poniedziałek, 30 grudnia 2013

Antonia Michaelis: "Baśniarz"

Autor: Beata Szy dnia 20:00:00 3 komentarze




Autor: Antonia Michaelis
Tytuł: "Baśniarz"
Wydawnictwo: Dreams
Stron: 400





"Czasami mam problem z odróżnieniem szczęścia od smutku (…) Czasami po prostu nie wiem czy jestem szczęśliwa czy smutna. Tak jest jak myślę o tobie."

Ta książka bardzo długo za mną chodziła, czytałam wiele optymistycznych opinii na jej temat i nastawiałam się na naprawdę udaną opowieść. W końcu dostałam ją w prezencie i parę dni temu skończyłam czytać „Baśniarza”. Właściwie nie wiem skąd we mnie tyle zapału dla tego tytułu – opis wydawcy niewiele zdradzał, i może ta aura tajemniczości tak mnie przyciągnęła?

Tytułowy bohater to nastoletni Abel Tannatek, nazywany polskim handlarzem pasmanterii. Chłopak jest outsiderem, wagarowiczem, a towar, który rozprowadza, to w rzeczywistości narkotyki. Jednak Anna, koleżanka ze szkoły, będzie miała okazję poznać jego drugie oblicze – troskliwego brata, zagubionego chłopca, snującego tajemniczą opowieść o Małej Królewnie i jej diamentowym sercu, na które czyhają łowcy drogocennych kamieni. W miarę rozwoju akcji dostrzegamy, że fikcyjne wydarzenia z baśni Abla splatają się z autentycznymi, jakich doświadczają nasi młodzi bohaterowie. Niewinna historia przeradza się w koszmar, tym straszniejszy, że ludzie z otoczenia Abla faktycznie zaczynają ginąć... Anna zostaje wplątana w wir wydarzeń, których nie rozumie, jednak rodzące się w niej przypuszczenia mogą okazać się tak straszne, że wolałaby nigdy nie poznać prawdy.

niedziela, 22 grudnia 2013

Charles Bukowski: "Na południe od nigdzie"

Autor: Beata Szy dnia 18:33:00 6 komentarze



Autor: Charles Bukowski
Tytuł: "Na południe od nigdzie"
Wydawnictwo: Noir Sur Blanc
Stron: 192





"Zacząłem czytać. Z wszystkich wierszy emanowała niezwykła siła wyrazu. Musiał mocno walić w klawisze maszyny, bo słowa sprawiały wrażenie wyrytych w papierze. Siła jego pisarstwa zawsze mnie zdumiewała. Zupełnie jakby mówił to wszystko, co sami powinniśmy powiedzieć, ale nigdy na to nie wpadliśmy."


Przeszłość Charlesa Bukowskiego jest równie zawiła, buntownicza i skandalizująca jak jego opowiadania. To pisarz kontrowersyjny, z którym utożsamia się wielu młodych ludzi. Jego doświadczenia obracają się wokół seksu, alkoholu, używek, przemocy, nędzy, hazardu, chorób i wielu innych ludzkich słabości, co czyni jego prozę tak szczerą, do bólu prawdziwą i wstrząsającą, że nie można przejść obok niej obojętnie. Trzeba wiedzieć trochę o samym Bukowskim, nim sięgnie się po któryś z jego utworów, gdyż może nas porazić dosadnością czy wulgarnością. Bukowski pisze bez ogródek o tym co myśli, słowo „kompromis” nie istnieje w jego słowniku.

Autor był znany z awanturniczego, pełnego wyskoków życia. Imał się różnych zajęć, często były to dorywcze prace fizyczne. Jego pasją były wyścigi konne, był stałym bywalcem spelunek i torów wyścigowych. Choć próbował, nie potrafił wyrwać się z sideł alkoholizmu. W prozie Bukowskiego możemy odnaleźć wiele wątków autobiograficznych i aluzji do wydarzeń z jego życia. Bohaterem większości utworów jest Henry Chinaski – pisarz, poeta, alkoholik, biedak,  typ spod ciemnej gwiazdy. Jak łatwo się domyślić – alter ego samego pisarza.

niedziela, 15 grudnia 2013

David Mitchell: "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta"

Autor: Beata Szy dnia 20:36:00 9 komentarze





Autor: David Mitchell
Tytuł: "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta"
Wydawnictwo: Mag
Stron: 624





Autor „Atlasu chmur” powrócił – z dziełem równie wyrafinowanym, zarówno objętościowo (624 str.), jak i tematycznie. Akcja książki rozgrywa się na przełomie XVIII/XIX wieku. Przedstawia zarówno losy wyspy Dejima, odciętej od świata, jak i zróżnicowane warstwy społeczne jej mieszkańców: rdzennych Japończyków i przybyłych tam kupców, handlowców, urzędników, tłumaczy. Prezentuje rozwój medycyny, nauki, polityki. Zgłębia działanie sieci handlowych, kontaktów między Holandia i Japonią, dzięki którym wyspa żyje, konfrontuje Wschód i Zachód. Dotyka tez problematyki sakralnej w dość kontrowersyjny sposób – dostajemy się razem z porwaną akuszerką Aibagawą za mury tajemniczego klasztoru, gdzie dokonuje się okrutnych praktyk. Kolejne z ważnych tematów to niewolnictwo, władza, nieśmiertelność, rola kobiet. Wszystkie te historie spaja osoba tytułowego bohatera – Jacoba, przybywającego do Japonii by zapracować na rękę ukochanej kobiety. Holenderski urzędnik zostaje wplątany w świat pełen intryg, zawiści, zbrodni i obłudy. Ale doświadczenia ukształtują Jacoba i doprowadzą go na wyżyny, by zaraz potem znów cisnąć go w dół. Jacob to postać kryształowa: człowiek dobroduszny i uczciwy – wciągnięty w wir układów, podstępów i oszustw próbuje zachować swoje wartości, co nie zawsze przysparza mu przyjaciół. Czy uda mu się pozostać sobą, czy też Dejima zepsuje jego serce? Jednak oceniając całą powieść, Jacoba nie można tak do końca uznać za bohatera głównego. Mamy tu wiele innych, wyraźnych, charyzmatycznych postaci. Czasem na kilka długich rozdziałów akcja przenosi się w nowe miejsca, a uczestnikami wydarzeń zostają zupełnie inne osoby. 

Książka porusza tyle zagadnień, wątków i tematów, przez jej karty przewija się tylu bohaterów, że trudno w paru słowach zarysować jej fabułę, opowiedzieć o walorach. Trzeba jednak przyznać, że ta panoramiczna powieść zadziwia, zaskakuje, porusza, wywołuje przygnębienie, radość, wprawia w zadumę. Jestem pod wrażeniem ogromu pracy, jaki włożył autor, by przedstawić właśnie to miejsce i ten czas historyczny w tak autentyczny, drobiazgowy sposób. Jestem olśniona jego wyobraźnią i kreatywnością. Doceniam jego wrażliwość, wiedzę i kunszt literacki. W tej książce każdy znajdzie coś dla siebie – jedni będą z zapartym tchem śledzić perypetie sercowe głównego bohatera, innych zafascynuje motyw handlowy, jeszcze inni ze skupieniem wczytają się w strony poświęcone zwyczajom, mentalności i hierarchii japońskiej. Jest tu także coś dla fanów opowieści z dreszczykiem, wielbicieli spisków i czarnych charakterów. Mamy także wątki nadprzyrodzone, magiczne. Jest i wielka polityka, i religia i nauka. Wszystkiego po trochu, co nie znaczy, że ta powieść to chaotyczny miszmasz. Wbrew pozorom konstrukcja jest bardzo logiczna, przemyślana i wyważona. Autor umiejętnie steruje emocjami czytelnika, buduje napięcie, podsuwa nam nowe tematy w ciekawy sposób, podtrzymuje nasze zainteresowanie, nie przynudza. Nie dziwię się, że książka zbiera tak dobre recenzje.

Polecam, zachęcam :)

środa, 4 grudnia 2013

Bogdan Białek: "Prowincje", "Cienie i ślady"

Autor: Beata Szy dnia 13:33:00 6 komentarze
 
Autor: Bogdan Białek
Tytuł: "Prowincje", "Cienie i ślady"
Wydawnictwo: Charaktery
Stron: 136, 260





Bogdan Białek jest wydawcą, dziennikarzem i psychologiem. Publikował w „Gazecie Białostockiej”, założył pismo solidarnościowe „Notes”, publikował w dodatku regionalnym do „Gazety Wyborczej”, a w 1997 roku rozpoczął wydawanie „Charakterów”, magazynu psychologicznego, z czasem tworząc Wydawnictwo Charaktery. Książki, które dzisiaj prezentuję „Prowincje” oraz „Cienie i ślady” ukazały się nakładem wydawnictwa autora w 40-lecie jego pracy dziennikarskiej. Co trzeba przyznać na samym początku – wydane są niezwykle starannie i dobrze – duży format, zgrabna czcionka, twarda oprawa i przyjemna obwoluta. Obie publikacje zawierają wybór tekstów dziennikarza, które publikował na łamach różnych czasopism. Książki można więc czytać zarówno razem, jak i oddzielnie, tak samo jest z ich zawartością – choć łączy je jakiś wspólny mianownik, artykuły możemy czytać w dowolnej kolejności, wybierając to, co w danej chwili nas interesuje.

Cieńsza z książek, „Prowincje”, jak sugeruje tytuł opowiada o tym co ukryte, zaściankowe, na uboczu, pomijane, wyciszane. Autor pisze: „Wszyscy mamy obowiązek wierności naszej pamięci, bowiem dzięki niej jesteśmy tym, czym jesteśmy; dzięki niej wiemy, że jesteśmy, i wiemy, kim jesteśmy. W naszej osobistej pamięci jest wielki obszar miejsca, w którym żyjemy. W pamięci miejsca jest zapisany ciąg czasu”. Zgodnie z ta myślą autor odbywa literacką podróż po rejonach, z których się wywodzi, w których dorastał, w których rozpoczynał swoją karierę zawodową, wreszcie – gdzie osiadł. Książka podzielona jest na kilka części: Polityka, Prawo, Życie. Każda z nich dotyka innych problemów, odkrywa nowe znaczenia słowa „prowincja”, pokazuje dramaty ludzi, kraju. Teksty są niejednorodne – możemy tu znaleźć zarówno odczyty, felietony, reportaże, jak i wywiady (w „Cieniach i śladach”). Obraz jaki wyłania się z tych tekstów jest gorzki, ale prawdziwy. Dla autora przeszłość jest ważna, z wszystkimi jej, nawet najmroczniejszymi, najwstydliwszymi aspektami. Chce nam ją uświadomić, chce ja obnażyć, ujawnić, bo wierzy, że świadomość tego, skąd się wywodzimy, pamięć o naszej historii, jest najważniejsza. Teksty pokazują przemiany, jakie zachodziły w naszym kraju od 1989 roku, obraz przejścia od komunizmu do demokracji. 

wtorek, 26 listopada 2013

Haruki Murakami: "1Q84" t. 2

Autor: Beata Szy dnia 14:35:00 3 komentarze







Autor: Haruki Murakami
Tytuł: "1Q84" t.2
Stron: 416

Wydawnictwo: Muza






"Ayumi nosiła w sobie jakby wielki brak. To było miejsce przypominające pustynię na krańcach ziemi. Choćby lać tam nie wiadomo ile wody, cała i tak by wsiąkła. Nie zostałaby ani odrobina wilgoci. Żadne życie nie zapuściło tam korzeni. Nad tą pustynią nie latały nawet ptaki."

Druga część powieści Murakamiego znowu wzbudziła we mnie pozytywne emocje. Zatęskniłam za tymi niejednoznacznymi, skrytymi bohaterami i oto są znów. Tengo i Aomame, para idealna, która wciąż nie może się spotkać. Ta dwójka poświęca myślom o sobie wiele czasu, wspominają uścisk dłoni sprzed dwudziestu lat, tęsknią i pragną, jednak wciąż w oddaleniu. Granice jednak się przesuwają, bohaterowie wpadają do drugiego świata, do rzeczywistości roku 1Q84. Może to miejsce idealne, by ich drogi wreszcie się zeszły? Zanim to jednak nastąpi, każde z nich ma pilne zadanie do wykonania. Aomame zabiera się za to, w czym jest najlepsza – musi wymierzyć sprawiedliwość, zadając śmierć mężczyźnie, który dopuszczał się odrażających czynów. Mężczyzna ten stoi na czele sekty, z której wyrwała się Fukaeri, autorka „Powietrznej poczwarki”. Tengo szuka dziewczyny, z którą wspólnie napisał powieść. Wokół niego zaczynają dziać się dziwne rzeczy, znikają jego bliscy, nęka go tajemnicza organizacja. Razem z Fukaeri poruszył czułe struny, musi więc ponieść konsekwencje. Z drugiego tomu dowiadujemy się więcej o przeszłości bohaterów, o samej sekcie, o teorii dwóch światów, poznajemy też fragmenty „Powietrznej poczwarki”.    

"Tengo pamięta o twoim istnieniu w tym świecie i pragnie cię. I nigdy dotąd nikogo prócz ciebie nie kochał."

Murakami znany jest z prostego, oszczędnego języka, protokolarnego stylu, lapidarnych, dosadnych zdań, powtórzeń, braku ozdobników. Światy, które tworzy są niejasne, zagadkowe, ulotne jak sen. Bohaterowie są jakby oderwani od rzeczywistości, nieszablonowi, pełni smutku i obsesji. Ich miłość jest równie piękna, wzruszająca, jak niemożliwa czy niekonkretna. Nie każdy to lubi, nie do każdego trafia japoński pisarz, ale ja uwielbiam te klimaty, lubię kontrasty. Niedługo sięgam po część trzecią i z niecierpliwię się na myśl, jak to się wszystko potoczy.

wtorek, 19 listopada 2013

serial: "Dexter", sezony 1-8

Autor: Beata Szy dnia 09:21:00 2 komentarze


"Dexter"
serial
sezony 1-8





Dexter” to jeden z tych seriali, do których po prostu mam sentyment. Spędziłam przy nim wiele popołudni, oglądałam go przez kilka lat, dlatego w jakiś sposób zżyłam się z bohaterami. Zaczynałam dobrych parę lat temu, za namową znajomego i przyznam, że pierwsze odcinki nie nastrajały mnie pozytywnie. Epatował brutalnością już od pierwszego odcinka, i o mało co porzuciłabym oglądanie. Wydawało mi się, że to nie serial dla mnie – opowieść o na pozór sympatycznym, skromnym analityku śladów krwi, pracującym w Miami Metro Police Department, który po godzinach... przemienia się w seryjnego mordercę. Jednak z czasem historia naprawdę mnie wciągnęła. Serial może naprawdę namieszać w głowie – bo z jednej strony bohaterem jest morderca, nie znający litości dla upatrzonych ofiar, z drugiej – dostrzegamy jego ludzką naturę, dobre serce (jak to brzmi w tym wypadku!), oddanie rodzinie, a także odkrywamy przeszłość, która go ukształtowała. Dexter może i jest psychopatą, ale posiada specyficzny Kodeks, którego przestrzega. Czerpie przyjemność z zadawania śmierci, ale nigdy nie krzywdzi niewinnych – jego celem są mordercy, zwyrodnialcy, przestępcy. To trochę pokrętna logika, bo czyż w tym kontekście Dexter sam nie zasługuje na śmierć? Jednak trzeba przyznać, że choć mamy silne dylematy moralne, lubimy tego bohatera.

niedziela, 17 listopada 2013

Charles Kingsley: "Herosi"

Autor: Beata Szy dnia 19:17:00 3 komentarze



Autor: Charles Kingsley
Tytuł: "Herosi"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 216




Ta niepozorna książeczka trochę mnie zaskoczyła, bo spodziewałam się czegoś innego. Charles Kinglsey pisze o mitologicznych herosach, kierując swoją opowieść do młodszych czytelników – obstawiam młodsze dzieci, uczniów szkół podstawowych, może gimnazjum. Początkowo mając bardzo nikłe informacje o tej książce sądziłam, że będzie to pozycja raczej popularnonaukowa, z której będę mogła czerpać podstawowe informacje o bohaterach, ich charakterystyce, szczegóły dotyczące mitów, odwołania do literatury. Jednak jest to coś zgoła innego. Kinglsey opowiedział na nowo historie znane nam z mitologii. Uwspółcześnił je – sprawił, że młodszym będzie się je czytało chyba dużo lepiej i swobodniej, niż np. w wersji wierszowanej. Oczywiście autor zachował też charakterystyczny styl mitów, wcielił się w rolę gawędziarza, bazuje na źródłach, zachowuje pisownię imion i nazw. Jest to taka mieszanka tego, co było z językiem współczesnym. Sprawia to, że znane już skądinąd historie odkrywamy jakby na nowo. Autor zachował klimat starożytności, bajkowość i tajemniczość. Pojawiają się tu też zwroty do czytelnika, nawiązania do poprzednich opowieści: "Opowiedziałem wam o bohaterze, co walczył z dzikimi potworami i dzikimi ludźmi; teraz mam dla was opowieść o bohaterach innych...", "A teraz, dzieci moje, wszystko co dalej nastąpi, zarówno zdarzenia prawdziwe, jak i urojone, znajdziecie w pieśniach starożytnych, które będziecie kiedyś czytały same". Sprawia to, że książeczka ta idealnie nadaje się do czytania dzieciom na głos. 

Książka  niestety objętościowo jest bardzo niewielka i w głównej mierze porusza życiorysy tylko kilku bohaterów -  Perseusza, Argonautów i Tezeusza, choć oczywiście na jej kartach przewijają się inne bóstwa, potwory i postacie. Nie byłam przygotowana do tej lektury – miałam ochotę na przyswojenie trochę innych informacji, nim zanurzyłam się już w faktycznych opowieściach. Niemniej, dobrze i szybko się ją czyta. Lekturę umilają czarno-białe ilustracje, przedstawiające głównych herosów. Całość dobrze sprawdzi się w szkole, jako pomoc dla nauczycieli języka polskiego, którzy mają problem z zainteresowaniem dzieci czy młodzieży mitologią oraz przypadnie do gustu rodzicom młodszych dzieci.

Mitologia grecka przewija się stale w naszym życiu – literatura, sztuka, kino, czerpiemy z niej garściami. Czasem nie do końca pamiętamy jak to wszystko wyglądało, skąd wzięły się jakieś przysłowia, odwołania, sceny. Lektura „Herosów” jest w tym wypadku dobrym wyjściem, lekkim i przyjemnym „przypominaczem”. Jest to ksiązka przyjemna, prosta, napisana łagodnym językiem. Nie sprawdzałam na ile historie Kingsleya są spójne z pierwowzorami, ale wydają się być publikacją dosyć wierną, zebraną i odświeżoną, by cieszyć kolejne pokolenia. Skierowana, jak już wspomniałam, do młodszych, wszak jej podtytuł brzmi: "klechdy greckie o bohaterach opowiedział dzieciom swoim...". Dzieciom na dobranoc czytamy bajki i baśnie, a czasem można zastąpić je tymi historiami, na pewno będą zadowolone. Mity przekazują uniwersalne prawdy i odpowiednio interpretowane mogą posłużyć na wzorzec w różnych sytuacjach.


* egzemplarz recenzencki

piątek, 15 listopada 2013

Naomi Wolf: "Wagina. Nowa biografia"

Autor: Beata Szy dnia 12:30:00 4 komentarze





Autor: Naomi Wolf
Tytuł: "Wagina. Nowa biografia"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 344




Wyobrażacie sobie jak nasze babcie albo matki trzymają taką książkę w pokoju na biurku, frontem okładki, i podczytują w wolnej chwili? Myślę, że takie ostentacyjne czytanie o waginie nieodzownie budziłoby zgorszenie, nawet jeszcze kilka lat temu. Podobne książki owszem pojawiały się, ale zawsze zabierano się do nich gdzieś cichaczem, w wielkiej tajemnicy, a rozmawiać otwarcie, dyskutować – było to raczej nie do pomyślenia. Czasy się zmieniają, feministki wkraczają do boju, a kobiety już nie tylko przyznają się do swoich seksualnych potrzeb, ale coraz śmielej o tym mówią, szukają inspiracji, zdobywają wiedzę w tym zakresie, manifestują swoje pożądanie i oczekują doświadczonego w tym kierunku partnera, który będzie w stanie sprostać ich pragnieniom. Tabu się gdzieś zaciera, wyzbywamy się wstydu i bardzo dobrze. Wokół waginy przez lata narosła pewna nieznośna otoczka, jaką należy przełamać. O kobiecych narządach płciowych nie mówiło się, a jeśli już, to w sposób bardzo pobieżny, mechaniczny. Albo w innym kontekście – wulgarnym, tłamszącym, prowokującym. To wszystko wywołało trwałe ślady w psychikach dojrzewających kobiet, sprawiło że wiele z nas ma problemy ze swoją seksualnością, nie potrafi się otworzyć. Ale zmiany są postępowe, a takie publikacje są doskonałym wsparciem. O czym więc jest książka Naomi Wolf i kto powinien po nią sięgnąć?

Autorka przeżyła uraz kręgosłupa, po którym jej doznania erotyczne znacznie się osłabiły. Szukając ratunku, zaczęła zgłębiać temat kobiecej seksualności, a wkrótce otrzymała zlecenie na napisanie książki. Pracowała nad nią parę lat, konsultując się z lekarzami, terapeutami, masażystami, a także przeprowadzając rozmowy i ankiety wśród kobiet i mężczyzn. Jej publikacja obejmuje kilka tematów. Wolf nie tylko skupia się na fizycznych aspektach kobiecych narządów – na tym jak jesteśmy zbudowane, gdzie osadzone są główne ośrodki „rozkoszy” i jak je stymulować, ale pisze również jak kształtowało się podejście do kobiety w różnych kulturach, skąd bierze się kobieca oziębłość i niezdolność (tylko pozorna) do przeżywania orgazmów oraz co zrobić, by odnaleźć swoją „Boginię” i czerpać z seksu pełną rozkosz.

środa, 6 listopada 2013

John Green: "Papierowe miasta"

Autor: Beata Szy dnia 09:46:00 13 komentarze





Autor: John Green
Tytuł: "Papierowe miasta"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 400



"Gdyby nie ona, nie ginąłbym teraz. Zostałbym w domu, tak jak zawsze zostawałem w domu, i byłbym bezpieczny, i zrobiłbym tę jedną rzecz, którą zawsze chciałem zrobić, czyli dorosnąć."


Chciałabym, żeby powstawało jak najwięcej takich książek dla młodzieży. Żeby omawiano je w szkołach na lekcjach polskiego, bo poznając takie pozycje ma się ochotę czytać więcej. Chciałabym, żeby John Green pisał i pisał, bo to druga ksiązka w jego dorobku, po którą sięgnęłam, i na pewno na tym nie poprzestanę. Opowieść naprawdę fascynująca – głęboka, mądra, z silnym przesłaniem, wielowarstwowa. Wiele jest książek o dorastaniu, o odkrywaniu siebie, ale nie zawsze jest to zrobione tak umiejętnie, jak tu. Ja jestem pod wrażeniem kolejny raz. I dla stylu autora, bo nad każdym jego zdaniem rozczulam się po stokroć, rozkoszując się każdym słowem. I nad kreacjami bohaterów, i nad pomysłową fabułą, i nad potężną dawką wartości, które przekazywane są jakby mimochodem. Taką literaturę chcę właśnie czytać – przyjemną i przejrzystą, oczywiście, ale przy tym wysublimowaną, wartościową i bogatą.

niedziela, 3 listopada 2013

C.J. Daugherty: "Dziedzictwo"

Autor: Beata Szy dnia 16:42:00 6 komentarze




Autor: C.J. Daugherty
Tytuł: "Dziedzictwo"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 340





„Dziedzictwo” to drugi tom sagi „Wybrani”, opowiadającej o nastolatce, Allie, która trafia do sekretnej, ekskluzywnej szkoły w Wielkiej Brytanii i znajduje się w samym centrum niepokojących wydarzeń, jakie mają tam miejsce. Pierwszy tom przyniósł trochę odpowiedzi i informacji na temat życia Allie, prawdy o jej rodzinie i o tym, jak i dlaczego jest taka cenna dla wszystkich wokół. Drugi tom kontynuuje napoczęte wcześniej wątki. Po wakacjach Allie wraca do Akademii i zaznaje sporego wyróżnienia – zostaje włączona do tzw. Nocnej Szkoły, gdzie będzie mogła zgłębiać tajniki samoobrony i walki wręcz. To przygotowanie będzie miało znaczący wpływ na późniejszy rozwój wypadków- uczyni dziewczynę pewniejszą siebie, silniejszą, a przede wszystkim da jej narzędzia w walce z tajemniczym Nathanielem, który obrał sobie Cimmerię za cel.

Część druga bardzo przypomina pierwszą. Niedociągnięcia, które przeszkadzały mi przy lekturze pierwszego tomu, pokutowały nadal. Wprawdzie opisom szkolnego życia, codziennych zajęć, odrabiania prac domowych czy nasiadówek w stołówce nareszcie poświęcono mniej uwagi, a skupiono się na konkretach, wciąż jeszcze coś tu zgrzyta. Jest wiele oklepanych motywów, przewijających się w większości powieści młodzieżowych, przez co stają się już mniej nośne i trywialne. Przykładem może być tu gra „Prawda czy Wyzwanie”, pojawiająca się na jednej z imprez i zupełnie nielogiczne, groteskowa zachowania podczas jej przebiegu. Od razu wiemy, że ktoś będzie musiał ściągnąć bluzkę, ktoś inny kogoś pocałować, a Allie usłyszy pytanie, na które nie będzie mogła odpowiedzieć. Jednak wykręcenie się od odpowiedzi jednocześnie wszystkim tę odpowiedź nakreśli – więc jej wybór zupełnie nie ma sensu. 

wtorek, 29 października 2013

"The Walking Dead", sezon 3

Autor: Beata Szy dnia 14:41:00 4 komentarze


"The Walking Dead"
serial
sezon 3





Trzeci sezon „Walking dead”. Słyszałam głosy, że najlepszy z dotychczasowych. Nie wiem, jak dla mnie dobry, ale porównywalny do poprzednich. To prawda, że dużo się dzieje. Akcja przenosi się do więzienia, bo paradoksalnie właśnie to miejsce okazuje się doskonałym schronieniem dla garstki bohaterów, której udało się ujść z życiem ze skomasowanego ataku zombie, jaki oglądaliśmy w końcówce drugiej serii.

Dzieją się rzeczy dramatyczne, ginie kilku fajnych bohaterów, innym kompletnie odbija. Pojawia się nowa mocna postać – Gubernator, który też sporo namiesza. To postać charyzmatyczna, zepsuta (z czego na początku nie zdajemy sobie sprawy), ze sporymi ambicjami, ale również zwichrowana i ze sporym bagażem osobistych tragedii.

Fanom serialu trójka spodoba się, zresztą nawet wśród znajomych obserwowałam niecierpliwe oczekiwania na sezon numer cztery, który właśnie się rozpoczął. Ja również jestem zadowolona, z napięciem oglądałam każdy kolejny odcinek. Odcinki są ciekawe, sprawnie poprowadzone, mają swój klimat i ciągle coś się dzieje. Również bohaterowie są mocnym atutem tego serialu – mamy tu wiele wyrazistych charakterów, zasługujących na uwagę. Życie w bezlitosnym świecie żywych trupów zmusza ich do przewartościowania poglądów, do chwycenia za broń, do walki o siebie i swoich bliskich. Tu nie można być miękkim i słabym. Każdy się temu poddaje – obserwujemy to na przykładzie dorastającego Carla – chłopca wyrastającego na silnego mężczyznę (pozbawionego skrupułów?) czy Carol, dawniej maltretowanej przez męża, cichej i uległej kobiety, teraz pewnej siebie, zaradnej, mężnej. Takich transformacji jest o wiele więcej. Dobrze oddane są też relacje między bohaterami, zawiązujące się przyjaźnie, narastające konflikty, romanse, sympatie.

Oglądacie już czwarty sezon?


piątek, 25 października 2013

"Breaking bad", sezon 5

Autor: Beata Szy dnia 11:01:00 3 komentarze




"Breaking bad"
serial
sezon 5



Znacie jakiś serial, który zyskiwałby w Waszych oczach z każdym sezonem? Zwykle to działa w drugą stronę, 2-3 pierwsze sezony jeszcze są interesujące, ale później to już tylko zbijanie kasy na czymś co się sprawdziło, i dosłownie ”mordowanie” fajnych pomysłów. Z „Breaking bad” jest odwrotnie. Jestem po piątym, ostatnim sezonie tego genialnego serialu. I co tu dużo mówić: to chyba najlepszy. Naprawdę: nie tylko trzyma poziom, on po prostu przerasta poprzednie serie. Jest naprawdę fajnie. Ogląda się świetnie, każdy odcinek trzyma w napięciu, przynosi jakieś ciekawe rozwiązania, zachwyca, zaskakuje, daje do myślenia. Nudzić się na pewno nie będziecie. Dreszczyk emocji? Jak najbardziej.

Podsumowując ostatni sezon wypada podsumować całość. Uderzająca jest ewolucja głównego bohatera – od pierwszych odcinków pierwszego sezonu do teraz. Ewolucja niekoniecznie pozytywna, zaznaczyć to można od razu. Walter Walt – szary obywatel, przeciętny nauczyciel, sfrustrowany nieudacznik. Nareszcie znajduje coś w czym czuje się dobry. Ba, czuje się najlepszy. Władza uderza mu do głowy. Na pewno nie jest postacią krystaliczną, pozytywną, o dobrym sercu. Walt nie ma skrupułów. Kolejne odcinki sprawiają, że mamy co do niego mieszane uczucia: potrafi wzbudzić sympatię, współczucie, litość, później już tylko szok, gniew, złość, oburzenie, a nawet... przerażenie. To, do czego posuwa się Walt by chronić (no właśnie: kogo/czego? siebie? dobro rodziny? zapewnić im przyszłość?) na pewno budzi kontrowersje. Walt przeistacza się, nie tylko fizycznie (choć zmiany w jego wyglądzie postępują wraz z rozwojem zmian wewnętrznych), ale przede wszystkim zmienia się jego moralność. Można powiedzieć, że zupełnie ją traci. Oglądamy serial, w którym główny bohater nieraz nas po prostu wkurza. Przestajemy się z nim utożsamiać, może nawet przestajemy mu kibicować. Wierzymy, że wciąż tkwi w nim ziarno dobra, ale z upływem czasu wcale nie jesteśmy już tego tak pewni. Serial pokazuje też do czego może doprowadzić pogoń za pieniądzem. Może nic odkrywczego: pieniądz szczęścia nie daje, może wyrządzić więcej krzywd, niż pożytku. Ale sposób, w jaki ukazano to tutaj, naprawdę poraża.

wtorek, 22 października 2013

Neil Gaiman: "Ocean na końcu drogi"

Autor: Beata Szy dnia 19:18:00 12 komentarze




Autor: Neil Gaiman
Tytuł: "Ocean na końcu drogi"
Wydawnictwo: Mag
Stron: 216





Najnowszy Gaiman. Autor mówi o tej książce, że to jego najlepsza w dorobku oraz że powstała na bazie własnych doświadczeń z dzieciństwa, które przetworzył na magiczną opowieść o trudnym dorastaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. Gaiman, co typowe dla niego, tworzy świat gdzieś na granicy snu i jawy, gdzie zwyczajność przeplata się z nadzwyczajnością, gdzie do głosu dochodzą postaci nie z tego świata i senne koszmary. A wszystko to ładnie skrojone, opisane z wyczuciem i smakiem. 

"- Ile tak naprawdę masz lat? - spytałem.
- Jedenaście.
Zastanawiałem się chwilę.
- Od jak dawna masz jedenaście lat?"

Narratorem „Oceanu na końcu drogi” jest czterdziestoparoletni mężczyzna, który odwiedza rodzinne strony. Miejsca zapamiętane z dzieciństwa przywołują wspomnienia głęboko ukryte, zakurzone, jakby wycięte. Czas zatacza koło – mężczyzna jest znów siedmioletnim chłopcem, zafascynowanym rodziną swojej starszej przyjaciółki, wciągniętym w wir niesamowitych wydarzeń. Groza, magia, szczypta nostalgii, niezwykle plastyczne opisy, niewinny świat dziecka, w jaki wtargnęły potężne, mroczne siły – to skondensowane hasła, którymi tak po krótce można scharakteryzować tę prozę.  

czwartek, 17 października 2013

Hugh Laurie: "Sprzedawca broni"

Autor: Beata Szy dnia 23:03:00 9 komentarze




Autor: Hugh Laurie
Tytuł: "Sprzedawca broni"
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416





Wszyscy znamy kultową postać dr. House’a. Nawet, jeśli ktoś nie darzy tego pana sympatią i nie oglądał serialu orientuje się mniej więcej na czym opierał się fenomen tej osoby – cięty język, sarkastyczny żart, zabawne riposty, duża inteligencja, charyzma, błyskotliwe pomysły, i można by tak wymieniać, wymieniać... House’a można uwielbiać albo nienawidzić, nic pośrodku. A jaki jest Hugh Laurie, odtwórca tej roli? Okazuje się, że ma wiele ze swojego serialowego bohatera.

"- Mogę spać dziś z tobą? - zapytała.
Zamrugałem. Po czym, żeby upewnić się, że sobie tego nie wyobraziłem, zamrugałem ponownie.
- Chcesz ze mną spać?
- Tak.
- Nie chodzi ci o to, żeby spać jednocześnie ze mną, tylko miałaś na myśli w jednym łóżku?
- Proszę.
- Ronnie...
- Jeżeli chcesz, będę spała w ubraniu. Thomas, nie każ mi prosić jeszcze raz. To fatalnie wpływa na kobiece ego.
- Ale fantastycznie na męskie."

Można się o tym przekonać sięgając po książkę „Sprzedawca broni”. Aktor napisał ją w momencie, gdy nie był jeszcze znany i popularny. Właściwie przeżywał coś na kształt depresji – nie otrzymywał propozycji filmowych, wątpił w siebie, w swój talent. Zaczął pisać powieść, którą można określić dobrym thrillerem, kryminałem, powieścią sensacyjną, a jednocześnie dziełem naprawdę zabawnym, ciętym, dowcipnym. Książka odniosła wielki sukces, życie Laurie powróciło na właściwie tory, a jakiś czas potem otrzymał rolę w serialu „Doktor House”. Czytałam o tym, że aktor bardzo angażował się w projekt, podrzucał swoje pomysły, przekładał na House’a wiele ze swoich cech i pasji. I naprawdę to widać, bo Laurie-pisarz ma wiele z Laurie-aktora. Jest tak samo jedyny w swoim rodzaju – komiczny, bystry, czasem okrutny.


poniedziałek, 14 października 2013

Oliver Sacks: "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem"

Autor: Beata Szy dnia 18:27:00 7 komentarze






Autor: Oliver Sacks
Tytuł: "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 288




Oliver Sacks jest angielskim neurologiem i psychiatrą. Wydał kilka książek – pisze o przypadkach, z jakimi miał okazję zetknąć się w życiu, o ciekawych zjawiskach, o chorobach, wadach genetycznych, a także spektakularnych powrotach do zdrowia. „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” jest trzecią pozycją tego autora, z którą miałam okazję się zetknąć.

"Jimmie jednocześnie był i nie był świadomy tej głębokiej, tragicznej straty, straty siebie. (Jeśli człowiek traci nogę lub oko, wie, że stracił nogę lub oko; ale jeśli stracił siebie, nie może tego wiedzieć, ponieważ nie ma kto wiedzieć.)"

Lubię jego książki, bo wyróżnia je wrażliwość. Sacks sam o sobie mówi, że jest trochę nietypowym lekarzem. Drzemie w nim i lekarz i przyrodnik, naukowiec i romantyk, teoretyk i dramaturg. Ta dwoista natura doskonale sprawdza się w tym, czym zajmuje się Sacks – do pacjentów podchodzi z niespotykaną wrażliwością, nie rozpatruje ich wyłącznie w kategorii „przypadków”, ale zastanawia się także nad ich tożsamością, traktuje indywidualnie, słucha, zwraca uwagę na to co psychiczne i na to, co fizyczne. Dzięki temu zauważa rzeczy, które jego kolegom po fachu umykają. A przede wszystkim potrafi mówić o swojej pracy i ludziach, których spotyka w sposób tak zajmujący, ciekawy, poruszający. I co najważniejsze, przystępny.

środa, 9 października 2013

Daniel Pennac: "Jak powieść"

Autor: Beata Szy dnia 18:40:00 0 komentarze
 


Autor: Daniel Pennac
Tytuł: "Jak powieść"
Wydawnictwo: Muza
Stron: 176





„Jak powieść” D. Pennac'a to przyjemny, zabawny esej o literaturze, kondycji czytelnictwa, wychowywaniu młodych czytelników, zbiór porad (z przymrużeniem oka) dla nauczycieli i rodziców. Tę niewielkich rozmiarów książeczkę czyta się szybko, lekko i miło. Choć minęło trochę czasu od kiedy autor zapisał swoje przemyślenia, myślę, że jak najbardziej są one wciąż aktualne. Wystarczy słowo „telewizja” zastąpić komputerem i Internetem, czyli tym, co obecnie w głównej mierze odciąga młodych od czytania.

To "Jeszcze, jeszcze..." oznacza z grubsza tyle: "Musimy się naprawdę kochać, ty i ja, skoro zadowalamy się jedną i tą samą historią, powtarzaną w nieskończoność!". Czytać jeszcze raz, wcale nie znaczy się powtarzać, tylko wciąż na nowo dowodzić naszej niewyczerpanej miłości.

Pennac nie zamierza być moralizatorem, wprost przeciwnie. Pokazuje na przykładach jakie błędy wychowawcze popełniają rodzice i nauczyciele oraz jak im zapobiegać, by książka – czyli coś co stanowi dla dziecka obiekt wręcz magiczny, już od najmłodszych lat, gdy czyta mu się na głos – nie została sprowadzana do nieprzyjemnego obowiązku, kary, trudnego wyzwania. Ale robi to pośrednio, przytaczając pewne scenki. Autor pisze o przyjemności czytania, o zaletach jakie czerpiemy obcując z książką, o chwilach uniesień, jakie daje nam czytanie. Stara się wyjaśnić dlaczego czasem to znika, dlaczego młodzież (jakaś jej część) stroni od książek, gdzie ginie zamiłowanie do nich, dlaczego przepada. 

piątek, 4 października 2013

C.J. Daugherty: "Wybrani"

Autor: Beata Szy dnia 11:59:00 10 komentarze





Autor: C.J. Daugherty
Tytuł: "Wybrani"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 436



Lubię wciąż jeszcze czasem sięgać po książki młodzieżowe, chociaż trochę już z nich wyrosłam i pomiędzy tym, co czyta współczesna młodzież, a co ja mogłam dostać w bibliotece te kilka, kilkanaście lat temu, wyłania się wielka wyrwa. Dlatego tym ciekawiej zagłębiać się w takie lektury. Oczywiście, wśród książek młodzieżowych wiele jest ostatnio tendencyjnych, powtarzalnych historii, opartych na utartych schematach – bo skoro coś się raz sprawdziło, trzeba to wykorzystać do cna. Ale zdarzają się też naprawdę urocze książki, do których sama tracę głowę. Tym razem trafiłam na trylogię C.J. Daugherty i pierwszy tom „Wybrani”. W mojej ocenie książka uplasowała się gdzieś pośrodku – nie odebrałam jej ani jako szczególnego objawienia, ani kompletnie nieudanej. Jak dla mnie średniak, który w Sieci zbiera jednak przyzwoite opinie.

Allie trafia do szkoły z internatem, po tym jak trochę narozrabiała. Prosty sposób, żeby z fabuły usunąć dorosłych, i mieć z głowy opowiadanie o typowych relacjach nastolatek-rodzic. Matka i ojciec Allie po tym, jak zostawiają ja w Akademii Cimmeria w ogóle nie kontaktują się z córką – nie dzwonią, nie piszą, nie odzywają się. W myśl zasady, żeby miała czas na spokojnie przemyśleć swoje postępowanie i sama dać znak życia, gdy już będzie gotowa. Trochę nielogiczne postępowanie w stosunku do osoby, która dopiero co straciła brata, jest rozchwiana emocjonalnie, nie radzi sobie i potrzebuje wsparcia. Zamiast wzmocnić więzi i spróbować dotrzeć do córki, rodzice Allie dają przykład totalnej rezygnacji.

czwartek, 26 września 2013

Rebecca Otowa: „W Japonii czyli w domu. Amerykanka w kraju Kwitnącej Wiśni”

Autor: Beata Szy dnia 19:07:00 6 komentarze





Autor: Rebecca Otowa
Tytuł: „W Japonii czyli w domu. Amerykanka w kraju Kwitnącej Wiśni”
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 192






Kolejna książka w mojej kolekcji o egzotycznym kraju, którego pewnie nigdy nie odwiedzę – o dalekiej Japonii. Zawsze można jednak poczytać, skupić się na zdjęciach i szkicach, zżyć się z osobą autora, by choć na chwilę przenieść się w nieznane, w wyobraźni.

Rok temu recenzowałam książkę Anny Ikedy, Polki, która osiadła na japońskiej prowincji. Książka R. Otowy „W Japonii czyli w domu. Amerykanka w kraju Kwitnącej Wiśni” jest bardzo zbliżona tematycznie. Mamy tu podobną sytuację – młoda kobieta trafia do Japonii, oczarowana odmienną kulturą, językiem, tradycją, i zakochuje się w Japończyku, osiadając w obcym kraju już na stałe. Relacja Polki oczywiście wypadła w tym zestawieniu barwniej – łatwiej nam się z nią utożsamić, nasza rodaczka zwraca uwagę na ciekawostki interesujące z naszego punktu widzenia, porównuje Polskę i Japonię. Otowa to Amerykanka, a więc świat, z jakiego się wywodzi, jest nam obcy, więc jej obserwacje i refleksje czasem również nie przystają do naszych realiów, jednak mimo wszystko jej spojrzenie na Japonię również jest warte uwagi.

poniedziałek, 23 września 2013

Kaja Malanowska: "Patrz na mnie, Klaro!"

Autor: Beata Szy dnia 17:54:00 8 komentarze





Autor: Kaja Malanowska
Tytuł: "Patrz na mnie, Klaro!"
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Stron: 280



Kaja Malanowska została nominowana do tegorocznej literackiej Nagrody Nike za książkę „Patrz na mnie, Klaro!”. Jest to opowieść o współczesnej kobiecie – żonie, nękanej obsesjami, zdradzonej, opuszczonej, zagubionej... Główna bohaterka w żądzy poznania „tej drugiej” zapędza się tak daleko, że odnajduje w sieci jej bloga – od tej pory staje się maniakalną wręcz czytelniczką. Niezdrowa fascynacja Tamtą Kobietą staje się czymś, co wypełnia życie Klary. Połączenie uwielbienia z zazdrością, gniewem i nienawiścią, daje mieszankę wybuchową. Klara zatraca się, gubi ostrość. Porzucona, cierpiąca, rozbita, sama staje się tą, która prześladuje. Drogi tej trójki – Klary, jej męża i tej trzeciej, niebezpiecznie się splatają.

W książce mamy kilka różnych narracji, spoglądamy na całość z kilku różnych punktów widzenia. Przede wszystkim występuje tu narracja trzecioosobowa – odsłania przed nami różne etapy z życia Klary, dzięki czemu wiemy, co wpłynęło na jej późniejsze skrajne zachowania. Trudne relacje z matką, surowe wychowanie, zawód w dzieciństwie, poczucie niższości, niespełnione miłości. Kiedy Klara poznaje swojego męża bardziej jest to wybór zdroworozsądkowy, niż efekt porywów serca. Zresztą z przesłanek, jakie nam daje – gdy narrator oddaje jej głos w zapiskach, będących próbą naśladownictwa blogowych wpisów rywalki – jej mąż wydaje się osobą nieciekawą, nudną, pedantyczną. Tym bardziej interesujący jest zabieg oddania głosu tej trzeciej. Tamta prowadzi bloga – czytamy jej wpisy, lapidarne, stylizowane na internetową nowomowę. Kobieta z krwi i kości, przebojowa, trochę ekscentryczna, której może i nie wychodzi z facetami, ale ma ich na pęczki. Wśród nich zauroczenie – Franciszek, mąż Klary. Ten sam mizerny artysta w jej odczuciu urasta do rangi pożądanego mężczyzny. Klara zachłannie „pożera” każdy wpis, szuka wzmianek o sobie. Śledzi profil na Facebooku tamtej, przegląda internet w poszukiwaniu jej zdjęć. Gani i zachwyca się na zmianę. Nie zdaje sobie sprawy z tego, co dostrzega czytelnik – że w swoim szaleństwie gna na łeb, na szyję, w miejsca, od których nie będzie już odwrotu.

piątek, 13 września 2013

Alain Mabanckou: "African Psycho"

Autor: Beata Szy dnia 19:53:00 4 komentarze





Autor: Alain Mabanckou
Tytuł: "African Psycho"
Wydawnictwo: Karakter
Stron: 208




To ważne mieć w życiu jakiś autorytet, wzór do naśladowania, idola, do którego chciałoby się upodobnić, albo którego po prostu się podziwia, szanuje i docenia. U takiej osoby poszukujemy wzorców zachowań, jakie chcielibyśmy stosować i we własnym życiu. Podziwiamy to, co nasz ideał osiągnął, cechy jego charakteru, nierzadko wyglądu, to jak sobie radzi w życiu,co zbudował, co posiada, wartości... To wszystko napędza również nas i sprawia, że stajemy się lepszymi. Czy raczej powinniśmy się realizować w taki sposób - chyba, że nasz mistrz wyróżnia się raczej na kryminalnym polu...

Gregoire to zwykły, szary obywatel. Sfrustrowany, zanurzony w marazmie, nudny, osamotniony mechanik, w którym tli się tylko jedno marzenie. Dorównać swojemu guru – Angouualimie, słynnemu zabójcy. Mężczyzna odwiedza grób swojego mistrza, odbywa z nim długie rozmowy, w myślach planuje zbrodnie. Chce zabijać – myśl o tym, że naprawdę potrafi tego dokonać, staje się treścią jego życia. Gregoire planuje morderstwo z pietyzmem – wybiera sobie ofiarę, daje jej schronienie we własnym mieszkaniu, obserwuje dzień po dniu, w myślach odbierając jej życie. Wyznacza datę i niecierpliwie czeka, aż wybije godzina zero. Jego życie jest pozbawione sensu, puste. Mężczyzna ma poczucie, że tylko zbrodnia uwolni go od stagnacji, pozwoli się spełnić.

wtorek, 10 września 2013

Dodie Smith: "Zdobywam zamek"

Autor: Beata Szy dnia 17:32:00 7 komentarze


Autor: Dodie Smith
Tytuł: "Zdobywam zamek"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 352





„Dla wszystkich, którzy pokochali powieść L.M. Montgomety Błękitny zamek” - ten wstęp krzyczy do nas z okładki książki D. Smith „Zdobywam zamek”. A ja się na Montgomery wychowałam, połykając wszystkie „Anie” i ubóstwiając wspomnianą wcześniej powieść – tak na marginesie, leży u mnie na półce,w kolejce do „odświeżenia”, bo minęło tyle lat i ciekawa jestem, jak odbiorę ją teraz, powoli dobiegając trzydziestki (heh :P).

Powieść Dodie Smith z Montgomery ma z cech wspólnych chyba tylko zamek w tytule i czas, w którym rozgrywa się akcja. Jak żartobliwie określono książkę, można ją nazwać „blogiem nastolatki z epoki przedkomputerowej”. Książka miała premierę w Anglii w 1948 roku, polskie wydanie ukazało się na rynku po raz pierwszy. Czy warto „odkurzać” takie starocie, ups, klasyki, co myślicie? Czy to zbyt ryzykowne?


niedziela, 8 września 2013

Haruki Murakami: "1Q84", t. 1

Autor: Beata Szy dnia 16:04:00 7 komentarze



Autor: Haruki Murakam
Tytuł: "1Q84", t.1
Wydawnictwo: Muza
Stron: 480


Za lubimyczytac.pl, bo nie ma sensu się powtarzać, a ujęto tu istotę:

„...tytuł nawiązuje do "1984" George'a Orwella; po japońsku wyraz "dziewięć" wymawia się jak angielskie Q, a q nawiązuje do słowa "question" - pytanie".

I ostrzegam, że mogłam się dać w tej recenzji ponieść na tyle, że zdradziłam trochę za dużo ze swoich domysłów, więc nieznający jeszcze tej trylogii proszę niech czytają baardzo pobieżnie :)

Aomame to niespełniona życiowo instruktorka sztuk walki, darząca uczuciem wspomnienie chłopca poznanego w dzieciństwie. Po pracy morderczyni na zlecenie, w której krzywdy innych kobiet wyzwalają chęć zemsty. Tengo wykłada matematykę, a w wolnym czasie pracuje jako redaktor, stara się też napisać własną powieść. Jak szybko się domyślimy – tych dwóch bohaterów, których losy poznajemy naprzemiennie, już kiedyś się spotkało. Choć ich ścieżki dawno się rozłączyły (i to w osobliwy sposób), można odnieść wrażenie, że wszystko zmierza ku temu, by połączyć je znowu. Tylko, że gdy w grę wchodzi realizm magiczny, rzeczy najprostsze okazują się najbardziej skomplikowane.

środa, 4 września 2013

Serial: "The Walking Dead"

Autor: Beata Szy dnia 09:34:00 6 komentarze

"The Walking Dead"
serial
sezony 1-2


Ja i zombie? Nie, dotąd wydawało mi się, że to duet nie do ogarnięcia. I pewnie bym przy tym obstawała, gdyby nie fakt, że w serialowych kwestiach radzę się tylko jednej osoby. Właściwie to nigdy nie chciałam za bardzo wciągać się w żadne wieloodcinkowe sezony, ale w tym roku z racji dużych ilości wolnego czasu, stan ten się zmienia – sięgnęłam więc po polecany mi „The Walking Dead” nie wiedząc w ogóle z czym mam do czynienia, choć tytuł mógł być naprowadzający. Jakieś było moje zdumienie, gdy już w pierwszych sekwencjach na ekranie zamajaczyła mi karykaturalna twarz dziewczynki przemienionej w umarlaka. Wow! Zaczęło się naprawdę mocno, a ja człowiek o słabych nerwach jestem :) Ale serial od początku ma coś w sobie – oglądałam dalej, i warto było!

„The Walking Dead” prezentuje wizję świata opanowanego przez wirus rozprzestrzeniający się na szeroką skalę. Zainfekowany jest już być może cały świat, choć bohaterowie mają nadzieje, że istnieją gdzieś osady, w których mogliby odnaleźć schronienie. „Zarażeniu” ulegają kolejni ludzie, to istna pandemia. Szwędacze to istoty martwe, poruszające się w charakterystyczny, kulejący sposób, mający przy tym żywe mózgi – stworzenia krwiożercze, zdeterminowane by jeść… ludzi. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że po przemienieniu zombie mają twarze bliskich… Ugryziona żona przemienia się w monstrum, które choć wciąż ma ciało ukochanej, jest teraz krwiożerczą bestią, z dawną osobą nie mającą już nic wspólnego. Nie zawaha się, by zabić męża. Rodziny przeżywają tragiczne dylematy – muszą w samoobronie zabijać tych, których najbardziej kochają. Ale taka jest cena ocalenia.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Jonathan Safran Foer: "Wszystko jest iluminacją"

Autor: Beata Szy dnia 20:25:00 6 komentarze

Autor: Jonathan Safran Foer
Tytuł: "Wszystko jest iluminacją"
Wydawnictwo: W.A.B
Stron: 440


„Nie powiedziała: Ożenisz się. Nie powiedziała: A ja się zabiję. Spytała tylko: Jak ustawiasz swoje książki?

Foer u mnie po raz kolejny i znów zachwyt. Chociaż nie powiem – książka wprawiła mnie w osłupienie już od pierwszych stron, ba, zdań. Bo choć narratorów mamy tu wielu, pierwszy, z jakim się stykamy, jest nad wyraz nietypowy. Język jego wypowiedzi jest zawiły, i używając tego słowa nie mam na myśli konstruktywnych, estetycznych wypowiedzi, ale – krótko rzecz ujmując – bredzenie bez ładu i składu. Aleksandr Perczow jest tłumaczem – i to tłumaczem nieporadnym, niekompetentnym, bardzo kulawo radzącym sobie z zawodowymi zobowiązaniami. Ale przy całej swojej pokraczności jest tak uroczy, zabawny i szczery, że z miejsca wybaczamy mu wszystkie językowe grzechy, a jego „oczewidno” na stałe wchodzi do naszego słownika.

„To chyba jest miłość - myślała - prawda? Kiedy zauważa się czyjąś nieobecność i nienawidzi się jej jak niczego na świecie? Bardziej nawet niż kocha się obecność tego kogoś?”

czwartek, 22 sierpnia 2013

Majgull Axelsson: "Pępowina"

Autor: Beata Szy dnia 17:38:00 3 komentarze


Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: "Pępowina"
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 544



"Pamiętam. Więc jestem. Chociaż nie chcę ani być, ani pamiętać."


Ta książka to dla mnie chyba póki co największe rozczarowanie tego roku. Mimo, że widzę wszędzie w większości pozytywne recenzje i zachwyty, nie wiem dlaczego, ale ja nie dałam się uwieść „Pępowinie” M. Axelsson. A duże nadzieje wiązałam z tą powieścią, bo i tematyka niezmiernie mnie pociągała. Relacje matka-dziecko są podstawą tej opowieści. Wpływ wychowania na dorosłe życie, ukazanie jak rany zadane w dzieciństwie mogą owocować w przyszłości, obserwacja jak zmienia się stosunek dziecka do rodzica podczas dorastania, jak chęć uniknięcia popełnienia błędów rodziców przyczynia się do popełniania zupełnie nowych błędów, z równie szkodliwymi skutkami. „Jak matki, chcąc uniknąć błędów swoich rodziców, wychowują dzieci zupełnie inaczej niż same były wychowywane – czym wyrządzają im jeszcze większą krzywdę” - muszę przyznać, że to jedno zdanie głównie mnie przyciągnęło i sprawiło, że niecierpliwiłam się bardzo, kiedy wreszcie poznam tę książkę bliżej.

"Może jest tak, że wyobcowanie rodziców zagnieżdża się w dziecku, czyni je obcym dla siebie samego i całego świata."


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

True blood, sezony 2-3

Autor: Beata Szy dnia 20:09:00 3 komentarze





"True blood"
Sezony 2-3




Wiele osób twierdzi, że „True blood” z każdym sezonem się coraz bardziej psuje, ale 2-3 uważam wciąż jeszcze za udane. I tak wciąż twierdzę, że ten serial jest tak głupi... że aż fajny ;) I miło się przy nim rozerwać.

W sezonach 2-3 miasteczko zostaje wręcz nawiedzane przez coraz to różniejsze stwory. Do wampirów i zmiennokształtnych dołączają m.in. wataha wilków, wróżki, menady i inne „dziwactwa”. Bon Temps jest rajem dla stworzeń będących odstępstwem od normy. Jest groźnie, krwawo, brutalnie, ale i wesoło. Wszelkie możliwe dewiacje, seks, orgie, morderstwa i uzależnienia – tym karmi się ten serial, to nam prezentuje, w skrajnych formach. Taka mieszanka wybuchowa może albo się podobać, albo wkurzać. Na pewno nie pozostawi nikogo obojętnym.

sobota, 17 sierpnia 2013

E-buka 2013

Autor: Beata Szy dnia 10:36:00 4 komentarze

Mój blog pierwszy raz bierze udział w konkursie na blog książkowy - eBuka 2013.


Co to jest eBuka?
To próba fachowej oceny stron poświęconych książce i czytelnictwu przez osoby związane na co dzień z tym rynkiem. To jedyna taka akcja, w której od początkowej eliminacji do samego finału ważny jest głos profesjonalistów, a liczba głosów Czytelników wpływa tylko na przyznanie nagrody publiczności.

Konkurs skierowany jest do twórców blogów poświęconych książce, ilustracji i czytelnictwu, przeznaczonych zarówno do dorosłego, dziecięcego i młodzieżowego odbiorcy. W przypadku eBuki najlepsze blogi wybiorą fachowcy, czytelnicy będą mogli głosować na swojego ulubieńca w osobnej konkurencji.

(za: duzeka.pl)

czwartek, 15 sierpnia 2013

Wojciech Tochman: "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Autor: Beata Szy dnia 16:08:00 8 komentarze



Autor:
Wojciech Tochman
Tytuł: "Dzisiaj narysujemy śmierć"
Wydawnictwo: Czarne
Stron: 152





"Tyle lat już mija, a samobójstwa ocalonych trwają i trwają. To klęska terapeuty, jeśli jakiś terapeuta był. Moja klęska jako lekarza psychiatry. Jeśli ktoś do mnie dotarł. I klęska rodziny, jeśli jakaś rodzina była. Klęska humanizmu, klęska świata. A świat był, świat istnieje. Ofiara, w przeciwieństwie do kata, zwykle znajduje się tuż przed punktem, zza którego nie ma powrotu. Pozwoliliśmy jej ten punkt przekroczyć. (...) Ofiara myśli: skoro nie mogę z mojego otoczenia usunąć kata, usunę się sama. Kat, po latach, zwycięża."


Rok 1994, Rwanda, Afryka. Pasterze Tutsi, chłopi Hutu i plemię Twa. Ci pierwsi ginący z rąk tych drugich.
Sto dni krwawej masakry, podczas której ginie nawet do miliona Tutsi. Trzaski rozłupywanych maczetą głów. Śmierć i gwałt, na każdym kroku. Ludobójstwo będące porażką dla całej ludzkości – bo kiedy tam dochodziło do najbrutalniejszych mordów, nie zareagował nikt. Nawet kościół, mający w Rwandzie swoje ośrodki. Bo przecież działa tam misja, ponad połowa populacji jest wyznania katolickiego, prosperują kościoły. Nie mówi się o tym, że Hutu mieli milczące przyzwolenie kościoła. Ukrywa się to, że księża nabierali wody w usta, uciekali, opuszczali potrzebujących, albo wręcz brali udział w masakrze. Jak teraz wygląda Rwanda, jak żyją ocalali, czy po takim koszmarze można się podnieść? O tym wszystkim jest reportaż Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć”.

środa, 14 sierpnia 2013

Fanpage :)

Autor: Beata Szy dnia 13:12:00 2 komentarze

Niedawno założyłam fanpage dla bloga - z chęcią polubię Wasze profile na Facebooku i zapraszam na swój :) Proszę zostawcie jakieś namiary - w komentarzach albo bezpośrednio przez FB, bo ciężko się odnaleźć w tym gąszczu :)

Link do mnie: [klik]


niedziela, 11 sierpnia 2013

Marek Bieńczyk: "Tworki"

Autor: Beata Szy dnia 19:30:00 5 komentarze



Autor: Marek Bieńczyk
Tytuł: „Tworki”
Wydawnictwo: Sic!
Stron: 196




„Wreszcie ukazała się twarz w swym zniknięciu,w najdalszym oddaleniu, w negatywie opcji życie i trzeba było wszystko odwrócić, narodziny nazwać śmiercią, pustkę okiem, szczelinę uśmiechem, aby tę twarz opisać, ująć w dłonie i nazwać, żeby miała imię.”



Chyba pierwszy raz siedzę nad recenzją kompletnie nie wiedząc, co o książce napisać. „Tworki” Marka Bieńczyka. Akcja powieści rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym – młody Jurek przyjeżdża tam do pracy. Czas w Tworkach płynie inaczej, powoli, to miejsce jakby odcięte od reszty świata. To tutaj młodzi ludzie, pracownicy szpitala, nawiązują przyjaźnie, to tu rodzą się między nimi pierwsze miłości. O życiu pacjentów wiemy niewiele – są jakby gdzieś po drugiej stronie, nie o nich jest ta historia, zlali się z tłem. Akcja powieści rozgrywa się w 1943 roku, to czasy wojenne. To tu młodzi – Polacy i Żydzi – odnajdują schronienie. Paradoksalnie zakład dla ludzi chorych staje się miejscem gdzie można zakosztować odrobiny normalności. Bohaterowie budują sobie namiastkę wolności, uciekając od ponurego obrazu wojny. Jednak czy taka izolacja jest możliwa? Czy to nie swoista cisza przed burzą?

Kiedy brałam udział w spotkaniu autorskim z Markiem Bieńczykiem zapadły mi w głowie jego słowa o tym jak traktuje pisanie. Szlifuje starannie każde zdanie, do perfekcji, potrafi przerabiać kolejne akapity tak długo, aż wreszcie uzna, że efekt jest zadowalający. Dba o każdy szczegół – przecinek, kropka, wielokropek, ich wybór nigdy nie jest przypadkowy. Autor opowiadał jak dostał egzemplarz jednej ze swoich powieści, tuż po wydaniu i zauważył, że korektor usunął przecinek w znaczącym wg niego miejscu. Oj, działo się. Ta drobiazgowość jest widoczna, kiedy czyta się „Tworki”. Język urzeka – właściwie czułam się trochę, jakbym miała w rękach powieść nie współczesnego poety, ale dzieło z okresu romantyzmu. Bieńczyk jest takim pisarzem trochę z innej epoki, jak dla mnie. Wartości, którym hołduje, sposób w jaki się wyraża... To wszystko czyni z niego człowieka niezwykle enigmatycznego, podkreśla jego erudycję. Ale czasem przytłacza – czytanie tej powieści nie należy do zajęć odprężających. Ja brnęłam przez "Tworki" bardzo leniwie, kosztując jej małymi fragmentami, inaczej się nie dało.

Książkę trzeba docenić za magiczny język, za porównania, metafory, subtelną poetykę, wrażliwość. Za opowieść chwytającą za serce. Za kunszt. Ale należy nadmienić, że te wszystkie walory nie każdego przyciągną, że książka jest trudna, że może sprawiać wrażenie monotonnej i kompletnie o niczym – na pewno trafią się czytelnicy, którzy odbiorą ją w taki sposób. Ja jestem gdzieś pośrodku. Bieńczyk mnie urzekł, ale nie powalił. Nie popłynęłam z prądem, przytłoczona trochę ciężarem jego stylu. Ale przyznam, że wzruszyłam się bardzo. Że ostatnie strony poruszyły mnie do głębi. Że historia to piękna. I narrator, który przysiada obok nas na ławce, mówiąc do nas – aż chciałoby się uścisnąć mu dłoń.



wtorek, 6 sierpnia 2013

Annabel Pitcher: "Moja siostra mieszka na kominku"

Autor: Beata Szy dnia 16:10:00 8 komentarze



Autor: Annabel Pitcher
Tytuł: "Moja siostra mieszka na kominku"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 288



„Moja siostra mieszka na kominku” A. Pitcher to książka do „połknięcia” w jeden, dwa wieczory. Z perspektywy dziesięcioletniego Jamiego obserwujemy rozpad rodziny, wywołany najgorszą z możliwych tragedii – śmiercią. W wyniku ataku terrorystycznego pięć lat wcześniej zginęła Rose. Od tego czasu członkowie rodziny coraz bardziej odsuwają się od siebie. Mama chłopca porzuciła dzieci i zamieszkała z nowym wybrankiem, poznanym na zajęciach grupy wsparcia. Ojciec się rozpił i nie zajmuje się domem. Jasmine, bliźniaczka zmarłej, buntuje się, farbując włosy na różowo i podkreślając, że nie jest klonem swojej zmarłej siostry. Urna z prochami Rose jest nieodłącznym elementem wystroju, umieszczonym na honorowym miejscu – kominku. Jakby wciąż była obecna, jakby lęk przed ostatecznym pożegnaniem obezwładniał. W domu dochodzi do wielu absurdalnych sytuacji z tego powodu. Każdy przeżywa żałobę indywidualnie, zamykając się w swoim świecie. I tylko Jamie, który był zbyt mały by pamiętać siostrę i ma tylko parę niewyraźnych wspomnień, nie cierpi z powodu jej utraty. Zagłębiamy się więc w świat skrzywdzonego dziesięciolatka, nie pojmującego dlaczego codzienność, jaką znał, zmienia się w zawrotnym tempie. Jamie tęskni za domem, za matką, za normalnością. Chce rodziny spojonej, wspierającej się, pełnej miłości. Rose nie żyje, to prawda, ale czas biegnie dalej, a rodzice jakby zapomnieli, że mają jeszcze dwójkę dzieci…

Stylizacja na opowieść tworzoną przez małego chłopca wypadła przekonująco – świat przedstawiony zawiera wszelkie elementy, istotne z punktu widzenia dziesięciolatka. Mamy więc ulubionego bohatera komiksowego Spiker-Mana, z którym malec się utożsamia. Mamy szkołę, gdzie Jamie bywa gnębiony, ale też zalicza pierwsze sukcesy, poświęca się lekcji plastyki, zawiera pierwszą przyjaźń… z dziewczyną, z muzułmanką. Ta znajomość nie może przypaść do gustu jego ojcu – wszak to „oni” są wszystkiemu winni, to „oni” zabili jego córkę… Jamie ma ukochane zwierzątko – kotka, i przelewa na niego wszystkie troski. Ma też marzenie – by mama wróciła, by znów była przy nim… Aby je zrealizować wpadnie nawet na szalony pomysł.

Książkę czyta się szybko, i choć wydawać by się mogło, że jej tematyka jest przygnębiająca, do końca nie jest to prawda. Jamie to dziecko, i w związku z tym inaczej traktuje okalające go tragedie. Narracja z jego punktu widzenia bywa więc też pełna humoru, koncentruje się na sprawach przyziemnych, pytaniom takim jak „dlaczego?” nie pozostawiając zbyt wiele miejsca. Wydaje mi się jednak, że byłaby dużo lepsza z perspektywy wszechwiedzącego narratora – dojrzalsza, a przy tym bardziej przemyślana, głębsza.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Joanna Sałyga: "Chustka"

Autor: Beata Szy dnia 19:37:00 9 komentarze



Autor: Joanna Sałyga
Tytuł: "Chustka"
Wydawnictwo: Znak
Stron: 400





Trudno recenzować tę książkę, bo trudno oceniać czyjeś życie, zwłaszcza jeśli spisywane wcale nie w celu wydania drukiem. „Chustka” to opowieść o kobiecie niezwykłej, silnej, pogodnej mimo przeciwności losu, zdeterminowanej do walki. Niektórzy z Was może mieli ten zaszczyt odnaleźć jej bloga w latach 2009-2012, kiedy był prowadzony na bieżąco, kiedy ona – Joanna – walczyła z najokrutniejszą chorobą, z rakiem. Dzieliła się ze swoimi czytelnikami bólem, który towarzyszył postępowi choroby, smutkiem, rozpaczą, ale i radościami. Pisała o tym jak walczy, jak szuka dla siebie nowych metod, nowych tabletek, nowych terapii. Prosiła o wsparcie, i sama je dawała. W miejsce, które stworzyła w wirtualnej przestrzeni, zaglądały setki osób. Szukały w jej wpisach nadziei dla siebie, szukały otuchy, odnajdywały pokłady wiary, szczerość, humor, ogromną mądrość życiową. Ona chciała żyć i dopóki tylko mogła, czerpała z życia garściami. Ja usłyszałam o Chustce dopiero wtedy, gdy odeszła już do lepszego świata. Jeszcze chyba nawet nie trwały prace nad książką, będącą wycinkami z jej bloga, uszeregowanymi chronologicznie najważniejszymi wpisami tej dzielnej, cudownej kobiety. Blog wciąż można odnaleźć w sieci – tym, którzy nie słyszeli o Chustce, polecam to uczynić. A jeśli jej historia was wzruszy, sami będziecie chcieli sięgnąć po książkę.

Czytając, zastanawiałam się do kogo tak właściwie „Chustka” jest kierowana.
Myślę, że fakt, że książkę wydano, najważniejszy jest chyba dla jej bliskich – Niemęża i osieroconego synka. Joanna miała świadomość kruchości swojego życia i starała się przemycać na blogu różne myśli, wskazówki i zapewnienia dla własnego dziecka, bo kochała synka najbardziej na świecie i nie wyobrażała sobie, co będzie, gdy jej zabraknie. Książka na pewno jest ważna też dla wszystkich tych, którzy przez lata czy miesiące kibicowali Chustce, mieli okazję ją poznać – osobiście bądź wirtualnie i również mocno przeżyli jej śmierć. Może stać się także panaceum dla innych chorych – słowa Chustki potrafią uśmierzyć ból, dać motywację do walki, pokazać, że nie można się poddawać. Tak powstała Fundacja Chustka. A dla nas, osób, które po książkę sięgnęły – można by rzec – przez przypadek? Myślę, że nie jest łatwo się przebić przez jej treść. Pomijając fakt, że zbliżając się do końca mamy świadomość co tam na nas czeka i boimy się, dosłownie boimy, czytać dalej, bo tak bardzo chcemy, żeby ona pozostała z nami, żywa... Książka składa się z zapisków z bloga, które dla kogoś kto spodziewa się tu typowej prozy, mogą stanowić wyzwanie. Pojawiają się wpisy, bardzo różne – chaotyczne, zwięzłe, zagadkowe, przeplatane wyrywkami dialogów, cytatów, ważnych myśli, tekstów z innych książek, piosenek. Zwyczajny blog (nie)zwyczajnej kobiety, ubrany w papier i ładną okładkę. Nie każdego może przekonać taka forma, ale nie o to w tym chodzi. To książka po prostu inna, do której nie można sięgnąć ot, tak. Trzeba się przygotować mentalnie, nastawić na tematy trudne, mając w świadomości wciąż to, że to wcale nie fikcja...

sobota, 3 sierpnia 2013

Wojciech Kuczok: "Poza światłem"

Autor: Beata Szy dnia 16:51:00 1 komentarze

Autor: Wojciech Kuczok
Tytuł: "Poza światłem"
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 152





Książka Wojciecha Kuczoka „Poza światłem” jest dziennikiem z podróży różnorakich – po Polsce, po świecie, po górach, a wreszcie wędrówką także w głąb ziemi, do jaskiń. Pisarz, globtroter, alpinista, taternik, grotołaz i turysta w jednym opowiada nam swoim specyficznym stylem o tym, jak – można by rzec – przemierzył świat wzdłuż, wszerz, od góry aż po sam dół. Kuczok znajduje się poza tytułowym światłem, w jaskiniowych ciemnościach, i poza światem, z daleka od ludzi, samotny, ale spokojny, zachwycający się tym, co znajduje się u jego stóp.

„U ortopedy: „O, pan Kuczok, takie pan ma znane nazwisko...” (rosnę). „Ten himalaista też się tak nazywał” (maleję). „Nie, przepraszam, to był Kukuczka, Kuczok to ten znany chorzowski malarz” (znikam).”

Pierwsza część książki to relacja z podróży po miastach różnych krajów: z odwiedzanych muzeów, zabytków, ośrodków, ulic, zakątków wszelkiego typu. Kuczok robi to w znany sobie sposób – zwięźle, anegdotycznie, refleksyjnie, bawiąc się słowem. Jeśli ktoś liczy na szczegółowe opisy, na możliwość podążenia śladem autora, bogatszy o jego doświadczenia, to raczej się zawiedzie – Kuczok przystaje tam, gdzie chce, opowiada o tym, co akurat dla niego ważne, ignorując potrzeby czytelnika-turysty. To nie przewodnik dla podróżnych, żaden atlas, drogowskaz, mapa. Czyta się raczej dla literackiej wyobraźni Kuczoka, dla jego niebagatelnych obserwacji, dowcipu, wnikliwości, a nie po to, by przenieść się tam razem z nim.

„Dziś zrozumiałem, że kucharzem nie będę choćby z powodu daltonizmu – już w pierwszym zdaniu przepisu na lasagne czytam bowiem: usmażyć mięso aż zbrązowieje”.

Książka podzielona jest na dwie części. Autor w pewnym momencie ucieka (rozdział „uciecby”) – od zatłoczonych, brudnych miast, hałasu, zgiełku, ludzi. W miejsca spokojne, gdzie można zetknąć się z naturą, odetchnąć czystym powietrzem, odnaleźć harmonię, wyciszyć się. To jeden z najpiękniejszych fragmentów dziennika, pokazujący jak bardzo Kuczok kocha miejsca wyludnione, pierwotne, naturalne, jak zachłystuje się ich pięknem.

„Uciecby. Z miast, bo wszystkie ohydne w taki sam sposób, więcej w nich ludzi niż drzew.”

W dalszej części opowieści ujawnia nam się Kuczok – taternik i grotołaz. Opowiada o zdobywanych przez siebie szczytach, o wędrówkach, niebezpieczeństwach, chwilach grozy, ale i takich, w obliczu których dopada nas zachwyt na myśl o majestacie przyrody. Pisarz opisuje to niezwykłe doświadczenie, gdy odkrywa nową jaskinię czy komorę i jest pierwszym (a czasem jedynym) człowiekiem, który postawił w niej stopę. Jego odkrycia na tym polu są imponujące. Jednak mimo całego umiłowania do gór i jaskiń Kuczok szczerze przyznaje, że niejednokrotnie ledwo uszedł z życiem, że jego pasja jest niebezpieczna, że równie fascynująca, jak i przerażająca. Głośno mówi o swoich lękach, nie chowa ich przed nami.

„To jaskinie dają mi jedyny w swoim rodzaju komfort znikania z powierzchni ziemi. Nic tak nie leczy z depresji. Wystarczy ósma godzina akcji pół kilometra poniżej otworu i już chce się człowiekowi łasic do życia. Po kilkunastu godzinach pogrążania się, by osiągnąć dno, nagle ów akt samobójczy należy odczynić, cofając czas w kierunku wyjścia. Każdy pokonany metr pionu kosztuje wtedy wystarczająco dużo czasu i energii, żeby człowiek zdążył odzyskać szacunek do powszedniości. Dyndając na linie trzydzieści metrów nad dnem studni, w pół drogi do stałego gruntu pod nogami, marzę o ciepłych kapciach i kominku – i właśnie, żeby za tymi rekwizytami codzienności zatęsknić, żeby przywrócić właściwe proporcje stanu posiadania, schodzę pod ziemię.”


„Poza światłem” może spodobać się wielbicielom Kuczoka, do których sama się zaliczam. Jednak pozostawia z uczuciem niedosytu, nie jest do końca tym, czego moglibyśmy się spodziewać. Kuczok jest oszczędny, i choć pisze o swoich prywatnych doświadczeniach, nadal robi to pozostawiając jakiś margines niedopowiedzeń tylko dla siebie. Znaleźć tu można wiele celnych spostrzeżeń, uroczych zdań, inteligentnych porachunków z językiem, prywatnych zdjęć, odważnych wyznań, to prawda. Ale czegoś zabrakło. Jeśli ktoś Kuczoka jeszcze nie czytał, może być zawiedziony tą książką, może w ogóle jej nie zrozumieć. O wszystkim i o niczym?

środa, 31 lipca 2013

Informacja

Autor: Beata Szy dnia 20:30:00 3 komentarze

Robię małe porządki, jakby kogoś coś zainteresowało wrzucam link do Allegro: klik. W grę wchodzi też wymiana.
A jutro postaram się dodać zaległą recenzję, do której zabrać się od paru dni nie mogę :)

środa, 24 lipca 2013

Haruki Murakami: "Kafka nad morzem"

Autor: Beata Szy dnia 17:38:00 9 komentarze


Autor: Haruki Murakami
Tytuł: "Kafka nad morzem"
Wydawnictwo: Muza
Stron: 624


„Uświadamiam sobie, że łączy mnie z nią przynajmniej jedno: oboje jesteśmy zakochani w kimś, kogo już nie ma na tym świecie.”

Murakami kolejny raz i znów mi się podoba. Myślę, że w „Kafce nad morzem” przede wszystkim trzeba docenić nietuzinkowych bohaterów. Każdy z nich to unikalny przypadek. Po pierwsze – tytułowy Kafka Tamura. Piętnastoletni chłopak, niezwykle bystry i zaradny życiowo. Kafka ucieka z domu, próbując uniknąć przerażającej przepowiedni ojca (niczym Edyp w tragedii antycznej). Chroni się na wyspie Shikoku i trafia do tajemniczej biblioteki, która wkrótce stanie się jego domem zastępczym. Poznaje tam Oshimę (kreacja mistrzowska, nie spotkałam jeszcze w literaturze takiej osobliwości), pracownika biblioteki i panią Saeki, dyrektorkę. Z obojgiem połączy go więcej, niż mógłby przypuszczać. Kiedy ojciec Kafki zostaje zamordowany, uwalnia się jakaś energia, i zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Śladem Kafki wyrusza pan Nakata, ujmujący staruszek-analfabeta, który potrafi rozmawiać z kotami i jego przypadkowo poznany towarzysz – młody kierowca, Hoshino. Mają do wykonania ważną misję, która znacząco wpłynie na życie młodego chłopca.

„Dawno temu świat nie składał się z mężczyzn i kobiet, a z męskich mężczyzn, kobiecych kobiet i kobieto-mężczyzn. To znaczy, że każdy miał w sobie elementy dwóch płci. Wszyscy byli zadowoleni i żyli sobie beztrosko. Lecz Zeus przeciął wszystkich nożem na pół. Dokładnie na połowę. W rezultacie na świecie zostali tylko mężczyźni i kobiety i teraz wszyscy żyją, błądząc tu i tam w poszukiwaniu swojej drugiej połowy.”

Jak to u Murakamiego, w codzienność wkradają się siły nadprzyrodzone, zjawiska nie do wyjaśnienia. „Kafka nad morzem” to powieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, odkrywaniu prawdy, dorastaniu, poznawaniu świata. Każdy z bohaterów odbywa swoją drogę, dosłownie (przemieszczając się z miasta do miasta), jak i w przenośni. Każdy z nich dostrzeże w sobie zmiany, dokona transformacji. Poza tym „Kafka nad morzem” doskonale łączy w sobie różne literackie motywy i toposy, traktuje też o filozofii, sztuce, muzyce. Sercem powieści jest biblioteka – symbolizująca wiedzę, gromadzoną od pokoleń. Biblioteka będąca jednocześnie przechowalnią wspomnień, ludzkim wnętrzem, duszą.

„Zabiorę cię teraz do biblioteki. A ty staniesz się jej częścią.”

Czytając odnosi się wrażenie, że wyobraźnia autora nie ma granic. Zjawiskowość postaci, które stawia na naszej drodze, perypetii, jakich doświadczają, mnogość wątków... Świat stworzony przez Murakamiego wzrusza, rozśmiesza, czasem przeraża, czy wywołuje nawet wstręt. Autor nie boi się pisać o ludzkiej seksualności w sposób bezpośredni i prowokacyjny. Nie boi się wtłaczać w swoich bohaterów bestialskich zachowań. Nie brak tu też naprawdę mocnych scen pod względem humorystycznym. Pan Nakata i Hoshino stanową widowiskowy duet. Dialogi, jakie mają między nimi miejsce, są rewelacyjne. Znacie to uczucie, kiedy śmiejecie się na głos nad książką, a ludzie wokół dziwnie reagują, nie wiedząc co jest grane? Z „Kafką nad morzem” o to łatwo. Czasem zaśmiewałam się do łez. Innym znów razem ubolewałam, że niektóre sytuacje muszą rozegrać się tak, a nie inaczej.


„Szukam odpowiednich słów. Potrzebuję chłopca zwanego Kawką, lecz nigdzie go nie ma. Sam szukam słów. Zajmuje mi to dużo czasu.”

Murakamiego czyta się też dla zdań. Takich, które zapadają głęboko w sercu. Starałam się umieścić w recenzji kilka z nich.

„- O ile mi wiadomo, po raz pierwszy pojęcie labiryntu stworzyli mieszkańcy starożytnej Mezopotamii. Wyciągali zwierzęce, a czasami prawdopodobnie ludzkie, jelita i wróżyli z nich. Bardzo podziwiali te skomplikowane kształty. Dlatego podstawą kształtu labiryntu było jelito. To znaczy, że zasada labiryntu znajduje się wewnątrz ciebie. I odpowiada labiryntowości będącej na zewnątrz ciebie.
- Metafora.
- Tak. Podwójna metafora. To, co jest na zewnątrz ciebie, jest odbiciem tego, co masz w sobie, a to, co masz w sobie, odzwierciedleniem tego, co na zewnątrz. Dlatego bardzo często wejście w labirynt na zewnątrz oznacza wkroczenie w labirynt, który masz w sobie. To bardzo niebezpieczne.”


Będzie mi brakować rezolutnego Kafki, jego zwięzłych wypowiedzi, ulubionych grzanek i wrażliwości. Myślę, że po przeczytaniu książki Wy też zapragnęlibyście go poznać.

„Coś, co było zamarznięte w twoim sercu, wydaje dźwięk.”

sobota, 20 lipca 2013

"Breaking bad", sezony 1-4

Autor: Beata Szy dnia 11:14:00 4 komentarze




"Breaking bad"
Sezony 1-4





Mam za sobą 4 sezony serialu „Breaking bad”. Opowiada on historię spokojnego, ułożonego i trochę fajtłapowatego nauczyciela chemii w liceum. Walt jest przykładnym mężem i ojcem – ma piękną, inteligentną żonę Skyler i syna – niepełnosprawnego Walta Juniora. W drodze drugie dziecko, nieplanowana ciąża. Tę na pozór spokojną atmosferę przeszywa wiadomość, jaką otrzymuje Walt od lekarza – jest chory na raka, umiera. Zdesperowany, aby zapewnić byt swojej rodzinie, chyba pierwszy raz w życiu decyduje się złamać prawo. Jako doświadczony chemik wie wszystko o związkach i procesach chemicznych. Wiedzę tę wykorzystuje produkując... metaamfetaminę. Jednak od pomysłu do realizacji planu daleka droga. Walt musi wejść w środowisko narkomanów i znaleźć wspólnika. Zostaje nim jego były uczeń, pocieszny, niezbyt bystry Jesse. Razem tworzą unikalny duet. I w tym miejscu problemy tylko zaczynają się nawarstwiać, bo szybko okazuje się, że choć to faktycznie dochodowy interes i łatwa kasa, nie wszystkim podoba się nowy, doskonały towar, który pojawił się na rynku. Walt i Jesse wplątują się w niesamowite afery, wojny między gangami i zatargi z mafią. Poza tym jak długo można ukrywać podwójne życie przed rodziną?

To kolejny serial, do którego trzeba się przekonać, gdyż pierwsze odcinki wypadają trochę kulawo, ale później serial zaczyna trzymać w napięciu i co ciekawe – kolejne sezony są coraz lepsze. Można powiedzieć, że pierwszy wypada najsłabiej. Najbardziej niesamowita jest przemiana głównego bohatera. Nie tylko fizyczna – choć tu również należą się brawa, bo Walt bardzo zmienia się wizualnie. Wraz z postępem choroby chudnie, traci włosy i w końcu zaczyna golić głowę, jego rysy się wyostrzają. Zaczyna przypominać bandziora, którym notabene właściwie się staje. Pomiatany przez wszystkich, niespełniony zawodowo nauczyciel nareszcie czuje, że jest w grze, że się liczy, że produkuje coś, co przynosi mu sławę i poklask. Czuje się kimś, i ta świadomość uderza mu do głowy. Wokół Walta dzieje się dużo zła – rynek jest bezwzględny, ludzie oszukują, zdradzają i zabijają, na potęgę. Walt z czasem sam się taki staje, choć może sobie tego nie uświadamiać. Nie cofnie się przed niczym, usprawiedliwiając to walką o dobro swoje i swojej rodziny. Ale czy tylko o to chodzi? Czasem jego podstępy, zaniedbania czy zadania, do których zmusza Jesse'go budzą już nie podziw, a przerażenie. Czasem gnębiona latami ofiara, gdy dojdzie do władzy, staje się gorsza niż jej oprawcy. Chyba dokładnie z tym mamy tu do czynienia. Walt przestaje być bohaterem sympatycznym, traci w naszych oczach.


Moją ulubioną postacią jest Jesse. To chłopak z trudnej rodziny, (odrzucony, w cieniu brata) który wstąpił na złą drogę, bo nie miał innego wyboru. Mimo to określiłabym go mianem bohatera krystalicznego – bo mimo tego, że działa nielegalnie, wciąż pozostaje sobą. Jest wrażliwy i pragnie sprawiedliwości. Mimo to wciąż napotyka przeszkody, wciąż upada, wciąż traci bliskich sobie ludzi, wciąż cierpi. Jest bardzo nieszczęśliwy i to, co widzi, załamuje go. Nie potrafi być tak bezwzględny jak Walt, nie kieruje się chłodnym rozsądkiem, a uczuciami. Dzięki temu kibicujemy mu i pragniemy, by wreszcie ułożył sobie życie, bo na to zasługuje.

To chyba największa siła tego serialu. Pokazuje nam do czego zdolny jest człowiek, jaka może zajść w nim metamorfoza, że nic nie jest czarno-białe, dobry może zostać mordercą, a ćpun zrehabilitować się w naszych oczach.

Relacja między Waltem a Jessem, między nauczycielem i uczniem (zaczynającym mu dorównywać) jest bardzo złożona. Początkowo obaj mogą polegać tylko na sobie, łączy ich silna więź, mają do siebie zaufanie i chronią się nawzajem. Ale czas wszystko zmienia. Z przyjaźni rodzi się nienawiść. Bohaterowie kłócą się i godzą, mówią sobie okropne rzeczy, by zaraz potem wybaczyć. Ale coś pęka. Choć pozostają lojalni wobec siebie, coś się zmienia. Nadchodzi czas, że nie są już w stanie ze sobą pracować, że nie chcą się znać, myślą nawet o tym, by wytłuc się nawzajem.

W serialu pojawia się wiele innych barwnych postaci, a na uwagę zasługuje zwłaszcza osoba Gustava. Właściciel sieci restauracji, człowiek staromodny, spokojny, wręcz nudny... Okazuje się jednak, że to on stoi na czele szajki narkotykowej. Wydaje się osobą bez serca, do cna przesiąkniętą złem, wyrachowaną i bezlitosną - choć sprawia wrażenie człowieka miłego i nieszkodliwego. Bardzo udana kreacja. Teść Walta, Hank, również zasługuje na uwagę. Otyły stróż prawa, lubiący sobie poprzeklinać, ale przy tym doskonały detektyw i jego zakręcona żona, kleptomanka, stanowią niekonwencjonalną parę. Jest jeszcze wiele innych oryginalnych postaci, które przewijają się przez poszczególne serie (jak kumple Jesse'go, bracia Salamanca itp).


Czasami na początku odcinka pojawiają się migawki z tego, co zdarzy się na końcu albo w jednym z kolejnych odcinków – to charakterystyczna dla „Breaking bad” strategia budowania napięcia. W dalszych sezonach pojawiają się też jakieś wspomnienia w przeszłości (zestawienie Walt teraźniejszy a przeszły wypada wtedy imponująco). Dzięki nim dowiadujemy się więcej o historii bohaterów i możemy lepiej zrozumieć ich osobowość i poczynania. Serial wciąga, jest interesujący i nie nudzi. A przy tym poznajemy fajne ciekawostki chemiczne i możemy podziwiać niesamowitą wiedzę Walta w tym zakresie. Chemia przydaje się w życiu i nawet nie pomyślelibyście, czego można dokonać, znając się na niej.

Niedługo zabieram się za oglądanie 5. sezonu :)

czwartek, 18 lipca 2013

Jaume Cabre: "Wyznaję"

Autor: Beata Szy dnia 13:47:00 11 komentarze




Autor:
Jaume Cabre
Tytuł: "Wyznaję"
Wydawnictwo: Marginesy
Stron: 768





To jest książka niezwykła. O której można by mówić i mówić, pisać i pisać, nie wyczerpując wcale tematu, ale jednocześnie mając świadomość niedostatku swojego języka przy próbie uchwycenia jej możliwości, złożoności, tego co magiczne i po prostu piękne.
Dlatego nawet nie odważę się spróbować – postaram się oddać tylko część z moich rozmyślań nad tą pozycją.

„Wyznaję” Jaume Cabre'a to powieść szkatułkowa, która wymyka się jednak klasyfikacjom. Z jednej strony jest to, jak sugeruje tytuł, rodzaj spowiedzi głównego bohatera, Adriana – filologa, muzyka, naukowca, profesora, lingwisty. Człowieka wybitnego, utalentowanego, o ponadprzeciętnej inteligencji. Adrian Adrevol u kresu życia podejmuje się trudnego zadania spisania swoich przeżyć, wspomnień, refleksji. W sposób chaotyczny, niechronologiczny, powraca do lat swojego dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego. Opisuje trudne dzieciństwo, pozbawione miłości, podporządkowane nauce, literaturze, skrzypcom. Muzyka daje mu największego przyjaciela – Bernata. Ta postać towarzyszy nam przez całą opowieść. Adrian poznaje swoją największą miłość, Sarę, i traci ją. Czy ich drogi jeszcze się skrzyżują? Ale przede wszystkim poświęca się pracy – pisze eseje, gra, kolekcjonuje rękopisy i dzieła sztuki. Ale „Wyznaję” to nie tylko dzieje Adriana. Poprzez znajdujące się w jego posiadaniu „pomniki historii” - skrzypce, obrazy, teksty – historia poszerza się. Cofamy się m.in. do czasów Barcelony lat 40. i 50., do Hiszpańskiej Inkwizycji, do Paryża przełomu XVII i XVIII wieku, do okresu nazizmu i II wojny światowej. Można zapytać gdzie w jednej powieści miejsce na taką złożoność i jak można tego dokonać? Każdy z tych zakamarków przeszłości odkrywa przed nami bowiem nowych bohaterów, wielkie dramaty, poruszające historie. I w tym miejscu trzeba rzec kilka słów na temat narracji „Wyznaję”.

"To mój przyjaciel. To facet, który... Mimo, że jest taki mądry, nadal chce być moim przyjacielem i znosi moje kaprysy. Od tylu lat."

Głównym bohaterem, spoiwem, trzonem całej historii jest oczywiście Adrian. To on opowiada, prowokuje i przywołuje historie, nadaje im bieg. To on przemawia – w pierwszej osobie, pisząc list – adresata udaje nam się poznać, w pewnym momencie. Ale narracja wprowadzona przez Cabre'a jest przedziwna. W obrębie czasem nawet jednego zdania narrator pierwszoosobowy potrafi oddać głos trzecioosobowemu. Przez pierwsze kilkanaście stron, zanim oswoiłam się z tym chwytem, nie mogłam do końca połapać się w tym kto jest bohaterem, kto mówi, ilu ich tu w ogóle jest. Obok wypowiedz bezpośrednich pojawiają się zdania typu: „Adrian spojrzał...”. Dodatkowo opowieść często zostaje nagle przerwana, a w nią wtłoczona jakaś historia z przeszłości. Oglądanie obrazu może np. spowodować przeskok czasowy do okresu, w którym mnisi zamieszkiwali klasztor z tego konkretnego malowidła. Dialogi wplatane są w tekst, bez stawiania znaków interpunkcyjnych. Jest tu też dużo cytatów w obcych językach, które nie zostały, zgodnie z wolą autora, przetłumaczone. Jest i piękny, kunsztowny, melodyjny język. Pojawia się także narracja kursywą - rodzaj książki w książce, opowieść z punktu widzenia Bernata. To wszystko i jeszcze więcej sprawia, że powieść wymaga skupienia, koncentracji, analizy. Ale to także czyni ją zagadkową, monumentalną, po prostu piękną.

"Sara. Dni, tygodnie, miesiące przy tobie, z szacunkiem dla tego odwiecznego milczenia, w które często zapadałaś. Jesteś dziewczyną o spojrzeniu smutnym, ale cudownie pogodnym. A ja miałem coraz więcej zapału do nauki, wiedząc, że później cię zobaczę i zatopię się w twoich oczach, zawsze na ulicy, jedząc zapiekanki na placu Sant Jaume czy spacerując alejkami parku Ciutadella, w naszej szczęśliwej konspiracji, nigdy w twoim czy moim domu, chyba że byliśmy pewni, że nikogo nie będzie, bo nasz sekret miał pozostać tajemnicą dla obu rodzin. Nie wiedziałem, dlaczego właściwie; ale ty wiedziałaś. A ja pozwalałem się unosić nieprzerwanemu szczęściu przez tyle dni, nie zadając pytań. "

Chociaż mówi się, że głównym tematem „Wyznaję” jest zło absolutne, któremu Adrian poświęcił życie, starając się stworzyć esej, dokładnie badający to zagadnienie, i rzeczywiście to prawda, obok tego wszechogarniającego zła czai się coś jeszcze – coś dobrego, ciepłego. Zło, okrucieństwo, krzywda, zbrodnia, podstęp – to wszystko wypełnia karty tej opowieści, owszem. Zło pojawia się wszędzie, znajdujemy je na kartach historii, bez względu na czas, miejsce, społeczeństwo. Zło, które stawia pytanie: gdzie jest Bóg? I czy w ogóle istnieje? Ale „Wyznaję” to także jedna z najpiękniejszych opowieści miłosnych, jakie miałam okazję czytać. Opowieść o uczuciu tak silnym, trwałym, będącym treścią istnienia. O miłości, która potrafiła sobie poradzić z okrucieństwem. I ta książka wzrusza, i zapada w pamięć. Zostanie ze mną jeszcze na długo. Polecam tym, którzy nie boją się wyzwań :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

True Blood, sezon 1

Autor: Beata Szy dnia 20:10:00 8 komentarze
Nigdy nie pisałam o serialach, które oglądam, postaram się to od czasu do czasu zrobić, zaczynając od tego co mam na bieżąco :)


„True blood” (Czysta krew)
Sezon 1, 12 odcinków





Mówi się, że ten serial naprawił to, co saga „Zmierzch” zepsuła jeśli chodzi o kwestię wampirów. Główna bohaterka, Sookie, na pierwszy rzut oka jest zwyczajną dziewczyną – zgrabna blondynka, pracująca w barze jako kelnerka, wychowywana przez babcię. Ale to tylko pozory, gdyż Sookie posiada pewien nadprzyrodzony dar, który osobiście traktuje jak przekleństwo – czyta ludziom w myślach. A, uwierzcie, to nic przyjemnego. Akcja serialu rozpoczyna się w dwa lata po wynalezieniu w Japonii syntetycznej krwi, co wiązało się z ujawnieniem prawdy o istnieniu w naszym świecie... wampirów. Od tej pory umarli żyją wśród ludzi na równych prawach. Jeden z nich przybywa do miasteczka Bon Temps, wywołując niemałe poruszenie. Sookie szybko odkrywa, że nie słyszy myśli nieznajomego. Jest tak podekscytowana tym faktem, że postanawia poznać wampira bliżej. Wkrótce między nią a Billem nawiązuje się nić sympatii. Coś Wam przypomina to love story? Problemy pojawiają się, gdy miasteczkiem wstrząsa seria brutalnych morderstw na kobietach. Wszystkie ofiary miały wcześniej styczność z wampirami...

„Czysta krew” to serial dosyć kontrowersyjny. Dużo tu brutalności, seksu oraz brutalnego seksu, na dokładkę. Są wampiry, które może i starają się zasymilować z ludźmi i zadowolić krwią syntetyczną, ale osobniki zbuntowane wybijają się w każdej rasie. Wampiry znane są z nieposkromionego temperamentu, a ludzkie kobiety z chęcią oddają się ostrym przyjemnościom z ich udziałem. Ludzie też mają swoje „grzeszki” na sumieniu – krew wampira (wampirosok) działa jak najlepszy narkotyk i wielu nie zawaha się przed niczym, by ją zdobyć. Lubicie widok krwi? Tutaj mamy jej pod dostatkiem. Wampiry wgryzają się w ludzi, regularnie. Ale to nie koniec kontrowersji. W serialu przewijają się też tematy takie jak homoseksualizm, prostytucja, rasizm itp. A wampiry to nie jedyni ponadprzeciętni bohaterowie, o czym też będzie można się przekonać. Świat jest pełny dziwnych stworzeń...

Serial jest specyficzny i na pewno nie trafi do każdego. Szczerze mówiąc pierwsze odcinki w ogóle mnie nie przekonały, ale skoro mi go polecono, brnęłam dalej. Aktorzy grają kiepsko, wątki czasem wydają się absurdalne, wszechobecny seks trochę przytłacza (a ten brutalny wręcz odpycha). Para głównych bohaterów – Sookie i Bill, no hm... Ani ona nie jest pięknością, ani jego do powalającego urodą zaliczyć nie można. Jest jeszcze ten drugi – właściciel baru, zakochany w Sookie od dawna... Jest jej przyjaciółka, pyskata i zaczepna, da niejednemu popalić. Lalusiowaty braciszek Sookie, Jason – temu to tylko panny w głowie. W pierwszym momencie wszystkie te postaci wydają się sztuczne, zblazowane, płytkie, irytujące. Ale im dalej, tym lepiej, trzeba chyba tylko oswoić się z konwencją i odrzucić uprzedzenia. Tym, co broni ten serial jest duża dawka humoru – wydaje się być parodią samego siebie, czasem tak słodki i przerysowany do granic możliwości, jakby właśnie był to celowy efekt. Warto go obejrzeć choćby dla tych paru błyskotliwych, zabawnych scen. Czasem ogląda się z myślą "jakie to głupie, naiwne, nienormalne", i zaraz potem łapie nas atak histerycznego śmiechu. I tak to z nim jest. Można się przy nim świetnie bawić, jeśli przymknie się oko na pewne niedociągnięcia i potraktuje jako czystą rozrywkę. Ja tam chyba skuszę się na sezon drugi ;)
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon