nagroda była naprawdę świetna - kosmetyki zapakowane w cudne pudełko. Elegancko, z klasą.  Uwielbiam takie niespodzianki.


Rzadko biorę udział w konkursach, gdzie do wygrania są książki, bo staram się ich już nie kolekcjonować - z braku miejsca.. Przerzuciłam się na czytnik - o tym jeszcze będę pisać. Ale czasem coś się zdatzy, jak ta książka od Radio Wawa.


 Malutka gąbeczka do twarzy z glinką :)


Bon na stronkę Super Prezenty - niedługo chyba wykorzystam w końcu :)

Zestaw kosmetyków z konkursu na Fb od Uzdrowisko Ciechocinek - bardzo fajny :)

Komin z Lays - konkurs chyba wciąż jeszcze trwa, a to nagroda II stopnia. Zima co prawda się kończy, ale szalik jest naprawde dobrej jakości oi posłuży mi za rok, jestem pewna :)


Wkrótce pojawi się kolejny podobny wpis, gdyż mam jeszcze kilka zdjęć nagród w zanadrzu. Nie mam tu na celu robienia komuś przykrości czy przesadnego chwalenia się, ale po prostu chciałam Wam pokazać, że to naprawdę nic trudnego, a ludzie faktycznie wygrywają. Sama kiedyś w to raczej powątpiewałam.

A może sami jesteście konkursowymi wyjadaczami i macie na swoim koncie jakieś fajne wygrane konkursy? Pochwalcie się w komentarzach :)

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon