środa, 28 września 2016

Kampania AVON Nutra Effects!


Wspominałam kiedyś o platfrmie Streetcom, której jestem użytkownikiem. Dzięki tej stronie można zostać ambasadorem jakiejś marki i otrzymać produkty do testowania – dla siebie, bliskich i znajomych. W ciągu ostatnich kilku miesięcy udało mi się wziąć udział w paru projektach. Dzisiaj chciałam napisać parę słów o ostatnim, ponieważ wiązał się on dla mnie z miłą niespodzianką.

Do kampanii kremu AVON Nutra Effects się nie dostałam, ale otrzymałam telefon od konsultanta Streetcom z propozycją wzięcia udziału w kampanii za… punkty. Otóż regularnie odwiedzając panel, wypełniając ankiety, udostępniając grafiki i wykonując zadania, pojawiające się na tablicy, gromadzimy punkty, które można czasem właśnie w taki sposób wykorzystać. To miłe, że aktywność jest doceniana. Oczywiście zgodziłam się i parę dni później mogłam cieszyć się przesyłką, w której znalazł się jeden pełnowartościowy krem, 34 próbki kremu do rozdania, nasiona chia do przetestowania w kuchni, ulotki oraz katalog AVON.


Krem ma przyjemną konsystencję, nawilża skórę twarzy i całego ciała, nie podrażnia, ma świetny zapach. Nasion jeszcze nie testowałam, ale mam ochotę zrobić sobie jakiś zdrowy koktajl na śniadanie. Kampania zbiegła się z moją podróżą poślubną, więc przez długi czas pozostawałam nieaktywna, ale po powrocie zabrałam się za rozdawanie próbek moim znajomym i rodzinie. Wszyscy bardzo zadowoleni :)


Kilka dni temu kolejna niespodzianka. Telefon od Streetcom… Ponieważ podczas wczasów dostawałam wiele przypomnień o raportowaniu, a miałam ograniczony dostęp do internetu więc nie robiłam tego na bieżąco, myślałam, że dostanę jakieś upomnienie, hehe. Ale nie – okazało się, że podczas tej kampanii przygotowano jeszcze jeden upominek dla aktywnych. Wczoraj odebrałam od kuriera przesyłkę z najnowszym zapachem AVON Life, stworzonym przez projektanta Kenzo Takada. Z materiałów prasowych: Kolekcja odzwierciedla niesamowitą kreatywność projektanta, który pragnie wzbogacać świat swoją wyobraźnią, w myśl filozofii Żyj pięknie. Zapachy inspirują, do tego aby cieszyć się każdym dniem – jego kolorami, energią i urokiem i odnajdywać piękno w każdym, nawet najmniejszym elemencie codzienności.

Otrzymałam dwie buteleczki perfum - wersję damską i męską. Zapachy są bardzo przyjemne, a buteleczki mają swój urok. Mąż dostał więc prezent na dzień chłopaka :P

Jeszcze raz dziękuję za udział w kampanii i niespodzianki, a Was zachęcam do testowania :)

Korzystając z tego linku >>klik<< możecie dołączyć do społeczności Streetcom z mojego polecenia. 


sobota, 24 września 2016

Jaume Cabre: "Głosy Pamano"





Jaume Cabre: "Głosy Pamano"
Wydawnictwo Marginesy
656 str.


Cabre wypracował sobie oryginalny rozpoznawalny styl. Potrafi przenosić się w czasie o dziesięciolecia na przestrzeni jednego zdania. Wprowadza w opowieść dialogi, których początek rozgrywa się, gdy bohaterowie byli młodzi, a kończy u schyłku ich życia. Przeplata opowieści i żongluje historią. Wprowadza też ciekawy zabieg zmieniania narratora – zdanie które rozpoczyna się w 3 os. l pojedyńczej nagle staje się wypowiedzią pierwszoosobową, lub odwrotnie. Są to tylko niektóre z wyróżników prozy Cabre – podczas pierwszej lektury mogą wydawać się zaskakujące i trudne do pojęcia, ale dla miłośników Cabre mają głęboki sens i pozwalają na wielopłaszczyznowe zatopienie się w lekturze. Mi osobiście bardzo podobają się te zabiegi, są innowacyjne, przenikają do szpiku kości. Czytając Cabre mam wrażenie, że jego słowa są żywe, bardzo prawdziwe, że stara się dotrzeć do sedna sprawy, odnaleźć istotę, wydobyć z języka maksimum treści. Świetnie mu się to udaje – podczas lektury niejednokrotnie przeniknie Was dreszcz, wzruszycie się, poczujecie jakby opisywana osoba była kimś bliskim, albo siedziała właśnie obok, opisując swoje doświadczenia. W zasadzie mało który autor potrafi wywołać we mnie aż takie emocje. Jest to styl nie do podrobienia, jedyny w swoim rodzaju. Zdaję sobie sprawę, że nie do każdego może trafić, że w gąszczu różnych wątków i ciągłego przeskakiwania między tematami, bohaterami i czasami, można się zagubić, ale gdy pozostajemy w skupieniu, lektura naprawdę nie jest tak trudna, jak wydaje się po kilkunastu stronach. Kwestia wczucia się w tematykę, w nastrój, w oryginalną składnię pisarza i przejście do porządku dziennego z tym, co nauczyciel j. polskiego podkreśliłby grubą, czerwoną kreską jako błąd stylistyczny :)

Zawsze w tym punkcie mam problem ze stwierdzeniem, o czym jest ta książka. To historia nauczyciela, pochowanego jako faszysta, którego postać ożywa za sprawą sekretnych pamiętników odnalezionych przez miejscową nauczycielkę, wiele lat później. Nauczycielkę, która właśnie odkryła zdradę męża, w dodatku jej syn został mnichem (mnichem! On, wychowywany w niewierzącej rodzinie), a lekarz właśnie wykrył u niej nowotwór. Tina w poszukiwaniu odpowiedzi szuka córeczki, do której swoje pamiętniki kieruje nieżyjący już nauczyciel, Oriol. Trafia tak do Elisensy, wpływowej kobiety, która twierdzi że była świadkiem męczeńskiej śmierci Oriola i pragnie wynieś go na ołtarze, zabiega o jego beatyfikację. Elisensa zbliżyła się z nauczycielem, gdy malował jej portret, a między tym dwojgiem narodziło się płomienne uczucie. Nauczyciel portretował również burmistrza Targę, mającego w garści całe miasto - szczerze go nienawidził i w ukryciu prowadził podwójne życie, marząc o jego śmierci. Tego Targę, odpowiedzialnego m.in. za śmierć małego chłopca. Chłopca, którego matka nigdy nie wybaczy Oriolowi, dopatrując się jego winy w całym zajściu, a ojciec obarcza nauczyciela koniecznością spiskowania w konspiracji. Konspiracji, doprowadzającej do tragedii…

Można by pisać i pisać – o bohaterach, portretując ich złożone sylwetki, o wydarzeniach rozgrywających się na przestrzeni dziesięcioleci, o polityce, której ja osobiście nie trawię, o tym, do jakiego zła zdolny jest człowiek, ale również ile można zrobić z miłości…

Bez dwóch zdań polecam – nie tylko „Głosy Pamano”, ale również  pozostałe powieści autora.

I na koniec gratka – podczas tegorocznych Targów Książki w Warszawie udało mi się zdobyć autograf pisarza oraz tłumaczki, Anny Sawickiej. Tu należą się ogromne słowa pochwały dla jej zaangażowania i kunsztu – przeniesienie stylu autora w polskie realia na pewno nie było łatwym zadaniem. Zrobiła to perfekcyjnie. W kolejce po autografy spędziłam chyba godzinę, ale było warto!


sobota, 3 września 2016

Hanya Yanagihara: "Małe życie"






Hanya Yanagihara: "Małe życie"
Wydawnictwo WAB
816 str.





Wczoraj wieczorem skończyłam czytać książkę „Małe życie”. Najlepsze, co mogę zrobić, to napisać tę recenzję teraz, na świeżo, gdy aż kipi we mnie od emocji. Spędziłam z tą książką (ponad 800 stron) ostatnie tygodnie i w pewnym momencie złapałam się na tym, że czytałam coraz wolniej, byle tylko nie kończyć. Nie wiem jak to będzie teraz, opuszczając świat stworzony przez Yanagiharę. Nie wyobrażam sobie tego. Za bardzo przywiązałam się do tych miejsc i tych ludzi, a przede wszystkim do Jude’a, który jest najwspanialszym bohaterem literackim, jakiego kiedykolwiek „spotkałam” na kartach powieści.

Powieść monumentalna, wstrząsająca, fascynująca. Mówią o niej: największe wydarzenie literackie 2015 roku. I choć zwykle takie opinie padają na wyrost, tym razem myślę, że żadne z Was się nie rozczaruje. Ta książka naprawdę coś w sobie ma. Nie można porównać jej do niczego, co kiedykolwiek czytaliście, i co kiedykolwiek jeszcze przeczytacie. Jest czymś wielkim, niepowtarzalnym, co wydrze z Was jakiś kawałek i już nigdy go nie zwróci. Nie raz zdarzało mi się popłakiwać przy książce, ale to jak często i mocno robiłam to przy tym tytule, świadczy samo za siebie. Były chwile, że musiałam odłożyć tę książkę na bok, tak źle się czułam ze świadomością rzeczy, o których właśnie czytałam. I wbrew temu, jak to brzmi, to komplement. Książka sięga ku najczarniejszym czeluściom, ku zdarzeniom tak okrutnym i chorym, że trudno je sobie wyobrazić. Trzeba się na to nastawić – bywa okrutna, obrzydliwa, deprymująca. Ale to wszystko przydarzyło się osobie, której nie sposób nie lubić, nie pokochać. W związku z tym zalewa nas fala współczucia, poczucia niesprawiedliwości, chęć cofnięcia tego wszystkiego, niesienia pomocy. Oprócz tego wiele w tej książce miłości – i to takiej bezgranicznej, łamiącej wszelkie bariery, takiej o której marzy każdy. I właśnie te momenty dają pokrzepienie, pokazują że istnieje jakaś równowaga, że zło musi mieć jakiś kontrapunkt w przyszłości.

O czym jest „Małe życie”? Początkowo to historia czworga przyjaciół, znających się jeszcze ze studiów, i tego, jak ich życie toczyło się przez kolejne dziesięciolecia, jakie zrobili kariery, jakie życie wybrali, zapis ich klęsk i wzlotów. Willem – wybitny aktor, Jude – prawnik, skrywający mroczną przeszłość, JB – artysta i Malcolm – zdolny architekt. Tak różni, i tak bliscy sobie zarazem. Wychowani w innych środowiskach, każdy z innym bagażem. JB, dorastający w zamożnej rodzinie, zawsze w dostatku, a mimo to nieszczęśliwy i Jude, znaleziony przez zakonników w śmietniku. Jude jest osobą, o której przyjaciele wiedzą najmniej – nie chce mówić o swoim dzieciństwie, unika rozmów o sobie. Dla równowagi Jude jest postacią, którą to czytelnik poznaje najlepiej – w którymś momencie wyrasta na głównego bohatera powieści, na osobę, która łączy wszystkie wątki, która stanowi punkt zwrotny dla każdej opowieści. Jude… Trudno pojąć, że zło, które go dotknęło, jest w ogóle możliwe, a jednak dobrze wiemy, że takie historie się zdarzają. Jude to człowiek tak nękany, krzywdzony i poniewierany w młodości, że nie jest w stanie się wyleczyć, wyswobodzić z sideł swojej przeszłości, zapomnieć, żyć normalnie. Nienawidzi siebie i swojego życia, uważa się za kalekę, postczłowieka, istotę niższego sortu. Nie widzi tego, co dostrzegamy my, i co tak uwielbiają w nim przyjaciele: jakim jest dobrym człowiekiem, jaki jest wrażliwy, zawsze pomocny, jaki jest inteligentny, bystry, dobry w swoim zawodzie, jaki jest piękny. Jude ma wokół wiele osób, które oddałyby za niego wszystko, które go kochają, dla których jest najważniejszy. A mimo to sam uważa się za złego, przegranego, sam wyznacza sobie kary, powoli się unicestwia. „Małe życie” to w rzeczywistości wielki, ogromny obraz człowieka, który dokonał niemożliwego – żył, i starał się znaleźć szczęście, mimo wszystkiego, co mu zabrano.

Najbardziej wzruszające momenty (uwaga, trochę spoilery, choć staram się je opisać tak, by nie odkrywały za wiele)
- adopcja – wzruszam się już na sam dźwięk tego słowa, gdy przypominam sobie tamten moment
- wspomnienia Jude’a o jego przeszłości
- związek, w którym w końcu odnalazł szczęście
- wypadek.

Autorka zamyka książkę w klamrze. Pierwszy rozdział i ostatni noszą ten sam tytuł. Lispenard Street. To tu wszystko się zaczęło, tu dorastali bohaterowie wkraczając w dorosłe życie. To tu wszystko się kończy. To samo miejsce, różnica kilkudziesięciu lat, i już zupełnie inna świadomość – zarówno bohaterów książkowych, jak i naszych. To doskonały chwyt, obrazujący upływ czasu. Wszystko się zmienia, nic nie jest wieczne. I chociaż każdy z nas ma świadomość nieuchronności, dopóki żyjemy, dopóki jesteśmy młodzi, dopóty wydaje nam się, że to nas nie dotyczy.

Mogłabym jeszcze wiele napisać. Ale nie o to w tym chodzi. Żeby zrozumieć, trzeba po nią sięgnąć. Ja zachęcam, choć nie będę ukrywać, że lektura może momentami zadać ból, zdołować, wywołać zgorszenie. Ale są tam też momenty, które dają nadzieję, wywołują uśmiech, wzruszają. To tytuł, którego po prostu nie można pominąć. Zapewniam.