niedziela, 14 lipca 2019

„Ciemność nad miastem” Adam Christopher

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:57:00 0 komentarze



Serialu „Stranger Things” chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Tytuł, który można oglądać na Netflixie, narobił wielkiego zamieszania już przy pierwszym sezonie, i z każdym kolejnym zdobywa rzesze oddanych fanów. Kampania reklamowa trzeciego sezonu, który wszedł na platformę w lipcu, przybrała taki rozmiar, że trudno znaleźć kogoś, kto nie zetknąłby się z tym tytułem, nie obejrzał chociaż kilku odcinków – sama mam znajomych, którzy dopiero zaczynają. Ale jak poradzić sobie z pustką po obejrzeniu ostatniego odcinka? Jak wypełnić czas oczekiwania na kontynuację? Najlepszym rozwiązaniem będzie sięgnięcie po książkę ze świata serialu: "Ciemność nad miastem" Adama Christophera. 



Książka jest oficjalną powieścią, powstałą za zgodą twórców serialu, ale opowiada zupełnie inną historię. Jej akcja rozpoczyna się w 1984 roku, podczas pierwszych wspólnych świąt Hoopera i Jedenastki – jest to więc czas między drugim a trzecim sezonem. Przyjaciele wyjechali, a ojciec z przybraną córką spędzają czas w domku jego dziadka, gdy wokół szaleje śnieżyca. Nastka znajduje pudełko opisane „Nowy Jork” i zaczyna zadawać mnóstwo pytań o dawne życie Hoopera. Naczelnik policji w Hawkins ulega jej prośbom i zaczyna snuć opowieść o tym, jak po powrocie z Wietnamu osiadł ze swoją żoną i córką w Nowym Jorku i zaczął tam pracę jako detektyw w wydziale zabójstw. Wspomina trudne śledztwo i próbę schwytania seryjnego mordercy. Sprawa jest dosyć brutalna, dlatego Hooper stara się pomijać pewne kwestie, ale z drugiej strony wie, że ma w Nastce wyjątkowego słuchacza, dotkniętego różnymi traumami. 



Opowieść Hoopera pozwala lepiej poznać przeszłość tego bohatera. Znany nam dotąd jako trochę niechlujny i porywczy, ale oddany sprawie policjant o dobrym sercu, złamanym jednak przez los, ukazuje swoje drugie oblicze – wspomina czasy, gdy był szczęśliwy, gdy miał wspaniałą rodzinę i dopiero zaczynał rozwijać swoją karierę. Skupienie się na tej postaci to był strzał w dziesiątkę, zwłaszcza biorąc pod uwagę zakończenie trzeciego sezonu – ale tutaj oczywiście bez spoilerów. Sama historia jest wciągająca jak dobry kryminał, czyta się ją jednym tchem. Może być udaną lekturą także dla osób, które z serialem styczności nie miały, chociaż uważam, że stworzono ją jednak dla fanów, jako taki dodatek, prezent w podziękowaniu za bycie fanem tego niesamowitego świata. 



Nastka i Hooper spędzają cały wieczór na rozmowie i przywoływaniu wspomnień. Policjant co jakiś czas przerywa swoją opowieść i możemy wtedy obserwować ich relację, a to naprawdę piękne – dopiero się siebie uczą, oboje pokrzywdzeni przez los, a już jest między nimi ogromna nić zrozumienia i sympatii. Sam Hooper jest dosyć kontrowersyjną postacią, ale znając jego historię, nie sposób go nie lubić. Życie go nie rozpieszczało, ale on stara się pozostać sobą, po prostu pomagać innym. 



Pochłonęłam tę powieść w dwa dni i Wy również spędzicie z nią parę miłych popołudni, jestem tego pewna. Nie muszę chyba więcej przekonywać, jeśli lubicie „Stranger Things”, to po prostu lektura obowiązkowa. Nie wątpię, że to będzie bestseller.

Zapraszam też na IG: https://www.instagram.com/p/Bz48Om2lWw1/?igshid=18wjid0d6edb4

sobota, 29 czerwca 2019

"Genialne dziewczyny" Vichi de March, Roberta Fulci

Autor: Po drugiej stronie... dnia 16:56:00 0 komentarze


Genialna książka o genialnych dziewczynach - żeby żadna z nas nie bała się marzyć i osiągać swoich celów. Świetna lektura dla młodszych dziewczynek, ale oczywiście nie tylko. Opowieści pisane z pasją, z punktu widzenia każdej z tych zaprezentowanych w książce barwnych postaci. Jeśli szukacie czegoś na prezent dla młodszej siostry, córki czy innej dziewczynki z rodziny, to już macie gotowy, naprawdę wartościowy prezent.

Ale po kolei.

 "Genialne dziewczyny" to 15 historii niezwykłych kobiet, które przyczyniły się do rozwoju nauki, a przede wszystkim nie bały się marzyć, nie bały się pokonywać trudności, nie bały się pójść własną drogą, na przekór temu, co wmawiało im otoczenia. Bo chcieć to móc. Kobiety z różnych okresów historii, każda wspaniała, każda wytrwała w swoich dążeniach. Piętnaście opowieści, każda inna, każda jedyna w swoim rodzaju. Historie pisane przystępnym, alei pasjonującym językiem, z punktu widzenia bohaterek – trochę na kształt pogadanki z dobrą koleżanką, która krok po kroku przedstawia przełomowe wydarzenia ze swojego życia i to jak wpłynęły na jej późniejszą pracę i osiągnięcia. Wszystko to ubrane w przepiękną szatę graficzną – bo książka ta jest naprawdę fantastycznie wydana. Duży, ale wygodny format, twarda okładka, i ilustracje, zresztą sam sposób kompozycji tekstu z grafiką – to wszystko zasługuje również na słowa pochwały. Przeglądając tę książkę naprawdę widać, ile pracy w nią włożono i z jak dobrą, a przede wszystkim pouczającą, pozycją ma się tu do czynienia. 

Walentina Tierieszkowa, dziewczyna która wyruszyła na podbój kosmosu. Tu Youyou, laureatka Nagrody Nobla. Sophie Germain, matematyczka ukrywająca się pod męskim przydomkiem. Maria Sybylla Merian, artystka i przyrodniczka. To tylko niektóre z zaprezentowanych w książce genialnych kobiet. 

Moja ulubiona to oczywiście opowieść o Walentinie, która miłość do skoków spadochronowych przekuła w pragnienie zdobycia kosmosu. Sama uwielbiam myśleć o tym, co znajduje się poza Ziemią, o magicznym świecie, niedostępnym dla większości z nas. Czytanie o radzieckiej kosmonautce, pierwszej kobiecie w kosmosie, było czymś niepowtarzalnym. Zazdroszczę jej, choć to naprawdę okupione wieloma trudnościami i lękami osiągnięcie. 

Wiele z nich stało się wręcz symbolem kobiecej emancypacji. Swoją determinacją i inteligencją, talentem i pracą udowadniały, że kobieta nie jest w niczym gorsza od mężczyzny. Nawet dziś, mimo równouprawnienia, wciąż jeszcze można spotkać się z krzywdzącymi opiniami na temat słabszej płci, wciąż jesteśmy postrzegane trochę inaczej. Ja mam na ten temat dosyć złożone zdanie, nie uważam że kobieta musi za wszelką cenę udowadniać, ile potrafi, że nasza wrażliwość również jest atutem, że to nic złego, gdy czasem zwracamy się o pomoc. Skrajność, w jakąkolwiek stronę, jest zła. Ale ta książka powstała po to, by dodawać odwagi, a to największa wartość.

Myślicie, że ta książka ma szansę stać się bestsellerem?

niedziela, 23 czerwca 2019

"Dzień za dniem" David Levithan

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:47:00 0 komentarze


Odkąd A sięga pamięcią, jego życie sprowadza się do tego, że codziennie budzi się w ciele innej osoby i musi w nim dotrwać do końca dnia. A święcie wierzy, że jest jedyną osobą na świecie obdarzoną taką przypadłością. Myli się jednak. Nie jest sam.
Od zawsze zmagał się z wszechogarniającą go samotnością, teraz dochodzi do tego zrozumienie, do czego mogą prowadzić miłość i samotność - oraz odkrycie, jak to jest, gdy się okazuje, że są jednak inni, tacy sami jak A.

"Dzień za dniem" to trzecia część serii stworzonej przez Davida Levithana. Książki opowiadają historię A – tak sam siebie nazwał – który codziennie budzi się w innym ciele. Wybór ciała jest totalnie przypadkowy -to zawsze nastolatek w jego wieku, różne płci i pochodzenia, zwykle z najbliższej okolicy – w związku z tym każda dalsza podróż powoduje ryzyko, że A nigdy już nie wróci w znane miejsce. Chłopak, bo chociaż budzi się czasem w ciele dziewczyny, czuje jednak że jego płeć jest męska, prowadzi takie trudne życie od zawsze, i wydaje się już pogodzony ze swoim losem, do czasu aż się zakochuje… Poznanie Rhiannon i chęć bycia z nią, niezależnie od tego kim w danej chwili się staje, jest silniejsza niż wszystko inne. Tylko czy taki związek ma w ogóle szanse trwać dłużej? 

Trafiłam na trzeci tom, nie znając dwóch pozostałych, oglądałam tylko film „Każdego dnia” na podstawie pierwszej części i stąd znałam zarys fabuły i niesamowite uczucie, jakie połączyło dwoje młodych ludzi. Nieznajomość poprzednich części zupełnie nie przeszkadza w lekturze, wiele faktów jest tam po prostu przypomnianych, choć oczywiście dla kogoś, kto czytał poprzednie tomy, lektura będzie pewnie jeszcze bogatsza. „Dzień za dniem” zastaje nas w czasie, gdzie A i Rhiannon próbują wieść swoje życia oddzielnie, ale nie bardzo im to wychodzi. Opowieść oddaje też głos innym bohaterom, mającym podobną przypadłość. Niektórzy są do cna źli, jak X, i wykorzystują swoje zdolności przeciwko ludziom, których ciała zasiedlają. Inni starają się żyć normalnie, obarczeni czasem wyrzutami sumienia – gdy zniewalają gospodarza ciała i zostają w nim na długie lata. Pojawia się tu też krótka opowieść, mająca swój finał w zakończeniu książki, która totalnie skradła moje serce. Choćby dla niej warto przeczytać ten tom ;) 

Różnie to bywa z kontynuacjami, ciężko im dorównać wcześniejszym tomom, czasem wydają się pisane zupełnie niepotrzebnie. Opowieść o A i Rhiannon jest jednak inna, pozwala lepiej poznać bohaterów i pokazać co dzieje się, gdy opada kurtyna. Bardzo podobała mi się ta książka, mimo kilku niedociągnięć i słabszych momentów – jak zakończenie wątku X, które dla mnie było zbyt ckliwe. Podoba mi się dojrzałość bohaterów, dylematy przed jakimi zostają postawieni i sposób, w jaki usiłują z nich wybrnąć. Niesamowite jest też uczucie, które łamie wszelkie bariery – naprawdę można kochać kogoś za to, jaki jest, niezależnie kim danego dnia się staje. Jak na powieść młodzieżową, książka nosi w sobie wiele ważnych prawd i sygnalizuje sporo problemów, o których można by długo dyskutować. 


Polecam tym, którzy znają wcześniejsze tomy i tym, którzy zupełnie nie – i tak pochłoniecie ją w okamgnieniu 😊

piątek, 31 maja 2019

Bernard Cornwell: "Śmierć królów"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 15:34:00 1 komentarze


Szósty tom „Wojen Wikingów” bardzo mile mnie zaskoczył. Wydawało mi się, że w którymś momencie odczuję już znużenie – ileż można czytać o jednym bohaterze, który z tomu na tom co prawda wciąż ma pełno nowych przygód, ale miotają nim jednocześnie te same rozterki, mimo upływu czasu i mijających lat. Jednak szósty tom przynosi świeżość i czyta się go naprawdę dobrze, wciąż dobrze. Ta część jest chyba jedną z moich ulubionych – biorąc oczywiście pod uwagę tylko te dotychczasowo wydane, bo nie wiem co jeszcze przede mną. 

Tytuł „Śmierć królów” sugeruje już, że w powieści rozegra się pewien dramat, a jednocześnie będzie to coś, co zbliżało się nieuchronnie. Król Alfred był ukazywany jako postać niejednoznaczna – z jednej strony polegał na Uhtredzie, zgadzał się z jego osądami i podziwiał męstwo na polu walki, z drugiej niejednokrotnie po prostu się nim wysługiwał, nigdy nie honorując odpowiednio. Uczucia Uhtreda wobec króla też były ambiwalentne – czasem po prostu twierdził, że go nienawidzi, a mimo to przysięgał mu wierność i dotrzymywał swojego słowa. Nie da się też pominąć faktu, że z córki króla zrobił sobie kochankę… Czas jednak na podsumowanie tej trudnej relacji, czas na zawieszenie broni. Alfred, mizerny, nękany chorobami, chrześcijański król, jednoczył jednak Anglię, miał bystry umysł i przebiegły plan. Co może stać się, gdy odejdzie? 

Tak jak wspominała, tę część czytałam jednym tchem. Może dlatego, że jest w pewien sposób przełomowa, pokazuje koniec pewnej epoki i początek nowej. Powoli ze świata odchodzą bohaterowie, których znaliśmy tak długo, na ich miejsca przyjdą nowi. Czas nie jest dla nikogo łaskawy, każdy nosi w sobie jakąś stratę. Mam wrażenie, jakbym poznawała tę serię na nowo, powieść tak bardzo różni się od poprzednich. Zmienia się podejście do świata - autor nie skupia się już tak bardzo na konfliktach i bitwach, ale na zażyłościach między bohaterami, na ich doświadczeniach. Uhtred jest już dojrzałym mężczyzną, uspokoił się i wyciszył. Nadal ma w sobie wiele z walecznego wikinga, ale też potrafi myśleć, przewidywać, planować. Stał się sympatyczniejszym bohaterem, wzbudza szacunek, a kiedy wpada w tarapaty - współczucie. Jeszcze wiele przed nim, mamy tego świadomość. I jeszcze wiele przed nami, Czytelnikami tej wciągającej serii 😉

poniedziałek, 13 maja 2019

"Płonące ziemie" Bernard Cornwell

Autor: Po drugiej stronie... dnia 19:14:00 4 komentarze


Jestem właśnie po lekturze piątego tomu „Wojen Wikingów” Bernarda Cornwella, pod tytułem ”Płonące ziemie”. Można by zapytać – ile można czytać o tym samym, ile można recenzować to samo, ale jednak każda z książek autora opowiada oddzielną historię, spleconą dzięki postaci wojowniczego Uhtreda. 

Bohater, który dorastał na naszych oczach, dobiega już czterdziestki, co jak na tamte czasy jest całkiem przyzwoitym wiekiem, zważywszy na ilość walk, jakie stoczył i niebezpieczeństw, które na niego czyhały. Uhtred żyje i ma się dobrze, wiele wyniósł z życiowych doświadczeń, a jednak posiada pewne słabe punkty, przez które wciąż popada w kłopoty. Wojownik wciąż jest na usługach Alfreda, którego wręcz nie znosi, ale raz dane słowo jest dla niego ważniejsze niż osobiste sympatie. Duńczycy zagrażają królestwu Alfreda, do wybrzeży Wessexu przybija osiemdziesiąt okrętów, oddziały pustoszą też okolicę. Wykonując po kolei rozkazy króla, Uhtred rozbija oddział dowodzony przez piękną Skade, kochankę Heralda. Kobieta jest najbardziej tajemniczą postacią tej części opowieści – jest niezwykle piękna, przez co stanowi pokusę i zagrożenie, a do tego jest wieszczką, rzucającą przerażające klątwy. Uhtred, który przeżywa osobisty dramat, łatwo jej ulega. Już w poprzednich tomach dał się poznać jako mężczyzna, nie mogący się oprzeć pięknym, silnym kobietom. To właśnie jego relacje z płcią piękną napędzają historię, dodają smaczku i pokazują, jak silny wojownik może być tak naprawdę słaby i podatny. Co też kobieta potrafi zrobić z mężczyzną. 

Zestawiając wydane dotąd pięć tomów „Wojen wikingów” możemy już powoli cieszyć się pięknym obrazem, jaki tworzy się po zestawieniu wszystkich brzegów książki ze sobą. Wizualnie wygląda to naprawdę fantastycznie, to nowe wydanie zostało dopracowane w każdym najmniejszym punkcie. Poza przydatnymi wklejkami z rycinami map i notą historyczną, brzeg każdego tomu to mój ulubiony ukłon w stronę czytelnika. Aż ciekawość mnie zżera, jak to będzie prezentować się na regale w całości. Oczywiście, widziałam wizualizacje w internecie, ale jednak widok na żywo musi być zdecydowanie lepszy. 

Piąty tom pełen jest batalistycznych, bardzo plastycznych opisów, starć mniejszych i większych, potyczek i prawdziwych bitew. Los nie oszczędza głównego bohatera, raz po raz odbiera mu ludzi, których kocha i dobra, które do niego należą, ale Uhtred się nie poddaje. Idzie po swoje, nawet jeśli ograniczają go złożone przysięgi i trudne sploty okoliczności. Wszystko jeszcze przed nim.

niedziela, 5 maja 2019

Zapiski o końcu świata

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:04:00 0 komentarze


Pamiętasz jak to było, gdy ktoś cię kochał. Pamiętasz, jak to było, gdy on cię kochał. Myślałaś, że wszystko ma jakieś granice – limit bólu i pustki przeznaczony na jedną osobę w twoim przypadku już się wypełnił. Wiedziałaś, jak to jest, mieć wszystko i wszystko stracić. Przeszłaś najboleśniejsze lekcje i musiałaś wyjść z tego cało. A potem przydarzyło ci się szczęście, tak całkiem niespodziewanie. Przydarzył ci się On. Nie mogłaś w to uwierzyć, ale to się wydarzało, doświadczałaś tego i mogłaś zaznać uczuć, mogłaś zaznać dobroci, większej niż kiedykolwiek byłaś sobie w stanie wyobrazić, że cię spotka. Nie rozumiałaś, co w tobie widzi, nie pojmowałaś, jak może tak bardzo cię chcieć, ale to było naprawdę, to miało swoje miejsce i zmieniało cię w kogoś lepszego. Teraz znów masz wrażenie, że los jest okrutny. Że dostałaś coś na kredyt i każdą chwilę, którą pamiętasz, musisz spłacać; z bólu aż zgina cię na pół. Nie mogłaś zrozumieć, jak może kochać, ciebie – taką niedoskonałą, a teraz nie masz jak walczyć, bo co poza tą skrzywdzoną sobą, byłabyś w stanie zaoferować? Masz wrażenie, że nigdy nie dostrzegał tej ciebie prawdziwej – tej poranionej, tej z zadrapaniami i poharatanej przez tyle sytuacji, że stworzył sobie obraz ciebie innej, odpowiadającej jego potrzebom, i dopiero teraz zrozumiał, kim byłaś przez cały ten czas. Dopiero teraz widzi tą ciebie, którą zawsze byłaś, która nie dowierzała, że może tyle mieć. Nie możesz przepraszać za to, kim jesteś, to nie twoja wina, to nie jest nic złego. Uwierz znów w to, że nie jesteś niczym złym. Jesteś sobą, człowiekiem mającym swoje miejsce w tej całej machinie. Nie gorszą i nie lepszą od innych. Tylko dlaczego znów czujesz, że wszystko wydarza się zawsze przeciwko tobie, że każdy początek od razu w zamyśle ma koniec, że z tobą musi coś nie grać. Oni zawsze odchodzą. Nie znają cię, żyją z iluzją ciebie. Nie potrafią zrozumieć, jak rozdarte jest to serce, które im dajesz. 

Jesteś sama. Znów jesteś po prostu sama. Nie zasłużyłaś na to, czym żyłaś przez ostatnie lata i teraz będziesz musiała oddać to z nawiązką. Nie wytrzymasz tego. Nie jesteś w stanie tego zrozumieć. Nie masz w sobie nic, poza bólem. Wtłoczył się w twoje żyły i paraliżuje serce. Nie chcesz pamiętać. Pamiętasz. Nie chcesz już kochać. Kochasz tylko mocniej. Nie chcesz zostawać i nie chcesz odchodzić. Nie wiesz już kim jesteś. Na pewno nie czyjąś, na pewno nie ważną. Chciałabyś wpaść w ciemną, głęboką studnię i aby dosięgnął cię tam kres. Nie masz już w sobie ducha walki. Nie po to chciałaś żyć, by siłą wydzierać te drobniaki dla siebie. Nie tak to miało wyglądać. Nie obiecuj, jeżeli nie możesz dotrzymać słowa. Nie mów, że kochasz, jeśli masz wątpliwości. Nie wchodź w czyjeś życie, jeśli nie wiesz, czy w nim zostaniesz. Nie każ mnie za swoje błędy. 

Ty też się co do niego pomyliłaś. Myślałaś, że jest najwspanialszym człowiekiem na ziemi. Poszłabyś za nim w ciemność, oddałabyś mu wszystko. Dałaś jednak za dużo – swoją gorszą stronę powinnaś zachować w ukryciu. Można kochać w tobie tylko to, co dobre. Reszta zasługuje na śmietnik. Nie wiem, czy skleisz się jeszcze w jakąś całość. Jesteś brakiem – patrzy na ciebie i widzi tylko to, czego nie masz. Zawsze już będziesz to pamiętać. Myślałaś, że on jeden cię rozumie. Widziałaś, jak rozumiał. Straciłaś grunt pod nogami. Jakby to wszystko było kłamstwem. Co zrobiłaś źle? Wszystko zrobiłaś źle. Byłaś sobą, a to najgorsza zbrodnia. 

To nie jest sen i nie obudzisz się z niego. I nikt ci nie powie, co zrobić. 

Już nie umiesz czekać.
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon