środa, 4 stycznia 2017

„Fargo", sezon 2, „Pozostawieni”, sezon 1,




„Fargo", sezon 2, serial

O ile pierwszy sezon serialu „Fargo” przykuł moją uwagę i naprawdę zaskoczył mnie w pozytywnym sensie, o tyle o drugim sezonie chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Moja opinia może być odosobniona, bo wiem że jest dobrze oceniany, ale… No właśnie, kilka takich „ale” by się znalazło.

Co ciekawe, akcja sezonu drugiego rozgrywa się przed wydarzeniami z serii pierwszej. Pojawiają się jednak oczywiste nawiązania, jak choćby osoba detektywa Lou Solverson’a, który w pierwszym sezonie dał się poznać jako ojciec policjantki Molly, emeryturę spędzający za ladą lokalnego baru. Był taki moment w S01, że Lou wspominał nietuzinkowe śledztwo pełne trupów, które prowadził lata temu. To właśnie ta historia stała się podwaliną do poprowadzenia kontynuacji serialu.

Może chodzi o to, że nie przepadam za stylistyką lat 70.? Spodnie dzwony, lokówka do włosów i telefony na korbkę? Nie, zdecydowanie wolę seriale, gdzie akcja dzieje się współcześnie, albo sci-fi, gdzie wybiega dziesiątki lat wprzód. Choć fabuła jest ciekawa i rozwija się stopniowo – pozornie niegroźna stłuczka lokalnej fryzjerki wciąga jej rodzinę w porachunki z mafią, a w to wszystko wplątane jest jeszcze UFO… - nie, to zdecydowanie nie mój klimat, nie moja bajka. Jak już zaczęłam, to postanowiłam obejrzeć do końca, ale niektóre odcinki dłużyły mi się niesamowicie, miałam poczucie straconego czasu. Serial w ogóle mnie nie porwał, nie zaangażował, nie zaczarował.

Mimo tego, że obsada jest wyśmienita, koloryt tamtych lat oddany z wielką klasą, fani czarnego humoru, komedii pomyłek i pokręconych twistów będą piać z zachwytu, ja jednak odpadam.

Nie trzeba znać jedynki, by obejrzeć sezon drugi, aczkolwiek obserwowanie odniesień i odnajdowanie poszczególnych smaczków stanowi fajną rozrywkę. Dla mnie jednak to za mało.




„Pozostawieni”, sezon 1, serial

Gdzieś rok-dwa lata temu czytałam książkę Toma Perrotta „Pozostawieni”. Książka stanowi punkt wyjścia dla serialu o tym samym tytule. Serialu, nad którym pracował zarówno autor wspomnianej książki, jak i twórca innego znanego tytułu – serialu „Lost. Zagubieni”. To chyba brzmi obiecująco? 

Serial dla osób, które przedkładają analizę ludzkich uczuć, stadium ludzkiej psychiki nad tempo akcji. Opowiada o świecie po 14 października – tego dnia w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło ok 2 proc. populacji ludzi. Minęły trzy lata i nic nie jest takie, jak dawniej. Większość kogoś straciła – czasem jedną ukochaną osobę, zdarza się, że i całą rodzinę – jak jedna z bohaterek, Nora. Jak żyć obok tego, jak zapomnieć, albo jak stale pamiętać? Każdy próbuje przepracować stratę w inny sposób. Jedni starają się żyć dalej, jak gdyby nigdy nic. Inni dołączają do tajemniczych kultów – wyznawców Weyna, który wyciąga z ludzi ból, albo sekty Winni Pozostali, której członkowie nie mówią, ubierają się na biało i palą, by nie marnować żadnego oddechu. Jak dziwne, nielogiczne, czy wręcz chore mogą wydawać się wybory niektórych członków małego miasteczka Mapelton, to ich sposób na zrozumienie, na upamiętnienie zaginionych, na pójście do przodu.

Na mnie serial działał bardzo sugestywnie. Wbrew pozorom nie ma on na celu rozwikłania zagadki zniknięć, snucia teorii na temat tego co się mogło wydarzyć, szukania ewentualnych rozwiązań. Nie, on skupia się na przysłowiowym „tu i teraz”. Mówi o smutku, bólu i żalu. O utracie, której w różnym stopniu doświadczył każdy. Serial jest bardzo oniryczny, nostalgiczny, choć nie brak w nim mocnych scen.

Już zaczęłam oglądać 2 sezon, a w planach jest też trzeci, finałowy.

niedziela, 1 stycznia 2017

„The Crown”, serial, sezon 1

„The Crown”, serial, sezon 1


Opowieść o Elżbiecie, o tym jak stała się królową Anglii, o blaskach i cieniach życia na dworze, o pierwszych latach jej panowania. Choć opowieść na pewno trochę podkoloryzowano, serial wzbudził we mnie wielki szacunek dla tej silnej kobiety. Choć czytałam już wcześniej opracowania jej biografii, serialowy sposób przedstawienia losów rodziny królewskiej trafił do mnie dużo bardziej. Ludziom często wydaje się, że królowanie to taka sielanka, że można mieszkać w pałacu i robić to, na co ma się ochotę. Jednak prawda jest całkowicie inna. Elżbieta obejmując tron, musiała wyrzec się swojej kobiecości. To żona i matka, która nagle stanęła na czele kościoła i kraju. Dylematy przed jakimi nieraz musiała stawać: rodzina czy państwo?, są naprawdę tragiczne. I choć miała doradców, na początku czuła się zagubiona w nowej roli, czuła się sama, niezrozumiana. Przytłaczająca jest też scena, w której Elżbieta uświadamia sobie niedostatki własnego wykształcenia – nie uczyła się jak inne dzieci, wpajano jej ustawy, uczono konstytucji, dobrych manier, nie otrzymała jednak wykształcenia ogólnego. Stara się to nadrobić. Niejednokrotnie podejmuje decyzje, które przynoszą zawód i niezadowolenie jej rodziny, ale ona wierzy, że postępuje słusznie. Jedną z najpiękniejszych scen jest koronacja – po raz pierwszy w obecności kamer, transmitowana na żywo.
 
Elżbieta nie jest kobietą bez wad, gnębi ją poluźnienie więzi z mężem, niezadowolenie siostry, zazdrość o nią. Ale mimo wszystko, jako królowa, żyje w zgodzie z obowiązkiem, jaki na nią narzucono. 

To serial nie tylko o królowej, ale o całym dworze. Ukazuje frustrację jej męża, Filipa, usuniętego w cień. Dużą rolę odgrywa tutaj starzejący się Winston Churchil. Odcinek, w którym premier jest portretowany, na pewno wielu zapadnie w pamięć. To serial także o siostrze Elżbiety i zakazanej miłości – młoda kobieta jest bliska powtórzenia „błędów” swojego wuja, może zostać wydziedziczona. O miłości córek do człowieka, który wcale nie chciał zostać królem, i którego to brzemię doprowadziło do przedwczesnej śmierci. Serial ma wiele pięknych wątków. Ogląda się go bardzo dobrze, a świadomość, że to wszystko jest realne, tylko podsyca apetyt. 

Przedstawiając losy rodziny królewskiej, zachowano dobry ton i szacunek. Choć sygnalizowane są liczne skandale, ukazano to w najmniej inwazyjny sposób. Za to ogromne gratulacje – serial jest po prostu piękną opowieścią. Nie bazuje na wywołaniu szoku czy skandalu, tylko stara się pokazać, że korona to brzemię, które nie każdy jest w stanie na siebie wziąć.

Claire Foy wypada w swojej roli doskonale.

piątek, 30 grudnia 2016

"The Walking Dead", sezon 7, serial


"The Walking Dead", sezon 7, serial

A właściwie połówka sezonu, bo został on podzielony na dwie, 8-odcinkowe serie, obecnie trwa przerwa, serial wróci na antenę w lutym.

Po widowiskowym, maksymalnie brutalnym finale sezonu 6-tego przez miesiące trwała dyskusja na temat tego, kto zginął z ręki Negana. Wolałam nie śledzić wątków na forach, gdyż chciałam by nowe odcinki mnie zaskoczyły, ale miałam swoje domysły. Fani zastanawiali się, czy serial podąży zgodnie z komiksową wersją, czy też losy bohaterów będą zmierzać w zupełnie inną stronę. Już to wiemy. Pierwszy z nowych odcinków ponownie stanowił „niezłą sieczkę”. Mam wrażenie, że serial próbuje raz za razem przekroczyć kolejne granice, gdyż wcześniej zarzucano mu, że jest mało przerażający, a postacie zombie są kiczowate i śmieszne. Ta brutalność zaczyna mnie przerażać, ale z drugiej strony po jednym krwawym, ostrym odcinku następuje szereg łagodnych, momentami wręcz nudnych. Akcja przyspiesza, by zaraz zwolnić. Mamy więc kolejne opowieści o naszych bohaterach i ich wyborach, myślenie o zemście, dalekie od działania. Jednak lubię w tym serialu takie momenty refleksji, przystanięcie i chwilę na zastanowienie się, dlaczego ludzie obierają taki, a nie inny kurs.

Rick spuszcza z tonu, wielki dowódca zmienia się w posłusznego sługę, który nie ma odwagi wychylić się, sprzeciwić Neganowi. Oglądanie tego jest przygnębiające.

Wielu zachwyca się postacią Negana. Uosabia on w moim mniemaniu zło absolutne, nie ma duszy. Gubernator przy nim to „ciepłe kluchy”. Twórcy póki co nie decydują się na uczłowieczenie tej postaci, nie przedstawiają jego ścieżki, nie mówią w jaki sposób stał się tym, kim jest. Może zrobią to później… Dla mnie jest to kwintesencja zła, i choć są głosy, że właśnie dzięki tej postaci serial odżył i nabrał wyrazu, nie jestem w stanie fascynować się Neganem. Chciałabym, by zniknął.
Serial powoli do tego dąży. Poznajemy nowe obozy, co daje szansę na to, że grupy zbiorą się razem. Alexandria nie musi walczyć sama ze Zbawcami. Część grupy zatrzymuje się na Wzgórzu i stara się przekonać mieszkańców, że muszą walczyć. Istnieje Królestwo, w którym rządzi król Ezekiel. W osadzie Oceanside przetrwały kobiety i dzieci. Wszystkie z tych grup mają zatarg z ludźmi Negana, ale boją się Zbawców, wolą czekać i składać im daninę.

Końcówka jak zwykle melodramatyczna i przywodzi na myśl poprzednie zakończenia. Bohaterowie znów razem, choć nie w komplecie. Każdy sezon niesie ze sobą nowe groby. A jednak grupa nadal istnieje, co daje nadzieję…

Mimo, że serial jest nierówny, i stracił już dawną świeżość, mam do niego sentyment. Nie będę mydlić oczu, że wciąż jest dobry, że zachwyca. Stał się przeciętny, i chyba czas, by się zakończył. Mimo wszystko tak długo śledziłam losy Ricka i jego grupy, że będę z zainteresowaniem czekać na dalsze odcinki.  

sobota, 10 grudnia 2016

Richard Adams: "Wodnikowe Wzgórze"





Richard Adams: "Wodnikowe Wzgórze"
Wydawnictwo Literackie
528 str.



Najtrudniejsze w zaległościach jest to, że im są większe, tym trudniej wrócić. Od kilku tygodni powtarzałam sobie: napiszę coś jutro, napiszę coś w weekend, napisze jak będę miała wolne… A lista tytułów przeczytanych książek i obejrzanych seriali wydłużała się tak, że sama myśl o tym wszystkim znów odbierała mi energię. Trudne to były dni, ale powolutku może uda mi się z tego wyjść. A zacznę oczywiście od zobowiązań, czyli książki recenzyjnej.

„Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa to opowieść o grupie królików, które opuszczają królikarnię w przeczuciu niebezpieczeństwa i poszukują bezpiecznego miejsca, w którym mogłyby osiąść. Mają przy tym po drodze ogrom niesamowitych przygód, czasem niebezpiecznych, innym znów razem zabawnych. Dlaczego w ogóle zabrałam się za książkę o grupie zwierząt, dla których najważniejsze w życiu jest znalezienie króliczek, mogących zapewnić przetrwanie gatunku? Zachęciła mnie nota z okładki mówiąca o tym, że książka uważana jest za jedną z najważniejszych pozycji literatury fantastycznej, a przy tym czerpali z niej Stephen King, J.K. Rowling czy Andrzej Sapkowski. Czytając „Wodnikowe Wzgórza” czujemy, że pobrzmiewają w niej echa „Władcy pierścieni” czy „Opowieści z Narnii”. To książka niezwykła, rozgrywająca się w świecie zwierząt. Bohaterami są właśnie one: króliki, mające własną hierarchię, osąd, a nawet system religijny. Królicze bóstwa? Dlaczego nie. Słuchanie ich opowieści jest jak odczytywanie króliczej Biblii, pełnej przypowieści. To niesamowite doznanie.

Autor włożył wiele trudu w poznanie zwyczajów zwierząt, ich osobliwości i natury. Ale dzięki temu książka wydaje się tak realna i bliska nam, choć przed oczami mamy całkiem niewiarygodną opowieść. Miło było na chwilę zanurzyć się w tym leśnym świecie, gdy na co dzień otacza nas pęd za karierą i nowoczesnością. Książka pozwala się na chwilę zatrzymać i zanurzyć w niezwykłej krainie. A króliki będące głównymi bohaterami tej opowieści, stają się nam bliskie, kibicujemy im, czujemy się za nie odpowiedzialni. Silne charaktery są wielką zaletą tej historii. Mamy tu wielką różnorodność: króliki słabe, podporządkowane i te stworzone do wyższych celów, które chcą przewodzić. Odważne, sprytne i zupełnie wyjątkowe, obdarzone przeczuciami.Długo będę pamiętać mężnego Leszczynka, prowadzącego króliki do celu. W zwierzętach można odnaleźć cechy ludzkie, dostrzec drugie dno opowieści.  Lektura jest gorzką alegorią nas samych.

Czytając, zastanawiałam się do kogo autor kierował swoją książkę. Choć wydawałoby się na pierwszy rzut oka – na co wskazuje piękne wydanie, barwne ilustracje i sama bajkowa tematyka – że mogłaby to być baśń dla dzieci, nie do końca tak jest. Książka opisuje zdarzenia brutalne, króliki również potrafią być okrutne, a ich świat pełen jest czyhających niebezpieczeństw. Jest to więc lektura dla starszych, którzy mogą się rozkoszować niesamowitą wizją autora, jego wiedzą, a także sile fantazji, która stworzyła tak niespotykaną historię. 

piątek, 21 października 2016

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny", wersja ilustrowana

Dziś recenzja trochę nietypowa, bo zdjęciowa. Jestem pewna, że wielu z Was, tak jak i ja z niecierpliwością wyczekiwało tej daty: 21//22 października, premiera książki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko". Wszyscy zastanawiamy się jaka będzie, czy odnajdziemy tam czar poprzednich części Harry'ego, smak dzieciństwa, magii i przygody. Książka trochę błędnie nazywana jest kolejnym tomem, gdyż jest to dzieło całkiem inne, oparte na sztuce, eksperyment. Oczywiście promuje się je nazwiskiem Rowling, ale ile ze stylu pisarki odnajdziemy wewnątrz?

Zanim książka trafi do moich rąk, mam dla Was recenzję pokrewną. Jakiś czas temu zakupiłam pięknie ilustrowane wydanie Harrego Pottera, a obecnie zmierza już do mnie tom drugi - mam nadzieję, że równie piękny.

I co tu dużo mówić - historia znana, tylko w nowej szacie graficznej. Niekoniecznie dla młodszych czytelników, gdyż ilustracje Jima Kay bywają mroczne, nostalgiczne. Bardzo podoba mi się całe wydanie w twardej oprawie, z obwolutą, dobrej jakości papier i bogate ilustracje. Książka jest wydawniczym majstersztykiem i warto ją mieć w swoich zbiorach. Nie będę się rozpisywać, bo przy tym wydaniu najważniejszy jest zmysł wzroku. Mam dla Was kilka zdjęć wnętrza, a zapewniam, że jest tego dużo, dużo więcej :)

Do zdjęć pozowały moje figurki z kolekcji Funko POP :) 





Harry Potter i Kamień Filozoficzny" 
J. K. Rowling
Ilustracje: Jim Kay
Media Rodzina
250 str.

wtorek, 18 października 2016

Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"




Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"
Wydawnictwo Literackie
240 str.



Książka „Jeszcze jeden oddech” Paula Kalanithi jest z rodzaju tych, których się nie ocenia, bo napisało ją życie. Mam problem z takimi tytułami i nieczęsto po nie sięgam – świadomość, że trzymam w rękach autentyczną historię jest równie ekscytująca, co przerażająca; zważywszy że od początku mamy świadomość tragicznego finału opowieści.

Paul był młodym, cenionym neurochirurgiem. Właściwie stał u progu kariery – z sukcesem kończył długoletnią rezydenturę, mam świetne wyniki, opinie, cechowała go wrażliwość i duże doświadczenie; zewsząd napływały interesujące oferty pracy. Ale jego świat wywrócił się do góry nogami gdy z rokującego lekarza zamienił się w cierpiącego pacjenta. Przygniotła go najtragiczniejsza z diagnoz: rak.

Paul jest erudytą, człowiekiem zakochanym w literaturze. Widać to w jego tekście, gdy cytuje poezję z pamięci, gdy zastanawia się nad każdym napisanym zdaniem. Literatura była jego pierwszym powołaniem: zawsze czytał dużo, dzięki swojej mamie, a później zaczął studiować literaturę angielską na Uniwersytecie Stanford. Poszukiwał, stawiał trudne pytania, za pomocą słów chciał zgłębić świat i ludzką istotę, dotrzeć do sedna, poznać tajemnicę śmierci. W pewnym momencie ten środek wyrazu przestał mu wystarczać: jego prace były bardziej naukowe, zainteresowanie biologią dało o sobie znać. Wtedy Paul postawił wszystko na jedną kartę i zmienił ścieżkę rozwoju, skłonił się w stronę medycyny. Ludzki umysł był czymś, co go fascynowało, dlatego wybrał neurochirurgię.

Paul był człowiekiem zdolnym i serdecznym. Choroba najpierw go załamała, a potem dodała mu sił: to dzięki niej zaczął dążyć do spełnienia swojego największego marzenia, napisania książki. Jako pacjent jest postacią bardzo charakterystyczną: sam analizuje reakcje swojego ciała, dyskutuje z lekarzami, podważa ich decyzje, wreszcie daje się prowadzić. Paul chciał żyć, widmo śmierci ciążyło nad nim, odbierało mu to, na co przez tyle lat pracował. Ale choroba pozwoliła też zacieśnić więzi z rodziną, przełamać kryzys, a nawet podjąć decyzję o dziecku. Żona Paula to niesamowita osoba – była przy nim przez cały czas, wspierała jak tylko mogła.

Nie jest to książka, którą chciałabym w jakikolwiek sposób oceniać. Niesie nadzieję, i na pewno jest ważną lekturą dla osób, które zetknęły się ze śmiertelną chorobą. To pozycja wartościowa, zapis ostatnich chwil młodego człowieka, który na własnej skórze musiał doświadczyć tego, co dotąd studiował na papierze i oglądał we własnym gabinecie. Ponadto zainteresowanie literatura daje o sobie znać – Paul pisał świetnie, z wyczuciem, jego język jest bardzo bogaty. Nie doczekał wydania książki, jego historia jest niedokończona, urywa się w pewnym momencie, gdy nie ma już sił, by pisać. Ale tak właśnie musiało być…

Polecam. Przy okazji zamieszczam zdjęcie paczki tuż po rozpakowaniu. Wydawnictwo Literackie mnie zaskoczyło – do egzemplarza recenzenckiego dołączono paczkę chusteczek (to na te wzruszenia) i cudowną zakładkę. Dziękuję! Książka na pewno pozostanie w mojej pamięci na długo.