Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Patrick Ness: "Siedem minut po północy"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 10, 2013 9 komentarze



Autor: Patrick Ness
Tytuł: "Siedem minut po północy"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 216






„Siedem minut po północy” Patricka Nessa – bardzo długo czekałam na polskie wydanie tej książki, gdyż data premiery wciąż się przesuwała. Ale w końcu jest, pojawiła się i znalazła się i w moich rękach. Pierwsze co rzuca się w oczy, gdy otwieramy tę książkę, to niesamowicie staranne i piękne wydanie. I nie chodzi tu tylko o mroczne czarno-białe grafiki Jima Kaya, które nie tylko ilustrują treść opowieści, ale korespondują z drukiem, czyniąc każdą kolejną stronę niepowtarzalnym arcydziełem. Wyobraźnia ilustratora doskonale wpisuje się w to, co tworzy się w głowie czytelnika – obrazy są przekonujące, sugestywne, budują tajemniczy, złowieszczy klimat. Książka wydana jest na dobrym, gładkim papierze, który przywodzi na myśl ekskluzywne książki dla dzieci. Szkoda, że oprawa nie jest twarda, dopełniłaby całości. Podsumowując, wydawca spisał się na medal.

Historia oparta jest na pomyśle zmarłej przedwcześnie autorki, Siobhan Dowd. Nie wiem w jakim stopniu P. Ness czerpał z jej doświadczeń, gdyż sam w przedmowie zdradza, że nigdy nie poznał pisarki osobiście, dostał jednak propozycję dokończenia jej książki. Choć się wahał, opowieść przyszła do niego sama. Postanowił opowiedzieć ją po swojemu, jednocześnie składając hołd zmarłej autorce. I tu na scenę wkracza trzynastoletni Conor. I potwór, który odwiedza go w nocy, punktualnie siedem minut po północy. To opowieść o chłopcu, który musi zmierzyć się z ciężką chorobą swojej matki, z odrzuceniem przez rówieśników, ze swoimi wewnętrznymi lękami. Historia dziecka, któremu świat wydaje się na tyle przerażający i zły, że czający się wśród mroku nocy potwór nie robi na nim żadnego wrażenia. Co więcej, chłopak sam go wzywa. By sobie pomóc...




Im bardziej się na coś czeka, tym większe obawy, że człowiek się rozczaruje. Naprawdę bałam się czytać tę książkę, gdyż ostrzyłam sobie na nią apetyt wystarczająco długo, by pokładać w niej wielkie nadzieje. Zdaję sobie sprawę, że z tego powodu mój odbiór był inny, niż gdyby działo się to po przypadkowym trafieniu na ten tytuł. Mimo, że pozostał we mnie jakiś ułamek niedosytu, oceniam tę książkę na piątkę. Trudno zdecydować do jakiej grupy odbiorców jest skierowana – na pewno spodoba się rówieśnikom Conora, ale bez wahania mogą sięgać po nią starsi, również dorośli. Każdy odnajdzie w tej powieści coś dla siebie, dostrzeże w niej inne walory. Książka napisana jest dość oszczędnym językiem – autor stawia na minimalizm słów przy maksymalizacji przekazu. Książkę odbierałam jak uniwersalną przypowieść, w której uogólnienia i niedopowiedzenia sprawiają, że pod konkretnych bohaterów można podstawiać dowolnie inne osoby, historie, zdarzenia. Niemniej trochę brakowało mi rozbudowania wątków, dialogów, poświęcenia większej uwagi przeżyciom wewnętrznym bohaterów. Bardzo podobał mi się za to pomysł na postać potwora-mędrca, który raczy chłopca trzema opowieściami. Każda z nich zaskakuje Conora rozwiązaniem i ma otworzyć mu oczy, pomóc odnaleźć spokój. I wspomniane już grafiki, pojawiające się co kilka stron, potęgujące nastrój grozy - są strzałem w dziesiątkę.

Podsumowując, książkę oczywiście polecam. Spotkanie z powieścią „Siedem minut po północy” na pewno jest niezwykłym doświadczeniem, gdyż mało na rynku podobnych wydań. Może jak dla mnie trochę zabrakło, by nazwać ją majstersztykiem, ale na pewno jej lektura nie była czasem straconym. A jakie są Wasze opinie?

sobota, 3 listopada 2012

Hiromi Kawakami: "Manazuru"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 03, 2012 10 komentarze


Autor: Hiromi Kawakami
Tytuł: "Manazuru"
Wydawnictwo: Karakter
Stron: 238



"Do tamtej pory udawałam, że nie istnieje. Nie mogłam o nim mówić ani myśleć. Nawet mi się nie śnił. Kiedyś słyszałam, że jeśli zaczynamy śnić o kimś, kogo straciliśmy, rany zaczęły się już goić."


Mało dotychczas czytałam japońskiej literatury, ale te kilka tytułów, na które się dotąd natknęłam, miało wspólny, osobliwy klimat. „Manazuru” H. Kawakami zdecydowanie wpisuje się w ten nurt. Książka urodzonej w Tokio, wielokrotnie nagradzanej pisarki, jest przedziwnym studium ludzkiej osobowości. Główna bohaterka powieści, Kei, straciła męża. Zniknął przed dekadą, nigdy nie odkryto gdzie i dlaczego. Kobieta podąża tropem zapisków z jego dziennika do nadmorskiego miasteczka, tytułowego Manazuru. Wydawałoby się – nic nadzwyczajnego. A jednak autorka przenosi nas w psychodeliczny świat japońskiej obyczajowości, gdzie pośród trudnych do wymówienia przez nas nazw i imion kryje się wiele innych, elektryzujących zjawisk.

Świat Kei jest oniryczny, niejednoznaczny, skryty. Kobieta odczuwa obecność zjaw, które ruszają jej śladami. Śledzą ją. Czasem wydają się przyjazne i oswojone – kobieta decyduje się rozmawiać z nimi, wręcz zaprzyjaźniać. Innym razem wywołują nastrój grozy czy wręcz przerażenia. Pojawiają się znikąd i niosą ze sobą niepokojące obrazy. To proza, w której nic nie jest takie, jak się wydaje. Obserwujemy otoczenie z punktu widzenia Kei, a bardzo szybko dostrzegamy, że to, co mówi nam kobieta, nie zawsze jest prawdą. Wszystkie sceny, rozmowy, wspomnienia są przefiltrowywane przez jej myśli i podane nam tak, jak sobie tego życzy narratorka. Uważny czytelnik szybko spostrzeże nieścisłości, zatrzyma się na pewnych kwestiach, dojrzy więcej. Sama Kei w miarę jak jej podróż ku odnalezieniu wewnętrznej równowagi zbliża się ku końcowi, odsłania coraz więcej…

Miłość w tej powieści jest wszechobecna, a jednak opisana w tak efektowny sposób, że dawno nie zetknęłam się z podobnym ujęciem tego tematu. To niesłabnąca moc tego uczucia kieruje Kei wciąż, po dwunastu latach, w stronę zaginionego męża. To samo uczucie pcha kobietę w ramiona kochanka. Kei pięknie mówi też o przechodzeniu ciąży, o uczuciach żywionych do córki, o tym jak ewoluowały one przez lata, a teraz w jej życiu nastąpił zastój. Jak do tego doszło, co to w niej zmienia? Jedno uczucie, mające kilka wymiarów. Na przemian gasnące i wybuchające nowym żarem. Potrzeba miłości jest treścią życia Kei.

Lubię takie niejednoznaczne powieści, dlatego styl Kawakami uwiódł mnie od pierwszych stron. Czające się w rogu każdej strony napięcie i elementy grozy też solidnie na mnie podziałały. Podobał mi się też minimalistyczny styl autorki i swobodny zapis dialogów. Szkoda tylko, że zakończenie ocierało się już o frazes. Czytałam bez wytchnienia, po takiej dawce emocji i wstrząsów licząc na naprawdę mocne zakończenie, jednak trochę się rozczarowałam. Oczywiście jest ono otwarte, pozwala nam sobie dopowiedzieć resztę. Jednak wielka szkoda, wolałabym, żeby autorka poszła o krok dalej, żeby oczarowała jeszcze raz, w finale. Mimo wszystko oceniam tę książkę bardzo wysoko i solennie przykazuję sobie, by zanurzyć się w nurcie japońskich opowieści jeszcze niejednokrotnie.

Ocena: 5/6

sobota, 9 czerwca 2012

Robert McCammon: "Magiczne lata"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 09, 2012 12 komentarze


Autor: Robert McCammon
Tytuł: "Magiczne lata"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 652





"Nie pozwól, by choć jedne dzień umknął ci bez wspomnień i zbieraj je jak cenne skarby. Bo to są skarby. Wspomnienia to cudowne drzwi, Cory. One uczą, pomagają i strzegą. Kiedy na coś patrzysz, nie ograniczaj się tylko do patrzenia. Zobacz to. Naprawdę zobacz. A jeśli to zapiszesz, ktoś inny będzie miał szansę to zobaczyć."


Do „Magicznych lat” R. McCammona podchodziłam ostrożnie, ponieważ rzadko czytam kryminały, a opis wydawcy zapowiadał przede wszystkim ten gatunek, z zaznaczeniem, że jest to powieść, która wymyka się klasyfikacji: mieszanka horroru, fantasy, powieści obyczajowej, sensacyjnej, grozy, ale także sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa. I choć bestialskie morderstwo, wokół którego osadzona jest oś narracji, raczej mnie odstraszało, niż zachęcało, zdecydowałam się dać szansę tej książce. Muszę przyznać, że było warto. Naprawdę było warto.

Pewnego ranka dwunastoletni Cory i jego ojciec są świadkami przerażającego wypadku: widzą rozpędzony samochód, który sunie wprost w czeluści miejscowego jeziora. Ojciec chłopaka bez chwili namysłu skacze ku tonącemu pojazdowi, by ratować pasażera. Jednak zmasakrowane zwłoki, przykute kajdankami do kierownicy, jakie dostrzega za idącą pod wodę szoferką, nie pozwolą mu spokojnie zasnąć przez następne miesiące. Czy w urokliwym Zephyr ukrywa się morderca? Śledztwo szeryfa nic nie wykazuje, ba, nazwisko ofiary pozostaje nieznane. Cory prowadzi swoje własne dochodzenie, łącząc znikome dowody, dla dorosłych niezauważane.

„Magiczne lata” mimo powyższej zapowiedzi, nie są jednak powieścią kryminalną. Wątek ów stanowi może dwadzieścia procent całości. Zdecydowana większość fabuły dotyczy czegoś innego: ulotnego, a jakże cennego okresu dorastania. Młody Cory, pozostający jeszcze jedną nogą w marzycielskim świecie dziecka, widzi to, co dorosłym już umyka, czuje to, co dla nich jest już niedostępne. Świat dziecka nie jest racjonalny, nie da się go zamknąć ciasnymi ramami prawdopodobieństwa. Jest bogaty, żywiołowy, pełen magii i tajemnicy. Tutaj możliwe jest wszystko: wzbijanie się do chmur na skrzydłach wyobraźni, zmierzenie się oko w oko ze Starym Mojżeszem, tutejszym rzecznym potworem, czy wiara w nadnaturalną moc czarnoskórej Damy. Rzeczywistość Cory’ego to świat, do którego każdy z nas tęskni: czas, którego upływu jednak nie da się powstrzymać. Wyparty przez dorosłość…

Książka McCammona może stanowić atrakcję zarówno dla dzieci, młodzieży, jak i dla dorosłych, i przez każdą z tych grup wiekowych zostać odebrana diametralnie inaczej. Powinna stać się lekturą szkolną, bo choć opisuje amerykańską małomiasteczkową idyllę, jej treść można odnieść i do naszej obyczajowości. Kto z nas nie dawał się ponieść w dzieciństwie fantazji? Nie zapuszczał się w lasy, by szukać tam stworzeń nie z tego świata? Nie snuł fantastycznych opowieści, w które sam chciał wierzyć? Podobne lektury ważne są w czasach współczesnych, gdy dorastanie zdominowane jest przez gry komputerowe i telewizję. Może klimat książki rozpaliłby pragnienia dzisiejszych dzieci, rozbudził ich wyobraźnię, pozwolił wykrzesać z najcenniejszych lat wszystko, co się da. Dla nas, starszych, powieść poza wątkiem przygodowym, niesie też nutkę nostalgii. Na pewno przywoła wiele wspomnień, obudzi drzemiące w nas dziecko. Czasem nie chcemy dopuszczać już go do głosu, McCammon obnaża jednak prawdę, że w duchu każdy z nas pozostał dwunastoletnim marzycielem.

„Magiczne lata” powinno się czytać powoli i z uwagą, rozsmakowywać się w lekturze. Poza tym, że McCammon pisze naprawdę wyszukanym, plastycznym językiem, budując przed czytelnikiem sugestywne obrazy, potrafi jeszcze podsycać ciekawość. Przygody Cory’ego, jego spostrzeżenia, sposób postrzegania świata – wszystko to uwodzi czytelnika, porywa od pierwszej strony. Nie nudziłam się przy tej lekturze ani przez minutę. Choć porusza tyle różnych wątków, wkracza na tak rozległe tereny, to jednak na końcu wszystkie one cudownie splatają się ze sobą. Klamrę kompozycyjną tworzą zaś refleksje dorosłego już Cory'ego, mężczyzny, pisarza, autora? Można tu odnaleźć elementy biograficzne, do czego McCammon przyznaje się we wstępie.

W ciągu ostatniego roku, gdy powróciłam do intensywniejszego czytania, niewiele trafiło się książek, które wywołałyby we mnie podobne emocje. „Magiczne lata” zapisują się w mojej kolekcji do wąskiego grona tych lektur, które poza rozrywką, wniosły też dużo wartości. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę, skojarzyła mi się automatycznie ze znanym kadrem z filmu „E.T.”, gdy grupa dzieci wzbija się w powietrze na swoich rowerach, wiedzionych mocą kosmicznego stworzenia. Skojarzenie to było trafne, gdyż ta powieść ma podobny, baśniowy klimat. Polecam, bo moim zdaniem każdy powinien ją przeczytać.

Ostatnio coraz więcej tytułów określa się bestsellerami. Niestety w zdecydowanej większości prestiż ów nie wiąże się z rzeczywistą wartością książki, lecz z solidną, perswazyjną kampanią reklamową. O "Magicznych latach" mogę natomiast z czystym sumieniem powiedzieć, że zasługują, by znaleźć się w tym gronie. To książka inna, ważna, po prostu piękna.

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Papierowy księżyc


wtorek, 17 kwietnia 2012

Katherine Dunn: "Jarmark odmieńców"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 17, 2012 14 komentarze

Autor: Katherine Dunn
Tytuł: "Jarmark odmieńców"
Wydawnictwo: G+J
Stron: 376


Po „Jarmark odmieńców” K. Dunn sięgnęłam z ciekawości. Cyrkowa rodzina, o jakiej opowiada książka, może budzić zarówno zachwyt, podziw, ciekawość, jak i niesmak, wręcz agresję. Wszystkie te emocje możemy zaobserwować w książce, każda w jakiś sposób zmienia bohaterów. A słodko-kwaśne odczucia pozostają w nas jeszcze długo po przeczytaniu powieści.

Dziwaczna rodzina Binewskich przemierza Stany Zjednoczone jako trupa cyrkowa. Siostry syjamskie grają na pianinie i śpiewają. Chłopiec z płetwami zamiast kończyn pływa w zbiorniku z wodą. Karlica albinoska zapowiada cyrkowe występy. Tylko jedno z rodzeństwa urodziło się normalne. Zawiedzeni rodzice chcieli dziecko porzucić. I wtedy ujawnił się jego wielki sekretny dar, który uczynił go najcenniejszym i najniebezpieczniejszym skarbem rodziny.


To, co inne, nieznane, rzadkie – przyciąga. Na tym założeniu bazuje cyrkowe małżeństwo, które eksperymentując ze środkami chemicznymi, płodzi kolejne osobliwości. Nie wszystkim dzieciom udaje się przeżyć – zachowane w formalinie embriony odmieńców można podziwiać na cyrkowej wystawie. Te, które mają szczęście, dołączają do trupy cyrkowej. W miarę jak dorastają, nie czują się wyobcowane i skrzywdzone, wręcz przeciwnie. Albinoska Olympia, która jest zarazem narratorką opowieści, szczyci się swoją odmiennością, żałuje wręcz, że została tak skromnie „obdarzona”. Jej rodzeństwo myśli podobnie – w świecie Binewskich ułomność przedstawia wartość, anomalie są pożądane. Pojawienie się na świecie Kurczaka – nazywanego tak przez rodzinę – wydaje się początkowo końcem świata. Dlaczego? Otóż chłopiec jest najzwyczajniej w świecie normalny. Nie pasuje do zaklętego kręgu odmieńców, nie jest pożyteczny, nie gwarantuje widowiska. Jednak jego zdolności ujawnią się już wkrótce, a niezwykła wrażliwość chłopca w połączeniu z jego nadnaturalną mocą, może być nie tylko obiecująca, ale równie groźna…

Powieść K. Dunn szokuje i przekracza wszelkie granice. Przede wszystkim skłania nas do refleksji nad własnym jestestwem, nad postrzeganiem innych i własnymi zahamowaniami. Stawia też wiele pytań natury etycznej. Na ile możemy ingerować w rozwój zarodka? Co człowiek gotowy jest poświęcić dla wolności? Jakie są granice między kultem a szaleństwem? Co dzieje się, gdy człowieka zaczyna traktować się jak boga? Gdy on sam czuje się bogiem? Jaką cenę ma sprawność? Jak objawiają się tolerancja, wstręt, strach? Dokąd prowadzą ludzkie obsesje? Czy w wyrachowanym świecie odmieńców jest miejsce na miłość?

Powieść wciągnęła mnie od razu. Zwłaszcza, że początkowo rozgrywała się na dwóch płaszczyznach czasowych: w przeszłości, gdy rozwijał się cyrk i tu i teraz – gdy Olympia żyje już sama, z ukrycia obserwując własną córkę… Od razu pojawiły się we mnie pytania: co stało się z cyrkiem? Kto jest ojcem dziecka? Jak do tego doszło? Potem było jeszcze ciekawiej….

Później, w miarę jak makabryczność, prowokacja i cierpienie, zaczęły się mnożyć, miałam coraz bardziej mieszane uczucia. Ideologia arturyzmu nie przemówiła do mnie, wydawała mi się zbyt przerysowana, a jednak jestem w stanie wyobrazić sobie, że człowiek naprawdę byłby zdolny do podobnych zachowań w imię ogłupiających, wytęsknionych haseł o wolności, czy jak kto woli: prania mózgu. Niektóre wątki budziły we mnie zbyt wielką odrazę, trudno było mi przejść z nimi do porządku dziennego, i stąd książka straciła trochę w moich oczach. Niemniej jednak – przedstawia świat w krzywym zwierciadle i autorka starała się to uwypuklić na wszelkie dostępne sposoby. Efekt jest piorunujący.

Po tej książce czuję się rozgoryczona, rozbita, wytrącona z równowagi. To chyba jednak dobrze – daje świadectwo jej potencjału. Polecam tym, którzy lubią eksperymentować (z książkami, rzecz jasna), nie boją się kontrowersyjnych tematów i okrucieństwa, a ludzkie anomalie choć trochę ich interesują. Jeśli jednak należysz do wrażliwców, przemyśl dwa razy, zanim zaczniesz czytać. Reklamacji nie uwzględnia się :)

Ocena: 4/6

środa, 30 listopada 2011

M.P. Kozlowsky: "Juniper Berry i tajemnicze drzewo"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 30, 2011 15 komentarze



Autor: M.P. Kozlowsky
Tytuł: "Juniper Berry i tajemnicze drzewo"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 268




„Juniper była jeszcze mała, gdy jej rodzice stopniowo zaczęli się odsuwać od świata. Im bardziej byli sławni, tym bardziej samotne stawało się ich życie. Z roku na rok było coraz gorzej. W końcu jej relacja z rodzicami zaczęła przypominać rozszerzający się wszechświat; wydawało się, że dzielą ich miliony kilometrów, których nigdy nie uda im się przebyć, rosnąca nieustannie przepaść.”


Każdy z nas ma jakieś marzenia. Kariera, sława, niesłabnąca uroda, pieniądze. Albo bardziej przyziemne – wyższa ocena z jakiegoś przedmiotu, zdrowie dziecka, przyzwoita praca, upragniona książka czy też wyczekiwana randka. Ilu ludzi, tyle marzeń. Ile bylibyście w stanie poświęcić, gdyby ktoś mógł zagwarantować wam ich spełnienie? Jak wielką cenę moglibyście zapłacić, by osiągnąć to, co dotąd mieliście tylko w snach? Główna bohaterka powieści M.P. Kozlowsky’ego „Juniper Berry i tajemnicze drzewo” stanie przed takim wyborem. Tylko szybko okaże się, że – jak głosi napis z okładki książki – marzenia bywają niebezpieczne.

Juniper to rezolutna jedenastolatka, córka znanej na cały świat pary aktorów. Rodzice dziewczynki w pogoni za blaskiem fleszy zapomnieli nie tylko o niej, ale o sobie nawzajem. Goniąc za karierą zgubili część siebie. Juniper spędza dni zamknięta w okazałej willi, tęskniąc do chwil, gdy rodzice poświęcali jej swój czas, gdy dom wypełniała miłość. Błąkając się po lesie okalającym posiadłość poznaje smutnego chłopca – Gilesa. On również zaobserwował niepokojące zmiany w zachowaniu swoich rodziców – dotąd bliscy mu ludzie stali się obcy, puści, zaabsorbowani sobą. Dzieci postanawiają rozwiązać zagadkę, a trop wiedzie do starego, okazałego drzewa, którego strzeże smolisty kruk. Wkrótce okaże się, że życie rodziców obojga jest w niebezpieczeństwie, a i oni sami mogą paść łupem nieokiełznanych sił, czających się w środku. Bo spełnienie każdego marzenia ma swoją cenę…

Książka Kozlovsky’ego zaintrygowała mnie jeszcze zanim trafiła do moich rąk. Skojarzyła mi się z głośnym filmem animowanym „Koralina” (książki niestety nie czytałam) i rzeczywiście chyba coś jest w tym moim pierwszym skojarzeniu – w obu przypadkach mamy do czynienia z zagubioną dziewczynką, odnajdującą drogę do innego świata, pragnącą za wszelką cenę czuć się kochaną. Książka „Juniper Berry” mimo tych podobieństw jest jednak inna. Mamy tu dziewczynkę mogącą zapobiec katastrofie, która będzie musiała najpierw oprzeć się wielu pokusom.


Powieść skierowana przede wszystkim do młodszych czytelników – przemawia za tym niezobowiązujący, prosty język i świetne ilustracje. Bohaterką jest dziecko i to jego oczami widzimy świat – autor wiarygodnie wciela się w tę rolę. Trochę brakowało mi w tej książce pełnych, plastycznych opisów – czasem stwierdzenie, że postacie wyglądały groteskowo albo przerażająca twarz przypominała szczątki, to za mało. Autorowi nie udało się pobudzić mojej wyobraźni do działania, ale rekompensują to przepiękne grafiki autorstwa Erwina Madrida – jest on znany m.in. z grafik do Shreka 2 i Madagaskaru. Choć rysunki są czarno-białe cieszą oko i naprawdę zachwycają. Wydanie książki jest wspaniałe, a większa czcionka idealnie nadaje się do czytania dla młodszych czytelników.

„Juniper Berry” to mieszanka wybuchowa: powieści przygodowej, fantastycznej z domieszką grozy i dydaktyki. Warto czytać ją dzieciom, by zwrócić ich uwagę na poruszone w książce kwestie: problem nietolerancji, chorobliwą pogoń za sukcesem, odpowiedzialność za własne czyny, wysoką cenę, jaką trzeba zapłacić za pójście na skróty. Książka kultywuje też piękno przyjaźni, istotę rodzinnych więzi i miłości. Podczas lektury można odnaleźć w niej wiele zdań-perełek.

Pokładałam w tej książce spore nadzieje. Choć wiedziałam, że główna bohaterka jest dzieckiem, miałam w pamięci inne tytuły, gdzie wiek bohatera wcale nie sugerował przeciętnego wieku czytelnika. W przypadku „Juniper…” jednak myślę, że jestem na tę książkę już trochę za „stara”, prawdy w niej zawarte dla mnie są oczywistością. Jednak mimo wszystko spędziłam z nią miłe popołudnie i myślę, że warto bliżej zapoznać się z tą publikacją, niezależnie od wieku. A najlepiej czytać ją na głos swoim dzieciom czy wnukom. No i jest to genialny materiał na film!

Ocena: 4/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Esprit


poniedziałek, 21 listopada 2011

Alex Kava: "Dotyk zła"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 21, 2011 21 komentarze

Autor: Alex Kava
Tytuł: "Dotyk zła"
Wydawnictwo: Mira
Stron: 512




Wprost nie mogę się napatrzyć na okładkę „Dotyku zła” A. Kavy - urzeka mnie zdecydowanie bardziej niż jej pierwsza polska odsłona. Metaliczny kolor łańcuszka z krzyżykiem znakomicie współgra z ośnieżonym, biało-niebieskim tłem twardej okładki. I jeszcze te delikatne krople krwi i wyraźne, ostre nagłówki. Kiedy dostałam książkę i zaczęłam ją czytać liczyłam na świetną lekturę i nie zawiodłam się.

W więzieniu stanowym w Nebrasce na wykonanie wyroku śmierci czeka skazaniec, proszący o ostatnią spowiedź. Niezachwianie przekonuje, że dopuścił się tylko jednego z trzech brutalnych, zarzucanych mu morderstw na małych chłopcach. Mężczyzna zostaje stracony, ale kilka miesięcy po jego śmierci seryjny zabójca znów uderza – porywa chłopca, a później podrzuca jego martwe ciało, z wyciętym „X” na piersi. Wkrótce znika kolejne dziecko… Sprawa trafia w ręce początkującego szeryfa, Nicka Morelli i agentki specjalnej FBI Maggie O’Dell, tworzącej profile psychologiczne przestępców. Ten duet będzie musiał stoczyć dramatyczną walkę z czasem, gdyż morderca nie zamierza przerywać swojego krwawego rytuału.

Thriller czyta się jednym tchem. Często sięgając po książki traktujące o mordercach czuję lekką obawę, gdyż mam słabe nerwy, jednak czasem warto zaryzykować, jak w tym przypadku. Kava nie omija brutalnych opisów – mamy tu m.in. sceny sekcji zwłok, skrupulatnie opisujące stan martwego ciała czy opis pierwszego kontaktu z ciałem, które niezwykle silnie przeżywa młody szeryf. Jednak nie są to puste, mechaniczne opisy – dzięki ukazaniu odczuć bohaterów i ich lęków, czytelnik także czuje się pewniej. Zabójstwo dziecka w swojej istocie dodatkowo stanowi trudny temat, tym większa mobilizacja władz miasta w akcji schwytania mordercy. Rozprzestrzeniające się zło i koszmary przeplatają się jednak ze słodką chemią, jakiej ofiarą padają szeryf i agentka. Ich flirt i walka rozumu z pożądaniem dodają powieści pikanterii i sprawiają, że ja, jako kobieta, czułam się całkowicie usatysfakcjonowana podczas lektury tej mrożącej krew w żyłach historii, odnajdując coś dla siebie.


Dużym plusem tej powieści są dopracowane portrety psychologiczne postaci. Każdy z bohaterów jest indywidualny, ma określony charakter i daje swój wkład w sprawę. Chociaż autorka od samego początku sugeruje nam, kto może być zabójcą, przedstawiając czasem wydarzenia z jego punktu widzenia, kładąc nacisk na pewne cechy jego charakteru czy ubioru, to jednak tropy się zapętlają i aż do końca powieści nie możemy jednoznacznie ocenić kto jest kim. Ja sama miałam trzy typy, rozwiązanie nie zaskoczyło mnie aż tak bardzo, jednak podziwiam pisarkę, że udało jej się tak pogrywać z czytelnikiem. Kava przedstawiała także motywację mordercy, wydarzenia z jego przeszłości, które ukształtowały go i naznaczyły na całe życie. Myślę, że to bardzo ważne w powieściach tego typu – wykazanie skąd bierze się w człowieku tyle zła.

„Dotyk zła” to pierwsza z trylogii opowieści o młodej agentce FBI. W dalszych częściach będziemy mogli znów przyglądać się bystrej i atrakcyjnej O’Dell, starającej się rozwikłać najtrudniejsze sprawy. Mimo, że bohaterka na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kruchej, delikatnej kobiety, tak naprawdę wykazuje się niezwykła odwagą i zapalczywością w swojej pracy. Na pewno sięgnę po kolejne tomy, myślę, że muszą być równie dobre.

Książkę polecam wszystkim, którzy lubią napięcie, grozę i emocje. Jest przeznaczona zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet – można w niej odnaleźć chłodny, cyniczny świat gliniarzy, walkę z bestialstwem, a także gorący romans. Czyta się szybko, z zapartym tchem, a jedno wydarzenie goni drugie. Polecam!

Ocena 5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Harlequin & Mira


piątek, 4 listopada 2011

Jakub Małecki: "W odbiciu"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 04, 2011 14 komentarze

Autor: Jakub Małecki
Tytuł: „W odbiciu”
Wydawnictwo: Powergraph
Stron: 304


„Człowiek-pies w moim śnie powiedział, że każda historia ma wiele odbić”

Jakub Małecki ma w swoim dorobku już kilka książek, po których publikacji został okrzyknięty jednym z najzdolniejszych młodych polskich pisarzy. Jego najnowsza powieść „W odbiciu” ukazała się w serii „Kontrapunkty” – cykl ten obejmuje powieści wymykające się schematom, niejednoznaczne, wybitne. Taka właśnie jest jego najnowsza książka: zaskakująca, choć tłem dla jej wydarzeń jest szara codzienność mieszkańców Słupcy.

W niewielkim mieszkaniu na ulicy Długosza zostaje znalezione martwe ciało właściciela. Staruszek według ustaleń został najprawdopodobniej uduszony. Jednak nie to przykuwa uwagę czytelnika, ale coś o wiele bardziej przerażającego, wypływającego z niewiedzy, domysłów i przypuszczeń. Owo mieszkanie było bowiem urządzone niecodziennie: brak kuchni i łazienki rekompensował pusty pokój, z ustawionym pośrodku pianinem. Sąsiedzi wspominali, że zza drzwi często dało się słyszeć muzykę. Gdy Karol, główny bohater powieści, nawiedza to miejsce, odkrywa coś jeszcze: tajemnicze rysunki na ścianach, rzędy zaszyfrowanych cyfr, ściągające zewsząd czarne ptactwo i wyłaniające się z sufitu straszydła – obrazy te jednak znikają tak szybko, jak się pojawiły, a on sam nie wie czy uległ halucynacji, czy rzeczywiście ukazało mu się przerażające monstrum. Wkrótce w okolicy zaczyna dochodzić do serii makabrycznych i dramatycznych wydarzeń.

Bohaterów tej powieści jest kilku. Wspomniany wcześniej Karol – od niedawna bezrobotny, mąż Natalii. Ich małżeństwo przeżywa jednak kryzys, młodzie oddalają się do siebie. Karol pakuje się a tarapaty i kilka razy cudem uchodzi z życiem, jednak połamany ląduje w szpitalu. Jest jeszcze Pielgrzym – kolega Karola, który z powodu miłości do wódki stracił żonę i córkę. Bezdomny błąka się po mieście, cierpiąc na bezsenność i trzymając się z podejrzaną Gurlagą. Bożenka jest ciotką Karola, wzywa go za każdym razem, gdy czeka ją w domu remont. Ojciec Natalii wychowuje samotnie Adasia. Waldek pragnie odbudować związek z żoną, którą zdradzał, jednak od pewnego czasu cierpi na impotencję. Wafel zakrada się z Karolem do opuszczonych fortów. Eugenia, starsza kobieta, nieoczekiwanie dostaje ostateczną diagnozę: w jej mózgu gnieździ się rak wielkości piłeczki tenisowej. Wszystkie te biografie splatają się wokół nawiedzonego mieszkania, wywołującego dramatyczne zmiany w dotychczasowym życiu mieszkańców.

Kiedy zaczęłam czytać książkę J. Małeckiego myślałam, że mam przed sobą powieść obyczajową z elementami dramatu. Jednak gdy na karty powieści zaczęła wkradać się fantastyka i groza zrozumiałam, czym jest owa brawurowa mieszanka groteski, realizmu magicznego i wspomnianej powieści obyczajowej, o jakiej zapewnia nas wydawca. Małecki łączy te gatunki z niesłychaną zgrabnością. Czasem czułam się, jakbym czytała mojego ulubionego Kuczoka, innym znów razem miałam przed sobą sceny jak z horroru „Naznaczony” (w reżyserii J. Wana). W konsekwencji nie mogłam zmrużyć oka w nocy, gdyż z własnej woli nie sięgnęłabym po książkę mrożącą krew w żyłach. Ale udało się, przebrnęłam, choć widmo człowieka z psim łbem będzie chyba chodziło ze mną jeszcze przez jakiś czas.

Największym plusem tej książki jest lekki, ale wyrafinowany styl autora, dlatego książkę czyta się wprost wybornie. Ciekawym zabiegiem było też wprowadzenie kilku naprzemiennych narratorów: przez większą część powieści przemawia do nas Karol, ale czasem oddaje on głos swojej żonie, Pielgrzymowi, pani Eugenii. Dzięki temu patrzymy na kolejne wydarzenia ich oczami i mamy szerszą perspektywę. Finał nie przynosi wszystkich odpowiedzi, zmusza do myślenia nad opisanymi sytuacjami: co było prawdą, co tylko wymysłem wyobraźni? Dokąd zmierza świat i dlaczego tyle w nim zła?

Nie sposób nie wspomnieć też o pięknym wydaniu w twardej oprawie ze śnieżnobiałymi stronicami. Na okładce ukazują nam się jakby rentgenowe skany ludzkich twarzy, rozmyte w kłębach dymu, zlewające się, odbijające. Całość wprowadza nas w mroczny, niejednoznaczny klimat książki.

Książka „W odbiciu” pokazuje nam sylwetki ludzi i możliwości ich dalszych losów. Widzimy ich w tytułowym odbiciu: w oczach innych, w lustrzanych odbiciach, w migawkach z przyszłości. To od nich zależy jak pokierują swoim życiem, mając przed sobą kilka ścieżek wyboru. Jednocześnie zaczynamy uważniej przyglądać się sobie i swoim wyborom. Nie jest to książka łatwa, ale dostarcza czytelniczej przyjemności. To moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem i sądzę, że nie ostatnie.


Ocena 4/6



Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi czytanieszkodzi.pl i wydawnictwu Powergraph


Co czytać?
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon