środa, 30 stycznia 2019

"Nieznane życie lodowców" Bjorn Roar Vassnes

Autor: Beata Szy dnia 14:48:00 0 komentarze



„Nieznane życie lodowców” to książka która tytułem w pierwszym skojarzeniu przypomniała mi książki typu „Sekretne życie drzew”, „Duchowe życie zwierząt” itp. Przyroda, która nie ma głosu, w publikacjach tego typu w końcu go otrzymuje, a my możemy dowiedzieć się więcej o tych tajemniczych istotach i zjawiskach, o naturze która nas otacza.

Bjorn Roar Vassnes jest jednym z czołowych norweskich dziennikarzy naukowych i autorem książek o tematyce popularnonaukowej. W swojej książce stara się odkryć tajemnice najmroźniejszych zakamarków naszej planety. Śnieg i lód pokrywają aż 10 procent powierzchni Ziemi. Mimo, że trudno sobie to wyobrazić, lód z odległej Arktyki i Antarktydy ma ogromny wpływ na warunki życia każdego z nas, gdziekolwiek mieszkamy. Dużo z badań i doświadczeń, które opisuje autor, dotyczy krajów skandynawskich, ale nie tylko. Autor zwraca uwagę na światowe publikacje i obserwacje, przywołując zjawiska z różnych części naszej planety i zwracając uwagę na niuanse i powiązania, z których do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Temat globalnego ocieplenia i tego, co może czekać naszą planetę, jeżeli nie zaczniemy o nią dbać, jest coraz popularniejszy i to właśnie pierwszy, maleńki krok ku lepszemu. Autor w swojej książce opisuje wszystko raczej prostym językiem, bardzo streszcza różne artykuły, kolejne rozdziały są bardzo krótkie. Mam wrażenie, że jego książka to dopiero pierwsze zarysowanie tematu, to taki wstęp do poszukiwania informacji w kolejnych publikacjach tego typu. Może po nią sięgnąć zarówno kompletny laik, jak ja, czy też osoba zainteresowana tematyką, w celu uszeregowania swojej wiedzy.

Myślę, że książka zrobiłaby na mnie większe wrażenie, gdyby była ilustrowana – tak ją sobie w pierwszej chwili wyobrażałam, jako taką bogatą w treść i zdjęcia publikację popularnonaukową. Brak mi tego tutaj, myślę że odbiór byłby wtedy zdecydowanie lepszy. Ta książkowa nowość na pewno porusza ważne tematy, autor daje ciekawe przykłady z życia, odnosi się do wielu badań i zjawisk. Nie wciągnęła mnie jednak tak totalnie od deski do deski, momentami jest nudna. Zainteresować czytelnika takim tematem to sztuka, autorowi trochę tego zabrakło.

Śmierć Komandora cz. 2., Haruki Murakami

Autor: Beata Szy dnia 11:19:00 0 komentarze


W pierwszym tomie „”Śmierci Komandora” Murakamiego klimat był wręcz gęsty od niewyjaśnionych zjawisk, zagadek, powieść obfitowała w momenty przyprawiające o dreszcze, pojawiło się tez wiele zagadkowych postaci. Po drugim tomie oczekiwałam przede wszystkim jeszcze większej ilości tajemnic, oraz wyjaśnienia wszystkich zasugerowanych wcześniej zjawisk. Czy się doczekałam? O tym za chwilę.

Samotny malarz po raz pierwszy maluje kobiecy portret, jego modelką jest trzynastoletnia, małomówna dziewczynka, przypominająca mu zmarłą siostrę. Nie bez znaczenia jest fakt, że jego niecodzienny, zamożny sąsiad podejrzewa, że jest ojcem dziewczynki i poprzez różne działania uskutecznił najpierw sam pomysł portretowania, a potem doprowadził do osobistego poznania się z dziewczynką. Malarz czuje się trochę jak pionek w wielkiej rozgrywce, utkanej wcześniej przez Menshikiego.

