Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2018

"Chmury z keczupu" Annabel Pitcher

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 15, 2018 0 komentarze


Sama jestem zaskoczona jak bardzo poruszyła mnie i spodobała mi się ta książka. Słyszałam już, że „Chmury z keczupu” A. Pitcher są dobre, między innymi kilka opinii z Instagrama przekonało mnie do zakupu książki, ale podejrzewałam, że jak zwykle są pewnie przesadzone. Jednak nie 😊 

Czasem słyszę takie opinie, że jak to, masz trzydziestkę na karku, a zaczytujesz się w książkach młodzieżowych. A tak to, po prostu, bardzo je lubię. Nie wszystkie, oczywiście, ale wiele z nich potrafi wywrzeć na człowieku głębokie wrażenie. Nastolatki są pełne emocji, taki wiek, wszystko przeżywają kilka razy mocniej, a że ja też zawsze miałam skłonność do nadmiernej wrażliwości, dobrze czuję się wśród takich bohaterów. 

Sama koncepcja powieści już jest obiecująca. Nastoletnia dziewczyna, przedstawiająca się jako Zoe, choć nie jest to jej prawdziwe imię, pisze listy do skazańca, oczekującego w celi na karę śmierci. Dziewczyna wyszukała jego adres przez internet, przeczytała wszystko na jego temat, co udało jej się znaleźć, i wyrażając współczucie, jednocześnie w listach zdradza swój sekret: ona też zrobiła coś strasznego. Czuje, że jej grzech jest równie ciężki, jak zbrodnie, których dopuścił się więzień i dzięki temu jest on pierwszą i jedyną osobą, jakiej dziewczyna decyduje się powierzyć swoją historię. W ten właśnie sposób poznajemy Zoe, jej nietypową rodzinę, wydarzenia sprzed roku, których była uczestniczką oraz bolesny trójkąt miłosny, w jaki się wplątała. 

Książka jest dosyć cienka, pisana większą czcionką, więc czyta się ją szybko. Po męczącym dniu w pracy ostatnio nie mam siły czytać, ale z uwagi na jej proporcje oraz fakt, że po prostu wciąga od pierwszej strony, poświęciłam jej dwa takie wieczory po pracy i pochłonęłam w okamgnieniu. Choć autorka nie unika skrótów fabularnych, a wydarzenia czasem rozgrywają się zbyt prosto, jakby ktoś podstawiał potrzebne karty, książka jest perełką i naprawdę warta jest przeczytania. Zoe boryka się z wielki dramatem, o wiele większym niż powinna nosić na barkach dziewczynka w jej wieku, i jest z tym sama. Ta przypadkowa zażyłość z więźniem, jednostronny kontakt, daje jej jedyną otuchę i możliwość po raz pierwszy opowiedzenia wszystkiego od początku, tak jak było. Lubię bohaterki książkowe o takiej wrażliwości, które same marzą o pisaniu książek – mam dzięki temu wrażenie, że autorka przelała na postać część swoich marzeń, w dodatku je urzeczywistniła, bo przecież właśnie trzymam w rękach jej książkę. Sama chciałabym kiedyś spełnić takie marzenie 😊 

Przy tej książce będziecie się śmiać i płakać, przeczuwając że wszystko zmierza do trudnego, bolesnego finału. Książka pozostawia człowieka z wielką wyrwą. Ale właśnie to jest w literaturze najlepsze, możliwość przeżywania z bohaterem jego wzruszeń, miłości i problemów tak silnie, jakby były nasze.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Robert McCammon: "Łabędzi śpiew"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 10, 2016 1 komentarze


Robert McCammon: "Łabędzi śpiew"
tom 1.
Wydawnictwo Papierowy Księżyc
524 str.



Dziś kolejna książkowa zaległość, ale tym razem będzie raczej krótko.

Już dosyć dawno przeczytałam pierwszy tom powieści Roberta McCammona pt. „Łabędzi śpiew”. Serię zakupiłam w ciemno, oczarowana przeczytaną już parę lat temu książką „Magiczne lata”.

O „Łabędzim śpiewie” mówi się, że to arcydzieło literatury postapokaliptycznej. Książka powstała w 1987 r., a więc wtedy, gdy się urodziłam – można więc powiedzieć, że jest już wiekowa :P Opowiada o zagładzie świata – autor kreśli bardzo brutalną wizję, w której nie ma miejsca na cień nadziei. Ludzie zmieniają się w zwierzęta robiące wszystko, by przetrwać. Wizja dosyć przygnębiająca, aczkolwiek niestety prawdopodobna. Dobro jest w mniejszości, i bardzo trudno zachować człowieczeństwo w świecie ogarniętym rozpadem. Czy garstce ocalałych uda się odnaleźć schronienie/

Niestety zawiodłam się a tej książce, ale może dlatego, że nie jest to do końca mój ulubiony gatunek. Mam opory przed sięganiem po część drugą, ale w końcu to zrobię, by poznać zakończenie. Książka była dla mnie momentami zbyt drastyczna, i chociaż właśnie takich scen należałoby się spodziewać po epopei grozy, nie byłam na to przygotowana. Świat, przemierzany przez bestialskiego Szatana pedałującego na rowerze, sceny gdzie kobieta oddaje się odrażającym mężczyznom tylko po to, by znaleźć schronienie w ich grupie, prawo pięści gdzie słabość oznacza śmierć…  

Książkę można podsumować jako obraz pesymistycznej wizji świata, w którym nie chciałoby się znaleźć żadne z nas. Dla mnie przenoszenie się tam, tylko podczas lektury, było już katorgą. Mimo sympatii do autora, ten wybór uważam jako nietrafiony. Ale może powodem jest to, że książka powstała 30 lat temu i współcześnie poprowadzono by fabułę pewnie trochę inaczej, do czegoś innego jesteśmy przyzwyczajeni. 

Wiem, że ta pozycja ma wielu zwolenników, ale ja jednak mówię: nie.

wtorek, 17 listopada 2015

James Dashner: „Próby ognia”

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 17, 2015 3 komentarze
James Dashner: „Próby ognia”

audiobook (Audioteka.pl)

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

Czyta: Łukasz Garlicki

Długość: 14 godz. 3 min.


Najpierw obejrzałam film „Więzień labiryntu”, a dopiero później przeczytałam książkę i z tego chyba powodu lektura nie przypadła mi bardzo do gustu. W przypadku drugiej części postanowiłam nie ponawiać tego błędu i najpierw sięgnąć po książkę, a raczej... audiobook.

Poznajemy dalsze losy chłopców, którzy przeszli pierwszą próbę i wydaje im się, że zdołali wyrwać się z rąk DRESZCZu. Szybko okazuje się, że Labirynt to był dopiero początek... Tym razem bohaterowie będą musieli zmierzyć się z bezlitosnym słońcem pustyni, atakami Poparzeńców i brakiem logiki – bo nie zawsze to, co widzą jest tym, co istnieje naprawdę a najlepszy przyjaciel może okazać się zdrajcą. Do Thomasa i reszty dociera, że nie byli jedyni, że istniał drugi Labirynt, w którym przetrzymywano dziewczyny, a wszystkie próby, którym się ich poddaje, mają podobno przyczynić się do stworzenia leku na śmierć. Czy tak jest naprawdę? Chłopcy będą mieli dwa tygodnie, by sprostać zadaniu i odnaleźć Bezpieczną Przystań. Nie wszyscy przetrwają, pustynia zabiera najsłabsze ogniwa...

Interpretacja Łukasza Garlickiego podobała mi się mniej niż w przypadku poprzednich audiobooków, ale była poprawna. Zabrakło mi wczucia się w rolę, indywidualizowania tonu głosu bohaterów, ale przecież nie jest to obowiązkowe. Audiobooka słucha się bardzo dobrze pewnie dlatego, że jest najeżony zwrotami akcji. Bardzo krótkie rozdziały wieńczy zawsze jakieś odważne, pełne napięcia zdarzenie. Tekst można sobie przesuwać do przodu i w tył właśnie po rozdziałach. Książka bardzo mi się podobała i z niecierpliwością sięgnę po tom trzeci.

Dzień po zakończeniu lektury sięgnęłam po film... i miałam wrażenie, że dostałam zupełnie inną historię. Podobno w filmie zmieszano trochę wydarzenia z drugiego i trzeciego tomu, którego jeszcze nie znam. To by trochę tłumaczyło, ale i tak bardzo się zawiodłam. Wiele wątków poprowadzono zupełnie inaczej, większości scen po prostu nie pokazano, a ta niesamowita relacja która łączy Thomasa i Teresę została zupełnie pominięta. Szkoda.... Film w sam sobie jest dobry i na pewno spodoba siękomuś, kto książki nie czytał, ale niestety jest to tylko obraz na motywach powieści, co nas, książkożerców raczej drażni.


Audiobook do kupienia np. tutaj: >>klik<<

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Więzień labiryntu, Rzeźnia numer pięć i inne

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 22, 2014 9 komentarze

Zaległości, zaległości, a ja nie mam czasu pisać, tak dużo się dzieje w moim życiu prywatnym (i wcale nie chodzi o świąteczną gorączkę).

Po krótce więc, co ostatnio ciekawego przeczytałam.

Autor: James Dashner
Tytuł: „Więzień labiryntu”.
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Najpierw film, potem książka, niestety w moim przypadku miała miejsce ta nieszczęśliwa kolejność. W związku z tym film nawet mi się podobał, a książka już mniej – chyba dlatego, że zniknął całkowicie element zaskoczenia, a nawet nudziło mnie czytanie o czymś, co już doskonale znałam. Oczywiście film różni się od książki, jednak chyba zdecydowanie wygrywa u mnie pierwsze wrażenie – w związku z tym filmowe rozwiązania były dla mnie dynamiczne, a te książkowe wydawały mi się nie do końca trafione. Wiem jednak, że wśród znajomych, którzy najpierw czytali książkę, wszystko jest na odwrót. To znaczy film odbierają jako klapę, a książkę oceniają jako genialną. W każdym razie – historia grupy chłopców uwięzionych w Strefie, otoczonej przez mroczny labirynt, bardzo mi się podobała. Sięgnę po kolejne tomy. I postaram się to zrobić zanim je zekranizują :)



Autor: Kurt Vonnegut
Tytuł: „Rzeźnia numer pięć”
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Stron: 180

Żałuję, że tak późno, choć do twórczości Vonneguta przymierzałam się już długo. Nigdy nie pociągały mnie książki o tematyce wojennej, jednak to co tutaj zrobił ze mną autor... Z całą pewnością mogę zapewnić, że dawno nie czytałam tak dobrej książki. Naładowana emocjami, choć tak niepozorna wizualnie. Każde słowo, każde zdanie, potrafią nieść ze sobą taki ładunek, potrafią wzruszyć, przeszyć na wylot, nawet zranić. Vonnegut w swojej prozie prowokuje czytelnika, jest bezkompromisowy i do bólu szczery. Pisze o własnych doświadczeniach wojennych i nie boi się ubrać w słowa zła absolutnego. A przy tym miesza gatunki, sprawiając że jego opowieść można odbierać na kilku poziomach. Czy to sci-fi? Czy dramat psychologiczny? Uwielbiam jego sposób pisania, uwielbiam ukryte znaczenia jego słów. Nie mogłam się powstrzymać i dorzucam zdjęcie fragmentu :)








Autor: Konrad Górski
Tytuł: „Tekstologia i edytorstwo dzieł literackich”
Wydawnictwo: Państwowe Wydawnictwo Naukowe
Stron: 304


To książka naprawdę dla koneserów – ma swoje lata. Z racji tego, że edytorstwem się obecnie interesuję, a nawet je studiuję, musiałam sięgnąć. Konrad Górski jest tak właściwie ojcem polskiego edytorstwa, więc nie wypada nie znać tej pozycji, jeśli tematyka edycji tekstu jest komuś bliska. Jednak materiał powstawał w latach 70. a przykłady odnoszą się np. do edycji „Pana Tadeusza” Mickiewicza, więc w pełni rozumiem, jeśli kogoś ta pozycja po prostu wynudzi. Ale, jak mówię, z szacunku dla tradycji warto przejrzeć – chociaż wiele z założeń Góreckiego to już przeszłość, wiele obserwacji jest aktualnych także i dzisiaj. Poza tym można prześledzić jak to wszystko się zaczęło ;)



Autor: Robin Williams

Tytuł: „Typografia od podstaw. Projekty z klasą"
Wydawnictwo: Helion
Stron: 240

To bardzo cieniutka, ale atrakcyjna wizualnie książeczka. Kolejna z serii „o edytorstwie i typografii słów kilka”. Właściwie dobra zarówno na początek przygody, jak i służąca jako uzupełnienie czy powtórzenie wiadomości. Poradnik skierowany do osób zainteresowanych DTP – obróbką tekstu, programami do składu, układem tekstu i przykładami dobrej kompozycji. Dużo konkretnych porad – skróty klawiszowe, instrukcje obsługi, ćwiczenia i zadania. Jak wybrać odpowiednią czcionkę, co zrobić by tekst był czytelny i jak go uatrakcyjnić? Pozycja może nie idealna – z racji na niewielką objętość – ale pełna konkretów i napisana w sposób zrozumiały. Autorka obrazuje opisywane sposoby doboru czcionek, nagłówków, wyróżnień. Pokazuje też błędy, daje dużo przykładów. Dla zainteresowanych tematyką jak najbardziej dobra na start :)


wtorek, 9 grudnia 2014

Hugh Howey: "Silos"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 09, 2014 4 komentarze

Autor: Hugh Howey
Tytuł: "Silos"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 654

Ziemia została skażona. Ludzie żyją pod powierzchnią, w wielopiętrowym Silosie. Obowiązują ich twarde reguły, kontrolowane jest wszystko. Biorą udział w loterii, jeśli chcą mieć potomstwo. Każdy ma swoją rolę w silosie i zamieszkuje odpowiednie piętro. Ci z dołu, w Maszynowni, pracują najciężej, zapewniając dostawy prądu dla całego podziemia. Ci z działu IT spijają śmietankę. Ludzie są kontrolowani, bunty tłumione w zarodku. Nie można marzyć. Na czele tej konstrukcji stoi Burmistrz, zaś nad spokojem mieszkańców czuwa Szeryf, który trzyma porządek. Najcięższą karą jest zesłanie na… czyszczenie. Dzięki temu procesowi, ludzie mogą oglądać obraz skażonej Ziemi, przekazywany przez obiektywy. To ich jedyny kontakt ze światem, który przepadł. Czyściciel może wyjść na powierzchnię, ale jest w stanie przetrwać tam zaledwie kilka minut. Gdy wyrok czyszczenia pada na samego Szeryfa, Holstona, wszystko się zmienia. Okazuje się, że cały ten misternie skonstruowany świat jest tylko iluzją.

Hugh Howey był zupełnie nieznanym autorem, który publikował na własny rachunek. „Silos” jednak przyjął się z ciepłym odbiorem czytelników i bardzo szybko zmienił autora w światową gwiazdę sci-fi. Nie dziwi mnie to, bo książka naprawdę jest dobra. Trzyma w napięciu przez cały czas, a w miarę jak dowiadujemy się więcej o złożonym świecie przyszłości, jesteśmy przerażeni równie bardzo jak bohaterowie.    

Howey wprowadza kilku bohaterów i pogrywa sobie z czytelnikiem. Kiedy zaczynamy się przyzwyczajać do jednego, sądząc że będzie tym głównym, towarzyszącym nam przez całą opowieść, autor odbiera nam go, przenosząc narrację w stronę zupełnie innej postaci. Ma to swoje dobre i złe strony. Akcja książki płynie raczej wolno, brak tu gwałtownych, wstrząsających wydarzeń. Jednak pisarz potrafi przykuć uwagę, zatrzymać, zaciekawić. Istotniejsze jest to, co ukryte przed ludzkim wzrokiem, kłamstwa wychodzące na jaw. To w ten sposób buduje się dramaturgię. Bardzo dobra konstrukcja – mnogość wątków, a wszystko to dobrze ze sobą połączone.

Autor traktuje czytelnika tak, jakby dobrze znał wykreowany przez niego świat. Na początku niewiele wyjaśnia, wrzuca nas od razu w swoje uniwersum, jakbyśmy byli jego częścią. Przykładowo - pisze o ludziach-cieniach, bez komentarza co oznacza ta funkcja. Opisuje podróże po schodach silosu, odwiedzanie kolejnych pięter, ale zabrakło mi szczegółów, dzięki którym mogłabym sobie wyobrazić, zwizualizować to miejsce. Oczywiście, w miarę jak zagłębiamy się w tekst, jest coraz łatwiej, ale początkowo nie mogłam się połapać w zasadach świata silosu, informacje były zbyt skąpe. Kolejną wadą książki, ale to dotyczy raczej tylko polskiego wydania – jest cienka korekta, a może jej brak? W tekście pojawia się mnóstwo literówek, od zwykłych czeskich błędów jak przestawienie liter czy pominięcie którejś, po poważniejsze, zmieniające sens słów/zdań. Trochę to dziwne…

Podsumowując, książka podobała mi się. Dopiero odkrywam powieści postapokaliptyczne, ale utwierdzam się w przekonaniu, że pociąga mnie ten gatunek. Nie jestem więc znawcą, ale mimo to sądzę, że „Silos” plasuje się gdzieś pośrodku, jeśli chodzi o ocenę. Ma wszystko to, co istotne dla powieści sci-fi, jednak nie nazwałabym jej wielkim, przełomowym odkryciem. Dobrze się czyta, i tyle. Czekam jednak na kontynuację :)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Annabel Pitcher: "Moja siostra mieszka na kominku"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 06, 2013 8 komentarze



Autor: Annabel Pitcher
Tytuł: "Moja siostra mieszka na kominku"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 288



„Moja siostra mieszka na kominku” A. Pitcher to książka do „połknięcia” w jeden, dwa wieczory. Z perspektywy dziesięcioletniego Jamiego obserwujemy rozpad rodziny, wywołany najgorszą z możliwych tragedii – śmiercią. W wyniku ataku terrorystycznego pięć lat wcześniej zginęła Rose. Od tego czasu członkowie rodziny coraz bardziej odsuwają się od siebie. Mama chłopca porzuciła dzieci i zamieszkała z nowym wybrankiem, poznanym na zajęciach grupy wsparcia. Ojciec się rozpił i nie zajmuje się domem. Jasmine, bliźniaczka zmarłej, buntuje się, farbując włosy na różowo i podkreślając, że nie jest klonem swojej zmarłej siostry. Urna z prochami Rose jest nieodłącznym elementem wystroju, umieszczonym na honorowym miejscu – kominku. Jakby wciąż była obecna, jakby lęk przed ostatecznym pożegnaniem obezwładniał. W domu dochodzi do wielu absurdalnych sytuacji z tego powodu. Każdy przeżywa żałobę indywidualnie, zamykając się w swoim świecie. I tylko Jamie, który był zbyt mały by pamiętać siostrę i ma tylko parę niewyraźnych wspomnień, nie cierpi z powodu jej utraty. Zagłębiamy się więc w świat skrzywdzonego dziesięciolatka, nie pojmującego dlaczego codzienność, jaką znał, zmienia się w zawrotnym tempie. Jamie tęskni za domem, za matką, za normalnością. Chce rodziny spojonej, wspierającej się, pełnej miłości. Rose nie żyje, to prawda, ale czas biegnie dalej, a rodzice jakby zapomnieli, że mają jeszcze dwójkę dzieci…

Stylizacja na opowieść tworzoną przez małego chłopca wypadła przekonująco – świat przedstawiony zawiera wszelkie elementy, istotne z punktu widzenia dziesięciolatka. Mamy więc ulubionego bohatera komiksowego Spiker-Mana, z którym malec się utożsamia. Mamy szkołę, gdzie Jamie bywa gnębiony, ale też zalicza pierwsze sukcesy, poświęca się lekcji plastyki, zawiera pierwszą przyjaźń… z dziewczyną, z muzułmanką. Ta znajomość nie może przypaść do gustu jego ojcu – wszak to „oni” są wszystkiemu winni, to „oni” zabili jego córkę… Jamie ma ukochane zwierzątko – kotka, i przelewa na niego wszystkie troski. Ma też marzenie – by mama wróciła, by znów była przy nim… Aby je zrealizować wpadnie nawet na szalony pomysł.

Książkę czyta się szybko, i choć wydawać by się mogło, że jej tematyka jest przygnębiająca, do końca nie jest to prawda. Jamie to dziecko, i w związku z tym inaczej traktuje okalające go tragedie. Narracja z jego punktu widzenia bywa więc też pełna humoru, koncentruje się na sprawach przyziemnych, pytaniom takim jak „dlaczego?” nie pozostawiając zbyt wiele miejsca. Wydaje mi się jednak, że byłaby dużo lepsza z perspektywy wszechwiedzącego narratora – dojrzalsza, a przy tym bardziej przemyślana, głębsza.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Patrick Ness: "Siedem minut po północy"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 10, 2013 9 komentarze



Autor: Patrick Ness
Tytuł: "Siedem minut po północy"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 216






„Siedem minut po północy” Patricka Nessa – bardzo długo czekałam na polskie wydanie tej książki, gdyż data premiery wciąż się przesuwała. Ale w końcu jest, pojawiła się i znalazła się i w moich rękach. Pierwsze co rzuca się w oczy, gdy otwieramy tę książkę, to niesamowicie staranne i piękne wydanie. I nie chodzi tu tylko o mroczne czarno-białe grafiki Jima Kaya, które nie tylko ilustrują treść opowieści, ale korespondują z drukiem, czyniąc każdą kolejną stronę niepowtarzalnym arcydziełem. Wyobraźnia ilustratora doskonale wpisuje się w to, co tworzy się w głowie czytelnika – obrazy są przekonujące, sugestywne, budują tajemniczy, złowieszczy klimat. Książka wydana jest na dobrym, gładkim papierze, który przywodzi na myśl ekskluzywne książki dla dzieci. Szkoda, że oprawa nie jest twarda, dopełniłaby całości. Podsumowując, wydawca spisał się na medal.

Historia oparta jest na pomyśle zmarłej przedwcześnie autorki, Siobhan Dowd. Nie wiem w jakim stopniu P. Ness czerpał z jej doświadczeń, gdyż sam w przedmowie zdradza, że nigdy nie poznał pisarki osobiście, dostał jednak propozycję dokończenia jej książki. Choć się wahał, opowieść przyszła do niego sama. Postanowił opowiedzieć ją po swojemu, jednocześnie składając hołd zmarłej autorce. I tu na scenę wkracza trzynastoletni Conor. I potwór, który odwiedza go w nocy, punktualnie siedem minut po północy. To opowieść o chłopcu, który musi zmierzyć się z ciężką chorobą swojej matki, z odrzuceniem przez rówieśników, ze swoimi wewnętrznymi lękami. Historia dziecka, któremu świat wydaje się na tyle przerażający i zły, że czający się wśród mroku nocy potwór nie robi na nim żadnego wrażenia. Co więcej, chłopak sam go wzywa. By sobie pomóc...




Im bardziej się na coś czeka, tym większe obawy, że człowiek się rozczaruje. Naprawdę bałam się czytać tę książkę, gdyż ostrzyłam sobie na nią apetyt wystarczająco długo, by pokładać w niej wielkie nadzieje. Zdaję sobie sprawę, że z tego powodu mój odbiór był inny, niż gdyby działo się to po przypadkowym trafieniu na ten tytuł. Mimo, że pozostał we mnie jakiś ułamek niedosytu, oceniam tę książkę na piątkę. Trudno zdecydować do jakiej grupy odbiorców jest skierowana – na pewno spodoba się rówieśnikom Conora, ale bez wahania mogą sięgać po nią starsi, również dorośli. Każdy odnajdzie w tej powieści coś dla siebie, dostrzeże w niej inne walory. Książka napisana jest dość oszczędnym językiem – autor stawia na minimalizm słów przy maksymalizacji przekazu. Książkę odbierałam jak uniwersalną przypowieść, w której uogólnienia i niedopowiedzenia sprawiają, że pod konkretnych bohaterów można podstawiać dowolnie inne osoby, historie, zdarzenia. Niemniej trochę brakowało mi rozbudowania wątków, dialogów, poświęcenia większej uwagi przeżyciom wewnętrznym bohaterów. Bardzo podobał mi się za to pomysł na postać potwora-mędrca, który raczy chłopca trzema opowieściami. Każda z nich zaskakuje Conora rozwiązaniem i ma otworzyć mu oczy, pomóc odnaleźć spokój. I wspomniane już grafiki, pojawiające się co kilka stron, potęgujące nastrój grozy - są strzałem w dziesiątkę.

Podsumowując, książkę oczywiście polecam. Spotkanie z powieścią „Siedem minut po północy” na pewno jest niezwykłym doświadczeniem, gdyż mało na rynku podobnych wydań. Może jak dla mnie trochę zabrakło, by nazwać ją majstersztykiem, ale na pewno jej lektura nie była czasem straconym. A jakie są Wasze opinie?

sobota, 9 czerwca 2012

Robert McCammon: "Magiczne lata"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 09, 2012 12 komentarze


Autor: Robert McCammon
Tytuł: "Magiczne lata"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 652





"Nie pozwól, by choć jedne dzień umknął ci bez wspomnień i zbieraj je jak cenne skarby. Bo to są skarby. Wspomnienia to cudowne drzwi, Cory. One uczą, pomagają i strzegą. Kiedy na coś patrzysz, nie ograniczaj się tylko do patrzenia. Zobacz to. Naprawdę zobacz. A jeśli to zapiszesz, ktoś inny będzie miał szansę to zobaczyć."


Do „Magicznych lat” R. McCammona podchodziłam ostrożnie, ponieważ rzadko czytam kryminały, a opis wydawcy zapowiadał przede wszystkim ten gatunek, z zaznaczeniem, że jest to powieść, która wymyka się klasyfikacji: mieszanka horroru, fantasy, powieści obyczajowej, sensacyjnej, grozy, ale także sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa. I choć bestialskie morderstwo, wokół którego osadzona jest oś narracji, raczej mnie odstraszało, niż zachęcało, zdecydowałam się dać szansę tej książce. Muszę przyznać, że było warto. Naprawdę było warto.

Pewnego ranka dwunastoletni Cory i jego ojciec są świadkami przerażającego wypadku: widzą rozpędzony samochód, który sunie wprost w czeluści miejscowego jeziora. Ojciec chłopaka bez chwili namysłu skacze ku tonącemu pojazdowi, by ratować pasażera. Jednak zmasakrowane zwłoki, przykute kajdankami do kierownicy, jakie dostrzega za idącą pod wodę szoferką, nie pozwolą mu spokojnie zasnąć przez następne miesiące. Czy w urokliwym Zephyr ukrywa się morderca? Śledztwo szeryfa nic nie wykazuje, ba, nazwisko ofiary pozostaje nieznane. Cory prowadzi swoje własne dochodzenie, łącząc znikome dowody, dla dorosłych niezauważane.

Magiczne lata” mimo powyższej zapowiedzi, nie są jednak powieścią kryminalną. Wątek ów stanowi może dwadzieścia procent całości. Zdecydowana większość fabuły dotyczy czegoś innego: ulotnego, a jakże cennego okresu dorastania. Młody Cory, pozostający jeszcze jedną nogą w marzycielskim świecie dziecka, widzi to, co dorosłym już umyka, czuje to, co dla nich jest już niedostępne. Świat dziecka nie jest racjonalny, nie da się go zamknąć ciasnymi ramami prawdopodobieństwa. Jest bogaty, żywiołowy, pełen magii i tajemnicy. Tutaj możliwe jest wszystko: wzbijanie się do chmur na skrzydłach wyobraźni, zmierzenie się oko w oko ze Starym Mojżeszem, tutejszym rzecznym potworem, czy wiara w nadnaturalną moc czarnoskórej Damy. Rzeczywistość Cory’ego to świat, do którego każdy z nas tęskni: czas, którego upływu jednak nie da się powstrzymać. Wyparty przez dorosłość…

Książka McCammona może stanowić atrakcję zarówno dla dzieci, młodzieży, jak i dla dorosłych, i przez każdą z tych grup wiekowych zostać odebrana diametralnie inaczej. Powinna stać się lekturą szkolną, bo choć opisuje amerykańską małomiasteczkową idyllę, jej treść można odnieść i do naszej obyczajowości. Kto z nas nie dawał się ponieść w dzieciństwie fantazji? Nie zapuszczał się w lasy, by szukać tam stworzeń nie z tego świata? Nie snuł fantastycznych opowieści, w które sam chciał wierzyć? Podobne lektury ważne są w czasach współczesnych, gdy dorastanie zdominowane jest przez gry komputerowe i telewizję. Może klimat książki rozpaliłby pragnienia dzisiejszych dzieci, rozbudził ich wyobraźnię, pozwolił wykrzesać z najcenniejszych lat wszystko, co się da. Dla nas, starszych, powieść poza wątkiem przygodowym, niesie też nutkę nostalgii. Na pewno przywoła wiele wspomnień, obudzi drzemiące w nas dziecko. Czasem nie chcemy dopuszczać już go do głosu, McCammon obnaża jednak prawdę, że w duchu każdy z nas pozostał dwunastoletnim marzycielem.

„Magiczne lata” powinno się czytać powoli i z uwagą, rozsmakowywać się w lekturze. Poza tym, że McCammon pisze naprawdę wyszukanym, plastycznym językiem, budując przed czytelnikiem sugestywne obrazy, potrafi jeszcze podsycać ciekawość. Przygody Cory’ego, jego spostrzeżenia, sposób postrzegania świata – wszystko to uwodzi czytelnika, porywa od pierwszej strony. Nie nudziłam się przy tej lekturze ani przez minutę. Choć porusza tyle różnych wątków, wkracza na tak rozległe tereny, to jednak na końcu wszystkie one cudownie splatają się ze sobą. Klamrę kompozycyjną tworzą zaś refleksje dorosłego już Cory'ego, mężczyzny, pisarza, autora? Można tu odnaleźć elementy biograficzne, do czego McCammon przyznaje się we wstępie.

W ciągu ostatniego roku, gdy powróciłam do intensywniejszego czytania, niewiele trafiło się książek, które wywołałyby we mnie podobne emocje. „Magiczne lata” zapisują się w mojej kolekcji do wąskiego grona tych lektur, które poza rozrywką, wniosły też dużo wartości. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę, skojarzyła mi się automatycznie ze znanym kadrem z filmu „E.T.”, gdy grupa dzieci wzbija się w powietrze na swoich rowerach, wiedzionych mocą kosmicznego stworzenia. Skojarzenie to było trafne, gdyż ta powieść ma podobny, baśniowy klimat. Polecam, bo moim zdaniem każdy powinien ją przeczytać.

Ostatnio coraz więcej tytułów określa się bestsellerami. Niestety w zdecydowanej większości prestiż ów nie wiąże się z rzeczywistą wartością książki, lecz z solidną, perswazyjną kampanią reklamową. O "Magicznych latach" mogę natomiast z czystym sumieniem powiedzieć, że zasługują, by znaleźć się w tym gronie. To książka inna, ważna, po prostu piękna.

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Papierowy księżyc


środa, 25 stycznia 2012

Brooke i Keith Desserich: "Wiadomość z nieba"

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 25, 2012 9 komentarze


Autor:
Brooke i Keith Desserich
Tytuł: "Wiadomość z nieba"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 328


„Wiadomość z nieba” to książka inna niż wszystkie. Nie można jej oceniać, dyskutować nad pomysłem na fabułę czy narzekać na brak akcji, ponieważ jest to historia, którą napisało życie. Spisany przez małżeństwo Brooke i Keith Desserich dziennik prowadzony najpierw w Internecie, później wydany w formie książkowej, jest świadectwem walki z chorobą ich ukochanej córki, Eleny. I choć od pierwszych stron wiemy, że ów pojedynek z rakiem zakończył się tragicznie, przenosimy się na chwilę razem z jej rodzicami i młodszą siostrą Gracie do czasów, gdy dziewczynka jeszcze żyła, do momentu, w którym postawiono jej najgorszą z możliwych diagnoz.

Książka, w której głównym narratorem jest ojciec Eleny (rzadziej jej matka) powstała po to, by zachować jak najwięcej wspomnień o tej bystrej, ślicznej dziewczynce, tak okrutnie potraktowanej przez los. Rodzice przedstawiają dzień po dniu batalię, jaką stoczyli, wyciągają wnioski, szukają w tym wszystkim jakiegoś sensu. Ale czy można sobie jakoś wytłumaczyć śmiertelną chorobę u sześcioletniego dziecka? Czy można znaleźć powód takiego a nie innego Boskiego wyroku? Jest to na pewno kwestia drażliwa, pytania, na które nigdy nie znajdzie się odpowiedzi. Rodzice Eleny musieli jednak jakoś przyjąć do wiadomości ten cios i nauczyć się z nim żyć. Robili wszystko, by ocalić córkę. Próbowali różnych metod, słuchali lekarzy, starali się dobrać odpowiednie kuracje. Mimo to dziewczynka czuła się coraz gorzej: miała trudności z mówieniem, puchła jej twarz, cierpiała na paraliż.

Rodzice dzielą się z czytelnikami nie tylko swoimi osobistymi przeżyciami, ale także albumem – z kart tej książki uśmiecha się do nas mała Elena oraz jej siostra. Dla mnie najbardziej wstrząsający był przeskok, jaki można zaobserwować oglądając pierwsze zdjęcia i porównując je z tymi ostatnimi. Długo nie mogłam wyjść z szoku jak dramatycznie choroba odbiła się nawet na wyglądzie dziewczynki, odbierając jej po kolei wszystkie zdolności. Możemy zobaczyć tu także rysunki Eleny, a na końcu książki znajduje się piękna kolorowa wkładka.

Dla mnie książka „Wiadomość z nieba” jest pamiętnikiem wstrząsającym, któremu nie chcę i nie mogę wystawić oceny. Rodzice dziewczynki zdecydowali się na opublikowanie swoich wspomnień po tym jak czytelnicy ich bloga żywo reagowali, komentowali a nawet wysyłali do nich listy z wyrazami powodzenia, gdy Elena jeszcze żyła. Książka ma być pomocą dla rodzin znajdujących się w podobnej sytuacji. Mogą one dzięki temu poczuć, że w swojej walce nie są odosobnieni. Choć tak naprawdę wydaje mi się, że spisanie tej historii było potrzebne i pomogło najbardziej właśnie państwu Desserich. Mogli oni jeszcze raz opowiedzieć o swojej córce, złożyć jej hołd i zachować wspomnienie o niej dla potomności.

Choć zakończenie jest inne niż to, którego byśmy oczekiwali, zawsze można pomyśleć o innych dzieciach, którym się udało. I to właśnie próbują robić państwo Desserich, powołując do życia specjalną fundację „Leczenie Zaczyna się Teraz”. Ma ona na celu przekonanie innych, żeby nigdy nie poddawać się w walce z rakiem i pomoc rodzinom dotkniętym tą chorobą. Bo choć ten trudny pojedynek nie zawsze jest zwycięski, potrzeba wiele siły i samozaparcia, by wierzyć w cud i walczyć z chorobą. Bo cuda się zdarzają.

Ciężko mi również zweryfikować komu mogę polecić tę książkę. Na pewno nie jest to lekka lektura do poczytania w jedne wieczór. Trzeba do niej odpowiedniego podejścia i nastroju. Czytając książkę mamy wrażenie, jakbyśmy przeglądali karty osobistego pamiętnika. Pamiętnika, którego autorami nigdy nie chcielibyśmy zostać. To gorzka lekcja, ale również świadectwo głębokiej miłości bez barier czasowych. Warto poznać tę historię, warto się w nią wczytać i może intensywniej odczuć, jak cenna jest każda chwila bycia z kochaną przez nas osobą.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Papierowy księżyc

środa, 5 października 2011

Lisa Genova: "Motyl"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 05, 2011 15 komentarze

„Przed rokiem neurony w jej głowie, umiejscowione niedaleko uszu, zaczęły obumierać, lecz cały proces odbywał się zbyt cicho, by mogła go usłyszeć. Ktoś mógłby rzec, że działo się coś złego, skoro same neurony zapoczątkowały serię wydarzeń mającą na celu doprowadzenie do ich własnej destrukcji. Niezależnie od tego, czy było to molekularne morderstwo, czy też komórkowe samobójstwo, jej ciało nie było w stanie jej ostrzec, że umiera.”

Alice Howland jest uznanym i cenionym psychologiem, wykładającym na Harvardzie. Ma pięćdziesiąt lat, wspaniałego męża, również poświęcającego się nauce i troje dorosłych, wykształconych dzieci. Jej osiągnięcia w dziedzinie lingwistyki, konferencje, w których bierze udział, badania, którymi się zajmuje i studenci, nad którymi powierzono jej opiekę, są dowodem jej sukcesów i potęgi umysłu. Tym trudniej pogodzić się z przeraźliwą diagnozą, burzącą wkrótce jej życie. Choroba Alzheimera o wczesnym początku burzy jej spokojny świat, wprowadzając chaos i zamęt. Wyrok jest tym dotkliwszy, że Alice dotąd całkowicie polegała na swoim mózgu, przypisując mu najwyższą wartość. Okazuje się jednak, że wkrótce straci wszystko, co osiągnęła.

Książka Lisy Genovy, neurobiologa z zacięciem pisarskim, jest wstrząsającym obrazem dojrzałej kobiety naznaczonej nieuleczalną demencją. Alice wie, że w powstrzymaniu choroby nie pomoże żadne lekarstwo, że Alzheimer jest nieobliczalny i nie wiadomo ile życia w świadomości jej zostało. Narracja jest trzecioosobowa, ale dzięki mowie pozornie zależnej mamy dokładny, skrupulatnie oddany obraz przeżyć wewnętrznych bohaterki, jej samoobserwacji, problemów z zapamiętywaniem, postępu choroby. Widzimy więcej niż Alice – wychwytujemy potknięcia, których ona już nie zauważa, co tym silniej uderza w czytelnika i sprawia, że jest on przerażony niszczącymi możliwościami choroby.

Książka jednocześnie uwrażliwia na problem osób chorych, pozwala stanąć przez chwilę po ich stronie i odczuć na własnej skórze z jakimi lękami borykają się na co dzień. Cierpiący na Alzheimera są często odtrącani przez społeczeństwo, opieka nad nimi sprawia wiele trudności i jest pracą wyczerpującą, ale dzięki lekturze łatwiej zrozumieć ich złożone zachowania, zmiany nastrojów, niekontrolowane wybuchy i niesamodzielność. Genova znakomicie oddała sedno choroby, kreując bohaterkę silną, inteligentną, świadomą zmian zachodzących w jej głowie i starającą się żyć godnie mimo przeciwności.


„- Tęsknię za sobą.
- Ja też za tobą bardzo tęsknię, Ali.
- Nie chciałam tego.
- Wiem.”


Uczucia jakie wiążą się z lekturą to przede wszystkim poruszenie i współczucie, a także duży ładunek empatii do ludzi, borykających się na co dzień z tym zjawiskiem. Powieść bolesna, trudna, momentami przerażająca, ale równocześnie bardzo ważna i potrzebna. Ukazuje nie tylko zmiany w życiu bohaterki, ale także jej rodziny – proces akceptacji choroby żony i matki, wspieranie, pomoc, nauka życia na nowych zasadach. Pozycja ważna nie tylko dla osób, mających w swoim środowisku ludzi dotkniętych tym schorzeniem, podnosząca ich na duchu i udzielająca wskazówek, ale po prostu dla wszystkich, gdyż płynie z niej wiele mądrości o tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka. Czyta się jednym tchem.

Ocena: 6/6
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon