piątek, 21 października 2016

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny", wersja ilustrowana

Dziś recenzja trochę nietypowa, bo zdjęciowa. Jestem pewna, że wielu z Was, tak jak i ja z niecierpliwością wyczekiwało tej daty: 21//22 października, premiera książki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko". Wszyscy zastanawiamy się jaka będzie, czy odnajdziemy tam czar poprzednich części Harry'ego, smak dzieciństwa, magii i przygody. Książka trochę błędnie nazywana jest kolejnym tomem, gdyż jest to dzieło całkiem inne, oparte na sztuce, eksperyment. Oczywiście promuje się je nazwiskiem Rowling, ale ile ze stylu pisarki odnajdziemy wewnątrz?

Zanim książka trafi do moich rąk, mam dla Was recenzję pokrewną. Jakiś czas temu zakupiłam pięknie ilustrowane wydanie Harrego Pottera, a obecnie zmierza już do mnie tom drugi - mam nadzieję, że równie piękny.

I co tu dużo mówić - historia znana, tylko w nowej szacie graficznej. Niekoniecznie dla młodszych czytelników, gdyż ilustracje Jima Kay bywają mroczne, nostalgiczne. Bardzo podoba mi się całe wydanie w twardej oprawie, z obwolutą, dobrej jakości papier i bogate ilustracje. Książka jest wydawniczym majstersztykiem i warto ją mieć w swoich zbiorach. Nie będę się rozpisywać, bo przy tym wydaniu najważniejszy jest zmysł wzroku. Mam dla Was kilka zdjęć wnętrza, a zapewniam, że jest tego dużo, dużo więcej :)

Do zdjęć pozowały moje figurki z kolekcji Funko POP :) 





Harry Potter i Kamień Filozoficzny" 
J. K. Rowling
Ilustracje: Jim Kay
Media Rodzina
250 str.

wtorek, 18 października 2016

Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"




Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"
Wydawnictwo Literackie
240 str.



Książka „Jeszcze jeden oddech” Paula Kalanithi jest z rodzaju tych, których się nie ocenia, bo napisało ją życie. Mam problem z takimi tytułami i nieczęsto po nie sięgam – świadomość, że trzymam w rękach autentyczną historię jest równie ekscytująca, co przerażająca; zważywszy że od początku mamy świadomość tragicznego finału opowieści.

Paul był młodym, cenionym neurochirurgiem. Właściwie stał u progu kariery – z sukcesem kończył długoletnią rezydenturę, mam świetne wyniki, opinie, cechowała go wrażliwość i duże doświadczenie; zewsząd napływały interesujące oferty pracy. Ale jego świat wywrócił się do góry nogami gdy z rokującego lekarza zamienił się w cierpiącego pacjenta. Przygniotła go najtragiczniejsza z diagnoz: rak.

Paul jest erudytą, człowiekiem zakochanym w literaturze. Widać to w jego tekście, gdy cytuje poezję z pamięci, gdy zastanawia się nad każdym napisanym zdaniem. Literatura była jego pierwszym powołaniem: zawsze czytał dużo, dzięki swojej mamie, a później zaczął studiować literaturę angielską na Uniwersytecie Stanford. Poszukiwał, stawiał trudne pytania, za pomocą słów chciał zgłębić świat i ludzką istotę, dotrzeć do sedna, poznać tajemnicę śmierci. W pewnym momencie ten środek wyrazu przestał mu wystarczać: jego prace były bardziej naukowe, zainteresowanie biologią dało o sobie znać. Wtedy Paul postawił wszystko na jedną kartę i zmienił ścieżkę rozwoju, skłonił się w stronę medycyny. Ludzki umysł był czymś, co go fascynowało, dlatego wybrał neurochirurgię.

Paul był człowiekiem zdolnym i serdecznym. Choroba najpierw go załamała, a potem dodała mu sił: to dzięki niej zaczął dążyć do spełnienia swojego największego marzenia, napisania książki. Jako pacjent jest postacią bardzo charakterystyczną: sam analizuje reakcje swojego ciała, dyskutuje z lekarzami, podważa ich decyzje, wreszcie daje się prowadzić. Paul chciał żyć, widmo śmierci ciążyło nad nim, odbierało mu to, na co przez tyle lat pracował. Ale choroba pozwoliła też zacieśnić więzi z rodziną, przełamać kryzys, a nawet podjąć decyzję o dziecku. Żona Paula to niesamowita osoba – była przy nim przez cały czas, wspierała jak tylko mogła.

Nie jest to książka, którą chciałabym w jakikolwiek sposób oceniać. Niesie nadzieję, i na pewno jest ważną lekturą dla osób, które zetknęły się ze śmiertelną chorobą. To pozycja wartościowa, zapis ostatnich chwil młodego człowieka, który na własnej skórze musiał doświadczyć tego, co dotąd studiował na papierze i oglądał we własnym gabinecie. Ponadto zainteresowanie literatura daje o sobie znać – Paul pisał świetnie, z wyczuciem, jego język jest bardzo bogaty. Nie doczekał wydania książki, jego historia jest niedokończona, urywa się w pewnym momencie, gdy nie ma już sił, by pisać. Ale tak właśnie musiało być…

Polecam. Przy okazji zamieszczam zdjęcie paczki tuż po rozpakowaniu. Wydawnictwo Literackie mnie zaskoczyło – do egzemplarza recenzenckiego dołączono paczkę chusteczek (to na te wzruszenia) i cudowną zakładkę. Dziękuję! Książka na pewno pozostanie w mojej pamięci na długo.     

czwartek, 6 października 2016

Małgorztaa Warda: „5 sekund do Io”




Małgorztaa Warda: „5 sekund do Io”
Wydawnictwo Media Rodzina
344 str.


Książka „5 sekund do Io” przypomina trochę polski film „Sala samobójców”, ale jest dużo lepsza. Co ja mówię, jest zaskakująco dobra. Zresztą, czułam się podczas lektury tak, jakby to była jakaś dobra, zagraniczna powieść. A to dzieło naszej rodzimej pisarki. Tylko te polskie imiona i nazwiska – Agnieszka, Sebastian, Czapliński, Janek… Brzmiały jakoś tak nie na miejscu, nie pasowały do powieści. Mimo wszystko, książka jest naprawdę dobra, a przez większość czasu bohaterowie operują loginami z gry, więc mamy wrażenie, że przebywamy w jakimś innym wymiarze.

Oglądaliście film „Słoń” o masakrze w amerykańskim liceum? Książka bazuje na podobnych wydarzeniach. W szkole Miki dochodzi do tragicznej w skutkach strzelaniny. Dziewczyna jest naocznym świadkiem śmierci jednej z nauczycielek. Co więcej, zna napastnika. Oboje wzięli kiedyś udział w mistrzostwach gier komputerowych. Oboje są dobrzy, interesują ich gry i nowe technologie. Sebastian jednak pogubił się, a przyczyna była najnowsza gra, dzięki której użytkownik odczuwa temperaturę otoczenia, zapachy, smaki, a nawet ból. Przenosząc się w świat gdy, bohaterowie mają wrażenie, że naprawdę żyją w tej innej rzeczywistości. Seanse niebezpiecznie się wydłużają. Granica miedzy jawą a grą zanika. Mika dostaje swoje zadanie – ma wkroczyć w wirtualny świat najnowszej technologii i dowiedzieć się, gdzie znikają młodzi gracze, których szuka policja. Dziewczyna jest zafascynowana wulkanicznym księżycem Io, który od teraz staje się jej drugim domem. Nie wie jeszcze, jak niebezpieczna jest jej misja.

- Dlaczego to robią? – W pamięci mam obraz tamtej Sali, w której Derek pastwił się nad inteligentnymi avatarami, wykorzystując ich niemoc. – Po co zadają tyle bólu?
- Bo mogą to robić – odpowiada Ian. 

Podobała mi się, i to bardzo. Wciąga, uwodzi, zaskakuje. Przede wszystkim precyzyjnie stworzono wirtualną rzeczywistość, a wydarzenia rozgrywające się na Io są porywające. Książka byłaby znakomitą lekturą szkolną. Jest głosem w dyskusji o szkodliwości gier komputerowych, o rodzącej się agresji wśród graczy i skłonności do przemocy. Mówi o zagrożeniach czyhających na młodych w Internecie, ale obywa się bez sztampowych morałów, można je wyczytać miedzy wersami. Świetny, plastycznie oddany krajobraz. Bohaterowie z krwi i kości, nastolatkowie mierzący się z typowymi problemami jak wykluczenie, rywalizacja, chęć odmiany swojego życia. Książka traktuje też o okrucieństwie, które może wyjść z każdego człowieka, gdy nadarzy się taka okazja. O niebezpieczeństwie bezkarności, którą wydaje nam się że mamy w świecie wirtualnym. 

Nie podobało mi się jedynie zakończenie, ale to już moja osobista ocena. Może o to chodziło, by pozostawić je otwarte, by dać szansę na kontynuację. Nie zmienia to faktu, że nie spodziewałam się tak dobrej lektury, i to powstałej na naszym polskim gruncie. Brawo.

poniedziałek, 3 października 2016

“Stranger Things”, serial, sezon 1


“Stranger Things”
serial
sezon 1 




O “Stranger Things” trzeba powiedzieć, że to przede wszystkim niezwykle klimatyczny serial, oddający ducha lat 80. Jest nawiązaniem do filmów Spielberga, z „E.T. i „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” na czele. Choć główne role powierzono dzieciom, serial kierowany jest do starszej widowni. Mroczny, zagadkowy, gdzieś na pograniczu kryminału, sci-fi i horroru. Historia wciągająca od pierwszego odcinka, barwna, żywa, niewyobrażalna. Czułam się jakbym wróciła do czasów, gdzie oglądało się „Roswell” czy inne tego typu produkcje. Kojarzy mi się też z filmem „Super 8”. Serial ma tak nawiasem mówiąc pełno nawiązań do kultowych tytułów, jest tzw. zwrotem w stronę kina dla „młodych-starych”. 
 

Muzyka, scenariusz, zdjęcia, efekty specjalne, wyobraźnia, aktorstwo. Każda z tych pozycji zasługuje na osobne słowa pochwały.

Serial opowiada o zaginięciu nastolatka, Willa. Jego matka (w tej roli świetna Winona Ryder) poruszy niebo i ziemię, by odnaleźć dziecko, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Okazuje się, że w małym miasteczku dzieją się rzeczy niewyjaśnione, a za porwanie odpowiadają siły wyższe. Chłopak przebywa w świecie, który istnieje gdzieś obok, z którego nie jest w stanie się wydostać. W poszukiwania włącza się brat Willa, zgrana paczka jego przyjaciół i komendant Jim Hooper, nękany osobistymi dramatami. W miasteczku pojawia się jeszcze jedna zagadkowa postać – dziewczynka o imieniu Eleven, posiadająca nadprzyrodzone moce. To ona jest kluczem do poznania prawdy.

Serial bywa zabawny i nostalgiczny, pokazując życie grupy dzieciaków, dla których najważniejsza jest przyjaźń, krótkofalówki i rowery (traktują je jak limuzyny :)). Bywa mroczny, pełen grozy, gdy okoliczne lasy zaczyna nawiedzać to "coś", mrążący krew w żyłach potwór. Zwierzyną, na którą poluje, okazują się także ludzie. To znów wzrusza, gdy brana przez wszystkich za wariatkę mama Willa, dokonuje niemożliwego – wierzy, że komunikuje się z synem za pomocą światełek. Serial opowiada o niezwykłej miłości, sile przyjaźni, o wyrzeczeniach i pokonywaniu konfliktów. Jest to jeden z mocniejszych, jeśli nie najmocniejszy, serialowy obraz tego roku. Nie bez powodu zbiera tyle pochwał. Ogląda się z zapartym tchem, odcinek za odcinkiem. Chcemy dowiedzieć się coraz więcej, dojść do rozwiązania, wiedzieć czy uda się uratować małego Willa. A jednocześnie żal sięgać po kolejne odcinki, bo tak ich niewiele, a przyjemność z oglądania będzie musiała w końcu dobiec końca.


Motyw przewodni serialu, hipnotyzujące intro… To już zapowiedź niesamowitości, jakie czekają nas dalej. Świetnie dobrani aktorzy, zwłaszcza ci dziecięcy. Szczególnie doceniam rolę Millie Bobby Brown w roli zagubionej Eleven, obciążonej mocami dziewczynki, która przez całe życie jest traktowana jak obiekt badań - wypada rewelacyjnie. Zresztą, każdy z bohaterów ma w sobie to coś. Nawet niechlujny – zdawało by się w pierwszym momencie – dręczony nałogami komendant. I on potrafi skrywać w sobie wielką zagadkę, wrażliwość, chęć niesienia pomocy. Na uwagę zasługuje też postać Nancy, siostry jednego z chłopaków, przechodzącej w serialu ogromną metamorfozę. 

Dla fanów kina grozy, gier RPG, wyznawców teorii o światach alternatywnych, zakochanym w popkulturze lat 80., w filmach Spielberga, ale przede wszystkim dla łaknących oryginalności, bo wielką świeżość wbrew pozorom wnosi ten serial.

Cieszę się, że powstanie drugi sezon. Ma być jeszcze bardziej zjawiskowy i pokręcony, i w końcu z większym budżetem. Mam nadzieję, że zobaczymy  w nim tych samych bohaterów, bo rozstanie z nimi to naprawdę trudna sztuka.