W drugiej części powieści większą rolę odgrywa ten drugi, nieznany świat, do którego wrotami jest tunel nieopodal domu, w którym tymczasowo mieszka malarz. Otworzenie tunelu spowodowało serię przedziwnych zdarzeń, uwolniło też ideę pod postacią Komandora, teraz okazuje się że jest to pewnego rodzaju przejście, łączące dwa światy. Szkoda tylko, że temat ten potraktowany jest dosyć pobieżnie i w rezultacie całe rozwiązanie historii nie satysfakcjonuje tak bardzo. Murakami, jak to on, wprowadził do powieści wiele tajemniczości, każde nawet najbardziej trywialne zdarzenie zdawało się mieć drugie dno, a ostatecznie całość jest dosyć prosta, zakończenie nie trzyma w napięciu tak, jak powinno.

Lubię styl Murakamiego, jakąkolwiek jego książkę czytałoby się, od razu można wychwycić charakterystyczny styl pisania, proste zdania, podsumowania i powtórzenia, taką szczegółowość w opisywaniu nawet codziennych, rutynowych zachowań. Nie da się czytać wielu jego książek pod rząd, bo wtedy rzeczywiście pojawia się przesyt, ale ciekawie jest od czasu do czasu wrócić do tych książek i dotknąć trochę innej obyczajowości, odmiennej kultury. Może czasem nie rozumiemy bohaterów, ich powolności i zachowawczości w działaniu, ale trzeba pamiętać, że to zupełnie inny świat.

Podsumowując, książka nie wywoła na mnie aż tak wielkiego wrażenia, jak oczekiwałam. Niemniej, cieszę się że poznałam tę historię i mogłam zżyć się z bohaterami. Świat tej powieści, pełen surrealizmu, wchłonął mnie. Uważam, że Murakami ma o wiele lepsze powieści w dorobku, jednak dla fanów jego twórczości będzie to jak zwykle przygoda.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Martina Gebhardt Naturkosmetik - krem do twarzy

Autor: Beata Szy dnia 21:18:00 0 komentarze
Martina Gebhardt Naturkosmetik krem do twarzy - recenzja

Ostatnio w moje ręce trafił różany krem do twarzy marki Martina Gebhardt Naturkosmetik, kosmetyk zupełnie mi nieznany, marka z którą po raz pierwszy miałam styczność, więc z ciekawością zabrałam się do testowania.

Kosmetyk zamknięty jest w małym słoiczku wykonanym z białego szkła. Ma ładny, opływowy kształt. Mój krem jest niewielkich rozmiarów, bo to tylko 15 ml, ale po dwóch tygodniach stosowania mogę już stwierdzić, że jest dosyć wydajny. Produkt ma kremową konsystencję i jasny, kremowy kolor. Jest dosyć treściwy i tłusty, dlatego wystarczy nałożyć na twarz niewielką ilość kosmetyku, by już zyskać zadowalające efekty. Stosuję go tylko na noc, ponieważ krem długo się wchłania, a skóra po jego użyciu jest świecąca i tłusta. Krem wchłania się stopniowo i gdy wstaję rano, mam bardzo gładką skórę twarzy, cera jest wyraźnie rozświetlona. 



Przeznaczony jest dla skóry suchej odwodnionej i wrażliwej, dokładnie takiej jak moja, i stąd właśnie taka konsystencja, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może odpowiadać. Sama lubię stosować kremy o lekkiej formule, ale na noc potrzebuję czegoś bardziej odżywczego i w tej roli sprawdza się świetnie. Jeżeli chodzi o zapach, rzeczywiście już po otwarciu słoiczka czujemy intensywny, różany zapach. Mi kojarzy się on z zasuszonymi różami i szczerze mówiąc średnio go lubię, ale przyzwyczaiłam się do tego, że kosmetyki o naturalnym składzie nie zawsze są miłe dla nosa 😉 Coś za coś. 


A jeśli już o składzie mowa, Rose Cream zawiera w 100 procentach składniki naturalne. Jest bogaty w witaminy i substancje odżywcze. W jego recepturze znajdziemy: oliwę z oliwek, olej słonecznikowy, olej z awokado, lanolinę, olejek z owoców dzikiej róży, masło shea, wosk pszczeli, masło kakaowe, wyciąg z kwiatów róży damasceńskiej, wyciąg z kwiatów hibiskusa, wyciąg z czarnego bzu oraz złoto i srebro. Całkiem tego sporo, prawda? :)

Krem może nie trafi na moją topkę ulubionych kosmetyków, ale na pewno trzeba docenić jego działanie i skład 😊



 #martinagebhardtpolska #naturalnekosmetyki #naturalbeauty #trustedcosmetics


niedziela, 20 stycznia 2019

"Ostatnie Królestwo" Bernard Cornwell

Autor: Beata Szy dnia 17:23:00 0 komentarze


Tematyka podbojów Wikingów jest w modzie już od kilku lat, głównie za sprawą dwóch świetnych seriali: Wikingów i Ostatniego Królestwa. Powieści Bernarda Cornwella, na podstawie których powstał właśnie ten drugi tytuł, w Polsce nigdy nie zostały wydane w całości, ale w tym roku tego zadania podjęło się Wydawnictwo Otwarte i miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Jestem właśnie po lekturze pierwszego tomu i już niecierpliwie czekam na kolejny – a kolejne tomy powieści mają się ukazywać przez cały rok, mniej więcej co miesiąc. 

Akcja pierwszego tomu pt. „Ostatnie Królestwo” dzieje się w IX w., gdy Anglia była podzielona na siedem niezależnych królestw. Wikingowie, czyli po prostu Duńczycy, systematycznie starali się podbić te terytoria. Wydarzenia z książki dzieją się trochę później, niż te znane z serialu „Wikingowie”, ale w powieści pojawiają się znane nam postaci, m.in. synowie samego Ragnara: Ivar Bez Kości i Ubba. Niesamowicie było ich tu spotkać, zwłaszcza że dopiero co skończyłam oglądać piąty sezon serialu, w którym to właśnie synowie przejmują ster. W książce pojawia się też Ragnar, ale jest to zupełnie inny bohater, a imię to było po prostu bardzo popularne wśród Duńczyków. Miałam okazję parę lat temu obejrzeć też pierwszy sezon „Upadłego Królestwa”, a obrazuje on wydarzenia z pierwszych 2 tomów powieści. Moja recenzja serialu znajduje się >>tutaj<<. Fajnie było wrócić do tej historii, przypomnieć ją sobie i zgłębić dzięki niesamowitej wyobraźni pisarza. 

Głównym bohaterem powieści jest Uhtred syn ealdormana Northumbrii, jednego z królestw Anglii. W wyniku podboju Duńczyków cała rodzina Uhtreda ginie, a on sam cudem zostaje ocalony, trafia jednak w niewolę. Chłopak, w akcie dziecinnej odwagi, rzuca się na przywódcę wroga, i to tak rozśmiesza samego Ragnara, że postanawia go wziąć pod swoje skrzydła jako maskotkę. Uhtred czuje rozdarcie, ponieważ powinien nienawidzić swojego wroga, pomścić śmierć bliskich, tymczasem wcale nie jest traktowany jak jeniec. Zaprzyjaźnia się z Wikingami, staje się jednym z nich. Podoba mu się ich swobodny styl życia oraz zamiłowanie do walki. Uhtred z jednej strony czuje się Saksończykiem i wierzy w to, że kiedy dorośnie, zdoła odbić ziemie, należące do niego po ojcu, z drugiej staje się częścią rodziny Duńczyków i kocha Ragnara bardziej niż własnego ojca. Z czasem to rozdarcie będzie się tylko pogłębiać, a znajdując się na polu walki Uhtreda nigdy nie opuści pytanie, czy staje po właściwej stronie, kim tak naprawdę jest, a może nie należy do żadnej ze stron? 

Bardzo polubiłam bohaterów tej książki i sposób prowadzenia akcji. Mimo że Uhtred jest głównym bohaterem i to jemu oddano narrację, każda z przewijających się przez strony powieści postaci ma swój niepowtarzalny charakter i przekonania. Podobały mi się świetne opisy bitew, niezapomniane starcia Anglików i Duńczyków, ich sposoby walki, dedukcji, szukanie forteli, by zaskoczyć wroga. Znane mi z ekranu mury tarczy zagościły na kartach powieści i czytanie o tym, co przeżywali wojownicy stojąc w takim szyku, czekając na sygnał do ataku, dało nowe, świeże spojrzenie na ten spektakularny sposób walki. 

W powieści wielką rolę odgrywa także wiara. Uhtred wychowywał się w katolickiej rodzinie, ale bardzo szybko przyswoił sobie wierzenia Wikingów, zaczął wyznawać boga Odyna i nosić na piersi miecz Thora. Wiele razy zdarzy mu się jeszcze wybierać, do kogo powinien zanosić swoje modły. Zdarzy się czas, gdy opuści brutalnych Duńczyków i powróci na służbę do rodzimego ludu, jednak ascetyzm wiary chrześcijańskiej nigdy nie będzie dla niego atrakcyjny. 

Książkę czyta się jednym tchem, i nie można się przy niej nudzić. Opisy są bardzo barwne i konkretne, a przede wszystkim ukazywane z perspektywy dorastającego, szukającego swojego miejsca chłopaka, dzięki czemu są pełne emocji, wrażliwości i przemyśleń. Dosłownie odczuwamy rozterki Uhtreda na własnej skórze i pragniemy, by wreszcie zaznał spokoju. Ale jego honor i lojalność nie zawsze pozwalają mu pójść ścieżką, jaką miałby ochotę. Czasem obowiązek bierze górę nad sercem. Uhtred nie łamie raz danego słowa, nawet gdy własne pragnienie mówi mu co innego.

Uhtred wierzy w to, że przeznaczenie jest wszystkim. Oddaje swój los w ręce bogów. Wyrasta na walecznego, pewnego siebie mężczyznę, który z jednej strony ma wielkie serce i zrobi wszystko dla ludzi, których kocha, z drugiej wciąż czuje w sobie głód walki i chęć odebrania tego, co prawnie do niego zależy. W pierwszym tomie żegnamy go, gdy ma około 21 lat, wiele jeszcze przed nim. Z wielką ochotą poznam jego dalsze losy i chyba nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się za 2 sezon serialu, by jakoś uprzyjemnić sobie ten czas oczekiwania 😊 

Gorąco polecam Wam książkę. To wydanie jest piękne – ma klimatyczną, twardą okładkę, ładne wklejki z przodu i z tyłu (przedstawiające mapę ówczesnej Anglii i wizerunek samego bohatera). Grzbiet okładki przedstawia fragment czarno-białego szkicu, po skompletowaniu wszystkich tomów ułożą się one w jeden rysunek – to jest po prostu genialny zamysł i bardzo, bardzo chciałabym już zobaczyć jak ta kolekcja będzie prezentowała się na regale :)

Polecam fanom Wikingów, a jest ich przecież co niemiara, a także wszystkim, którzy lubią literaturę przygodową. Jak widać, choć z pozoru wydaje się, że to ciężka, brutalna i męska pozycja, kobiety również mogą świetnie bawić się przy lekturze. Powieść naprawdę jest klimatyczna, wbrew pozorom lekka w odbiorze, kolejne strony znikają w okamgnieniu, nie wiadomo kiedy. Mimo, że porusza wiele trudnych kwestii, bohaterowie miewają swoje rozterki i tragiczne wybory do podjęcia, pojawia się tutaj także humor, a wszystko to razem składa się na naprawdę wciągającą całość :)

poniedziałek, 14 stycznia 2019

"Śmierć Komandora" tom 1, Haruki Murakami

Autor: Beata Szy dnia 12:55:00 0 komentarze


Murakami zagościł u mnie ponownie po dosyć długiej przerwie. Cieszę się, że sięgnęłam po 1 tom „Śmierci Komandora” w momencie, gdy drugi pojawił się już w Polsce, gdyż ta książka kończy się tak, że od razu chce się więcej. 

Kto czytał jakikolwiek tytuł tego japońskiego pisarza, wie mniej więcej czego się spodziewać po lekturze. Jeśli dla kogoś jest to pierwsze spotkanie z pisarzem, szybko wychwyci charakterystyczne cechy jego stylu. Murakami snuje swoje opowieści dosyć prostym językiem, pełnym podsumowań i powtórzeń, jego opisy są dosyć systematyczne, uporządkowane, spisywane trochę jak dziennik: robiłem to i to, później to i tamto. Nie brak też naturalizmu, na przykład przy dosyć przedmiotowym podchodzeniu do seksualności. Trzeba się do tego przyzwyczaić, i dać się ponieść historii. Bo chociaż z jednej strony wydaje się, że w życiu bohaterów Murakamiego niewiele się dzieje, z czasem te niby codzienne, zwykłe czynności składają się na obraz czegoś większego, niesamowitego, wymykającego się z ram racjonalności. Tak jest i tym razem. Ja „połknęłam” tę książkę w jeden weekend. Bo jeżeli przyzwyczaimy się już do japońskiego świata i zachowań bohaterów, które dla nas Europejczyków mogą być momentami dziwne i niezrozumiałe, gdy zatopimy się całkowicie w tym świecie, lektura po prostu nas poniesie, całkowicie zaprzątając nasze myśli. 

Bohaterem książki jest porzucony przez żonę malarz. Mężczyzna zostawia wszystko i udaje się w kilkumiesięczną podróż bez celu, by poukładać sobie życie na nowo, a później zamieszkuje w domu przyjaciela, należącym niegdyś do jego ojca, uznanego malarza. Tam stara się na nowo odnaleźć radość z malowania, którą stracił wykonując nudną pracę portrecisty. Jednak mijają dni i tygodnie, a malarz nie jest w stanie zacząć pracy, wciąż wpatruje się w puste płótna. Pewnego dnia otrzymuje telefon od swojego agenta – dostaje tajemnicze zlecenie na kolejny portret, i to za bardzo wygórowaną stawkę. Bohater decyduje się przyjąć zlecenie, po raz ostatni. Tak nawiązuje znajomość ze swoim zamożnym sąsiadem, panem Menshiki. To przedziwna postać – człowiek o białych włosach, skrywający w sobie wiele sekretów. Czas upływa więc bohaterowi na malowaniu portretu, do którego Menshiki mu pozuje, na prowadzeniu kursów malarstwa, na romansach z dwoma zamężnymi kobietami. Którejś nocy malarza budzi głos odległych dzwonków, powtarza się to wielokrotnie. Szukając źródła tego dźwięku, uruchamia całą lawinę nieprawdopodobnych zdarzeń. 

Książka Murakamiego jest bardzo klimatyczna. Momentami opowieść traci realizm, a czytelnik zaczyna mieć ciarki na plecach, atmosfera gęstnieje. Ten nastrój grozy dosłownie wbił mnie w fotel, dawno żadna książka tak bardzo nie oddziaływała na moją psychikę – może też dlatego, że z natury unikam wszystkiego, co straszne, naprawdę nie lubię się bać. Murakami natomiast za pomocą z pozoru niegroźnych szczegółów, buduje napięcie. Do powieści wkraczają elementy surrealistyczne. Poznajemy też coraz więcej faktów z przeszłości bohaterów, ich historie zdają się posiadać drugie dno i mieć konsekwencje w teraźniejszości. Bardzo lubię to, jak autor splata losy różnych bohaterów pokazując, że nic nie jest przypadkowe. 

Podobają mi się zwłaszcza fragmenty o sztuce malarstwa, o tym jak farny i płótno przemawiają do malarza, jak obraz czasem sam się wydobywa spomiędzy pociągnięć pędzla. Zawsze żałowałam, że nie mam ani trochę talentu w tej dziedzinie, bo to coś niesamowitego, przenosić swoje uczucia na sztalugę. Obok malarstwa mamy również muzykę, kolejny raz bohaterowie zasłuchani są w operę i potrafią pięknie mówić o tym, co wzbudza w nich muzyka. U Murakamiego zwykle pojawiają się też zagadkowe postaci kobiece, dotknięte jakimś piętnem – mamy tutaj wspominaną, zmarłą córkę głównego bohatera oraz dziewczynkę, którą portretuje. Chociaż Murakami portretuje swoich bohaterów dość pobieżnie, więcej ukrywając, niż nam pokazując, to właśnie tam pomiędzy wierszami można najwięcej wyczytać. Stale mnie zaskakuje, jak on to robi. 

Książka urywa się w dosyć ważnym momencie, trudno sobie wyobrazić, że to koniec, ciąg dalszy po prostu jest potrzebny. Na szczęście mam już drugi tom i niedługo się za niego zabiorę, a wtedy będę mogła podsumować tę przedziwną historię. Póki co jestem poruszona lekturą, bardzo na plus.

sobota, 12 stycznia 2019

"Modyfikowany węgiel" Richard Morgan

Autor: Beata Szy dnia 11:03:00 0 komentarze

Na początku zeszłego roku na Netflixie pojawił się bardzo promowany, nowy serial „Modyfikowany węgiel”, wiązano z nim spore nadzieje. Kampania promocyjna była prowadzona z wielkim rozmachem, do tego stopnia że w Warszawie stworzono specjalną ekspozycję Pawilon Altered Carbon, przypominający siedzibę firmy Psychasec, oferującej technologię nieśmiertelności. Pamiętam, że akurat rozchorowałam się w tamten weekend i przeżywałam, że nie mogę tego zobaczyć, co śmieszniejsze, przebywając teraz na zwolnieniu sięgnęłam po książkę „Modyfikowany węgiel”, na której podstawie powstał ten serial. Tak, po roku, ale bardzo dobrze – zdążyłam zapomnieć szczegóły fabuły i była to ciekawa wycieczka pełna wspomnień.

Wracając jeszcze do serialu, okazał się dla wielu rozczarowaniem. Fani twórczości Richarda Morgana mieli żal o to, że pozmieniano nieco fakty, w tym uproszczono samo zakończenie. Na mnie, nie znającej wtedy książki, serial zrobił duże wrażenie swoim wizjonerstwem, niesamowitym światem przyszłości i fabułą, która mnie wciągnęła. Wspominam go miło, więc powrót do świata bohaterów był miłym doznaniem. A że drugi tom tej powieści czeka w domu, niedługo znów tam zajrzę 😉

Nieco o fabule. W dwudziestym szóstym wieku ludzie opuścili Ziemię, zasiedlili inne planety. Znaleźli też sposób na nieśmiertelność – świadomość człowieka można zapisać w stosie, który po jego śmierci przenosi się do nowego ciała, nowej powłoki. Nie wszystkich jednak na to stać. Najpotężniejsi, bogata elita zwana Matami, może sobie zapewnić kilkusetletnie życie. Mają wszystko – powłoki idealne, trzymane w kilku zapasowych kopiach, świat należy do nich. Jest też cała reszta ludzkości, która o wszystko musi walczyć. To na porządku dziennym, że ludzie po śmierci dostają najtańsze ciała, czasem innej płci. W serialu uderzyła mnie taka scena, gdy dziecko otrzymało ciało staruszki. Wiecie, w takich momentach nie trzeba więcej słów. Świadomość tego, co to oznacza, spada na nas z wielką siłą.

Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs zostaje sprowadzony na Ziemię i wynajęty, by rozwikłać sprawę morderstwa. Otrzymuje ciało byłego policjanta, i dopiero po pewnym czasie zdaje sobie sprawę, dlaczego wciąż kręci się wokół niego policjantka Ortega. To powłoka jej ukochanego, którą kobieta opłacała z nadzieją, że po odsiedzeniu wyroku w przechowalni, jej partner znów otrzyma. Między tą dwójką zrodzi się niesamowite uczucie – ciało, które dostał Kovacs reaguje instynktownie, gdy tylko Ortega pojawi się w pobliżu. Ona sama zaczyna czuć sympatię do Emisariusza, a może tylko tak jej się wydaje, może wyobraża sobie, że to jej ukochany? Ten przedziwny trójkąt jest jednym z moich ulubionych wątków w tej powieści. Porusza ciekawie moralne kwestie i pokazuje jak zabawa w nieśmiertelność może skomplikować, zamiast ułatwić, ludzkie życie.


Na pewno największą zaletą książki są bohaterowie. Na początku jest ich tylu, że bywają momenty, w których trudno się połapać. Zwłaszcza, gdy dołożyć do tego możliwość zmiany powłok i przenoszenia stosów, ale im dalej w lekturę, tym przyzwyczajamy się do reguł tej rzeczywistości. Świetna jest też wciągająca akcja i rozwój wypadków, wszystko to po prostu płynie, nie można się nudzić. Dowiadujemy się coraz więcej o świecie przyszłości i jego brudach, bo im więcej człowiek może, tym bardziej z nudów zaczyna przesuwać granicę i dopuszcza się coraz gorszych i ohydniejszych czynów. W serialu rozwinięto jeszcze wątek przeszłości Kovacs’a w Świecie Harlana, tutaj dowiadujemy się na ten temat dosyć mało. Być może coś więcej pojawi się w kolejnych tomach, a może cała ta historia była wymysłem na potrzeby serialu, nie wiem, ale szkoda, bo podobała mi się ta partia w serialu i wniosła takie drugie dno do opowieści. Zresztą, co tu dużo mówić, ja uwielbiam głównego bohatera. To taki typ człowieka ze spluwą, przed którym można drżeć ze strachu. Nawet gdy wpada w pułapkę wiemy, że jest na tyle przebiegły i bystry, że jakoś wykaraska się z tej sytuacji. Czytając, wciąż miałam przed oczami serialowego aktora Joel'a Kinnamana i choć początkowo różne były opinie, on naprawdę pasuje do tej roli. Zimny i pewny siebie, a pod tą maską chowający wulkan emocji. Generalnie to chyba wrócę do tego serialu jeszcze na świeżo i porównam, jak bardzo różni się on od książki. 

Trudno oddać mi wszystkie emocje, jakie niesie ze sobą ta książka. Historia jest bardzo rozbudowana, myślę, że każdy czytelnik wyniesie z niej coś innego, zwróci uwagę na inne aspekty. Ale jedno jest pewne, książka jest niesamowita. To gorzki obraz tego, dokąd prowadzi rozwój technologii i nasza pogoń za pięknem i wiecznym życiem. Obraz brudu, rozkładu i świata, w którym wciąż ludzie dzielą się na tych, którzy mają i mogą wszystko i tych, którzy o każdy kęs muszą walczyć. Świat momentami chory i bezwzględny, trudno sobie wyobrazić, że ktokolwiek chciałby w nim żyć. To, co osiągnęła ludzkość, nie przynosi szczęścia. Problemy pozostają te same, choć ich skala rośnie.

Dla fanów sci-fi, cyber punktu i czarnego kryminału. Dla tych, którzy mają akurat chęć przeczytania czegoś cięższego, przy czym trzeba skupić uwagę podczas lektury. Mimo pesymistycznej wizji świata przyszłości, jaka się tu rysuje, lektura jest świetną rozrywką. Nie nudzi się ani przez chwilę, autor wciąga nas do swojego wykreowanego świata. A potem oddychamy z ulgą, gdy możemy go opuścić. Choć chcemy jeszcze.

wtorek, 8 stycznia 2019

„Pszczelarz z Sindżaru”

Autor: Beata Szy dnia 09:47:00 0 komentarze





Książka „Pszczelarz z Sindżaru” trafiła do mnie przez pomyłkę, ale choć nie jest to w ogóle moja tematyka, postanowiłam bliżej zapoznać się z tą książką, by móc napisać kilka słów. Unikam opowieści o wojnie, bo przeraża mnie jej okrucieństwo i nie jestem w stanie przebrnąć przez taką lekturę. Dunya Mikhail jest irakijską poetką i reporterką, pisze poezję, natomiast wspomniana książka jest jej pierwszą publikacją non-fiction. Autorka zwraca uwagę na problemy panujące w Iraku. Od 2014 roku ISIS terroryzuje mieszkańców – po odmowie przejścia na islam mężczyźni są zabijani, a kobiety porywane i sprzedawane w niewolę. Tytułowy pszczelarz to człowiek, który sprzeciwia się takiemu stanowi rzeczy. Abdullah stara się ratować takie kobiety, zapewnia im schronienie, narażając własne życie.

Książka jest zapisem wspomnień samej autorki, która rozmawia z pszczelarzem i uratowanymi kobietami, głównie przez telefon. Przywołuje ich wypowiedzi, w których praktycznie każde zdanie składa się na obraz okrutnego świata, gdzie człowiek człowiekowi potrafi wyrządzić największą krzywdę. To przejmujące, dramatyczne opisy, to zapis śmierci najbliższych, tortur, egzekucji. Jak wspomniałam, nie czytam takich książek, nie jestem w stanie pojąć tego zła. Ale zgadzam się z tym, że o takich sprawach trzeba mówić, trzeba je naświetlać, bo tylko tak można walczyć z ludzką znieczulicą. Czytając, da się lekko wyczuć dystans autorki, to że w chwili obecnej jest daleko od tych wydarzeń – groźby władz zmusiły ją do wyjazdu z kraju. Jej relacje często są suche, ale w obliczu takiego cierpienia może to czasem jedyny ratunek – skupić się na faktach, nie na bólu.

"Pszczelarz..." powędruje do mojego kolegi, lubiącego reportaże i literaturę faktu, myślę że lektura na pewno go wciągnie. Polecam osobom, którym nie straszne takie tematy, które pragną zwiększyć swoją świadomość i poznać historie ludzi, z całych sił walczących o przetrwanie. 

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon