sobota, 16 marca 2019

"Weź się ogarnij" Pani Bukowa

Autor: Beata Szy dnia 15:45:00 1 komentarze



Znacie Panią Bukową? Ja swego czasu bardzo lubiłam sobie poprawiać humor memami z „bukowego” profilu na Facebooku, zresztą czasem jeszcze tam zaglądam. Wokół tej zabawnej postaci powstało też parę zbiorów książkowych, a w moje ręce trafił poradnik "Weź się ogarnij". Pani Bukowa i jej kontrowersyjne porady, prędzej czy później taka książeczka musiała więc powstać. Ma fajne, kieszonkowe wydanie, które zmieści się wszędzie, a szata graficzna doskonale komponuje się z tym, co znamy z internetu. 

Ta pozycja to raczej taka satyra na wszelkie poważnie traktujące o życiu poradniki, więc bardzo mi się to podoba. Myśl o sobie, zadbaj o swoją strefę komfortu i rób tak, by tobie było dobrze. Złote rady Pani Bukowej to zbiór różnych śmiesznych ćwiczeń i porad z przymrużeniem oka. Taki dziennik, w którym możemy trochę porysować czy powycinać. Już sam podtytuł „Ćwiczenia dla ogarniętych inaczej” sugeruje z jaką książeczką mamy do czynienia. Nie można brać treści tego poradnika do siebie, to raczej przedłużenie znanych z internetu memów, próba wykorzystania ich w inny sposób. 

Jak scharakteryzować tę wymyśloną postać, która wciela się jakby w autorkę poradnika? To wyzwolona, współczesna kobieta, która gdzieś ma opinię innych, a na smutki poleca dobre wino albo mnóstwo czekolady. To rodzaj leniwca – zawsze znajdzie sposób, by odwlec obowiązki i zbytnio się nie przemęczać. Trochę niezdarna, ale w tym wszystkim urocza. Taka właśnie jest Pani Bukowa, i mądrości bardzo w jej stylu można znaleźć w tym małym zeszyciku. 

Pamiętajcie, gdy ktoś będzie się Was czepiał, zawsze możecie powtórzyć za nią: „Nie śpię więcej niż inni. Po prostu śpię wolniej”. :) 

„Weź się ogarnij” to fajny pomysł na zabawny prezent :) I na poprawę humoru.

środa, 13 marca 2019

Bernard Cornwell "Wojny Wikingów" tom 3

Autor: Beata Szy dnia 18:47:00 1 komentarze


To już trzeci tom „Wojen Wikingów” Bernarda Cornwella. Kolejny raz powracamy więc do historii śmiałego Uhtreda z Bebbanburga. Akcja „Panów Północy” dzieje się bezpośrednio po wydarzeniach z poprzedniego tomu – Uhtred decyduje się opuścić króla Alfreda, którego uważa za człowieka słabego i podąża w swojej sprawie. Wydaje mu się, że ma wszystko: jest wielkim, okrytym sławą wojownikiem, który mimo młodego wieku stoczył już parę potężnych bitew i wyszedł z nich zwycięsko, zgładził też potężnego Ubbę. Coraz śmielej myśli o odzyskaniu należnych mu po ojcu ziem, pragnie zemsty na swoich wrogach. Podczas wędrówki spotyka trzymanego w niewoli duńskiego króla i po jego oswobodzeniu, decyduje mu się towarzyszyć. Niestety, choć Uhtred ma wielkie plany, kolejny raz gubi go pewność siebie. Przeznaczenie jest wszystkim. Prządki mają swój zamysł na jego los. Wielki wojownik zazna niewoli i poniżenia, kolejny raz zostanie mu odebrane wszystko. Czy pasmo nieszczęść kiedyś zostanie przerwane? 

Wciąż jestem pod wrażeniem z jaką swobodą Bernard Cornwell kreuje swój świat, ile przygód dla swoich bohaterów ma w zapasie. Co prawda trzeci tom póki co wypada nieco blado na tle dwóch pierwszych, ale to nadal wciągająca historia, która tak naprawdę dopiero się rozpoczęła – wszak Uhtred ma wciąż dopiero dwadzieścia parę lat na karku, a swoją opowieść snuje z perspektywy starca – wiemy więc, że przed nami jeszcze całkiem dużo zaskakujących splotów losu. W tej części natomiast trochę za mało było faktycznych bitew, a opisy walk są przecież specjalnością pisarza. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i tutaj mój własny do końca nie został zaspokojony. Ale może to cisza przed burzą. 

Walka, wiara i kobiety, te trzy kategorie zdają się być głównym sensem życia Uhtreda. Trzeci tom przynosi kolejne ciekawe postaci kobiece – najpierw Hildę, byłą zakonnicę, która staje się z jednej strony towarzyszką Uhtreda, z drugiej wciąż czuje powołanie i zastanawia się nad powrotem do zakonu. Później Giselę – piękną siostrę króla Guthreda, mogącą czytać przepowiednie z run. Każda z tych kobiet pozostawia ślad na życiu wojownika, ale przeczuwamy, że na prawdziwą miłość musi jeszcze poczekać. Jaka będzie ta kolejna wybranka jego serca? Czy Uhtred kiedykolwiek zostanie usidlony już tak ostatecznie? Nie wiem, ale obserwowanie jego poczynań w tym względzie jest, z punktu widzenia czytelnika-kobiety, świetną rozrywką. 

Kończę czytać tom trzeci, wertuję ostatnie strony, wreszcie zamykam książkę. Na szczęście wiem, że to nie koniec, to tak naprawdę dopiero początek. Ta myśl dodaje otuchy. Czekam z niecierpliwością na kontynuację 😊

niedziela, 10 marca 2019

"Dziewczyna z wieży" Katherine Arden

Autor: Beata Szy dnia 09:22:00 2 komentarze


Ruska baśń, o dziewczynie odkrywającej, że widzi rzeczy i stworzenia, których nikt inny nie widzi, małych opiekunów domów, stajni czy lasu, powraca w drugim tomie pt. „Dziewczyna z wieży”. Książka po raz kolejny zachwyca już od pierwszego wejrzenia, bardzo klimatyczną okładką i tytułem. A co w środku? Wasia powraca, i chyba wszyscy za nią tęskniliśmy.

Zostawiliśmy ją w momencie, gdy musiała uciekać ze swojej wioski – jej macocha i ojciec zginęli, obarczono ją za śmierć ojca i okrzyknięto czarownicą. Wasia mogłaby pozostać w bezpiecznym świecie króla śniegów i śmierci, Morozko chce ją przy sobie, ale dziewczyna pragnie innego życia. Udaje się w drogę na swoim olbrzymim koniu, Słowiku, nie wiedząc tak naprawdę co ze sobą począć. Pod przebraniem chłopca przemierza wsie, i jak to ona, wplątuje się w nowe kłopoty, które doprowadzą ją aż na dwój Wielkiego Księcia Moskiewskiego. Tam wreszcie będzie mogła spotkać swoich bliskich: brata Saszę, cenionego mnicha i siostrę Olgę, księżną. Wspólnymi siłami będą starali się zdemaskować intrygę, knutą na dworze i uratować kolejne wioski przed napadami bandytów. 

Druga część zasadniczo różni się od tomu pierwszego. Nadal mamy tu ten niepowtarzalny zimowy klimat starej Rusi, czary, podania i legendy, ale akcja jest bardziej wartka, można powiedzieć że jest to książka przygodowa, w której naprawdę dużo się dzieje. Miło ponownie było wejść w ten świat, odnaleźć tu poznanych wcześniej bohaterów, poznać ich drugie oblicze. Moim ulubionym motywem jest dziwna zażyłość między Wasią i Morozko – za sprawą dziewczyny nieśmiertelny zaczyna odczuwać ludzkie emocje. Podoba mi się postać samej Wasi, zbuntowanej dziewczyny, której pragnienia wyprzedzają epokę – nie chce ona być potulną żoną i matką, bez prawa do własnego życia. Pragnie przygód, jest dzika i nieokiełznana, nie może nigdzie dłużej zagrzać miejsca. Nie jest idealna, jej czasem porywcze decyzje mają różne skutki, ale i tak nie sposób jej nie polubić. 

Książka podobała mi się, jednak gdybym miała ją porównywać z pierwszym tomem, chyba bardziej zachwycił mnie tamten. Dobrze jednak było znów tu wrócić, pogrążyć się w nieznanym, mrocznym świecie. Polecam Wam tę serię 😊

niedziela, 24 lutego 2019

„Dom tajemnic” Ned Vizzini, Chris Columbus

Autor: Beata Szy dnia 19:31:00 0 komentarze


"Dom tajemnic" to książka napisana przez dwóch panów, z których jeden pracował m.in. przy powstawaniu filmu o Harrym Potterze, a drugi jest autorem powieści dla młodzieży. Porównanie z serią o małym czarodzieju jest nieprzypadkowe, bo książkę promuje sama J.K.Rowling – jej słowa zachęty znajdziemy na okładce. Odniosę się więc do tego porównania pokrótce również w recenzji. 

Książka opowiada o trójce rodzeństwa: Eleanor, Kordelii i Brendanie. W wyniku osobliwego „wypadku”, jaki dotknął ich rodzinę, ich rodzice są zmuszeni znaleźć nowy dom, nie mając na to zbyt wielu środków. Nieoczekiwanie na horyzoncie pojawia się wspaniałą rezydencja, z antycznymi meblami i pokaźną biblioteką, w bardzo atrakcyjnej cenie. Rodzina wprowadza się do domu po zmarłym pisarzu, nie przeczuwając konsekwencji. 

„Dom tajemnic” jest książką przygodową, skierowaną do młodszego odbiorcy, celuję tu mniej więcej w szkołę podstawową, i dla ewentualnie młodszej młodzieży. Ja już nie bawiłam się przy lekturze tak dobrze, jak np. przy wspomnianym wyżej „Harrym Potterze”, który jest serią bardziej uniwersalną, dla każdego. Tutaj mamy do czynienia z powieścią dynamiczną, opartą na krótkich rozdziałach, przynoszących coraz to nowsze przygody, zagadki i wydarzenia. Język jest bardzo prosty, oparty przede wszystkim na dialogach. W powieści mało jest miejsca na przemyślenia i refleksję – mamy tu do czynienia z prostymi morałami, które mają trafić do dorastającego czytelnika. Nie ma tu miejsca na skomplikowane wywody. Z drugiej strony w książce obecna jest przemoc i zło – pojawiają się wręcz odrażające postacie, które mogą wywołać ciarki na plecach. Książka zawiera też czarno-białe ilustracje, dzięki którym czyta się ją szybciej. 

Jak dla mnie nie ma porównania z serią o Potterze. To zupełnie inna skala, inny typ budowania napięcia, kreowania bohaterów i świata.  Wszystko jest takie spłaszczone, prostsze, w pigułce. Brakuje głębi, brakuje wyrazistości.  

Podoba mi się główne założenie opowieści – rodzeństwo, trafiające do świata z książek pisarza, który wybudował i zamieszkiwał przed laty dom, w którym teraz zamieszkała ich rodzina. Ciekawe jest przeplatanie się światów – bohaterowie książek zasiedlają ten niezwykły świat i odgrywają przeróżne role. Podoba mi się relacja między rodzeństwem – dzieci są w różnym wieku, co powoduje typowe konflikty, ale potrafią stanąć za sobą murem. Mają do wykonania zadanie, i nie spoczną, póki go nie wykonają, aby odnaleźć swoich rodziców. Czyta się to szybko i przyjemnie. 

Ja jednak miałam trochę inne oczekiwania, myślałam że książka będzie w stanie porwać również starszego czytelnika, a tak się niestety nie stało. Polecam więc tę nowość młodszym, z zastrzeżeniem że momentami bywa strasznie, ale też i zabawnie. Jest to pierwsza część serii, więc jeśli polubicie głównych bohaterów nie ma obaw – powrócą na kartach kolejnych tomów 😊

„Dziewczyna z atramentu i gwiazd” Kiran Millwood Hargrave

Autor: Beata Szy dnia 09:58:00 0 komentarze




Wracam jeszcze raz ze zdjęciem książki „Dziewczyna z atramentu i gwiazd”, ale tym razem już z recenzją po lekturze. 

Książka jest bardzo dopracowana pod każdym względem, grafika spójna jest z tekstem. Historia opowiada o trzynastoletniej Isabelle, którą wychowuje tylko Ta, bo jej matka i brat nie żyją. Dziewczynka uwielbia słuchać legend, które opowiada jej ojciec, a także uczyć się od niego kartografii, razem studiują i tworzą mapy. Mieszkają na wyspie Moya, otoczonej przez Zapomniane Ziemie. W mieście zaczyna się dziać coś dziwnego, ginie dziewczynka, zwierzęta ze strachu uciekają, mieszkańcy są niespokojni. Isabella, na wzór odważnej bohaterki z legend Arinty, chce stawić czoło złu. 

Książka być może jest skierowana do młodszego czytelnika, zważywszy na wiek bohaterki, ale trafi również do tych starszych, ja dobrze bawiłam się przy lekturze. Opowieść jest magiczna, urzekająca, przepełniona symbolami. Z wielką przyjemnością podążamy śladem małej, dzielnej dziewczynki, poruszającej się po krainie jak ze snu. Podoba mi się bardzo niezwykły świat wykreowany przez autorkę, tak niepodobny do współczesnego. 

Sam proces czytania jest ciekawym zjawiskiem, trochę tak jakbyśmy przeglądali stare mapy i razem z Isabellą szukali jej zaginionej przyjaciółki. Każda strona poprzecinana jest liniami i znakami, fragmentami krajobrazu, więc kartkując kolejne strony mamy wrażenie, że naprawdę wędrujemy, że posuwamy się dalej, a rozwiązanie wszystkich zagadek jest coraz bliżej. Dawno nie spotkałam się z tak pięknie wydaną książką, tak zmyślnie zaplanowaną. 

Polecam fanom przygód i magii w literaturze. Tak jak wspomniałam, książka jest jak baśń, z założenia więc przeznaczona dla tych młodszych nastolatków, ale nas starszych na pewno też nie zawiedzie. Fabuła nie jest bardzo skomplikowana, książka jest dosyć cienka, ale na pewno pozostaje w pamięci. 

wtorek, 19 lutego 2019

"Muza Koszmarów", Laini Taylor

Autor: Beata Szy dnia 11:44:00 3 komentarze


Wielu czekało na drugi tom „Marzyciela” Laini Taylor, ja oczywiście należałam do tej grupy. „Muza Koszmarów” premierę ma 27 lutego, czyli już całkiem niedługo, na szczęście udało mi się przeczytać wersję przedpremierową i mogę już z całą pewnością powiedzieć, że lubię całą tę serię, że drugi tom spełnił oczekiwania.

Lazla i Sarai, tę niecodzienną parę poznającą się we śnie, poznaliśmy w poprzednim tomie. Z uwagą mogliśmy śledzić ich rodzące się uczucie, ale gdy wreszcie doszło do spotkania, Sarai straciła życie, spadając z cytadeli przypominającej wyglądem serafina. Człowiek, marzyciel, bibliotekarz, zakochany w niebieskoskórej dziewczynie, boskim pomiocie, astralnej. Sarai jednak nie znika, choć jej ciało umiera, jej dusza zostaje schwytana przez Minyę i dostaje drugą szansę od losu – jako duch może wreszcie połączyć się z ukochanym. Ale oczywiście nic nie jest takie proste, jak powinno..

W drugim tomie do grona znanych nam, polubionych postaci, dołącza wiele nowych. Wspaniała jest historia dwóch sióstr, Kory i Novy, która otwiera ten tom i przeplata się z wydarzeniami głównymi. Autorka robi coś zaskakującego – przybliża nam sylwetkę postaci, która później stanie się największym wrogiem naszych ulubionych bohaterów, z takiej perspektywy, że nie przeczuwając, co zaraz się stanie, współczujemy jej, kibicujemy, z zapartym tchem śledzimy jej losy. Bohaterowie, ani cały wykreowany świat, nie są czarno-biali. W każdym tkwi ziarnko dobra albo zła. Każdy medal ma dwie strony. Myślę, że to jedno z przesłań tej opowieści – by nie osądzać człowieka na podstawie pierwszego wrażenia. Choć tytuł książki przywołuje postać Sarai, bardzo ważną rolę w całej opowieści odgrywa Minya. Boski pomiot uwięziony w ciele dziewczynki, o straszliwej mocy i przepełniony żądzą zemsty. Dowiadujemy się dzięki tej postaci wiele o samej Rzezi, o bólu i odwadze, o koszmarach nękających nie tylko mieszkańców Szlochu, ale i bękartach bogów, którym udało się przeżyć. To wielki plus tej opowieści – możliwość patrzenia na rozgrywające się wydarzenia oczami wielu postaci, co czasem zupełnie zmienia kontekst, pozwala zrozumieć każdą ze stron.

Na osobne słowa uznania zasługuje wydanie obu powieści. Choć sama miałam do czynienia z prebookiem, wiem że wydanie końcowe ma przypominać to pierwsze, a poza tym książkę można kupić w magicznym pakiecie z gadżetami z serii. To naprawdę fajny pomysł, bo nam, fanom Lazla i Sarai, radość sprawia każdy przedmiot związany z ulubionymi książkami, prawda? 😊

Link do boxa >>tutaj<<

Piękna jest ta opowieść. Bardzo podoba mi się sposób prowadzenia narracji przez autorkę, zdania jakie wychodzą spod jej palców, bohaterowie których wyczarowała. Jeśli jeszcze nie znacie tej historii, czym prędzej sięgajcie po tom 1. A jeśli znacie, myślę że sami już nie możecie doczekać się lektury.

czwartek, 14 lutego 2019

Zakupy w sklepie bee.pl

Autor: Beata Szy dnia 12:49:00 1 komentarze
Ostatnio miałam okazję robić zakupy w internetowym sklepie bee.pl. Sklep ma w ofercie produkty z takich kategorii jak zdrowa żywność, kosmetyki, chemia, artykuły do domu, produkty dla dzieci i wiele, wiele więcej. 

Poruszanie się po stronie sklepu jest bardzo proste i intuicyjne, gdyż produkty podzielone są na jasne kategorie, a strona każdego produktu jest przejrzysta, bogata w najważniejsze informacje. Dodawanie produktów do koszyka, cały proces poruszania się między produktami i proces składania zamówienia są proste i czytelne. 



A jest w czym wybierać, spójrzcie tylko za moje łowy i to wszystko zakupy do 100 zł 😉 Jak pszczółka z nazwy sklepu wskazuje są to najczęściej produkty zdrowe i na bazie naturalnych składników. Ja postawiłam na dwie kategorie – produkty spożywcze i kosmetyki. 

I oto co znalazło się w moim koszyku 😊 



Jeśli chodzi o kosmetyki to postawiłam głównie na markę Organic Shop i wybrałam dwa żele pod prysznic, peeling do ciała i maskę do włosów. Wszystko pachnie pięknie i wygląda jeszcze lepiej 😉 Mam też malutkie arabskie perfumy, żel do mycia twarzy od Himalaya i mydełko od Babuszka Agafia. Większość tych marek znałam i używałam już podobnych produktów, więc myślę, że ze wszystkiego będę zadowolona. 

Lubicie kosmetyki naturalne? Ja bardzo :)

Póki co testuję maskę do włosów i jestem zadowolona z tego kosmetyku. Opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, a moje włosy łagodnie po niej falują, czuję że są odżywione. Za to żel pod prysznic o zapachu lawendy to także strzał w dziesiątkę – jego zapach naprawdę pozwala się zrelaksować pod prysznicem. 

Ale i tak wszystko bije na głowę zapach peelingu do ciała z papają. Jest bardzo intensywny, owocowy, pełen energii. Opakowanie jest identyczne jak te od maski do twarzy, łatwo też aplikuje się go na skórę np. podczas prysznica. Bardzo lubię peelingi cukrowe, a najbardziej takie o mocnym zapachu - więc ten trafił w mój gust idealnie. 



Jeżeli chodzi o część spożywczą, to też skusiłam się na parę produktów. Kawa zbożowa Inka z figami – jestem ciekawa jej smaku, chyba niedługo ją sobie zaparzę. Krem orzechowy wybrałam dla siostry, która za parę dni wpada do mnie na ferie. Są też herbatki, dostałam też próbki herbatek w prezencie. Woda kokosowa w butelce – trochę się wahałam, nigdy wcześniej nie pisałam tego specjału, ale ma dosyć miły smak, najlepsza jest taka na zimno, wyjęta prosto z lodówki. 

A patrzcie jaki prezencik dołączono do całego zamówienia – to balsamy do ust o zapachu miodu i wanilii. Pszczółka otwiera się od dołu, a miodek przy podniesieniu zakrętki – naprawdę fajne gadżety, związane tematycznie ze sklepem 😉


Znacie sklep bee.pl? Jeśli nie, polecam Wam zajrzenie na ich stronę :)


"Do wszystkich chłopców, których kochałam, "P.S. Wciąż cię kocham" Jenny Han

Autor: Beata Szy dnia 11:10:00 2 komentarze


Długo nie sięgałam po książkę Jenny Han, bo wciąż miałam w głowie film Netflixa „Do wszystkich chłopców, których kochałam” na podstawie jej opowieści. Film tak na marginesie słodki i uroczy, w sam raz na walentynki. Ale gdy okazało się, że wychodzi druga część, stwierdziłam że czas najwyższy nadrobić zaległości i w sumie „połknęłam” oba tomy w kilka dni. Książki są tak samo urocze, a może jeszcze bardziej. Czasem, w tej ponurej szarości dnia codziennego, miło oderwać się na moment i zatopić w lekturze, od której dostaje się wypieków. Bycie nastolatkiem to przeżywanie wszystkiego sto razy mocniej, a więc każda pierwsza miłość opisana jest z taką pasją i uczuciem, jakby była najbardziej wyjątkową, jaka tylko może się zdarzyć. Nie przeszkadza mi to w niczym, cieszę się, że takie książki pozwalają po prostu się rozmarzyć. 

W pierwszym tomie obserwowaliśmy zmagania 16-letniej Lary Jean, która wpadła w nie lada kłopoty. Jako młoda dziewczyna o romantycznej duszy przeżyła w swoim życiu kilka zauroczeń i do każdego chłopaka, którego na jakimś etapie swojego życia kochała – czy po prostu podobał jej się, bo uczucia te były całkiem platoniczne – pisała list miłosny, którego nigdy nie zamierzała wysłać. Listy przechowywała, jak najdroższe skarby, w pudełku po kapeluszu. Niestety, któregoś dnia pudełko znika, a listy trafiają do adresatów. To powoduje lawinę katastrof, zważywszy na to, że Lara Jean to raczej nieśmiałą, cicha dziewczyna, a jej obiektami okazują się m.in. najpopularniejszy sportowiec w szkole czy…. chłopak jej siostry. 



Drugi tom zaczyna się dokładnie tam, gdzie pierwszy się skończył. Lara Jean i Peter Kavinsky, mimo że pierwotnie zdecydowali się być tylko parą na niby, z czasem poczuli do siebie coś prawdziwego i próbują być parą na poważnie. Przechodzą jednak kłótnię, po której wszystko się kończy. Lara Jean decyduje się więc zrobić to, co wychodzi jej najlepiej – pisze do Petera kolejny list z przeprosinami. I to właśnie ten list rozpoczyna akcję powieści „P.S. Wciąż cię kocham”. 

Kontynuacja jest równie przyjemna w odbiorze, lekka i dziewczęca. Oczywiście, żeby akcja biegła dalej, na horyzoncie musi pojawić się ten trzeci – przyjaciel z dzieciństwa, John. Lara Jean jest szczęśliwa z Peterem, ale jego zażyłość z byłą dziewczyną kładzie się cieniem na ich związku. Dla niej to pierwszy w życiu związek, pierwsza rzeczywista miłość, wszystko jest więc nowe i jeszcze nieznane, on natomiast ma już całkiem pokaźny, jak na chłopca w tym wieku, bagaż. To nie ułatwia sprawy. Tymczasem John wydaje się pasować do Lary Jean idealnie – rozumieją się bez słów, podobnie postrzegają świat. Podobało mi się to, że fakt kogo ostatecznie wybierze Lara Jean jest tak nieoczywisty. Są momenty, kiedy naprawdę sami nie wiemy, komu kibicować. Każdy z chłopaków przedstawia inne wartości, są jak biel i czerń. 

W książce ponownie bardzo wyeksponowany jest też wątek rodzinny, co bardzo mi się podobało. Ważną rolę odgrywają tu też zajęcia dodatkowe Lary Jean, jej wolontariat w domu spokojnej starości. Co prawda, w książce zastosowano wiele prostych rozwiązań – wciąż te idealnie się składające „przypadki”, ale w ogóle nie przeszkadza to w odbiorze. To po prosu tego rodzaju literatura – ma się czytać dobrze, ma nas wprawiać w dobry, romantyczny nastrój. Nie oczekiwałam po niej niczego więcej. 

Pakiet książek Jenny Han to fajny pomysł na walentynkowy prezent. W przygotowaniu część 3 – i po nią również pewnie sięgnę. Może nie jest to literatura wysokich lotów, ale też nigdy nie starała się nią być. Porcja lukru w naprawdę fajnym wydaniu, nic tylko czytać!

niedziela, 10 lutego 2019

"Zwiastun burzy" Bernard Cornwell

Autor: Beata Szy dnia 10:49:00 0 komentarze


Drugi tom „Wojen Wikingów” Bernarda Cornwella już za mną. „Zwiastun burzy” jest w moim odczuciu jeszcze lepszy niż część pierwsza. Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę, strony przesuwały się sama nie wiem kiedy, a historia wciągnęła mnie całkowicie. Wspaniale zapowiada się ta seria, myślę, że idąc dalej tym tropem kolejne części będą jeszcze ciekawsze, jeszcze bardziej pasjonujące. 

Uhtred jest już mężnym młodym mężczyzną, ma dwadzieścia parę lat, żonę i syna. W nowej roli ojca rodziny czuje się dobrze tylko przez chwilę, szybko porzuca tę ścieżkę. Wychowywał się od dziecka wśród wikingów, co sprawiło że drzemie w nim dusza wojownika. Nie potrafi osiąść w jednym miejscu, nie dla niego życie na łonie rodziny. Uhtred pragnie wyzwań, potrzebuje adrenaliny, musi walczyć, łupić, zdobywać. Choć całym sercem kocha Duńczyków, dostaje się pod opiekę króla Alfreda i to u jego boku decyduje się walczyć. Uhtred jest człowiekiem ceniącym swoją wolność, nie można mu nic nakazać, postępuje tak, jak kieruje go rozsądek lub serce. Choć obiecuje wierność angielskiemu królowi, nie zapomina o swoim wychowaniu i nigdy nie podniesie miecza na tych, których traktuje jak rodzinę. Nawet gdy stanie przeciwko nim na polu walki – morduje Duńczyków, choć w połowie czuje się jak jeden z nich, ale też oszczędza tych najbliższych. 

Uhtred powoli staje się cenionym wojownikiem, wieść o jego talentach i zwycięstwach zaczyna obiegać kraj. Wszak to on zabił Ubbę, jednego z najokrutniejszych duńskich wojowników, choć musi walczyć o prawdziwą wersję tej historii ze znienawidzonym Oddą Młodszym, który stara się na każdym kroku odebrać mu uznanie. W życiu młodego wojownika wielką rolę odgrywają też kobiety. Uhtred opuszcza swoją żonę, choć nadal nosi w sercu ją i swego syna, i oddaje serce nowej wybrance, tajemniczej królowej cieni, przepowiadającej przyszłość. Ich nieformalny związek jest bardzo silny, dodaje mężczyźnie odwagi i wiary w zwycięstwo. Chociaż Iseult przepowiada ukochanemu szczęście u boku innej, złotowłosej piękności, ich historia jeszcze się pisze. 

W drugim tomie po sromotnej klęsce król Alfred ze swoją świtą, do której przynależy też Uhtred, w ukryciu stara się odbudować armię i ruszyć na Duńczyków, zapobiec ich ekspansji. Mizerny, chorowity król, nie nadaje się do walki czy wojennych przemów, ale ma bystry umysł i powoli, ale skutecznie, podąża za swoim marzeniem zjednoczenia całego kraju. Uhtred nie daje się nawrócić, to Odynowi chce służyć, to miecz Thora nosi na piersi, chrześcijaństwo jest dla niego dziwną, wymagającą religią. Mimo to słowo honoru i obowiązek ma dla niego szczególną moc, i walczy u boku tych, których nie rozumie, przeciwko tym, wśród których czuje się sobą. Ten dysonans pozostanie z nim chyba na zawsze. Przebywając z anglikami często jest brany za wikinga, nosi bowiem długie włosy i zdobyte w bitwach naramienniki, zna także ich mowę. Gdy zaś ukrywa się wśród Duńczyków, zwracają uwagę na jego dziwny akcent, również nie traktują go jak jednego ze swoich. Uhtred nie przynależy nigdzie, przez co często zmienia strony i nie może zdecydować, kim tak naprawdę chciałby być. 

Końcowe partie książki to opis widowiskowego starcia ludów Anglii z Duńczykami. Autor bardzo plastycznie opisuje kolejne etapy bitwy, tak że nieomal stajemy razem z naszymi bohaterami w murze tarcz. Jestem pod wrażeniem, w jak zajmujący, realistyczny sposób udało mu się odtworzyć jedną z najbardziej legendarnych bitew. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy, gdyż apetyt rośnie tu w miarę jedzenia. Sądzę, że jeszcze wiele fantastycznych starć przed nami :)

niedziela, 3 lutego 2019

"Kolor milczenia" Elia Barceló

Autor: Beata Szy dnia 13:24:00 0 komentarze



„Kolor milczenia” to książka, która od pierwszego z nią zetknięcia, bardzo wiele obiecuje. Jest przepięknie wydana – z solidnej, twardej oprawy spogląda na nas rudowłosa piękność. Rzeczywistość jest jednak nieco inna. Główną bohaterką opowieści jest Helena, starsza kobieta, uznana malarka, dręczona koszmarami młodości. Wiele lat temu jej siostra zaginęła, znaleziono ją martwą i nigdy nie wyjaśniono zagadki jej śmierci. Helena przez całe swoje życie stara się z jednej strony uciec od wspomnień i cieni, które ją prześladują i nie pozwalają zaznać spokoju, z drugiej prowadzi własne prywatne śledztwo, z nadzieją że w końcu uda jej się rozwikłać zagadkę i odkryć rodzinne sekrety.

Jeśli od pierwszych stron czytelnik nie polubi głównego bohatera, trudno przebrnąć przez lekturę, miewacie to samo uczucie? Nie mam tutaj na myśli tego, że bohater musi być postacią pozytywną – zdarzają się opowieści o seryjnych mordercach, którzy jednak przykuwają uwagę tak złożoną osobowością, że podążamy ich śladem, nawet jeśli ich czyny są przerażające. Mówię o takiej sympatii, która nie ma granic, nie szufladkuje i nie ocenia bohatera, ale tworzy coś w rodzaju paktu – przez kolejne kilkaset stron całkowicie oddajemy swoją uwagę bohaterowi, ścieramy się z nim. Natomiast Helena jest postacią trzymającą dystans przez całą lekturę, nie można jej dosięgnąć. Jest oschła i zimna, nie dopuszcza do siebie nikogo, nawet rodziny, trzyma się z dala od ludzi i pozwala sobie na bliskość tylko wtedy, gdy jej jest to na rękę. Zupełnie nie czułam „mięty” do tej postaci, nie mogłam jej polubić, nie mogłam wczuć się w jej dramaty. W związku z tym lektura była dla mnie dość mozolna i niestety nie dostąpiłam tej literackiej uczty, jaką powieść obiecywała. Przeczytałam książkę, ale obyło się bez fajerwerków.

Powieść rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Są czasy współczesne, postacią kluczową jest tu właśnie Helena i wspomnienia, które stopniowo przed nami ujawnia, ale pojawiają się też niezależne wstawki z przeszłości, na początku niewiele mówiące, później splatające się z historią główną i odkrywające przed nami coraz więcej. Rozwiązanie tej historii jest ciekawe, zaskakujące i wielowątkowe, ale przywodzi na myśl bardziej seriale pokroju „Mody na sukces” niż literaturę z wyższej półki. Szkoda też, że tak oszczędnie odmalowano koloryt marokańskich luksusów i hiszpańskich miast, bo w takiej scenerii rozgrywa się akcja książki. Sama kilka lat temu miałam okazję spędzić wakacje w Maroko i kolory tego kraju są ze mną do dzisiaj.

Warto wyrobić sobie opinię samodzielnie, gdyż powieść jest doceniania i cieszy się wielką popularnością, zdobyła m.in. tytuł Książka Hiszpanii 2017 roku. Ja niestety nie uległam jej czarowi, choć na ogół lubię takie wielopokoleniowe opowieści z rodzinnymi tajemnicami w tle.

środa, 30 stycznia 2019

"Nieznane życie lodowców" Bjorn Roar Vassnes

Autor: Beata Szy dnia 14:48:00 0 komentarze



„Nieznane życie lodowców” to książka która tytułem w pierwszym skojarzeniu przypomniała mi książki typu „Sekretne życie drzew”, „Duchowe życie zwierząt” itp. Przyroda, która nie ma głosu, w publikacjach tego typu w końcu go otrzymuje, a my możemy dowiedzieć się więcej o tych tajemniczych istotach i zjawiskach, o naturze która nas otacza.

Bjorn Roar Vassnes jest jednym z czołowych norweskich dziennikarzy naukowych i autorem książek o tematyce popularnonaukowej. W swojej książce stara się odkryć tajemnice najmroźniejszych zakamarków naszej planety. Śnieg i lód pokrywają aż 10 procent powierzchni Ziemi. Mimo, że trudno sobie to wyobrazić, lód z odległej Arktyki i Antarktydy ma ogromny wpływ na warunki życia każdego z nas, gdziekolwiek mieszkamy. Dużo z badań i doświadczeń, które opisuje autor, dotyczy krajów skandynawskich, ale nie tylko. Autor zwraca uwagę na światowe publikacje i obserwacje, przywołując zjawiska z różnych części naszej planety i zwracając uwagę na niuanse i powiązania, z których do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Temat globalnego ocieplenia i tego, co może czekać naszą planetę, jeżeli nie zaczniemy o nią dbać, jest coraz popularniejszy i to właśnie pierwszy, maleńki krok ku lepszemu. Autor w swojej książce opisuje wszystko raczej prostym językiem, bardzo streszcza różne artykuły, kolejne rozdziały są bardzo krótkie. Mam wrażenie, że jego książka to dopiero pierwsze zarysowanie tematu, to taki wstęp do poszukiwania informacji w kolejnych publikacjach tego typu. Może po nią sięgnąć zarówno kompletny laik, jak ja, czy też osoba zainteresowana tematyką, w celu uszeregowania swojej wiedzy.

Myślę, że książka zrobiłaby na mnie większe wrażenie, gdyby była ilustrowana – tak ją sobie w pierwszej chwili wyobrażałam, jako taką bogatą w treść i zdjęcia publikację popularnonaukową. Brak mi tego tutaj, myślę że odbiór byłby wtedy zdecydowanie lepszy. Ta książkowa nowość na pewno porusza ważne tematy, autor daje ciekawe przykłady z życia, odnosi się do wielu badań i zjawisk. Nie wciągnęła mnie jednak tak totalnie od deski do deski, momentami jest nudna. Zainteresować czytelnika takim tematem to sztuka, autorowi trochę tego zabrakło.

Śmierć Komandora cz. 2., Haruki Murakami

Autor: Beata Szy dnia 11:19:00 0 komentarze


W pierwszym tomie „”Śmierci Komandora” Murakamiego klimat był wręcz gęsty od niewyjaśnionych zjawisk, zagadek, powieść obfitowała w momenty przyprawiające o dreszcze, pojawiło się tez wiele zagadkowych postaci. Po drugim tomie oczekiwałam przede wszystkim jeszcze większej ilości tajemnic, oraz wyjaśnienia wszystkich zasugerowanych wcześniej zjawisk. Czy się doczekałam? O tym za chwilę.

Samotny malarz po raz pierwszy maluje kobiecy portret, jego modelką jest trzynastoletnia, małomówna dziewczynka, przypominająca mu zmarłą siostrę. Nie bez znaczenia jest fakt, że jego niecodzienny, zamożny sąsiad podejrzewa, że jest ojcem dziewczynki i poprzez różne działania uskutecznił najpierw sam pomysł portretowania, a potem doprowadził do osobistego poznania się z dziewczynką. Malarz czuje się trochę jak pionek w wielkiej rozgrywce, utkanej wcześniej przez Menshikiego.

W drugiej części powieści większą rolę odgrywa ten drugi, nieznany świat, do którego wrotami jest tunel nieopodal domu, w którym tymczasowo mieszka malarz. Otworzenie tunelu spowodowało serię przedziwnych zdarzeń, uwolniło też ideę pod postacią Komandora, teraz okazuje się że jest to pewnego rodzaju przejście, łączące dwa światy. Szkoda tylko, że temat ten potraktowany jest dosyć pobieżnie i w rezultacie całe rozwiązanie historii nie satysfakcjonuje tak bardzo. Murakami, jak to on, wprowadził do powieści wiele tajemniczości, każde nawet najbardziej trywialne zdarzenie zdawało się mieć drugie dno, a ostatecznie całość jest dosyć prosta, zakończenie nie trzyma w napięciu tak, jak powinno.

Lubię styl Murakamiego, jakąkolwiek jego książkę czytałoby się, od razu można wychwycić charakterystyczny styl pisania, proste zdania, podsumowania i powtórzenia, taką szczegółowość w opisywaniu nawet codziennych, rutynowych zachowań. Nie da się czytać wielu jego książek pod rząd, bo wtedy rzeczywiście pojawia się przesyt, ale ciekawie jest od czasu do czasu wrócić do tych książek i dotknąć trochę innej obyczajowości, odmiennej kultury. Może czasem nie rozumiemy bohaterów, ich powolności i zachowawczości w działaniu, ale trzeba pamiętać, że to zupełnie inny świat.

Podsumowując, książka nie wywoła na mnie aż tak wielkiego wrażenia, jak oczekiwałam. Niemniej, cieszę się że poznałam tę historię i mogłam zżyć się z bohaterami. Świat tej powieści, pełen surrealizmu, wchłonął mnie. Uważam, że Murakami ma o wiele lepsze powieści w dorobku, jednak dla fanów jego twórczości będzie to jak zwykle przygoda.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Martina Gebhardt Naturkosmetik - krem do twarzy

Autor: Beata Szy dnia 21:18:00 0 komentarze
Martina Gebhardt Naturkosmetik krem do twarzy - recenzja

Ostatnio w moje ręce trafił różany krem do twarzy marki Martina Gebhardt Naturkosmetik, kosmetyk zupełnie mi nieznany, marka z którą po raz pierwszy miałam styczność, więc z ciekawością zabrałam się do testowania.

Kosmetyk zamknięty jest w małym słoiczku wykonanym z białego szkła. Ma ładny, opływowy kształt. Mój krem jest niewielkich rozmiarów, bo to tylko 15 ml, ale po dwóch tygodniach stosowania mogę już stwierdzić, że jest dosyć wydajny. Produkt ma kremową konsystencję i jasny, kremowy kolor. Jest dosyć treściwy i tłusty, dlatego wystarczy nałożyć na twarz niewielką ilość kosmetyku, by już zyskać zadowalające efekty. Stosuję go tylko na noc, ponieważ krem długo się wchłania, a skóra po jego użyciu jest świecąca i tłusta. Krem wchłania się stopniowo i gdy wstaję rano, mam bardzo gładką skórę twarzy, cera jest wyraźnie rozświetlona. 



Przeznaczony jest dla skóry suchej odwodnionej i wrażliwej, dokładnie takiej jak moja, i stąd właśnie taka konsystencja, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może odpowiadać. Sama lubię stosować kremy o lekkiej formule, ale na noc potrzebuję czegoś bardziej odżywczego i w tej roli sprawdza się świetnie. Jeżeli chodzi o zapach, rzeczywiście już po otwarciu słoiczka czujemy intensywny, różany zapach. Mi kojarzy się on z zasuszonymi różami i szczerze mówiąc średnio go lubię, ale przyzwyczaiłam się do tego, że kosmetyki o naturalnym składzie nie zawsze są miłe dla nosa 😉 Coś za coś. 


A jeśli już o składzie mowa, Rose Cream zawiera w 100 procentach składniki naturalne. Jest bogaty w witaminy i substancje odżywcze. W jego recepturze znajdziemy: oliwę z oliwek, olej słonecznikowy, olej z awokado, lanolinę, olejek z owoców dzikiej róży, masło shea, wosk pszczeli, masło kakaowe, wyciąg z kwiatów róży damasceńskiej, wyciąg z kwiatów hibiskusa, wyciąg z czarnego bzu oraz złoto i srebro. Całkiem tego sporo, prawda? :)

Krem może nie trafi na moją topkę ulubionych kosmetyków, ale na pewno trzeba docenić jego działanie i skład 😊



 #martinagebhardtpolska #naturalnekosmetyki #naturalbeauty #trustedcosmetics


niedziela, 20 stycznia 2019

"Ostatnie Królestwo" Bernard Cornwell

Autor: Beata Szy dnia 17:23:00 0 komentarze


Tematyka podbojów Wikingów jest w modzie już od kilku lat, głównie za sprawą dwóch świetnych seriali: Wikingów i Ostatniego Królestwa. Powieści Bernarda Cornwella, na podstawie których powstał właśnie ten drugi tytuł, w Polsce nigdy nie zostały wydane w całości, ale w tym roku tego zadania podjęło się Wydawnictwo Otwarte i miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Jestem właśnie po lekturze pierwszego tomu i już niecierpliwie czekam na kolejny – a kolejne tomy powieści mają się ukazywać przez cały rok, mniej więcej co miesiąc. 

Akcja pierwszego tomu pt. „Ostatnie Królestwo” dzieje się w IX w., gdy Anglia była podzielona na siedem niezależnych królestw. Wikingowie, czyli po prostu Duńczycy, systematycznie starali się podbić te terytoria. Wydarzenia z książki dzieją się trochę później, niż te znane z serialu „Wikingowie”, ale w powieści pojawiają się znane nam postaci, m.in. synowie samego Ragnara: Ivar Bez Kości i Ubba. Niesamowicie było ich tu spotkać, zwłaszcza że dopiero co skończyłam oglądać piąty sezon serialu, w którym to właśnie synowie przejmują ster. W książce pojawia się też Ragnar, ale jest to zupełnie inny bohater, a imię to było po prostu bardzo popularne wśród Duńczyków. Miałam okazję parę lat temu obejrzeć też pierwszy sezon „Upadłego Królestwa”, a obrazuje on wydarzenia z pierwszych 2 tomów powieści. Moja recenzja serialu znajduje się >>tutaj<<. Fajnie było wrócić do tej historii, przypomnieć ją sobie i zgłębić dzięki niesamowitej wyobraźni pisarza. 

Głównym bohaterem powieści jest Uhtred syn ealdormana Northumbrii, jednego z królestw Anglii. W wyniku podboju Duńczyków cała rodzina Uhtreda ginie, a on sam cudem zostaje ocalony, trafia jednak w niewolę. Chłopak, w akcie dziecinnej odwagi, rzuca się na przywódcę wroga, i to tak rozśmiesza samego Ragnara, że postanawia go wziąć pod swoje skrzydła jako maskotkę. Uhtred czuje rozdarcie, ponieważ powinien nienawidzić swojego wroga, pomścić śmierć bliskich, tymczasem wcale nie jest traktowany jak jeniec. Zaprzyjaźnia się z Wikingami, staje się jednym z nich. Podoba mu się ich swobodny styl życia oraz zamiłowanie do walki. Uhtred z jednej strony czuje się Saksończykiem i wierzy w to, że kiedy dorośnie, zdoła odbić ziemie, należące do niego po ojcu, z drugiej staje się częścią rodziny Duńczyków i kocha Ragnara bardziej niż własnego ojca. Z czasem to rozdarcie będzie się tylko pogłębiać, a znajdując się na polu walki Uhtreda nigdy nie opuści pytanie, czy staje po właściwej stronie, kim tak naprawdę jest, a może nie należy do żadnej ze stron? 

Bardzo polubiłam bohaterów tej książki i sposób prowadzenia akcji. Mimo że Uhtred jest głównym bohaterem i to jemu oddano narrację, każda z przewijających się przez strony powieści postaci ma swój niepowtarzalny charakter i przekonania. Podobały mi się świetne opisy bitew, niezapomniane starcia Anglików i Duńczyków, ich sposoby walki, dedukcji, szukanie forteli, by zaskoczyć wroga. Znane mi z ekranu mury tarczy zagościły na kartach powieści i czytanie o tym, co przeżywali wojownicy stojąc w takim szyku, czekając na sygnał do ataku, dało nowe, świeże spojrzenie na ten spektakularny sposób walki. 

W powieści wielką rolę odgrywa także wiara. Uhtred wychowywał się w katolickiej rodzinie, ale bardzo szybko przyswoił sobie wierzenia Wikingów, zaczął wyznawać boga Odyna i nosić na piersi miecz Thora. Wiele razy zdarzy mu się jeszcze wybierać, do kogo powinien zanosić swoje modły. Zdarzy się czas, gdy opuści brutalnych Duńczyków i powróci na służbę do rodzimego ludu, jednak ascetyzm wiary chrześcijańskiej nigdy nie będzie dla niego atrakcyjny. 

Książkę czyta się jednym tchem, i nie można się przy niej nudzić. Opisy są bardzo barwne i konkretne, a przede wszystkim ukazywane z perspektywy dorastającego, szukającego swojego miejsca chłopaka, dzięki czemu są pełne emocji, wrażliwości i przemyśleń. Dosłownie odczuwamy rozterki Uhtreda na własnej skórze i pragniemy, by wreszcie zaznał spokoju. Ale jego honor i lojalność nie zawsze pozwalają mu pójść ścieżką, jaką miałby ochotę. Czasem obowiązek bierze górę nad sercem. Uhtred nie łamie raz danego słowa, nawet gdy własne pragnienie mówi mu co innego.

Uhtred wierzy w to, że przeznaczenie jest wszystkim. Oddaje swój los w ręce bogów. Wyrasta na walecznego, pewnego siebie mężczyznę, który z jednej strony ma wielkie serce i zrobi wszystko dla ludzi, których kocha, z drugiej wciąż czuje w sobie głód walki i chęć odebrania tego, co prawnie do niego zależy. W pierwszym tomie żegnamy go, gdy ma około 21 lat, wiele jeszcze przed nim. Z wielką ochotą poznam jego dalsze losy i chyba nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się za 2 sezon serialu, by jakoś uprzyjemnić sobie ten czas oczekiwania 😊 

Gorąco polecam Wam książkę. To wydanie jest piękne – ma klimatyczną, twardą okładkę, ładne wklejki z przodu i z tyłu (przedstawiające mapę ówczesnej Anglii i wizerunek samego bohatera). Grzbiet okładki przedstawia fragment czarno-białego szkicu, po skompletowaniu wszystkich tomów ułożą się one w jeden rysunek – to jest po prostu genialny zamysł i bardzo, bardzo chciałabym już zobaczyć jak ta kolekcja będzie prezentowała się na regale :)

Polecam fanom Wikingów, a jest ich przecież co niemiara, a także wszystkim, którzy lubią literaturę przygodową. Jak widać, choć z pozoru wydaje się, że to ciężka, brutalna i męska pozycja, kobiety również mogą świetnie bawić się przy lekturze. Powieść naprawdę jest klimatyczna, wbrew pozorom lekka w odbiorze, kolejne strony znikają w okamgnieniu, nie wiadomo kiedy. Mimo, że porusza wiele trudnych kwestii, bohaterowie miewają swoje rozterki i tragiczne wybory do podjęcia, pojawia się tutaj także humor, a wszystko to razem składa się na naprawdę wciągającą całość :)

poniedziałek, 14 stycznia 2019

"Śmierć Komandora" tom 1, Haruki Murakami

Autor: Beata Szy dnia 12:55:00 0 komentarze


Murakami zagościł u mnie ponownie po dosyć długiej przerwie. Cieszę się, że sięgnęłam po 1 tom „Śmierci Komandora” w momencie, gdy drugi pojawił się już w Polsce, gdyż ta książka kończy się tak, że od razu chce się więcej. 

Kto czytał jakikolwiek tytuł tego japońskiego pisarza, wie mniej więcej czego się spodziewać po lekturze. Jeśli dla kogoś jest to pierwsze spotkanie z pisarzem, szybko wychwyci charakterystyczne cechy jego stylu. Murakami snuje swoje opowieści dosyć prostym językiem, pełnym podsumowań i powtórzeń, jego opisy są dosyć systematyczne, uporządkowane, spisywane trochę jak dziennik: robiłem to i to, później to i tamto. Nie brak też naturalizmu, na przykład przy dosyć przedmiotowym podchodzeniu do seksualności. Trzeba się do tego przyzwyczaić, i dać się ponieść historii. Bo chociaż z jednej strony wydaje się, że w życiu bohaterów Murakamiego niewiele się dzieje, z czasem te niby codzienne, zwykłe czynności składają się na obraz czegoś większego, niesamowitego, wymykającego się z ram racjonalności. Tak jest i tym razem. Ja „połknęłam” tę książkę w jeden weekend. Bo jeżeli przyzwyczaimy się już do japońskiego świata i zachowań bohaterów, które dla nas Europejczyków mogą być momentami dziwne i niezrozumiałe, gdy zatopimy się całkowicie w tym świecie, lektura po prostu nas poniesie, całkowicie zaprzątając nasze myśli. 

Bohaterem książki jest porzucony przez żonę malarz. Mężczyzna zostawia wszystko i udaje się w kilkumiesięczną podróż bez celu, by poukładać sobie życie na nowo, a później zamieszkuje w domu przyjaciela, należącym niegdyś do jego ojca, uznanego malarza. Tam stara się na nowo odnaleźć radość z malowania, którą stracił wykonując nudną pracę portrecisty. Jednak mijają dni i tygodnie, a malarz nie jest w stanie zacząć pracy, wciąż wpatruje się w puste płótna. Pewnego dnia otrzymuje telefon od swojego agenta – dostaje tajemnicze zlecenie na kolejny portret, i to za bardzo wygórowaną stawkę. Bohater decyduje się przyjąć zlecenie, po raz ostatni. Tak nawiązuje znajomość ze swoim zamożnym sąsiadem, panem Menshiki. To przedziwna postać – człowiek o białych włosach, skrywający w sobie wiele sekretów. Czas upływa więc bohaterowi na malowaniu portretu, do którego Menshiki mu pozuje, na prowadzeniu kursów malarstwa, na romansach z dwoma zamężnymi kobietami. Którejś nocy malarza budzi głos odległych dzwonków, powtarza się to wielokrotnie. Szukając źródła tego dźwięku, uruchamia całą lawinę nieprawdopodobnych zdarzeń. 

Książka Murakamiego jest bardzo klimatyczna. Momentami opowieść traci realizm, a czytelnik zaczyna mieć ciarki na plecach, atmosfera gęstnieje. Ten nastrój grozy dosłownie wbił mnie w fotel, dawno żadna książka tak bardzo nie oddziaływała na moją psychikę – może też dlatego, że z natury unikam wszystkiego, co straszne, naprawdę nie lubię się bać. Murakami natomiast za pomocą z pozoru niegroźnych szczegółów, buduje napięcie. Do powieści wkraczają elementy surrealistyczne. Poznajemy też coraz więcej faktów z przeszłości bohaterów, ich historie zdają się posiadać drugie dno i mieć konsekwencje w teraźniejszości. Bardzo lubię to, jak autor splata losy różnych bohaterów pokazując, że nic nie jest przypadkowe. 

Podobają mi się zwłaszcza fragmenty o sztuce malarstwa, o tym jak farny i płótno przemawiają do malarza, jak obraz czasem sam się wydobywa spomiędzy pociągnięć pędzla. Zawsze żałowałam, że nie mam ani trochę talentu w tej dziedzinie, bo to coś niesamowitego, przenosić swoje uczucia na sztalugę. Obok malarstwa mamy również muzykę, kolejny raz bohaterowie zasłuchani są w operę i potrafią pięknie mówić o tym, co wzbudza w nich muzyka. U Murakamiego zwykle pojawiają się też zagadkowe postaci kobiece, dotknięte jakimś piętnem – mamy tutaj wspominaną, zmarłą córkę głównego bohatera oraz dziewczynkę, którą portretuje. Chociaż Murakami portretuje swoich bohaterów dość pobieżnie, więcej ukrywając, niż nam pokazując, to właśnie tam pomiędzy wierszami można najwięcej wyczytać. Stale mnie zaskakuje, jak on to robi. 

Książka urywa się w dosyć ważnym momencie, trudno sobie wyobrazić, że to koniec, ciąg dalszy po prostu jest potrzebny. Na szczęście mam już drugi tom i niedługo się za niego zabiorę, a wtedy będę mogła podsumować tę przedziwną historię. Póki co jestem poruszona lekturą, bardzo na plus.

sobota, 12 stycznia 2019

"Modyfikowany węgiel" Richard Morgan

Autor: Beata Szy dnia 11:03:00 0 komentarze

Na początku zeszłego roku na Netflixie pojawił się bardzo promowany, nowy serial „Modyfikowany węgiel”, wiązano z nim spore nadzieje. Kampania promocyjna była prowadzona z wielkim rozmachem, do tego stopnia że w Warszawie stworzono specjalną ekspozycję Pawilon Altered Carbon, przypominający siedzibę firmy Psychasec, oferującej technologię nieśmiertelności. Pamiętam, że akurat rozchorowałam się w tamten weekend i przeżywałam, że nie mogę tego zobaczyć, co śmieszniejsze, przebywając teraz na zwolnieniu sięgnęłam po książkę „Modyfikowany węgiel”, na której podstawie powstał ten serial. Tak, po roku, ale bardzo dobrze – zdążyłam zapomnieć szczegóły fabuły i była to ciekawa wycieczka pełna wspomnień.

Wracając jeszcze do serialu, okazał się dla wielu rozczarowaniem. Fani twórczości Richarda Morgana mieli żal o to, że pozmieniano nieco fakty, w tym uproszczono samo zakończenie. Na mnie, nie znającej wtedy książki, serial zrobił duże wrażenie swoim wizjonerstwem, niesamowitym światem przyszłości i fabułą, która mnie wciągnęła. Wspominam go miło, więc powrót do świata bohaterów był miłym doznaniem. A że drugi tom tej powieści czeka w domu, niedługo znów tam zajrzę 😉

Nieco o fabule. W dwudziestym szóstym wieku ludzie opuścili Ziemię, zasiedlili inne planety. Znaleźli też sposób na nieśmiertelność – świadomość człowieka można zapisać w stosie, który po jego śmierci przenosi się do nowego ciała, nowej powłoki. Nie wszystkich jednak na to stać. Najpotężniejsi, bogata elita zwana Matami, może sobie zapewnić kilkusetletnie życie. Mają wszystko – powłoki idealne, trzymane w kilku zapasowych kopiach, świat należy do nich. Jest też cała reszta ludzkości, która o wszystko musi walczyć. To na porządku dziennym, że ludzie po śmierci dostają najtańsze ciała, czasem innej płci. W serialu uderzyła mnie taka scena, gdy dziecko otrzymało ciało staruszki. Wiecie, w takich momentach nie trzeba więcej słów. Świadomość tego, co to oznacza, spada na nas z wielką siłą.

Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs zostaje sprowadzony na Ziemię i wynajęty, by rozwikłać sprawę morderstwa. Otrzymuje ciało byłego policjanta, i dopiero po pewnym czasie zdaje sobie sprawę, dlaczego wciąż kręci się wokół niego policjantka Ortega. To powłoka jej ukochanego, którą kobieta opłacała z nadzieją, że po odsiedzeniu wyroku w przechowalni, jej partner znów otrzyma. Między tą dwójką zrodzi się niesamowite uczucie – ciało, które dostał Kovacs reaguje instynktownie, gdy tylko Ortega pojawi się w pobliżu. Ona sama zaczyna czuć sympatię do Emisariusza, a może tylko tak jej się wydaje, może wyobraża sobie, że to jej ukochany? Ten przedziwny trójkąt jest jednym z moich ulubionych wątków w tej powieści. Porusza ciekawie moralne kwestie i pokazuje jak zabawa w nieśmiertelność może skomplikować, zamiast ułatwić, ludzkie życie.


Na pewno największą zaletą książki są bohaterowie. Na początku jest ich tylu, że bywają momenty, w których trudno się połapać. Zwłaszcza, gdy dołożyć do tego możliwość zmiany powłok i przenoszenia stosów, ale im dalej w lekturę, tym przyzwyczajamy się do reguł tej rzeczywistości. Świetna jest też wciągająca akcja i rozwój wypadków, wszystko to po prostu płynie, nie można się nudzić. Dowiadujemy się coraz więcej o świecie przyszłości i jego brudach, bo im więcej człowiek może, tym bardziej z nudów zaczyna przesuwać granicę i dopuszcza się coraz gorszych i ohydniejszych czynów. W serialu rozwinięto jeszcze wątek przeszłości Kovacs’a w Świecie Harlana, tutaj dowiadujemy się na ten temat dosyć mało. Być może coś więcej pojawi się w kolejnych tomach, a może cała ta historia była wymysłem na potrzeby serialu, nie wiem, ale szkoda, bo podobała mi się ta partia w serialu i wniosła takie drugie dno do opowieści. Zresztą, co tu dużo mówić, ja uwielbiam głównego bohatera. To taki typ człowieka ze spluwą, przed którym można drżeć ze strachu. Nawet gdy wpada w pułapkę wiemy, że jest na tyle przebiegły i bystry, że jakoś wykaraska się z tej sytuacji. Czytając, wciąż miałam przed oczami serialowego aktora Joel'a Kinnamana i choć początkowo różne były opinie, on naprawdę pasuje do tej roli. Zimny i pewny siebie, a pod tą maską chowający wulkan emocji. Generalnie to chyba wrócę do tego serialu jeszcze na świeżo i porównam, jak bardzo różni się on od książki. 

Trudno oddać mi wszystkie emocje, jakie niesie ze sobą ta książka. Historia jest bardzo rozbudowana, myślę, że każdy czytelnik wyniesie z niej coś innego, zwróci uwagę na inne aspekty. Ale jedno jest pewne, książka jest niesamowita. To gorzki obraz tego, dokąd prowadzi rozwój technologii i nasza pogoń za pięknem i wiecznym życiem. Obraz brudu, rozkładu i świata, w którym wciąż ludzie dzielą się na tych, którzy mają i mogą wszystko i tych, którzy o każdy kęs muszą walczyć. Świat momentami chory i bezwzględny, trudno sobie wyobrazić, że ktokolwiek chciałby w nim żyć. To, co osiągnęła ludzkość, nie przynosi szczęścia. Problemy pozostają te same, choć ich skala rośnie.

Dla fanów sci-fi, cyber punktu i czarnego kryminału. Dla tych, którzy mają akurat chęć przeczytania czegoś cięższego, przy czym trzeba skupić uwagę podczas lektury. Mimo pesymistycznej wizji świata przyszłości, jaka się tu rysuje, lektura jest świetną rozrywką. Nie nudzi się ani przez chwilę, autor wciąga nas do swojego wykreowanego świata. A potem oddychamy z ulgą, gdy możemy go opuścić. Choć chcemy jeszcze.

wtorek, 8 stycznia 2019

„Pszczelarz z Sindżaru”

Autor: Beata Szy dnia 09:47:00 0 komentarze





Książka „Pszczelarz z Sindżaru” trafiła do mnie przez pomyłkę, ale choć nie jest to w ogóle moja tematyka, postanowiłam bliżej zapoznać się z tą książką, by móc napisać kilka słów. Unikam opowieści o wojnie, bo przeraża mnie jej okrucieństwo i nie jestem w stanie przebrnąć przez taką lekturę. Dunya Mikhail jest irakijską poetką i reporterką, pisze poezję, natomiast wspomniana książka jest jej pierwszą publikacją non-fiction. Autorka zwraca uwagę na problemy panujące w Iraku. Od 2014 roku ISIS terroryzuje mieszkańców – po odmowie przejścia na islam mężczyźni są zabijani, a kobiety porywane i sprzedawane w niewolę. Tytułowy pszczelarz to człowiek, który sprzeciwia się takiemu stanowi rzeczy. Abdullah stara się ratować takie kobiety, zapewnia im schronienie, narażając własne życie.

Książka jest zapisem wspomnień samej autorki, która rozmawia z pszczelarzem i uratowanymi kobietami, głównie przez telefon. Przywołuje ich wypowiedzi, w których praktycznie każde zdanie składa się na obraz okrutnego świata, gdzie człowiek człowiekowi potrafi wyrządzić największą krzywdę. To przejmujące, dramatyczne opisy, to zapis śmierci najbliższych, tortur, egzekucji. Jak wspomniałam, nie czytam takich książek, nie jestem w stanie pojąć tego zła. Ale zgadzam się z tym, że o takich sprawach trzeba mówić, trzeba je naświetlać, bo tylko tak można walczyć z ludzką znieczulicą. Czytając, da się lekko wyczuć dystans autorki, to że w chwili obecnej jest daleko od tych wydarzeń – groźby władz zmusiły ją do wyjazdu z kraju. Jej relacje często są suche, ale w obliczu takiego cierpienia może to czasem jedyny ratunek – skupić się na faktach, nie na bólu.

"Pszczelarz..." powędruje do mojego kolegi, lubiącego reportaże i literaturę faktu, myślę że lektura na pewno go wciągnie. Polecam osobom, którym nie straszne takie tematy, które pragną zwiększyć swoją świadomość i poznać historie ludzi, z całych sił walczących o przetrwanie. 

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon