Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Stiefvater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Stiefvater. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 kwietnia 2016

Maggie Stiefvater: "Wiedźma z lustra"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 06, 2016 0 komentarze


Maggie Stiefvater: "Wiedźma z lustra"
tom 3.
Wydawnictwo Grupa Wydawnicza Foksal 
416 str.


„Wiedźma z lustra” to trzecia część serii „Król Kruków” autorstwa Maggie Stiefvater, a ja bardzo lubię autorkę i prawie wszystko, co wychodzi spod jej pióra. Książka trzyma poziom poprzednich części, i od pierwszej strony przywołuje ten niesamowity, zaczarowany klimat poszukiwań legendarnego Glendowera przez grupkę nastolatków z małego miasteczka Henrietta.

Każdy z bohaterów ma w sobie coś ujmującego, a przy tym jakąś metafizyczną zdolność. Blue dorasta wśród wróżek, a sama ma moc wzmacniania ich wizji. Ronan wyciąga przedmioty ze snów. Gansey żyje dzięki Królowi Kruków i dlatego pragnie go odnaleźć. Noah zawisł pomiędzy światami. A Adam, najzwyklejszy dotychczas z nich wszystkich, nawiązuje niepowtarzalną więź z Cabeswater – słyszy je.

Jednym książka może wydać się monotonna, przydługa, właściwie o niczym. Inni, jak ja, odnajdą w niej zdania, które pokochają i uczucia delikatne jak słowa. Akcja wciąż jest gdzieś na szarym kocu, niby wyjaśnia się coraz więcej, jednak punkt kulminacyjny wciąż jest daleko przed nami. Zupełnie mi to nie przeszkadza – wręcz nie chcę myśleć, że ta opowieść może się w końcu skończyć, tak polubiłam wszystkich bohaterów. Są niezwykli: dojrzali jak na swój wiek, skupieni na celu, rozsądni. Z niecierpliwością czekam na czwarty tom, choć jednocześnie boję się wielkiego finału – bo to już będzie wielki the end, a będzie mi brakować tego zagadkowego, misternie skonstruowanego świata pełnego tajemnic.

Nawiasem mówiąc, okładki całej serii są piękne, prawda?

wtorek, 7 kwietnia 2015

Maggie Stiefvater: "Złodzieje snów"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 07, 2015 2 komentarze
 Maggie Stiefvater
"Złodzieje snów"
Grupa Wydawnicza Foksal
                
Maggie Stiefvater, jak ja Panią uwielbiam!
Nie wiem czy miewacie czasem takie uczucie: "Gdybym to ja mogła napisać taką książkę, zrobiłabym to dokładnie tak samo!". W przypadku tej autorki, mam takie wrażenie co i rusz. Jej sposób pisania, to jak dobiera słowa, to jak buduje nastrój... To idealnie odzwierciedlenie wszystkich moich literackich sympatii. Bardzo ją lubię, bardzo lubię jej powieści. Niby młodzieżowe, a więc wydawałoby się - takie proste, pewnie banalne, nic trudnego... A jednak Stiefvater potrafi zaczarować, potrafi oprzeć się modzie i stworzyć bohaterów zupełnie innych, czym skradła moje serce.
                    
"Złodzieje snów" to część druga, a więc jeżeli nie znacie jeszcze "Króla kruków" czym prędzej to nadróbcie, gdyż nie da się czytać tej książki bez znajomości poprzedniej. Autorka nie ułatwia zadania - ona od razu wrzuca nas w historię, nie bawiąc się w przypomnienia: co jak i kto z kim, i właściwie w jakim celu to wszystko. Chwilę mi zajęło, zanim na nowo wsiąkłam w świat spokojnego miasteczka, Henrietty. Ale kiedy to wreszcie nastąpiło, mogłam delektować się historią strona po stronie.
             
Blue ma niecodzienną rodzinę. Jej matka i ciotki to wróżki. Ona sama nie ma zdolności magicznych. No, może poza tym, że wzmacnia moc innych. I że jej pocałunek ma sprowadzić śmierć na chłopaka, którego pokocha.
                         
Gansey, Adam i Ronan to przyjaciele z elitarnej szkoły. Szukają legendarnego Króla Kruków, a Blue dołącza do tej paczki. Przy okazji okazuje się, że oni także są nietuzinkowi. Ronan potrafi wyciągać przedmioty ze swoich snów. Gansey jest szalenie bogaty. Adam zawarł pakt z Cabeswater, który go zmienił. Jest jeszcze Noah, który tak naprawdę nie żyje. W drugiej części do tej galerii osobliwości dołącza Szary Mężczyzna. Z zawodu po prostu... płatny moderca. Podoba mi się to, że nie mamy jednego głównego bohatera. Każdy dostaje taki "swój czas" w pakiecie, każdego możemy bliżej poznać i polubić. Każdy dokłada coś do tej historii, odgrywa znaczącą rolę. Bohaterowie tworzą zespół, i choć każdy z nich jest inny, wnoszą równie wiele.

Nie będę się długo rozwodzić, po prostu gorąco polecam. Stiefvater pisze specyficznie i myślę, że albo się ją lubi, albo nie. Skupia wiele uwagi na przeżyciach bohaterów, a akcja - choć jest - ma czasem drugorzędne znaczenie. Jeżeli czytaliście trylogię "Niepokój", albo "Wyścig śmierci" i podobało Wam się, ta seria również powinna trafić w Wasze gusta.

Na zdjęciu niestety okładka testowa, gdyż czytałam książkę jeszcze przed wydaniem. Z tego powodu nie oceniam drobnych literówek itp, bo tekst miał być jeszcze poddany korekcie. Poniżej okładka finalna - bardzo podoba mi się szata graficzna tej serii.

Czekam na kontynuację! :)

poniedziałek, 29 września 2014

Maggie Stiefvater: "Król kruków"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 29, 2014 3 komentarze


Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Król kruków"
Wydawnictwo:Grupa Wydawnicza Foksal
Stron: 496


Lubię tę autorkę i parę jej książek już mam za sobą – były to spotkania mniej lub bardziej udane, przy czym tymi gorszymi nie zrażam się i szukam dalej. „Król kruków” to kolejna saga, więc mam nadzieję, że w Polsce szybko ukażą się kolejne tomy, bo jestem ciekawa dalszych wydarzeń. Jeśli chodzi o samą książkę, to jest bardzo w stylu autorki. Stiefvater buduje fascynujący świat, gdzie miesza rzeczywistość z siłami nadprzyrodzonymi, a głównymi bohaterami czyni nastolatków – jak zwykle indywidualistów, obdarzonych fajnym charakterkiem.

Blue pochodzi z rodziny wróżek, co sprawia, że nic w jej otoczeniu nie jest normalne. Wróżenie z kart czy poszukiwanie dusz na drodze umarłych – to wszystko jest na porządku dziennym. Dziewczynie przepowiedziano, że chłopak, którego pocałuje, zginie, dlatego od zawsze unika związków. Wszystko się zmienia, gdy poznaje trzech przyjaciół z elitarnej szkoły dla chłopców. Wspólnie stworzą zgraną paczkę, poszukującą legendarnego Króla Kruków – Glendowera.

Mam zawsze problem, gdy w książce występuje kilku podobnych bohaterów o obco brzmiących imionach, a jeszcze w dodatku naprzemiennie używa się ich imion/nazwisk/przezwisk. Gansey, Adam i Ronan, a także mieszkający z nimi Noah, stworzyli mi właśnie taką trudność. Bohaterka wprowadza do opowieści różnych bohaterów czasem jakby „od środka” – zanim zdołamy każdemu przypisać trochę cech charakterystycznych, mija troszkę czasu. Przynajmniej ja tak miałam. Poza tym nie mam nic do zarzucenia książce – no może rozwiązanie akcji, jakby przypadkowe, na siłę skrócone. Czekam na ciąg dalszy, ciekawe co jeszcze może przytrafić się tej grupce.

Stiefvater wciąż zaskakuje. Jej pomysły są oryginalne. Bohaterowie są tak delikatni, sympatyczni, a przy tym nieustraszeni. Lubię ich. Uczucia – to nie tandetne, młodzieżowe romansidła. Relacje damsko-męskie schodzą na dalszy plan, a przy tym są głębokie i prawdziwe. Nie ma tu zbędnych słów i wielkich wyznań. Wszystko dzieje się jakby poza naszym wzrokiem, po cichu i spokojnie. I to mi się podoba :)

wtorek, 12 sierpnia 2014

Maggie Stiefvater: "Wyścig śmierci"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 12, 2014 8 komentarze




Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Wyścig śmierci"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 496





Zaczęłam czytać „Wyścig śmierci” i byłam rozczarowana. Autorkę znam z „Drżenia” (które bardzo lubię – tzn. pierwszą część trylogii, bo później już było coraz gorzej) i „Lamentu” (który nie przypadł mi do gustu. Opis „Wyścigu…” skojarzył mi się trochę z „Igrzyskami śmierci”. Śmiertelny konkurs, gdzie zwycięzca może być tylko jeden. Jednak notatka nie do końca jest trafna, bo sam wyścig to zaledwie kilka ostatnich stron książki. Opowieść jest o czymś zgoła innym, i w miarę jak się w niej zanurzałam, przekonywałam się do tej historii, zmieniłam zdanie. Kolejny raz jestem oczarowana 
 
Przede wszystkim – konie wodne, mityczne Each Uisce. Stworzenia wyrastają na kartach tej powieści bez konkretnego objaśnienia, czym są. Stopniowo poznajemy ich naturę, ich piękno a także grozę, ale brakowało mi takiego wprowadzenia już od pierwszych stron.

Zgodnie z legendami Each uisce to mityczny szkocki duch wodny, podobny do Kelpie. Te drugie to demony wodne, mogące przybierać różne kształty – porywają nieszczęśników do rzek i jezior, gdzie rozpruwają ich ciała. Przyjmuje się, że potwór zamieszkujący Loch Ness to kelpie, która upodobała sobie postać morskiego węża. Z kolei konie wodne żyją w morzach, przybierając na lądzie postać przystojnego mężczyzny. Maggie Stiefvater, jak sama przyznaje w zakończeniu, jest bardzo ubawiona tą częścią legendy. Jej konie wodne czerpią z podań, ale zostały „przerysowane” na potrzeby powieści. To piękne, dzikie stworzenia, wychodzące jesienią na brzeg wyspy – są większe, silniejsze i szybsze od typowych koni. Ludzie łapią je i oswajają, by startować w wyścigu. Jednak to bardzo niebezpieczne – konie odczuwają zew, morze je przywołuje – potrafią porwać jeźdźca na dno, potrafią zabić. To jednak nie odstrasza śmiałków – doroczny Wyścig Skorpiona cieszy się popularnością i nie brak chętnych aby dosiąść te groźne, legendarne stworzenia.

(źródło zdjęcia - Wkipedia)
 
Puck i Sean zmierzą się w tym wyścigu. Dla niej wygrana oznacza uratowanie domu i rodziny. Dla niego, czterokrotnego zwycięzcy, to szansa na zdobycie tego, czego najbardziej pragnie. Będą rywalizować wraz z innymi, choć wygrać może tylko jedno. To gra na śmierć i życie, niebezpieczny wyścig na nieokiełznanych stworzeniach. Jednak oboje upatrują w nim jedynej szansy…

Powieść płynie bardzo spokojnie. Naprzemiennie pojawia się narracja pierwszoosobowa – raz w rolę narratora wciela się Puck, raz Sean. To sprawia, że ogromnie polubiłam ich dwoje. Oboje stają się naszymi faworytami i trudno rozstrzygnąć, komu bardziej należy się zwycięstwo. Dodatkowo, między młodymi rodzi się uczucie. Jest ono jednak tak delikatne, tylko sugerowane, że nie zakłóca historii, jest tylko jednym z jej elementów, nie przebija się na pierwszy plan. Powiedziałabym, że jest dojrzałe, pokazane zupełnie inaczej niż w większości książek młodzieżowych. Ale zepchnięcie historii miłosnej na bok ma przede wszystkim taką zaletę, że dzięki temu ważniejsze stają się… konie.

To, jak mogą zżyć się z człowiekiem. Jak rozumieją, odczuwają i okazują swoje przywiązanie. To, jak ważne mogą się stać, jak silnym uczuciem można je obdarzyć. Są pomocą, wsparciem, dodają otuchy. Pozwalają zapełnić pustkę. Wspierają. Bywają groźne, niebezpieczne, żądne krwi. Ich natura bywa nieobliczalna, a jednak nie sposób odmówić im piękna. Dają poczucie wolności – kiedy dosiada się takiego konia, czy to zwykłego, czy wodnego, człowiek przenosi się w inny wymiar, doświadcza niesamowitych stanów. Ciężko to z czymkolwiek porównać. Całkowicie mnie urzekły :) Z kart tej opowieści przebija ogromny szacunek i ciepło w stronę tych stworzeń.

Podoba mi się klimat „Wyścigu śmierci”. Podoba mi się to, że akcja płynie wolno, a autorka skupia się raczej na przeżyciach i doświadczeniach swoich bohaterów. Lubię taki sposób budowania opowieści, choć wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu. Bałam się tej książki, ale jestem zadowolona. Żałuję, że już skończyłam ją czytać, żałuję, że opuściłam magiczną wyspę Thisby. Końcowa scena… Nie można chyba było sobie wymarzyć lepszej :)

Jak najbardziej polecam.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Maggie Stiefvater: "Ukojenie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 24, 2012 16 komentarze





Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Ukojenie"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 520


"Prosiłaś, bym cię obudził, ale ja też spałem - głęboko jak kamień... Jednak teraz jestem na granicy przebudzenia, widzę już blask wschodzącego słońca."

No i stało się: ostatni tom trylogii z Mercy Falls, miasta, którego – notabene – nie można znaleźć na mapie, właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa Wilga. Tym samym opowieść o ludziach zaklętych w wilki, wrażliwych na każdy podmuch zimna, dobiega końca. Grace i Sama, głównych bohaterów tej historii, poznałam w „Drżeniu”, gdzie ich miłość się narodziła. To Sam walczył wtedy o to, by odzyskać ludzką skórę i móc dzielić dni ze swoją wybranką. W „Niepokoju” nareszcie są razem, jednak to pozorne szczęście nie mogło trwać wiecznie – los kolejny raz z nich kpi, skazując na rozłąkę. Para wraca w „Ukojeniu” – zbliża się wiosna, a wraz z nią wilki przeistaczają się na powrót w ludzi. Tym razem czyha jednak na nie jeszcze jedno niebezpieczeństwo – po kolejnym śmiertelnym ataku wilków na ludzi (jak się wydaje mieszkańcom) zapada decyzja o odstrzale zwierząt. Czy ktoś uratuje wilki…?

Przede wszystkim niezwykłe jest to, że choć minęło parę miesięcy odkąd miałam w rękach poprzednią część trylogii, odnalazłam tamten klimat już po przeczytaniu pierwszych stron „Ukojenia”.
Nasi bohaterowie pozostali tacy sami, wiarygodni i bliscy, jakby zawsze tam byli – czekali na kartach książki, aż znowu ich odnajdziemy. Znów poznajemy ich myśli – Sama, Grace, Cole’a i Isabel – naprzemiennie stają się oni narratorami, by móc pokazać nam toczącą się akcję ze swojego punktu obserwacyjnego. Miłość Sama i Grace jest delikatna i zarazem absolutna – nikt nie ma wątpliwości (no może poza rodzicami Grace), że są dla siebie stworzeni. Jednocześnie mimo młodego wieku zdają się bardzo poważni i pewni w tym, co robią i co ich łączy. Zupełnie inaczej rzecz ma się z Isabel i Cole’m – niewątpliwie iskrzy między tą parą wybuchowych charakterów, ale trudno tu mówić o partnerstwie. Dziewczyna i chłopak działają na siebie jak płachta na byka – kochają się i nienawidzą. Czy mają więc szansę na szczęście?

Cole jest taką postacią, która w końcu wnosi do książki trochę świeżości. W trzecim tomie jego postać nareszcie się rozwija, możemy się o nim więcej dowiedzieć. Jego charyzmatyczna osobowość i cięty język bardzo dobrze robią fabule – wprowadzają naprawdę ciekawe kombinacje i przyprawiają o uśmiech. Cieszę się, że autorka stworzyła taką postać, która jest przeciwwagą dla poważnego i rozsądnego Sama.

Natomiast karykaturalnie zostali przedstawieni rodzice Grace, co można było zauważyć już w pierwszym tomie. Tutaj jednak wydaje mi się ten wątek trochę przerysowany, jednak nie od dziś wiadomo, że nastolatki wyolbrzymiają, a to przecież im oddano głos. Sztuczne też wydają mi się niektóre zachowania naszych bohaterów – w tej części kilka postaci ginie, ale reakcje na wieść o tym wydają mi się nietrafione, pozbawione emocji. Jakby z czyjąś stratą od razu przechodziło się do porządku dziennego.

Tym razem żegnamy się już ostatecznie… Choć autorka zostawia znów otwarte zakończenie, pozostawiając jednego z bohaterów z życiowym dylematem. Jeśli mam spojrzeć na trylogię jako na całość, to mimo wszystko najbardziej podobała mi się pierwsza część. Jak dla mnie była domknięta, skończyła się w idealnym momencie i nie potrzebowała dopowiedzeń. Pojawiła się jednak część druga, która zweryfikowała przysłowiowe „i żyli długo i szczęśliwie”. Druga i trzecia część, choć oparte na spójnych i logicznych przesłankach, tak właściwie momentami wydają się jednak pisane dla samego pisania. Brak im już tej energii, konceptu, rozwiązań. Idąc tą drogą bez problemu można by tworzyć kolejne tomy, gdyż autorka dała do tego pretekst. A że wcześniej na podobnych sygnalizowanych wcześniej aluzjach budowała kolejne tomy, dlaczego nie znowu? Decyzja jednak wydaje się nieodwołalna, ale na pocieszenie wydawnictwo zapowiedziało już publikację zupełnie nowej, magicznej powieści Stiefvater.

I na koniec jeszcze plusik za szatę graficzną, korespondującą z poprzednimi wydaniami oraz za tytuły wszystkich trzech części – „Drżenie”, „Niepokój” i „Ukojenie” – świetnie się komponują i tworzą spójną całość.

A Wy, co sądzicie o tej serii?

Ocena 4/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Wilga






PS Nowy wygląd edycji bloggera jest straszny - czy Wy też nie potraficie się w tym wszystkim połapać, czy tylko u mnie to tak świruje?

PS 2 Zapraszam wciąż do mojej rozdawajki - info po kliknięciu w banner w lewym górnym rogu strony :)

wtorek, 22 listopada 2011

Maggie Stiefvater: "Niepokój"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 22, 2011 16 komentarze

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Niepokój"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 432


„To jest opowieść o miłości. Nie wiedziałam, że istnieje tyle różnych jej rodzajów ani że może ona sprawić, iż ludzie będą robić tak nieoczekiwane rzeczy. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest tyle odmiennych sposobów na to, żeby powiedzieć „żegnaj”.


Bohaterów „Drżenia” M. Stiefvater pokochałam od razu. Wrażliwy chłopak-wilk Sam i zaradna Grace towarzyszyli mi przez pierwszy tom, by powrócić w nowej odsłonie. Kiedy „Niepokój”, druga część mroźnego cyklu, zawitała do księgarń, musiałam niezwłocznie ją kupić. I oto jest – przeczytana, spokojnie odłożona na półkę, wyczekująca ostatniej kontynuacji.

Sama i Grace zostawiliśmy w momencie, który można by opatrzyć etykietką „I żyli długo i szczęśliwie”, aby pozostawić ich dalsze losy w błogiej niewiedzy. Ponieważ ta dwójka, nad której szczęściem czyhało tyle niebezpieczeństw, wreszcie odnalazła harmonię. Ale nie… Autorka postanowiła pociągnąć tę przygodę dalej, pokazując nam co dzieje się, gdy opada magiczna kurtyna.

(uwaga! spoiler dla tych, którzy nie czytali 1. tomu)

Wyleczony Sam jeszcze nie do końca może uwierzyć w to, że pierwszy raz od wielu lat spędza zimę w ludzkiej skórze. Każdy chłodniejszy podmuch wiatru nadal niepokojąco przyspiesza bicie jego serca, jednak nic złego się nie dzieje. Sam pozostaje Samem. Po raz pierwszy w życiu czuje, że może planować swoją przyszłość, wierzy w to, że się zestarzeje, że bolesne transformacje znikły raz na zawsze. A w dodatku ma u swego boku ukochaną Grace – wydaje się, że nic już nie może pokrzyżować ich wspólnych planów. Jednak los bywa przewrotny…

(koniec spoilera)

Najpierw to z Grace zaczyna dziać się coś dziwnego – podwyższona temperatura, mdłości, wizyta w szpitalu. Później sytuacja tej pary komplikuje się jeszcze bardziej – zostają przyłapani przez rodziców Grace na nocnej schadzce i odtąd dorośli zrobią wszystko, by rozdzielić zakochanych. Tak, ci rodzice, dotąd nieobecni w życiu Grace, zrzucający na jej głowę trud utrzymania domu i własnego wychowania, teraz interweniują w jej związek i zaczynają trzymać ją pod kloszem. Bo przecież siedemnastolatka nie może jeszcze wiedzieć, co to miłość… Ale to nie wszystkie rewelacje. Zbliża się wiosna i wilki zrzucają skórę. Wśród nich są nowe osobniki, zwerbowane przez Becka. Sam, jako jego następna, musi im pomóc się przystosować do nowych warunków i ułatwić przemianę.

Świetnie czułam się odnajdując w drugim tomie serii klimat pierwszego, znów towarzysząc swoim ulubionym bohaterom i poznając nowych. Ponieważ kwestia przemian Sama nie jest już centralnym punktem opowieści, jak to było poprzednio, autorka zrezygnowała z umiejscawiania przy każdym rozdziale informacji o temperaturze. Mamy za to nowych bohaterów, którym oddaje głos – perspektywa się rozszerza. Mowa tu o znanej z pierwszej części Isabel i o Colu – nowym wilku. Sam i Cole to całkowite przeciwieństwa – ten pierwszy jest spokojny i bardzo uczuciowy, a wilcza skóra zawsze była dla niego przekleństwem, drugi bywa arogancki i pewny siebie, a wilczy los wybrał dobrowolnie. Ich wzajemne potyczki i początkowa niechęć dodają serii wyrazistości. Wreszcie pojawia się tu facet z krwi i kości, od razu wzbudzający sympatię, mimo swojego przewrotnego charakteru.

„Według pewnej japońskiej legendy, jeśli złożysz tysiąc papierowych żurawi, spełni się jedno twoje życzenie”

Początkowo książka dłużyła mi się – zanim cokolwiek zacznie się dziać, mija trochę czasu. W tym miejscu możemy bliżej przyjrzeć się bohaterom, gdyż w retrospekcjach odkrywają oni puzzle swojego życia. Ale mniej więcej od połowy powieści akcja wreszcie zaczyna gnać do przodu i dzięki temu mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z tej książki. Dostałam chyba to, czego oczekiwałam. Pisarka wpadła na świetny pomysł fabularny, który będzie miał kontynuację w trzecim tomie i ostatecznie rozwieje wszelkie wątpliwości na temat przyszłości Grace i Sama, a także innych wilków.

Okładka – dorównuje pierwszej. Jest idealnie dopasowana do treści książki, a poza tym wprost cudowna.

Jeżeli podobała Wam się część pierwsza – koniecznie sięgnijcie po drugą. Jeżeli jeszcze nie czytaliście, a lubicie poruszające książki z domieszką fantastyki – polecam!

Ocena: 5/6

środa, 19 października 2011

Maggie Stiefvater: "Lament"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 19, 2011 16 komentarze
Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Lament"
Wydawnictwo: Illuminatio
Stron: 320

Z Maggie Stiefvater spotkałam się już wcześniej, przy okazji innego paranormal romance – „Drżenia”. Zachwycona tą drugą powieścią, postanowiłam sięgnąć do źródeł, a mianowicie zapoznać się z debiutem pisarki – „Lamentem”. Wcześniej przeczytała kilka recenzji na jej temat i wydawało się, że czeka mnie równie fascynujące lektura, jednak ostatecznie obeszłam się smakiem.

Deirdre jest młodą harfistką, która przymierza się do ważnego występu z okazji dorocznego Festiwalu Sztuki Wschodniej Wirginii. Niestety dziewczyna, choć utalentowana, boryka się ze wstydliwym problemem – boi się publicznych występów i z tego powodu ciężko choruje, przed każdym takim wydarzeniem zaliczając łazienkę. Tym razem z opresji wybawia ją tajemniczy chłopak – Luke. Zjawia się niespodziewanie, niewiadomo skąd, i pomaga dziewczynie się rozluźnić, a nawet oferuje jej granie w duecie. Dzięki temu występowi Deirdre uzyskuje najlepszy wynik, wygrywając konkurs. Tak zaczyna się znajomość nieśmiałej dziewczyny ze skrywającym tajemnicę chłopakiem nie z tego świata. Wkrótce nadchodzą kolejne niesamowitości: pojawiające się wszędzie czterolistne koniczyny, intrygujący zapach tymianku, dziwne zachowanie Luke’a i nadprzyrodzone moce, których obecność odkrywa u siebie młoda harfistka. Trop prowadzi do tajemniczej krainy fejów i elfów…

Jak na ten gatunek przystało, w powieści Stiefvater mamy skromną, zagubioną dziewczynę, która zakochuje się w nowopoznanym chłopaku, skrywającym sekret o swojej naturze. Na drodze do ich szczęścia stanie zło, w tym wypadku skryte pod postacią mściwej Królowej Elfów. Są też przyjaciele na śmierć i życie – jak James, kolega Deirde. Pisarka wykreowała też równoległy świat elfów – Faerię.

Fejowie, postacie z celtyckich baśni, przybierają postać podobną ludzkiej, ale odznaczają się niezwykłym pięknem charakterystycznych rys twarzy. Pierwsze spotkanie z fejami przez autorkę zostało potraktowane ulgowo – właściwie nie scharakteryzowała owych postaci, dlatego trudno było mi sobie je wyobrazić. Jednak później naprawiła swój błąd, dokładnie opisując wygląd kolejnych przybyszów. Niektórzy z nich przypominają małe dzieci, inni wyglądają jakby wykute z nieba czy zrobione z ziemi stworzenia. Fejowie odznaczają się także niepospolitym talentem muzycznym: kochają dźwięki, śpiew i zabawę. Są niewidzialni dla ludzi, ale roznoszą wokół siebie wyczuwalny zapach ziół. W odróżnieniu od znanych z baśni wróżek, fejowie zostali przedstawieni w sposób pejoratywny: w większości są źli i niebezpieczni.

Dużym walorem „Lamentu” jest wartka akcja: zdarzenia następują po sobie błyskawicznie, a ich przebieg śledzi się z zapartym tchem. Przeważają tu dialogi – tendencja znana z innych powieści tego typu, ale mamy również refleksję na temat uczuć czy wspomnień. Pojawia się humor i dowcip, co jest dużym plusem dla autorki. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, ustami Deirdre. Bohaterowie skonstruowani są rzetelnie, przekonująco – oprócz głównej pary mamy także rodzinę dziewczyny – matkę, ojca (pojawiającego się jednak dopiero pod koniec, okazjonalnie), wścibską ciotkę, szaloną babcię, a także paletę innych postaci. Świat realny miesza się z tym fantastycznym z każdą stroną coraz wyraźniej, a to obiecuje pasjonujące przeżycia.

Na uwagę zasługuje też szata graficzna. Choć okładka nie porwała mnie na kolana, to wewnątrz książki kryje się wiele pięknych rysunków, poprzedzających kolejne księgi, które rekompensowały mi ten brak i wprowadzały nastrój magii.

To, co mi się nie podobało, to urwane, ubogie zakończenie – odwracałam kartkę, szukając dalszego ciągu, a tu nic. Muszę przyznać, że finał mnie rozczarował: jest pełen niedopowiedzeń i niedokończonych wątków. W przygotowaniu co prawda jest już kolejna część serii, jednak z tego co wyczytałam będzie ona skupiać się tym razem na osobie Jamesa, więc nadal nie rozumiem takiego potraktowania czytelnika – zostawienia go z wielką niewiadomą, do końca nierozumiejącego co się ma stać.

Podsumowując, książka na pewno przypadnie do gustu żeńskiej części czytelników, szczególnie fankom gatunku. Choć kontynuuje znane z innych serii wątki, rozwiązania zaskakują, a świat fejów przykuwa uwagę. Osobiście oceniam tę książkę jednak jako średnią, jedną z wielu, i chyba nie skuszę się na kontynuację. Nie nudziłam się przy niej, ale też nie porwała mnie na tyle, by o niej nie zapomnieć zaraz po odłożeniu na regał.

Ocena 3,5/6

środa, 24 sierpnia 2011

Maggie Stiefvater: "Drżenie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 24, 2011 7 komentarze
            

            Tak, tak, tak. Genialna, nietuzinkowa, oryginalna, zachwycająca. Dawno żadna książka nie wywołała we mnie tylu emocji, takiego poruszenia. Tak dobra, że musiałam swoją opinię wyjawić już we wstępie. O czym mowa? O „Drżeniu” Maggie Stiefvater, nowej powieści z gatunku paranormal romance, po którą koniecznie musi sięgnąć każdy fan tego nurtu, ale nie tylko.
            Stiefvater zadebiutowała powieścią fantastyczną „Lament”, barwnie obrazującą świat celtyckiej baśni, z entuzjazmem przyjętą przez krytykę. „Drżenie”, pierwsza część zaplanowanej trylogii, zostało wydane w USA już w 2009 roku, w Polsce pojawiło się dopiero teraz. To smutne, jednak najważniejsze, że w końcu i polscy czytelnicy mogą zagłębić się w niezwykły świat wykreowany przez pisarkę.
            Grace dorasta w domu na skraju lasu. W dzieciństwie ledwo uszła z życiem, gdy zamieszkujące okolicę wilki ściągnęły ją z huśtawki, zaciągnęły do lasu i zaatakowały. Dziewczynka pamięta jeszcze obraz watahy, raniącej, kąsającej i gryzącej jej ciało, krew mieszającą się ze śniegiem i potworny ból. Przeżyła, gdyż w jej obronie stanął jeden z wilków, o jasnożółtych oczach, które Grace bezwiednie zapamiętała. Odtąd każdej zimy dziewczyna wyczekuje powrotu swojego wilka, który na okres letni gdzieś przepada, obserwuje go z okna albo podchodzi bliżej. Mija sześć lat. Wilki stają się jej obsesją – razem z przyjaciółką, Olivią, często wybiera się do lasu, by fotografować te zwierzęta. Bezbłędnie odnajduje wśród nich przenikliwe żółte oczy, a jakaś nieznana siła pcha ją ku temu groźnemu zwierzęciu.
            Spokój miasteczka burzy śmierć jednego z uczniów szkoły, Jacka. Nikt nie ma wątpliwości, że za napaścią stoją wilki. Lokalni strażnicy postanawiają wybić zwierzęta. Grace, przerażona wizją śmierci swojego ulubieńca, bez namysłu rzuca się w ciemny las, by powstrzymać strzelców. Wędrując pośród mrocznych gąszczy natrafia na niecodzienne zjawisko – w śniegu, u jej stóp, leży ranny, nagi chłopak, a jego żółte oczy przywodzą na myśl spojrzenie wilka. To spojrzenie, piżmowy zapach i aura lasu nie pozostawiają wątpliwości – chłopak, który przedstawia się jako Sam, bez wątpienia jest wilkołakiem. Dziewczyna bez namysłu zabiera go do szpitala, a później do siebie. To początek fascynującej historii ich płomiennego romansu, jednak brzemiennego w skutki.
            Porównanie do „Zmierzchu” Stephenie Meyer narzuca się samo, zresztą zadbali o to sami wydawcy obwieszczając, że ”Jeśli podobał wam się Zmierzch, pokochacie też Drżenie”. Jest to jednak zestawienie nietrafione, gdyż powieść Stiefvater jest całkowicie inna i o niebo lepsza od swojej krewniaczki.
            Narracja książki jest dwubiegunowa, bowiem autorka wprowadziła w swój utwór dwóch  kompatybilnych, młodych narratorów: Grace i Sama. Poznajemy zatem świat i ich losy oczami obojga. Czasem opisują oni to samo wydarzenie, uzupełniając akcję o istotne ze swojego punktu widzenia wydarzenia, ale w głównej mierze relacjonują naprzemiennie kolejne sceny. Narracja pozwala na lepsze poznanie każdego z bohaterów, a także odsłania wiele faktów z ich przeszłości. Taki zabieg jest bardzo dobrym rozwiązaniem, który ubarwia książkę i umożliwia zbliżenie się do bohaterów.
            Z jednej strony mamy Grace – roztropną, pragmatyczną siedemnastolatkę, mającą hopla na punkcie wilków. To nie jedna z tych cnotliwych, zakompleksionych nastolatek, kapryszących na swój wygląd i uważających, że nie zasługują na miłość. Nie, Grace jest silna i twarda, nauczona radzić sobie sama, ale kiedy trzeba potrafi też być sentymentalna i czuła. Nie da się ukryć, że to ona gra w tym związku pierwsze skrzypce. Dziewczynka praktycznie wychowuje się sama, gdyż jej rodzice poświęcają się pracy, zapominając o jej istnieniu. Matka-artystka i ojciec-pracoholik większość czasu spędzają poza domem, a Grace sama musi dbać o zapełnienie wolnego czasu, przygotowanie posiłków czy odrobienie lekcji. Wydaje się, że taki stan rzeczy ma swoje plusy – dzięki temu może ona przetrzymywać Sama w swoim domu, ba, nawet spać z nim w jednym łóżku, ale chroniczny brak rodziców boli dziewczynę, która potrzebuje troski i uwagi.
            Świat z punktu widzenia Sama jest tym ciekawszy, że chłopak ulega przemianom. Gdy zbliża się zima, temperatura gwałtownie spada, zarażony w dzieciństwie chłopak zmienia się w wilka i dołącza do swojej watahy. Okres letni to dla niego czas wbicia się w ludzką skórę, możliwość poczucie się człowiekiem. Sam jest sympatycznym, inteligentnym chłopcem, który czyta poezję i gra na gitarze. Jest jednak kruchy jak szkło, wrażliwy na każdy podmuch wiatru, wciąż obawiający się o niekontrolowaną przemianę. Gdy staje się wilkiem, chłopak zatraca swoją tożsamość, zapomina o tym kim był. Ale nawet wtedy pamięta o Grace i czeka na nią, bowiem dziewczyna została ukąszona, a więc powinna przemienić się w wilka. Sam przeczuwa, że ma przed sobą ostatni rok metamorfoz, że po nim już na zawsze pozostanie w skórze zwierzęcia, a Grace jakimś nieznanym nawet jej sposobem posiadła antidotum na te przemiany…
            Nie da się ukryć, że głównym motorem napędowym powieści jest wzajemna fascynacja młodych bohaterów. Ich miłość jest jednocześnie słodka i gorzka, zmysłowa i bolesna, nie znająca granic. Ponieważ czekali na siebie sześć lat, a każdy dzień może być tym ostatnim, spędzają prawie każdą chwilę razem, zakochując się w sobie. O ile w „Zmierzchu” denerwował mnie wilkołak Edward-strażnik cnoty Belli, o tyle tutaj wreszcie coś się dzieje, młodzi aż kipią pożądaniem, nie mogąc bez siebie wytrzymać.
            Grace jednak mieszka z rodzicami i chodzi do liceum – nie można było pominąć tych wątków, dlatego dziewczyna czasem opuszcza swojego towarzysza i oddaje się takim obowiązkom jak pójście do szkoły czy odrobienie pracy domowej. W szkole obecny jest typowy podział na lepszych i gorszych uczniów, którego wyznacznikiem jest popularność. Dziewczyna ma też przyjaciółki – Rachel i Olivię, dzięki którym lepiej czuje się w murach szkoły. To ten czas, który Sam przeznacza na załatwianie swoich spraw, dzięki czemu dowiadujemy się więcej o świecie wilków i jego prawidłach.  
            Każdy z rozdziałów opatrzony jest też informacją o aktualnej temperaturze, co jest bardzo ważnym czynnikiem ze względu na transformacje Sama. Gdy skala niebezpiecznie się obniża, zaczynamy denerwować się razem z nim.  
            Książkę dosłownie się pochłania, jest napisana sprawnie i ciekawie. Dialogi są wiarygodne, dopasowane do charakteru bohaterów, a opisy w sam raz – ani nie rozwlekłe, ani nie minimalistyczne. Retrospekcje pozwalają odkryć wiele dramatów z życia bohaterów i ich oddziaływanie na teraźniejszość. Wszystko to razem sprawia, że jesteśmy blisko bohaterów, że mamy wrażenie jakby ta historia rozgrywała się gdzieś tu blisko, obok. Zatapiamy się w lekturze, kibicujemy tej międzygatunkowej miłości i nie raz ocieramy łzy wzruszenia. Pisarka perfekcyjnie dozuje nam emocje i wzruszenia, sprawiając, że jeszcze długo po lekturze nie można zapomnieć o jej uczestnikach. Bohaterowie są realistyczni, z krwi i kości, a my z przejęciem śledzimy ich losy. Może nie ma tu zbyt wiele akcji, jednak coś nie pozwala oderwać się od książki, przyciąga. Czyta się szybko i lekko, z wypiekami na twarzy.  
            Na uwagę zasługuje również okładka książki. Wilk w otoczeniu jasnego, śnieżnego krajobrazu, dziewczynka ukryta między drzewami i kontrastujące z tym tłem: krwistoczerwony parasol i czcionka tytułu książki. Barwa czerwieni może symbolizować tu miłość, cierpienie, krew, gorąco, a więc wszystkie te cechy, tak ważne dla fabuły całej powieści. Podobały mi się też wypukłe śnieżynki na okładce, dopełniające zimowy klimat.  
            Książka kończy się w idealnym momencie, zostawiając czytelnika ze łzami w oczach: ale czy będą to zły smutku, wzruszenia, szczęścia czy jeszcze czegoś innego – o tym może przekonać się każdy, kto sięgnie po lekturę. Dla fanów kontynuacji w tym momencie wyrasta nadzieja, że już wkrótce spotkają się ze swoimi ulubionymi bohaterami w dalszych częściach trylogii, a dla tych, którzy nie lubią otwartych cykli, jest to na pewno miła wiadomość – mogą spokojnie przeczytać książkę, gdyż odnosimy wrażenie, że stanowi ona kompletną całość.
          Osobiście stronię od fantastyki, a już zwłaszcza od paranormal romance, jednak „Drżenie” ma coś w sobie. Tutaj ważniejsi od fantastycznych stworzeń są ludzie, ich odczucia i pragnienia. To błyskotliwa powieść romantyczna, z elementami nadnaturalnymi, które jednak nie przysłaniają głównej prawdy: że jeśli się kogoś kocha, nie można bez niego żyć.  Polecam gorąco, a książka od tej chwili staje się jedną z moich ulubionych. I na koniec jeszcze jedna cenna informacja – powstaje już film na kanwie powieści. 
          
Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki wygranej w konkursie serwisu nakanapie.pl

 
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon