wtorek, 5 listopada 2019

2019

Autor: Po drugiej stronie... dnia 14:07:00 0 komentarze
Była wiosna, wszystko budziło się do życia, a ja, niczym żałobnik, odprawiałam ostatnie rytuały. Żegnałam się: z tobą, z twoim uśmiechem, oczami i głosem, z wszystkimi momentami, jak te gdy wypowiadałeś moje imię z lekkością, z dotykiem twoich dłoni i ust, z poczuciem, że należymy do siebie. Opuszczałam z wolna: nasze łózko, nasz salon i kuchnię, pakowałam kosmetyki ukryte w łazience, wynosiłam wszystko, co tylko nosiło znamię moich rąk. Uciekałam: przed pytaniami bliskich osób, przed wszystkim, co było ostateczne, przed tym co powinnam i kim musiałabym być. Czekałam: niech ktoś to zrobi za mnie, niech stanie się samo, niech rozwiąże się tak, bym nie musiała się z tym mierzyć.

Było lato, a ja marzłam, szczególnie w nocy, dreszcze przeszywały mi ciało. Oni nie wiedzieli, wszystko to rozgrywało się tylko we mnie. Tajemnica, jak zbrodnia, rozpruwała mnie. W środku dnia dopadały mnie ataki, nie mogłam oddychać, nie mogłam mówić, nie mogłam zebrać myśli. Gdybyś widział mnie wtedy. Nie uwierzyłbyś. Ukryłam cały swój ból, przed wszystkimi. Teraz myślą: spłynęło to po niej, przetrwała.

Tylko ja wiem.

Jest jesień. Błyszczą mi oczy. Jest tak inaczej. Czas wydaje się czymś płynnym, idzie zupełnie innym torem, gdy jestem z Tobą, gdy mamy te chwile, gdy wydarzają się dni i noce, gdy buduję się na nowo.

Jak mogło mnie to spotkać?

Najpierw drżysz, a potem starasz się uspokoić oddech. Mówisz sobie, że jesteś już skałą. Przez ten rok doświadczyłaś wszystkiego, czego kiedykolwiek się bałaś, i teraz nic cię już nie ruszy. On wstrząsa twoim światem, czujesz to, zatapiasz się w tym, ale wciąż masz wrażenie, że twoje stopy trzymają się gruntu, że potrafisz się bronić, że nigdy już się tak nie oddasz. Boisz się? Ale… Tak bardzo jesteś wdzięczna. Tak lekko stąpasz. Nie masz tych znamion już, twoje ciało jest tak czyste teraz. Tak bardzo nie pamięta, że krzyczało. Żyjesz.

Uczucia są jak rzeka. Czasem porywa mnie prąd. Czasem sama się nim staję. Niekiedy stoję w miejscu. Odbija się we mnie niebo. Albo łzy.

Będzie zima. Marzysz sobie o tym, co się stanie. Wierzysz w dobro. On trzyma cię za rękę, i uczysz się tego, co nowe. Chcesz więcej.

Dostajesz.

niedziela, 29 września 2019

B. Cornwell: "Wojny Wikingów: Strażnik ognia"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:45:00 0 komentarze




Czy zastanawialiście się kiedyś, jaką rozpiętość miałaby historia Waszego życia? Ile tomów miałaby opowieść o Was? Taka refleksja naszła mnie przy czytaniu X tomu „Wojen Wikingów” pt. "Strażnik ognia". Czy byłaby to ciekawa opowieść? Na pewno pełna wzlotów i upadków, ale czy kończyłaby się szczęśliwie?

Postać Uhtreda z Bebbanburga towarzyszyła mi przez ten rok niemal cały czas i dziwna jest myśl, że ten bohater w końcu może zniknąć z kart powieści. A coraz bliższy jest ten moment – dziesiąty tom jest pewnym podsumowaniem jego losów, jest opowieścią o momencie, do którego wojownik zmierzał od lat dziecięcych – Uhtred w końcu staje twarzą w twarz ze swoim kuzynem i podejmuje działania, mające na celu odzyskanie ziem, które mu się należą. To właśnie tutaj, do tej chwili, prowadziły wszystkie dotychczasowe wybory Uhtreda, to w to miejsce wyrywało się jego serce – i choć wciąż pojawiały się inne sprawy, inne ważniejsze bitwy, w których musiał wziąć udział, choć wciąż coś go powstrzymywało i krzyżowało plany, ten jeden raz Uhtred już nie da się spowolnić… Przychodzi po to, co należało mu się po śmierci ojca… Przychodzi po swoje…

Dziesiąty tom to taki czas na podsumowanie całej czytelniczej podróży, która odbyłam dzięki twórczości Bernarda Cornwella. Choć wspominałam o tym wiele razy, kolejny raz chciałam podkreślić jak w fantastycznej szacie graficznej zdecydowano się wydać ten zbiór. Ustawiając na półce dziesiąty tom, nie sposób jeszcze raz tego dostrzec – to, co na początku było tylko zalążkiem wyłaniającym się z ustawionych rządkiem grzbietów książek, teraz stanowi już piękny obraz. To jedna z lepiej prezentujących się serii w mojej biblioteczce, naprawdę jestem oczarowana pomysłem takiego wydania całości. Dobrze, że zdecydowano się na twardą oprawę, a także dość minimalistyczną stylistykę. To wszystko dobrze współgra z treścią książek, nadaje jej charakteru.

Każdy tom niósł ze sobą odrębną historię, ale jednocześnie składał się na całość życiorysu tego owianego sławą wojownika. Człowieka pełnego pasji i honoru, człowieka rozdartego między światem chrześcijańskim a pogańskim, wychowanego przez ludzi, którzy przecież odebrali mu rodzinę, a mimo to stali się bliżsi, niż ta własna. Człowieka miotanego namiętnościami, który mimo poczciwego serca, potrafił też zabijać i blefować, kiedy było trzeba.

Seria na razie liczy 10 tomów i w tym miejscu kończę swoją przygodę ze światem wikingów, który bardzo mnie wciągnął i towarzyszył mi przez kilka ostatnich miesięcy. Ale podobno Wydawnictwo Otwarte będzie jeszcze kontynuować i rozwijać tę serię, więc kto wie, może uda się jeszcze zanurzyć w ten świat, towarzyszyć Uhtredowi, a może już jego dzieciom przy okazji kolejnych, pasjonujących przygód?

wtorek, 17 września 2019

Bernard Cornwell: "Wojownicy Burzy", t. 9

Autor: Po drugiej stronie... dnia 18:35:00 0 komentarze



To już dziewiąty tom serii Bernarda Cornwella „Wojny Wikingów” i ja naprawdę nie wiem kiedy i jak to zleciało, nie mogę uwierzyć, że postać Uhtreda towarzyszy mi już tyle czasu i przez tyle książek. A jednak. Jak bardzo się zmienił, jak postarzał. Gdy spotyka innych wojowników słyszy często kpiny na zasadzie: „Czego tu szukasz, staruszku?”, i choć jego umysł jest nadal lotny, a nam wciąż wydaje się, że mamy do czynienia z tym samym mężnym, silnym wojownikiem, prawda jest całkiem inna. Bohater jest już zmęczony życiem, ma dorosłe dzieci, a chociaż jego imię nadal wywołuje poruszenie, upływ czasu daje o sobie znać. Nie jest już tym samym młodzianem wychowanym przez Duńczyków, ma swoje ograniczenia. 


W Wessexie, Mercji i Angli Wschodniej panuje pokój pod rządami króla Edwarda i jego siostry Aethelflead, która swego czasu była kochanką Uhtreda. Tych dwoje nadal łączy specyficzna więź, a Uhtred stawia się w roli doradcy, na którego słowach królowa zawsze może polegać, choć czasami trudno jej się z nim zgodzić. Nic jednak nie trwa wiecznie, szykuje się kolejna duńska inwazja. Sprzymierzeni Norwegowie, Duńczycy i Irlandczycy zajmują żyzne ziemie i łupią bogate kościoły, a przewodzi im budzący przerażenie Ragnall Ivarson. Dla Uhtreda nie ma jednak rzeczy niemożliwych, więc starcie tych dwóch sław jest nieuniknione. 


Najbardziej w powieściach Cornwella lubię nie, wbrew pozorom, majestatyczne sceny batalistyczne, pełne pasji i krwi, ale wszystko to, co powiązane jest z prywatnym życiem głównego bohatera, jego relacje z kobietami, z dziećmi, honor i pamięć o ziemiach, które tak bardzo chce odzyskać. Uhtred oprócz tego, że nie boi się niczego i zawsze znajdzie jakiś przebiegły fortel, by dopiąć swego, jest też wrażliwym mężczyzną, nawet gdy często stara się to ukryć. W tomie dziewiątym dość wiele tekstu poświęconego jest właśnie jego dzieciom, emocjom związanym z ojcostwem i wypuszczaniem dzieci w dorosłe życie, akceptowaniem (lub nie) ich wyborów i konsekwencjami tych dróg. Dojdzie tutaj do ciekawych spotkań, niezwykle ważnych dla naszego bohatera. I to były moje ulubione partie tej części. 


Jedyną wadą powieści póki co jest powtarzalność i schematyczność. Nie da się przez dziewięć tomów cały czas zaskakiwać czytelnika. Wiele wątków przypomina powoli inne, a sytuacje kryzysowe nie są już tak dramatyczne, jak dawniej – w końcu przyzwyczailiśmy się, że Uhtred zawsze sobie jakoś poradzi i wyjdzie cało z każdej opresji. Mimo to opowieść nadal przykuwa uwagę i jestem bardzo ciekawa jak to się wszystko skończy :)

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

"Kolory zła. Czerwień" Małgorzata Oliwia Sobczak

Autor: Po drugiej stronie... dnia 10:10:00 1 komentarze





Polski kryminał ma się dobrze, choć ja osobiście nigdy się w nim nie zaczytywałam, każdy zna kilka głośnych, popularnych nazwisk. I oto na scenę wchodzi nowe – powieść „Czerwień” to debiut literacki Małgorzaty Oliwii Sobczak, który jednocześnie otwiera serię „Kolory zła”. Wybór tytułu i szaty graficznej, która jeszcze bardziej go podkreśla, jest trafiony w punkt – w końcu to czerwień najbardziej kojarzy się ze zbrodnią, śmiercią i krwią. Ciekawi mnie jak będą wyglądały kolejne tomy, a póki co mogę potwierdzić, że kryminał który na półkach księgarń pojawi się już 4 września, jest naprawdę wciągający i warto po niego sięgnąć. 

Zbrodnie są dwie, natomiast dzieli je 17 lat. Gdy na sopockiej plaży przechodzień zauważa ciało młodej kobiety, unoszące się na wodzie, nikt jeszcze nie wie, jak skomplikowana będzie ta sprawa. Topielec? Szybko okazuje się, że dziewczyna została zamordowana, a jej ciało okrutnie okaleczone – ktoś wyciął jej usta, oszpecając twarz. Kilkanaście lat wcześniej w okolicy miała miejsce podobna zbrodnia – tamte ruchy skalpela były mniej profesjonalne, pełne niedociągnięć, teraz zabójca uzyskał większą wprawę. Czy to tylko naśladowca, czy też powrócił seryjny morderca? A może dwie, zupełnie nie powiązane ze sobą zbrodnie? Prokurator Bilski stanie przed tym i innymi pytaniami, które narodzą się podczas wnikliwego śledztwa. 

Dużym plusem tej historii jest to, że rozgrywa się w dwóch planach czasowych, ponieważ poznajemy zarówno aktualne wydarzenia, jak i narracja cofa się siedemnaście lat wstecz, minione wydarzenia przywoływane są więc tak, jakby działy się tu i teraz. Mamy okazję poznać pierwszą ofiarę, jeszcze za życia, a także szeroki kontekst wydarzeń, jednocześnie szukając podobieństw i zależności pomiędzy drugą ofiarą i środowiskiem, w którym się obracała. Autorce udało się zarysować wiele świetnych postaci, każda z nich ma swoją osobowość i przeszłość, każda nadaje rytm opowieści. Mimo takiej złożoności i rozpiętości czasowej, opowieść jest spójna, a wszystkie pozornie błahe wydarzenia, mają swój głębszy sens, o czym przekonujemy się podczas dalszej lektury. 

Oprócz tego autorka świetnie odmalowała prawnicze środowisko, w którym obraca się część bohaterów, pokazała pracę policji i patologa, nakreśliła również świat sopockiej mafii, dość brutalny, ale jakże prawdopodobny. Oprócz głównego wątku morderstwa, jest kilka pobocznych, równie ciekawych, a barwni bohaterowie dodają tylko smaczku. Naprawdę dobrze się to czyta, 

Największe wyzwanie każdego kryminału – stworzyć nieoczywistego mordercę, nakreślić kilka możliwych profili, podsunąć parę tropów, by wprowadzić czytelnik a w konsternację – to wszystko świetnie tutaj zagrało. Kolejne rozdziały przynoszą nowe okoliczności, jak w każdym śledztwie, to co na początku wydawało się prostą sprawą, ma drugie dno. Czytelnik długo nie może się połapać, jak cała sprawa się rozstrzygnie, a zakończenie na pewno będzie zaskoczeniem. I o to przecież w kryminałach chodzi.


#koloryzła #czerwień

piątek, 9 sierpnia 2019

Tom O'Neill "Manson"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 10:53:00 1 komentarze


Wyobraź sobie, że dostajesz zlecenie na artykuł o wstrząsającej zbrodni, która tak właściwie nigdy bardzo cię nie interesowała, choć swego czasu żył nią cały Hollywood. Prawie odmawiasz, ale jednak decydujesz się i zaczynasz pracę. Mijają miesiące, termin oddania artykułu wciąż się przesuwa, a ty natrafiasz wciąż na nowe tropy, i to, co miało być zwykłą wzmianką z okazji trzydziestej rocznicy tych wydarzeń, staje się prywatnym dziennikarskim śledztwem. Codziennie przeprowadzasz wywiady ze świadkami tamtych wydarzeń, ślęczysz w archiwach, przeglądasz prasę sprzed lat, próbujesz uzyskać dostęp do akt sprawy, a wszystko to pochłania cię tak bardzo, że zajmujesz się już tylko tym, tracąc kontakt z bliskimi. Ta sprawa cię pochłania. W końcu tracisz zlecenie, ale nie poddajesz się, materiału jest tak dużo, że mógłbyś wydać książkę, szukasz więc wydawcy, a potem kontynuujesz swoje śledztwo, żyjąc z honorarium na książkę, która wciąż nie powstaje. Badasz tyle różnych wątków, docierasz do tylu zatajonych historii, że sam już nie wiesz, czy to wszystko jest naprawdę możliwe. Tak właśnie wyglądało 20 lat poszukiwań prawdy przez Toma O’Neilla, których efektem jest publikacja „Manson”. Myślę, że warto nakreślić ten proces, żeby uświadomić, jak wiele swojego życia włożył autor w zebranie informacji i napisanie tej książki. Historia brutalnego mordu, dokonanego w 1969 roku przez członków sekty, zwanej Rodziną, na której czele stał tajemniczy Charles Manson, zupełnie zdominowała życie dziennikarza. Choć wydawało się, że o sprawie wiadomo już wszystko, w końcu winnych skazano, dotarł on do nieupublicznionych nigdy faktów, które rzucają nowe światło na te wydarzenia. 

Autor nie zaprzecza, że winni zostali ukarani, dowody są wystarczające by potwierdzić rzeź i udział członków sekty w tym, co stało się w willi reżysera Romana Polańskiego. To był brutalny atak, nie mieszczący się w głowie. Ale O’Neill rzuca nowe światło na sam proces i na ludzi zaangażowanych w sprawę. Oficjalna wersja, jakoby ataki były zainspirowane piosenkami Beatlesów i miały podłoże rasowe, nie do końca przekonuje w obliczy faktów, które przedstawia dziennikarz. Ujawnia tuszowane powiązania i fakty, zmieniające się wersje wydarzeń i przemilczenia. W jaki sposób Manson potrafił kontrolować umysły swoich wyznawców, czy mógł zmusić ich do morderstwa? Im dalej, tym coraz demoniczniejsze okazują się fakty: sprawa ma powiązania z gwiazdami Hollywood, z byłymi agentami służb specjalnych, z eksperymentami na zwierzętach i ludziach przy użyciu np. LSD. 

Książka na pewno nie jest dla każdego, ale uważam, że warto po nią sięgnąć, zwłaszcza jeśli lubicie tematykę kryminalną, śledczą i procesową. Podziwiam autora, którym sprawa mordu dokonanego przez sektę owładnęła tak, że podporządkował jej całe swoje życie. To ogromna praca, zamknięta w książce, za którą wielu mu groziło. On jednak odważył się podzielić tym, co udało mu się ustalić, nie bacząc na konsekwencje. Wreszcie, książka pokazuje jak zakłamane i skorumpowane jest środowisko, które powinno nas chronić. Ale wiadomo to nie od dziś… 

Polecam tę pozycję, kawał świetnej roboty. Mimo, że książka nie odpowiada na wszystkie pytania, pokazuje po prostu ukryte fakty i rzuca nowe pytania na sprawę sprzed pięćdziesięciu lat.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Bernard Cornwell: "Pusty tron"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:06:00 0 komentarze


Tom VIII „Wojen Wikingów” Bernarda Cornwella zaczyna się niestandardowo. Z jednej strony wita się z nami Uhtred z Bebbanburga, przypominając kim jest i skąd pochodzi, z drugiej strony czytamy to… i coś tu jest nie tak… I olśnienie, po raz pierwszy w rolę narratora wciela się nie waleczny wojownik, którego opowieść towarzyszyła nam przez siedem poprzednich tomów, ale jego syn, który wyrósł na równie silnego wojownika. Co się więc stało z Uhtredem, czy kolejne pokolenie przejęło pałeczkę? Czy mężny Sas, wychowany przez Duńczyków, zginął od poważnych ran, zadanych mu w ostatnim pojedynku? Cały pierwszy rozdział pełen jest takich pytań i wątpliwości. I szczerze mówiąc wprowadza do nowe tchnienie do opowieści, dodaje dreszczyku emocji i pozwala na nowo uświadomić sobie, jak bardzo chcemy słuchać opowieści, snutej przez Uhtreda już od tak długiego czasu. 

Przeżył, to jest najlepsza wiadomość tej części opowieści. I chociaż wyszedł z licznymi obrażeniami, chociaż nie jest już tak silny jak kiedyś, nadal ma w sobie tę iskrę i odwagę. W ósmym tomie dojdzie do podjęcia ważnych decyzji – władca Mercji umiera, nie pozostawiwszy następcy. W mieście zbiera się witan, który ma zadecydować o sukcesji. Uhtred widziałby w tej roli swoją ukochaną Aethelflaed – córkę Alfreda Wielkiego, siostrę króla Wessexu i wdowę po władcy, Aethelredzie. Według reszty kobieta nie nadaje się jednak na władcę, a jej miejsce po śmierci męża czeka w klasztorze. Uhtred będzie musiał użyć podstępu, by utorować jej drogę do upragnionego tytułu. 

Klimat powieści wciąż pozostaje taki sam, a na pewno jest to sztuka, biorąc pod uwagę jak bardzo rozrosła się ta seria. Podoba mi się to, że oprócz głównego bohatera, który zawsze będzie bliski czytelnikowi, mimo swojej porywczości i naiwności, coraz więcej możemy dowiedzieć się też o jego dzieciach, wchodzących już w dorosłość. Syn Uhtreda stara się być godnym noszenia jego imienia, sprawdza się na polu walki, za to jego córka ma zarówno wiele z ojca, jak i z zadziornej matki – potrafi postawić na swoim, nie boi się zbrodni, i mimo surowego wychowania oddaje cześć bogom ojca, na przekór obyczajom. Podoba mi się ta bohaterka i dobrze, że postacie kobiece rosną tutaj w siłę, pokazując, że płeć piękna również potrafi walczyć o swoje. 

Co przyniesie kolejna część tej opowieści? Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że nadal będzie trzymać poziom i stanowić tak dobrą rozrywkę, jak dotychczas.


 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon