Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 czerwca 2012

Piotr Rogucki: "95-2003"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 23, 2012 13 komentarze



Piotr Rogucki
Album: "95-2003"



Nie byłabym sobą, gdybym nie podbiegła do salonu muzycznego w dniu premiery drugiej solowej płyty Piotra Roguckiego, wokalisty Comy. Album „95-2003” szumnie zapowiadany na fanpage muzyka był wyczekiwany z wielką niecierpliwością, ale też i obawami, przez wszystkich oddanych fanów. Płyta zawiera utwory dobrze już znane – powstałe w ośmioletnim okresie, gdy artysta rozpoczynał swoją sceniczną drogę, występując na festiwalach piosenki autorskiej czy poezji śpiewanej. „Piosenka pisana nocą”, „Wrony” czy „Chimery” to utwory cieszące się niesłabnącą popularnością na kanałach Youtube, nigdy jednak nie doczekały wydania na oficjalnym albumie. Aż do teraz. To miły gest w stronę fanów, coś o czym wielu marzyło.

Od początku wiadomo było, że na fanów czekają nowe aranżacje kilkuletnich przebojów. Budziło to pewien niepokój, ale też dawało nadzieję. Na kilka dni przed premierą mieliśmy możliwość wysłuchania „Piosenki pisanej nocą” w nowej odsłonie w trakcie transmisji listy NRD w Esce Rock. Po odsłuchaniu zareagowałam podobnie jak większość fanów: byłam zdezorientowana. Mając wciąż w pamięci pierwotne wykonanie, nagle usłyszałam coś zupełnie innego: nowa, eksperymentalna aranżacja, zaskakujące instrumenty i brzmienia. Pierwszą moją myślą było: to nie to, czegoś tu brakuje, to nie miało być tak. Ale po kilkakrotnym przesłuchaniu kawałka nagle odkryłam, że byłam w błędzie. Utwór spodobał mi się, dał poczucie świeżości, a jednocześnie wzbudzał nostalgię. Z niecierpliwością czekałam na całość.

Przy tworzeniu „95-2003”, podobnie jak w przypadku debiutanckiej płyty „Loki –Wizja dźwięku”, Rogucki pracował z Marianem Wróblewskim, który jest odpowiedzialny za aranżacje. Krążek, zawierający jedenaście utworów powstałych na przestrzeni kilku lat, na pierwszy rzut oka może wydawać się przypadkowy i niespójny, jednak tak naprawdę jest zwartą kompozycją, podsumowującą wczesno solową działalność artysty. Postanowiłam nie przypominać sobie wszystkich utworów przed przesłuchaniem płyty, nie chciałam skazić pierwszego odbioru. Jak się spodziewałam: kawałki, które znałam bardzo dobrze szybciej wpadały mi w ucho, ale też budziły rozbieżne oceny, natomiast pozostałe, bardziej zapomniane, od razu przypadły mi do gustu. Teraz, z wielką przyjemnością słucham już wszystkich piosenek: przekonałam się do nowych wersji i naprawdę mi się podobają. Myślę, że pokazują artystyczny rozwój Roguckiego na przestrzeni ostatnich lat. Wokalista interpretuje swoje kawałki na nowo, sprawiając, że znów się w nich zakochujemy. Do moich ulubionych zaliczam przede wszystkim nastrojowe „A my”, „Wrony” czy „Kota”, ale ujęły mnie też pełne folkloru utwory takie jak „Legenda o próżności” i „Zosia”. Cała płyta jest godna polecenia. Rogucki w każdym utworze przybiera inną formę, wciela się w aktora, przedstawia całą gamę odczuć i stanów. Słucha się tego wybornie.

Jeżeli chodzi o szatę graficzną, to utrzymana jest w surowym, oszczędnym stylu – co widać już po okładce. Do płyty dołączona jest wkładka, jednak nie znajdziemy w niej tekstów piosenek, ale graficzne przedstawienie każdego utworu. Teksty, utrzymane w podobnej stylistyce, dostępne są za to na stronie internetowej Piotra Roguckiego. Ta również zmieniła barwy – polecam :)


Ocena: 5/6

wtorek, 25 października 2011

Coma: bez tytułu

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 25, 2011 49 komentarze
Zespół: Coma
Tytuł: bez tytułu

Dziś będzie trochę niecodziennie, gdyż zamiast książki zdecydowałam się zrecenzować kawałek dobrej muzyki, a ściślej mówiąc: najnowszą płytę łódzkiego zespołu Coma, która swoją premierę miała 17 października tego roku.

W skład zespołu wchodzą obecnie Piotr Rogucki (wokal), Dominik Witczak (gitara), Adam Marszałowski (perkusja), Rafał Matuszak (bas) i Marcin Kobza (gitara). Zespół powstał w 1998 roku w Łodzi i ma na swoim koncie już kilka płyt, m.in.: „Pierwsze wyjście z mroku”, „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków”, „Hipertrofię”, a także płyty koncertowe i symfoniczne.

Zaczynając od strony wizualnej: płyta prezentuje się bardzo ciekawie, wygląda jak zgrabna, mała książeczka, oprawiona w twardą, czerwoną okładkę. Płyta jest bez tytułu, ale została już okrzyknięta mianem „Czerwonego albumu” ze względu na ostrą, specyficzną stylistykę, w jakiej utrzymana jest całość. Na czerwonej okładce w lewym górnym rogu ukrywają się ciemne, poplamione czarną farbą, sylwetki chłopaków – jakby zaszczute, zagonione w kąt. Efekt wzmocniony jest przez mimikę ich twarzy: szerokie, wystraszone oczy i krzyczące usta. Wydaje się, że zespół został doprowadzony do takiego stanu przez rzesze fanów, wystawiając się z nową płytą na ich ostrą krytykę. Co zresztą znamienne – premierom nowych płyt Comy często towarzyszą żywe dyskusje wśród słuchaczy, co widać na forach, a kawałek promujący najnowszy krążek tylko podsycił atmosferę, ale o tym później.


Pierwsze strony „książeczki” ukazują nam obrazek znany z teledysku do singla promującego płytę „Na pół”, a także z grafiki, w jakiej utrzymana jest nowa odsłona strony zespołu – sylwetki chłopców na ostrym, czerwonym tle, skąpane kolorową farbą. Motyw ten odnajdujemy również na pozostałych stronach z tekstami zespołu: kolorowe smugi farby świetnie komponują się z czerwoną tapetą książeczki. I wreszcie sama płyta – czerwona i bez jakiegokolwiek podpisu. Najnowszy krążek jest bardzo oszczędny i to celowy zabieg muzyków: w odróżnieniu od przesyconej znaczeniami i konceptami „Hipertrofii” chłopcy tym razem postawili na prostotę – dlatego brak tytułu, utworów jest tylko 12, a całość trwa zaledwie 55 minut – a to niewiele, jak na Comę.

Pierwszy singiel z płyty – kawałek „Na pół” – zdecydowanie odcina się od znanej nam dotąd stylistyki zespołu. Jest bardzo popowy, optymistyczny, kolorowy. Jednak bardzo szybko można się było zorientować, że promując się właśnie tym utworem Coma postanowiła sobie zażartować z publiki. Przeczytałam kiedyś na ich stronie, że chłopcy lubią robić wszystko na odwrót i chyba właśnie chcieli to pokazać wybierając na singiel kawałek najsłabszy na całej płycie. To swoista zabawa z fanami i mediami – dowiedli tego zresztą na spotkaniu z fanami w katowickim Empiku, kiedy ze śmiechem stwierdzili, że „Wszyscy na pewno lubią Na pół”. Mimo początkowych obaw o zawartość płyty, fani się nie zawiedli: dostajemy tu naprawdę solidną, mocną porcję prawdziwego rocka, z jakiego słynie Coma.




Nie będę rozwodzić się nad brzmieniem gitar, basem, rytmiką, klimatem i wszystkimi tymi muzycznymi smaczkami, gdyż po prostu się na tym nie znam. Mogę jedynie powiedzieć, że płyta jest dobra i na pewno nie zawiedzie fanów tej muzyki. Utwory są zdecydowanie mocniejsze, ostre (przede wszystkim „Angela”, czy „Woda leży pod powierzchnią”) i aż nie mogę doczekać się, kiedy usłyszę je na żywo na koncertach. Ale nie brak tu także liryczności, z której słynie Coma – kawałek „Los cebula i krokodyle łzy” po prostu miażdży swoją mocą. Głos Piotra Roguckiego, który po prostu uwielbiam, oszałamia swoją skalą i impetem. Z kolei w utworze „0Rh+” mamy do czynienia z łagodnym, poetyckim wejściem, które następnie przeobraża się w kawałek dobrego hałasu. Wszystkie utwory mają w sobie coś i przypadły mi do gustu, a płyta jest mocna i dobra. Niesie ze sobą jakiś powiew świeżości, pokazuje nowe oblicze zespołu, ale z drugiej strony możemy wychwycić na tym godzinnym zapisie także wszystko to, co dotychczas urzekało nas w muzyce zespołu. Jak dla mnie kolejna muzyczna bomba, której nigdy nie będzie mi dość.



A zamawiając płytę przedpremierowo można było uzyskać dodatkowy bonus, który już zawisł na mojej ścianie: duży, czerwony poster z chłopakami i ich odręcznymi autografami. Prawdziwa gratka :)


Ocena 6/6

A Wy, słuchacie Comy?


PS
/jak widać u mnie małe zmiany szablonowe, jeszcze nie wiem czy zostawię taką szatę, na razie eksperymentuję ;)/
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon