sobota, 25 lutego 2017

Zarabianie w internecie - panel badawczy Opinie.pl

Wspomniałam ostatnio, że znalazłam sposób na stres w braniu udziału w różnego udziału konkursach i kampaniach. Z tym faktem łączy się też zainteresowanie panelami badawczymi? Zapytacie: a cóż to takiego? Chociaż może wiele/wielu z Was również w ten sposób dorabia sobie w internecie. Ale dla niezorientowanych krótka instrukcja obsługi :)

Paneli badawczych jest ogrom, sama należę do kilku. Polega to na tym, że co jakiś czas, w zależności od dopasowania naszego profilu do aktualnych badań, dostaje się zaproszenie do udziału w ankiecie, za którą otrzymuje się pewną ilość punktów. Punkty zbiera się na określony cel: przelew, doładowanie telefonu, bony, nagrody rzeczowe - w zależności od charakterystyki panelu nagrody mogą być naprawdę różne. 

Co do samych ankiet - bywają praktycznie o wszystkim. O zakupach, ocenianiu konkretnych reklam i marek, o poglądach, wartościach, kampaniach reklamowych. Dostajemy na e-mail zaproszenie do udziału z informacją o przewidywanym czasie, jaki ankieta nam zajmie oraz ilości przyznawanych za nią punktach. Średnio ankiety trwają 5-15 minut, ale zdarzają się i dłuższe. Pytania są zarówno zamknięte, wyboru, jak i otwarte. Czasem trzeba dopasować do siebie jakieś hasła, wskazać w jakim stopniu coś się nam podoba/nie podoba, ocenić obejrzaną przed chwilą reklamę. Wypełnianie takich ankiet nie jest trudne, najważniejsze to zawsze pisać prawdę - nie ma tam złych odpowiedzi, chodzi o zbadanie pewnego zjawiska. Nie trzeba się wstydzić, jeśli się czegoś nie wie lub nie kojarzy - nie taki jest cel tych badań :)

Częstotliwość pojawia się ankiet zależy od kilku czynników. Po rejestracji w panelu uzupełniamy profil podstawowymi informacjami o sobie i na tej podstawie jesteśmy przypisywani do badań. Najważniejsze czynniki to wiek/miejsce zamieszkania/dochody/wykształcenie/praca/stan cywilny. Ja szczerze mówiąc w tym podziale mam trochę pecha, bo chociaż należę do kilku paneli, ankiety dostaję dosyć rzadko. Znam osoby, które są w stanie co miesiąc uzbierać punkty na wypłaty z rożnych kont, a mi osobiście zajmuje to parę miesięcy. Dzieje się tak dlatego, że mój profil jest raczej przeciętny: duże miasto, wykształcenie wyższe, normalne dochody, w związku ale bez dziecka. Czasem mnie to frustruje, bo naprawdę mam czas i spokojnie mogłabym wypełniać po parę ankiet dziennie. Ale trudno - czasem z danego serwisu dostaję po jednej na miesiąc, na parę tygodni. Dobre i to - w którymś momencie w końcu jestem w stanie zlecić wypłatę.

Tyle tytułem wstępu. Postanowiłam pokrótce opisać każdy serwis, do którego należę i jest sprawdzony. Na pierwszy ogień pójdzie chyba najpopularniejszy - Opinie.pl


Szata graficzna jak widzicie jest dosyć prosta. Powiadomienia o ankietach przychodzą zawsze na e-mail. Za uzupełnienie profilu w 100 proc. również otrzymujecie pierwsze punkty. Na co można je wymieniać? Dla mnie najbardziej atrakcyjny jest przelew bankowy lub PayPal w wysokości 50 zł - uzyskujemy go po uzbieraniu 10 000 pkt. Wcześniej np za 4 000 pkt możemy wybrać doładowanie telefonu. Panel umożliwia także wspieranie fundacji (5 000 pkt). Wydaje się, że są to zawrotne ilości punktów, prawda? Nic bardziej mylnego. W Opinie.pl oprócz ankiet za 400-600 pkt, często dostaje się badania za 1-2 tys. pkt, dzięki czemu naprawdę szybko można dojść do potrzebnego pułapu.

I jeszcze ciekawostka - polecanie się opłaca, dlatego jeśli kogoś zainteresował panel, zachęcam do rejestracji bezpośrednio używając mojego linka polecającego - >>klik<<. Jeśli założycie konto i zaczniecie wypełniać ankiety, dostanę 20 proc. Waszych punktów. Fajnie, prawda? Wy później również możecie zachęcać swoich znajomych. Szczerze mówiąc, częściej dostaję punkty z poleceń, niż nowe ankiety, więc dla mnie to wielkie wsparcie. Wiem, że wiele osób chwali sobie ten panel, ma dużo szczęścia i ankiety praktycznie co kilka dni, więc ja także Wam go polecam, chociaż sama szczęścia mam mniej.

A na koniec dowód, że to działa i można zarobić. Kwota jest niepełna, ponieważ dołączyłam do Opinii, pod koniec zeszłego roku i gdy w grudniu kończył się projekt (trwa zawsze rok i później zaczyna się od nowa, ale punkty nie przepadają, wypłaca się po prostu tyle, ile zdążyło się uzbierać), wyszła mi taka kwota. Minusem jest to, że na wypłatę trochę się czeka - do 15. dnia kolejnego miesiąca.

Warto zaglądać też na ich profil na Fb - często pojawiają się konkursy :) Sama w jednym zdobyłam mały zestawik - ołówki i worek na plecy z odblaskiem.

Jeśli macie jakieś pytania, odpowiem w komentarzach :)
Wkrótce wrócę z podobnym postem odnośnie innego panelu. Czekam na Wasze głosy - czy interesują Was takie treści na blogu??



piątek, 10 lutego 2017

Wedlowskie desery od Streetcom

Reaktywować bloga coś trudno, choć plany mam co jakiś czas. I na zupełnie nowy szablon, i nowy styl, inne tematy... Eh, mobilizacja by się jakaś przydała.

Ostatnio moją małą pasją są różnego rodzaju kampanie, testowanie produktów, małe konkursy. Szukałam długo czegoś co mnie zrelaksuje, pozwoli zapomnieć o stresie w pracy, presji i tak dalej, i chyba tymczasowo znalazłam.

O Streetcomie i kampaniach, w których biorę udział od czasu do czasu już nieraz wspominałam. Dziś chciałabym Wam pokazać krótką relację ze smakowitego testowania Wedlowskich Deserów.

Jeżeli chodzi o smaki, jest ich ogrom, i pewnie każdy znajdzie swój typ. Ale to, co podoba mi się najbardziej, to świetne opakowania - eleganckie, zgrabne, idealne na prezent. Świetnie się prezentują same w sobie, można po prostu położyć takie pudełko na stole i częstować gości -aż chce się próbować ;)


Zachęcam do słodkich testów :)))



Na stronie można zarejestrować się poprzez link: tutaj.

środa, 4 stycznia 2017

„Fargo", sezon 2, „Pozostawieni”, sezon 1,




„Fargo", sezon 2, serial

O ile pierwszy sezon serialu „Fargo” przykuł moją uwagę i naprawdę zaskoczył mnie w pozytywnym sensie, o tyle o drugim sezonie chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Moja opinia może być odosobniona, bo wiem że jest dobrze oceniany, ale… No właśnie, kilka takich „ale” by się znalazło.

Co ciekawe, akcja sezonu drugiego rozgrywa się przed wydarzeniami z serii pierwszej. Pojawiają się jednak oczywiste nawiązania, jak choćby osoba detektywa Lou Solverson’a, który w pierwszym sezonie dał się poznać jako ojciec policjantki Molly, emeryturę spędzający za ladą lokalnego baru. Był taki moment w S01, że Lou wspominał nietuzinkowe śledztwo pełne trupów, które prowadził lata temu. To właśnie ta historia stała się podwaliną do poprowadzenia kontynuacji serialu.

Może chodzi o to, że nie przepadam za stylistyką lat 70.? Spodnie dzwony, lokówka do włosów i telefony na korbkę? Nie, zdecydowanie wolę seriale, gdzie akcja dzieje się współcześnie, albo sci-fi, gdzie wybiega dziesiątki lat wprzód. Choć fabuła jest ciekawa i rozwija się stopniowo – pozornie niegroźna stłuczka lokalnej fryzjerki wciąga jej rodzinę w porachunki z mafią, a w to wszystko wplątane jest jeszcze UFO… - nie, to zdecydowanie nie mój klimat, nie moja bajka. Jak już zaczęłam, to postanowiłam obejrzeć do końca, ale niektóre odcinki dłużyły mi się niesamowicie, miałam poczucie straconego czasu. Serial w ogóle mnie nie porwał, nie zaangażował, nie zaczarował.

Mimo tego, że obsada jest wyśmienita, koloryt tamtych lat oddany z wielką klasą, fani czarnego humoru, komedii pomyłek i pokręconych twistów będą piać z zachwytu, ja jednak odpadam.

Nie trzeba znać jedynki, by obejrzeć sezon drugi, aczkolwiek obserwowanie odniesień i odnajdowanie poszczególnych smaczków stanowi fajną rozrywkę. Dla mnie jednak to za mało.




„Pozostawieni”, sezon 1, serial

Gdzieś rok-dwa lata temu czytałam książkę Toma Perrotta „Pozostawieni”. Książka stanowi punkt wyjścia dla serialu o tym samym tytule. Serialu, nad którym pracował zarówno autor wspomnianej książki, jak i twórca innego znanego tytułu – serialu „Lost. Zagubieni”. To chyba brzmi obiecująco? 

Serial dla osób, które przedkładają analizę ludzkich uczuć, stadium ludzkiej psychiki nad tempo akcji. Opowiada o świecie po 14 października – tego dnia w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło ok 2 proc. populacji ludzi. Minęły trzy lata i nic nie jest takie, jak dawniej. Większość kogoś straciła – czasem jedną ukochaną osobę, zdarza się, że i całą rodzinę – jak jedna z bohaterek, Nora. Jak żyć obok tego, jak zapomnieć, albo jak stale pamiętać? Każdy próbuje przepracować stratę w inny sposób. Jedni starają się żyć dalej, jak gdyby nigdy nic. Inni dołączają do tajemniczych kultów – wyznawców Weyna, który wyciąga z ludzi ból, albo sekty Winni Pozostali, której członkowie nie mówią, ubierają się na biało i palą, by nie marnować żadnego oddechu. Jak dziwne, nielogiczne, czy wręcz chore mogą wydawać się wybory niektórych członków małego miasteczka Mapelton, to ich sposób na zrozumienie, na upamiętnienie zaginionych, na pójście do przodu.

Na mnie serial działał bardzo sugestywnie. Wbrew pozorom nie ma on na celu rozwikłania zagadki zniknięć, snucia teorii na temat tego co się mogło wydarzyć, szukania ewentualnych rozwiązań. Nie, on skupia się na przysłowiowym „tu i teraz”. Mówi o smutku, bólu i żalu. O utracie, której w różnym stopniu doświadczył każdy. Serial jest bardzo oniryczny, nostalgiczny, choć nie brak w nim mocnych scen.

Już zaczęłam oglądać 2 sezon, a w planach jest też trzeci, finałowy.

niedziela, 1 stycznia 2017

„The Crown”, serial, sezon 1

„The Crown”, serial, sezon 1


Opowieść o Elżbiecie, o tym jak stała się królową Anglii, o blaskach i cieniach życia na dworze, o pierwszych latach jej panowania. Choć opowieść na pewno trochę podkoloryzowano, serial wzbudził we mnie wielki szacunek dla tej silnej kobiety. Choć czytałam już wcześniej opracowania jej biografii, serialowy sposób przedstawienia losów rodziny królewskiej trafił do mnie dużo bardziej. Ludziom często wydaje się, że królowanie to taka sielanka, że można mieszkać w pałacu i robić to, na co ma się ochotę. Jednak prawda jest całkowicie inna. Elżbieta obejmując tron, musiała wyrzec się swojej kobiecości. To żona i matka, która nagle stanęła na czele kościoła i kraju. Dylematy przed jakimi nieraz musiała stawać: rodzina czy państwo?, są naprawdę tragiczne. I choć miała doradców, na początku czuła się zagubiona w nowej roli, czuła się sama, niezrozumiana. Przytłaczająca jest też scena, w której Elżbieta uświadamia sobie niedostatki własnego wykształcenia – nie uczyła się jak inne dzieci, wpajano jej ustawy, uczono konstytucji, dobrych manier, nie otrzymała jednak wykształcenia ogólnego. Stara się to nadrobić. Niejednokrotnie podejmuje decyzje, które przynoszą zawód i niezadowolenie jej rodziny, ale ona wierzy, że postępuje słusznie. Jedną z najpiękniejszych scen jest koronacja – po raz pierwszy w obecności kamer, transmitowana na żywo.
 
Elżbieta nie jest kobietą bez wad, gnębi ją poluźnienie więzi z mężem, niezadowolenie siostry, zazdrość o nią. Ale mimo wszystko, jako królowa, żyje w zgodzie z obowiązkiem, jaki na nią narzucono. 

To serial nie tylko o królowej, ale o całym dworze. Ukazuje frustrację jej męża, Filipa, usuniętego w cień. Dużą rolę odgrywa tutaj starzejący się Winston Churchil. Odcinek, w którym premier jest portretowany, na pewno wielu zapadnie w pamięć. To serial także o siostrze Elżbiety i zakazanej miłości – młoda kobieta jest bliska powtórzenia „błędów” swojego wuja, może zostać wydziedziczona. O miłości córek do człowieka, który wcale nie chciał zostać królem, i którego to brzemię doprowadziło do przedwczesnej śmierci. Serial ma wiele pięknych wątków. Ogląda się go bardzo dobrze, a świadomość, że to wszystko jest realne, tylko podsyca apetyt. 

Przedstawiając losy rodziny królewskiej, zachowano dobry ton i szacunek. Choć sygnalizowane są liczne skandale, ukazano to w najmniej inwazyjny sposób. Za to ogromne gratulacje – serial jest po prostu piękną opowieścią. Nie bazuje na wywołaniu szoku czy skandalu, tylko stara się pokazać, że korona to brzemię, które nie każdy jest w stanie na siebie wziąć.

Claire Foy wypada w swojej roli doskonale.

piątek, 30 grudnia 2016

"The Walking Dead", sezon 7, serial


"The Walking Dead", sezon 7, serial

A właściwie połówka sezonu, bo został on podzielony na dwie, 8-odcinkowe serie, obecnie trwa przerwa, serial wróci na antenę w lutym.

Po widowiskowym, maksymalnie brutalnym finale sezonu 6-tego przez miesiące trwała dyskusja na temat tego, kto zginął z ręki Negana. Wolałam nie śledzić wątków na forach, gdyż chciałam by nowe odcinki mnie zaskoczyły, ale miałam swoje domysły. Fani zastanawiali się, czy serial podąży zgodnie z komiksową wersją, czy też losy bohaterów będą zmierzać w zupełnie inną stronę. Już to wiemy. Pierwszy z nowych odcinków ponownie stanowił „niezłą sieczkę”. Mam wrażenie, że serial próbuje raz za razem przekroczyć kolejne granice, gdyż wcześniej zarzucano mu, że jest mało przerażający, a postacie zombie są kiczowate i śmieszne. Ta brutalność zaczyna mnie przerażać, ale z drugiej strony po jednym krwawym, ostrym odcinku następuje szereg łagodnych, momentami wręcz nudnych. Akcja przyspiesza, by zaraz zwolnić. Mamy więc kolejne opowieści o naszych bohaterach i ich wyborach, myślenie o zemście, dalekie od działania. Jednak lubię w tym serialu takie momenty refleksji, przystanięcie i chwilę na zastanowienie się, dlaczego ludzie obierają taki, a nie inny kurs.

Rick spuszcza z tonu, wielki dowódca zmienia się w posłusznego sługę, który nie ma odwagi wychylić się, sprzeciwić Neganowi. Oglądanie tego jest przygnębiające.

Wielu zachwyca się postacią Negana. Uosabia on w moim mniemaniu zło absolutne, nie ma duszy. Gubernator przy nim to „ciepłe kluchy”. Twórcy póki co nie decydują się na uczłowieczenie tej postaci, nie przedstawiają jego ścieżki, nie mówią w jaki sposób stał się tym, kim jest. Może zrobią to później… Dla mnie jest to kwintesencja zła, i choć są głosy, że właśnie dzięki tej postaci serial odżył i nabrał wyrazu, nie jestem w stanie fascynować się Neganem. Chciałabym, by zniknął.
Serial powoli do tego dąży. Poznajemy nowe obozy, co daje szansę na to, że grupy zbiorą się razem. Alexandria nie musi walczyć sama ze Zbawcami. Część grupy zatrzymuje się na Wzgórzu i stara się przekonać mieszkańców, że muszą walczyć. Istnieje Królestwo, w którym rządzi król Ezekiel. W osadzie Oceanside przetrwały kobiety i dzieci. Wszystkie z tych grup mają zatarg z ludźmi Negana, ale boją się Zbawców, wolą czekać i składać im daninę.

Końcówka jak zwykle melodramatyczna i przywodzi na myśl poprzednie zakończenia. Bohaterowie znów razem, choć nie w komplecie. Każdy sezon niesie ze sobą nowe groby. A jednak grupa nadal istnieje, co daje nadzieję…

Mimo, że serial jest nierówny, i stracił już dawną świeżość, mam do niego sentyment. Nie będę mydlić oczu, że wciąż jest dobry, że zachwyca. Stał się przeciętny, i chyba czas, by się zakończył. Mimo wszystko tak długo śledziłam losy Ricka i jego grupy, że będę z zainteresowaniem czekać na dalsze odcinki.  

sobota, 10 grudnia 2016

Richard Adams: "Wodnikowe Wzgórze"





Richard Adams: "Wodnikowe Wzgórze"
Wydawnictwo Literackie
528 str.



Najtrudniejsze w zaległościach jest to, że im są większe, tym trudniej wrócić. Od kilku tygodni powtarzałam sobie: napiszę coś jutro, napiszę coś w weekend, napisze jak będę miała wolne… A lista tytułów przeczytanych książek i obejrzanych seriali wydłużała się tak, że sama myśl o tym wszystkim znów odbierała mi energię. Trudne to były dni, ale powolutku może uda mi się z tego wyjść. A zacznę oczywiście od zobowiązań, czyli książki recenzyjnej.

„Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa to opowieść o grupie królików, które opuszczają królikarnię w przeczuciu niebezpieczeństwa i poszukują bezpiecznego miejsca, w którym mogłyby osiąść. Mają przy tym po drodze ogrom niesamowitych przygód, czasem niebezpiecznych, innym znów razem zabawnych. Dlaczego w ogóle zabrałam się za książkę o grupie zwierząt, dla których najważniejsze w życiu jest znalezienie króliczek, mogących zapewnić przetrwanie gatunku? Zachęciła mnie nota z okładki mówiąca o tym, że książka uważana jest za jedną z najważniejszych pozycji literatury fantastycznej, a przy tym czerpali z niej Stephen King, J.K. Rowling czy Andrzej Sapkowski. Czytając „Wodnikowe Wzgórza” czujemy, że pobrzmiewają w niej echa „Władcy pierścieni” czy „Opowieści z Narnii”. To książka niezwykła, rozgrywająca się w świecie zwierząt. Bohaterami są właśnie one: króliki, mające własną hierarchię, osąd, a nawet system religijny. Królicze bóstwa? Dlaczego nie. Słuchanie ich opowieści jest jak odczytywanie króliczej Biblii, pełnej przypowieści. To niesamowite doznanie.

Autor włożył wiele trudu w poznanie zwyczajów zwierząt, ich osobliwości i natury. Ale dzięki temu książka wydaje się tak realna i bliska nam, choć przed oczami mamy całkiem niewiarygodną opowieść. Miło było na chwilę zanurzyć się w tym leśnym świecie, gdy na co dzień otacza nas pęd za karierą i nowoczesnością. Książka pozwala się na chwilę zatrzymać i zanurzyć w niezwykłej krainie. A króliki będące głównymi bohaterami tej opowieści, stają się nam bliskie, kibicujemy im, czujemy się za nie odpowiedzialni. Silne charaktery są wielką zaletą tej historii. Mamy tu wielką różnorodność: króliki słabe, podporządkowane i te stworzone do wyższych celów, które chcą przewodzić. Odważne, sprytne i zupełnie wyjątkowe, obdarzone przeczuciami.Długo będę pamiętać mężnego Leszczynka, prowadzącego króliki do celu. W zwierzętach można odnaleźć cechy ludzkie, dostrzec drugie dno opowieści.  Lektura jest gorzką alegorią nas samych.

Czytając, zastanawiałam się do kogo autor kierował swoją książkę. Choć wydawałoby się na pierwszy rzut oka – na co wskazuje piękne wydanie, barwne ilustracje i sama bajkowa tematyka – że mogłaby to być baśń dla dzieci, nie do końca tak jest. Książka opisuje zdarzenia brutalne, króliki również potrafią być okrutne, a ich świat pełen jest czyhających niebezpieczeństw. Jest to więc lektura dla starszych, którzy mogą się rozkoszować niesamowitą wizją autora, jego wiedzą, a także sile fantazji, która stworzyła tak niespotykaną historię.