Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2015

Jeff Lindsay: "Demony Dextera"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 10, 2015 3 komentarze


Jeff Lindsay: "Demony Dextera"
Wydawnictwo: Albatros
336 str.

Serial „Dexter” towarzyszył mi przez dobrych parę lat. Właściwie był jednym z tych tytułów, który zaszczepił we mnie pasję do wątków detektywistycznych. I choć z natury jestem spokojna i unikam brutalności, opowieść o seryjnym mordercy szybko mnie do siebie przekonała. Co prawda, ostatnie dwa sezony były już naciągane, odbiegały od reszty, ale bez względu na to serial należy do moich ulubionych. Od zawsze wiedziałam, że powstał na postawie cyklu książek Jeffa Lindsaya, ale nie miałam okazji się z nimi zapoznać. Aż do teraz :) Na jakimś promocyjnym stosiku w markecie wyszperałam „Demony Dextera” - w dodatku okazało się, że to pierwszy tom. Bez zastanowienia więc umieściłam go w swoim koszyku.

Książka jest tożsama z pierwszym sezonem serialu, opowiada tę samą historię, ale... No właśnie. Serial jest genialny bez dwóch zdań – morderca został uczłowieczony, lubimy go, choć zdajemy sobie sprawę, że działa ponad prawem. Świetnie zarysowano psychologię postaci, wytłumaczono motywy, jakie kierują Dexterem, ukazano Mrocznego Pasażera, przed którym nie może się bronić. Ponadto relacje – rodzinne (z nieżyjącym już ojcem i siostrą), a także wszystkie te układy wewnątrz policji i silne osobowości. Natomiast książka – ehh, licha to opowieść. Oczywiście, Lindsay stworzył Dextera, i to od niego podchodzą wszystkie główne wątki, ale... Książce czegoś brakuje, bohaterowie są zbyt prosto zarysowani, wydarzenia okrojone, napięcie gdzieś znika. Zakończenie też bardzo się różni, i nie ukrywam, że to książkowe wypada blado. Ponadto – kiczowate dialogi. Dexter nie wydaje się ani trochę sympatyczny. To raczej przemądrzały buc bez skrupułów. Ten wizerunek strasznie gryzie się z tym, co proponował serial. A LaGuerta? To straszne, co zrobiono tu z tej postaci! O Ricie też tu bardzo malutko... I Debra – w serialu jest jedną z barwniejszych, ciekawych postaci, tu jest po prostu nudna.


Rzadko to mówię, ale w tym przypadku serial jednak jest górą. I chyba nie będę sięgać po kolejne dzieła Lindsaya, bo raczej mnie rozczarują.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Yann Martel: "Beatrycze i Wergili"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 24, 2014 3 komentarze

















Autor: Yann Martel
Tytuł: "Beatrycze i Wergili"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 240


Gdy czytałam tę książkę po głowie chodziła mi jedna myśl: „wreszcie!”. Już długo brakowało mi podobnego literackiego odkrycia. Znów poczułam tą całą paletę barw i doznań, której tak szukam w książkach: zachwyt, poruszenie, wzruszenie, brak słów, zgorszenie, ból. No ale cóż się dziwić – lubię Martela. Nie tylko za „Życie Pi”, bo chyba z tej książki jest teraz najbardziej u nas znany. Bardziej cenię jego na poły autobiograficzną powieść „Ja”. Już ona budziła skrajne emocje, a „Beatrycze i Wergili” zbudowana jest z podobnym nastawieniem.

Rzecz traktuje o Holokauście, ale tak naprawdę temat ten jest zgrabnie przemycany, delikatnie liźnięty, zakamuflowany. Głównym bohaterem jest pisarz Henry (jego przeszłość jest momentami paralelą biografii samego Martela), który próbuje wydać oryginalną, dwustronną książkę. Zmierza się w niej z tematem żydowskim – o tym jak traktuje się go w literaturze i dlaczego opisuje się tylko fakty, a język metafory w ogóle nie jest zarezerwowany dla tych wydarzeń. Wydawcy jednak odrzucają książkę, uważają że nie zostanie zrozumiana przez czytelników. Zrezygnowany Henry porzuca pisanie i wyrusza z żoną  do miejsca, w którym szuka spokoju, gdzie nikt go nie zna. Tam poznaje osobliwego człowieka – taksydermistę, wypychacza zwierząt. Mężczyzna czyta Henry’emu fragmenty swojej sztuki, gdzie w głównych rolach obsadził zwierzęta: oślicę Beatrycze i wyjca Wergiliego (skojarzenie z "Boską Komedią" Dantego jak najbardziej trafne). W miarę, jak Henry zapoznaje się z kolejnymi scenami zagadkowego dzieła, zauważa, że dialog zwierząt jest tylko pretekstem do przedstawienia okrutnych wydarzeń…


Choć książka jest dosyć cienka i można przeczytać ją w ciągu jednego dnia, ładunek emocjonalny jaki ze sobą niesie, daje niezłego kopa. Lepiej rozsmakowywać się w tej prozie, czytać ją wolno, dając szansę przemyśleniom. Zdania krytyków i czytelników nt. tej pozycji są podzielone. Jedni uważają, że jest wspaniała, bezkompromisowa i odważna. Inni, że Martel przekroczył granice dobrego smaku, że nie powinno pisać się o Holokauście w taki sposób. Ja przyznam, że jestem oczarowana światem, który stworzył. Zaparło mi dech. Może końcówka nie trzyma poziomu całości, ale i tak uważam, że to bardzo dobra książka. Polecam, jeśli lubicie czuć rozdarcie podczas lektury.

środa, 8 sierpnia 2012

Brunonia Barry: "Wróżby z koronek"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 08, 2012 17 komentarze

Na początek wciąż zapraszam do notki poniżej, gdzie oferuję kilka książek do wymiany, a teraz już spieszę z najnowszą recenzją.



Autor:
Brunonia Barry
Tytuł: "Wróżby z koronek"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 432


Łagodny wzór koronek na powiece dziewczyny z okładki sprawił, że wzięłam tę książkę do ręki. Porównanie „równie szokująca jak Szósty zmysł” przekonało mnie, że powinnam się zastanowić nad tym tytułem. Przewertowanie książki i rzut na promocyjną cenę poskutkowały zakupem „Wróżb z koronek” B. Barry.

„Nazywam się Towner Whitney. Nie, to nie całkiem prawda. Właściwie mam na imię Sophya. Nigdy mi nie wierzcie. Kłamię przez cały czas. Jestem szalona… Ostatnie zdanie to prawda.”

Towner, zawiadomiona przez brata o zaginięciu swojej ciotecznej babki Evy, wraca do rodzinnego miasta – Salem. To miejsce, które opuściła kilkanaście lat wcześniej, przywołuje wspomnienia. Nie zawsze słodkie i niewinne. Kobieta, która pragnie przede wszystkim zerwać z przeszłością, będzie zmuszona stawić jej czoła. Wróżby od których starała się uwolnić, znów zdominują jej życie. Kobiety z rodu Whitneyów posiadły magiczną zdolność przepowiadania przyszłości z koronek. Towner jako nastolatka odrzuciła ten dar. Po samobójczej śmierci siostry bliźniaczki, o którą po części się obwinia, poprzysięgła, że nigdy już nie spojrzy w koronki. Ale czy można uciec przed przeznaczeniem? Każdy dar ma swoją cenę…

Powieść przeleżała trochę na mojej półce, gdyż po początkowej fali entuzjazmu szybko przyszło zniechęcenie – książka zdobywała raczej niskie noty w recenzjach, które napotkałam. Wreszcie nadszedł czas, by dać jej szansę. Początki były trudne – język powieści momentami wydawał mi się zbyt pospolity, prosty. Pojawiały się też odstraszające kwiatki (typu: „poinformowałam szpital, że zamierzam iść na studia, jak pierwotnie zamierzałam”). Jednak później z każdą kolejną stroną postać zagubionej Towner stawała mi się coraz bliższa. Bohaterka bardzo leniwie odsłania przed czytelnikiem kolejne sceny ze swojej przeszłości, sama odkrywając je na nowo – po leczeniu w szpitalu psychiatrycznym jej pamięć krótkotrwała uległa uszkodzeniu. Czasem nie jesteśmy pewni, czy wydarzenia, o których opowiada, miały miejsce w rzeczywistości, czy może jej się przyśniły? A może je sobie wmówiła? Bardzo szybko można zauważyć, że w tym schemacie jest jakaś luka, że coś tu ze sobą nie przystaje, gdzieś pomiędzy niedomówieniami czai się druga prawda. To książka z tych, które tak lubię – wymaga czytania między wierszami, skupienia uwagi i wyciągnięcia wniosków, nie zawsze zgodnych z tymi, jakie przedstawia bohaterka.

Książkę czyta się szybko – o ile damy jej się ponieść, przekonamy się do jej niecodziennej natury. Rozdziały są bardzo krótkie. Każdy z nich poprzedza porada z „Podręcznika wróżenia z koronek”. Akcja często cofa się wstecz, do dzieciństwa bohaterki, jednak brak tu wyraźnego ukonkretnienia czasu („tamtego lata”, „pamiętam jak”). W pewnym momencie poznajemy świat z zapisków, jakie Towner prowadziła w szpitalu. Czasem narracja z pierwszoosobowej przeskakuje w trzecioosobową – dzięki temu zwiększa się i nasz kąt widzenia.

Chociaż miałam swoje przeczucia i przypuszczenia co do interpretacji pewnych fragmentów, zakończenie książki i tak mnie poruszyło. Cieszę się, że sięgnęłam po tę pozycję i że nie zniechęciłam się różnymi opiniami. Uważam, że naprawdę warto przeczytać „Wróżby z koronek”. Nie chcę zdradzać, jakie książki mi przypomniała, żeby nie odkryć za bardzo sekretu, który w sobie skrywa, powiem jednak, że dla lubiących niejasności i odszukiwanie drugiego dnia w każdym słowie będzie to powieść idealna. Wolę niedomówienia niż niepotrzebny patos i banał. Ta książka działa właśnie w taki sposób. Oczywiście, o ile zostanie zrozumiana przez czytelnika.

Ocena: 4,5/5

wtorek, 1 maja 2012

Kazuo Ishiguro: "Pejzaż w kolorze sepii"

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 01, 2012 13 komentarze

Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł: "Pejzaż w kolorze sepii"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 248

„Pejzaż w kolorze sepii” K. Ishiguro to był wybór na chybił – trafił. Przeglądałam książki na stoisku z promocjami i w oko wpadła mi delikatna, lawendowa okładka. Trzeba przyznać, że ma swój urok. Ponieważ samobójstwa w literaturze są dla mnie tematyką atrakcyjną, nie wahałam się już dłużej. Zdecydowałam się na bliższe spotkanie z japońskimi bohaterami książki.

Etsuko jest mieszkającą w Anglii japońską wdową, która osiedliła się w tym kraju wychodząc za mąż po raz drugi. Co dnia prześladuje ją wspomnienie zmarłej córki z pierwszego małżeństwa. Keiko najpierw wyjechała z domu, a potem popełniła samobójstwo. Była osobliwą, zamkniętą w sobie dziewczyną. Dlaczego? Matka próbuje rozwikłać ową zagadkę, przenosząc się pamięcią w przeszłość. Odwiedziny drugiej córki są do tego doskonałym pretekstem. Etsuko przenosi czytelnika w czasy powojennego Nagasaki. Mieszkańcy miasta próbują pogodzić się ze śmiercią bliskich po ataku atomowym, odbudować swoje życie, powrócić do normalności. Etsuko zaprzyjaźnia się z Sachiko, samotnie i dość kontrowersyjnie wychowującą swoją córkę, Mariko. Przeszłość i teraźniejszość zlewają się ze sobą, wywołując niepokojące wrażenia.

Kazuo Ishiguro to brytyjski pisarz, urodzony w Japonii. Pierwsze lata swego dzieciństwa spędził, podobnie jak bohaterka książki, w Nagasaki. To pozwoliło mu dodać książce realizmu, przeniknąć dusze zbłąkanych, samotnych Japończyków. „Pejzaż…” jest debiutem powieściowym autora, znanego z bestsellerowych powieści „Okruchy dnia” i „Nie opuszczaj mnie”. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z jego twórczością.

Już po przeczytaniu pierwszych stron zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z powieścią trudną w odbiorze, napisaną dziwnym, pokrętnym stylem, wymagającą skupienia i uwagi. Ishiguro nie ułatwia nam lektury – bohaterka, którą uczynił narratorem, buduje swoją opowieść z reminiscencji przeplatanych współczesnością. Czasem trudno odróżnić, o jakich czasach aktualnie opowiada – używa niewiele mówiących okoliczników: „tego lata”, „tego popołudnia”, „tamtego dnia” – ale nigdy nie podaje konkretów. Jej pamięć jest pełna luk, niedokładności i przekłamań. Świat, który przed nami roztacza, wydaje się przejaskrawiony, sztuczny, wyzuty z uczuć. Bohaterowie prowadzą grzecznościowe, wręcz drażniące, syntetyczne rozmowy. Czasem w ogóle się nie słuchają – każde prowadzi własny monolog, od czasu do czasu udzielając głosu drugiemu. Przeważają niedomówienia, fragmentaryczność, a wspomnienie miesza się z wymysłem. Oglądamy wyblakłą fotografię w kolorze sepii, a moment, który uwiecznił fotograf, zostaje opowiedziany przez Etsuko zgodnie nie z tym, co przedstawia, ale z tym, jak ona zachowała to w pamięci.

Klimat powieści jest bardzo niepokojący. Szczerze mówiąc, momentami czułam się tak, jakbym właśnie oglądała dobry thriller psychologiczny. Owe niedopowiedzenia, sygnalizowane tylko wydarzenia, przybierały karykaturalny, wynaturzony wymiar. Tajemnicza kobieta, nawiedzająca małą Mariko, chcąca zabrać ją za sobą, albo na pozór niewinne pytania: „Co masz w ręce?” sprawiały, że włosy jeżyły mi się na głowie. Granica między jawą a sennym koszmarem zacierała się.

Zakończenie książki pozornie nie przynosi żadnych rozwiązań. Poboczne wątki, lewie napoczęte, nigdy nie zostają kontynuowane. Tajemnica śmierci Keiko nie znajduje rozwiązania. Dalsze losy bohaterów rozmywają się – zostają porzucone, zapomniane. Bohaterka w swoich wspomnieniach zawsze jest w zaawansowanej ciąży, jakby czas się zatrzymał. Właściwie przez chwilę może się wydawać, że książka ta pozbawiona była jakiejkolwiek logiki, sensu. Ale chwilę później przychodzi objawienie, zwalające z nóg.

Wszystkie stylistyczne zabiegi autora mają swój ukryty sens. Zaakcentowane zdania nabierają nowego znaczenia. Nienaturalne zachowania nagle zaczynają znaczyć coś zupełnie innego. Z poplątanych, fragmentarycznych wspomnień wyłania się drugie, głębsze dno. Wszystkie nasuwające nam się w trakcie czytania podejrzenia stają się zasadne, trafne. Okazuje się, że nie to, co widzimy na pierwszy rzut oka, ale to ukryte głębiej, okazuje się prawdziwą historią. Etsuko wybiera pokrętną grę z samą sobą, by uporać się z wyrzutami sumienia. Ale czy to coś dziwnego? Myślę, że w podobny sposób zachowałoby się wiele osób, dotkniętych podobną traumą.

Kiedy czytałam „Pejzaż…” miałam mieszane uczucia, trudno było mi się odnaleźć w tej książce, wyśledzić rysy jakiejkolwiek spójnej fabuły. To książka z gatunku tych, w których autor pozostawia czytelnikowi wolną interpretację. Daje nam tylko tło, pozostawiając puste miejsca, w które sami powinniśmy dopisać resztę. Od czytelnika wymaga koncentracji i umysłowej pracy, jednak efekty przechodzą najśmielsze oczekiwania. Oczywiście polecam wszystkim, którym niestraszne zmagania z własną wyobraźnią.

Ocena 5/6

poniedziałek, 19 marca 2012

Ronlyn Domingue: "W zbawiennej próżni"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 19, 2012 11 komentarze

Autor: Ronlyn Domingue
Tytuł: "W zbawiennej próżni"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 352



"On nadal cię ma, chociaż nie żyje."



Do przeczytania „Zbawiennej próżni” R. Domingue przekonało mnie jedno – porównanie klimatu tej książki do „Nostalgii anioła” A. Sebold. I choć zwykle traktuję podobne zestawienia z przymrużeniem oka, bo bywają na wyrost, tu jednak dałam się przekupić. „Nostalgia…” jest jedną z moich ulubionych pozycji (ktoś czytał?) i cieszyłam się na myśl, że znów będę mogła zanurzyć się w podobny, nostalgiczny świat. Tym razem udało się, jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana.

Razi nie żyje od kilkudziesięciu lat. Jej duch jednak pozostaje na Ziemi – tkwi pomiędzy, pozwalając na obserwowanie życia innych ludzi, uniemożliwiając jednak uczestniczenia w nim w sposób namacalny. Kobieta nie może przebywać w pobliżu swojego grobu, opuściła też rodzinę, przyjaciół i ukochanego – przebywanie w ich pobliżu działa bowiem destrukcyjnie zarówno na ducha, jak i na ludzi, ale nie znaczy to, że zapomniała. Każdy dzień, każdą minutę poświęca na rozpamiętywanie swojej przeszłości, na opłakiwanie życia, które zostało jej odebrane w młodości, w najlepszym momencie. Wciąż zastanawia się co stało się z jej ukochanym i ta obsesja wyniszcza ją. Nieoczekiwanie pewna biblioteczka pełna wspomnień splata losy Razi z młodą parą – Amy i Scottem. Duch dziewczyny uzależnia się od ich towarzystwa, odnajdując w ich historii echa własnej. Towarzyszy im, odkrywając sekrety nie tylko z ich życia, ale również ze swojego…

„W zbawiennej próżni” jest książką specyficzną, którą albo odłoży się ze zniechęceniem po kilku stornach, albo będzie się czytać z wielkim zaangażowaniem. Należę do tych, którzy tę książkę po prostu czują.

Dwie przeplatające się ze sobą historie – ta sprzed lat, której bohaterką jest Razi i ta dziejąca się tu i teraz, w której śledzimy udręki młodej żony, Amy, mają wiele cech wspólnych. Jedna prowokuje drugą, pewne wydarzenia wywołują wspomnienia o innych. Na końcu okaże się, że ta więź zacieśni się jeszcze bardziej. Sposób, w jaki wszystko nagle się tłumaczy i uzupełnia jest bardzo ciekawie pomyślany. Ale wszystkie puzzle układanki dopasują się dopiero na końcu. Wcześniej mamy tylko poszlaki, domniemania, intuicyjne powiązania.

Książka R. Domingue to opowieść o dramacie. O życiu, które zostaje zakończone w najmniej spodziewanym momencie i wszystkich tych szansach, których nie zdołało się wykorzystać. Ale przede wszystkim książka pokazuje jak trudno jest tym, którzy pozostają. Jak bardzo boli śmierć osoby, którą się kochało. I ile można stracić pogrążając się w niekończącej się żałobie. Jak śmierć jednostki wpływa na losy innych. Jest to też opowieść o poszukiwaniu siebie, odnajdywaniu sensu w życiu, odbudowywaniu z popiołów. Czasem daje nadzieję, innym razem ją pogrąża. I wreszcie – historia miłości silniejszej niż śmierć. Tak pięknej, że wyciska z oczu łzy. I niejednej…

To powieść przede wszystkim prawdziwa, zaciskająca gardło. Książka, która aż krzyczy do czytelnika. Niełatwa i niewesoła, ale dla sympatyków nostalgicznych opowieści z pewnością lektura niezapomniana.

Ocena: 5/6

czwartek, 1 marca 2012

Melissa Panerello: "Zapach twojego oddechu"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 01, 2012 20 komentarze


Autor: Melissa Panerello
Tytuł: "Zapach twojego oddechu"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 152



Skusiła mnie przepiękna okładka. I promocyjna cena na jakimś stoisku – nabyłam tę książkę za jedyne 4 zł. Recenzje na skrzydełkach też niczego sobie – Melissa Panerello, młodziutka włoska pisarka, która zadebiutowała w 2002 r. skandalizującą powieścią „Sto pociągnięć szczoteczką przed snem”. 17-letnia wtedy autorka w owym pamiętniku zwierzyła się ze swojego wybujałego życia seksualnego, wstrząsając opinią publiczną. „Zapach twojego oddechu” jest jakby kontynuacją, a więc kolejnym autobiograficznym zapisem, bohaterki-Melissy, która po latach poszukiwań odnajduje w końcu swojego „księcia z bajki”.

Muszę przyznać, że rzadko trafiają się podobne książki. „Zapach twojego oddechu” przywiódł mi na myśl internetowy blog – spontaniczny opis często nie powiązanych ze sobą scen, myśli i skojarzenia zrozumiałe tylko przez autorkę, dla czytelnika stanowiące raczej zagadkę, odkrywanie najintymniejszych przeżyć bez cienia wstydu. Bohaterka, jaka wyłania nam się z tych fragmentarycznych opisów, to osoba obezwładniona przez różnego rodzaju zjawy i koszmary, chorobliwie zazdrosna i pełna obsesji. W jej wspomnieniach często pojawia się postać matki, do której zdaje się kierować swoje przemyślenia. Melissa jest osobą trudną, nieszczęśliwą, zagubioną. Książka zaś jest bardzo chaotyczna, migawkowa, brak tu spójnej fabuły czy - w zasadzie – jakiejkolwiek fabuły. Czyta się ją raczej ciężko, mimo niewielkiej objętości.

Podsumowując, muszę niestety stwierdzić, że straciłam czas zagłębiając się w tę książkę. Jest banalna i niczego nie wnosi. Przesycona mądrościami w stylu „Kocham cierpieć i dlatego muszę zadawać sobie ból”. Do mnie to nie trafia… Choć podobały mi się pewne momenty, całość wywołałą na mnie negatywne wrażenie. Nie czytałam pierwszej powieści tej pisarki, ale szczerze mówiąc, nie mam zamiaru nadrabiać zaległości. Panerello po prostu mnie rozczarowała…


Ocena: 2,5/6

poniedziałek, 7 listopada 2011

Guillaume Musso: "Ponieważ cię kocham"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 07, 2011 13 komentarze

Autor: Guillaume Musso
Tytuł: "Ponieważ cię kocham"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 304





"Zanim państwo zabiorą się do lektury, chcę poprosić o dyskrecję: proszę nie zdradzać zakończenia książki przyjaciołom!"


„Ponieważ cię kocham” G. Musso to moje drugie (po „Wrócę po ciebie”) spotkanie z tym popularnym francuskim pisarzem. O ile w przypadku poprzedniej powieści miałam jeszcze niesprecyzowane zdanie na temat tego pisarza, o tyle owe rozterki pogłębiły się wraz z kolejną lekturą. Ale o tym za chwilę.

W centrum handlowym, wskutek nieuwagi opiekunki, znika 5-letnia Layla. Jej rodzicami są: znana skrzypaczka, Nicole i światowej sławy psycholog, Mark. Śledztwo niczego nie wykazuje, mijają tygodnie i miesiące, a dziewczynka nie zostaje znaleziona. Nikt też nie zgłasza się z żądaniem okupu. Małżeństwo rozpada się. Mark, dotąd pomagający w terapiach ludzi przechodzących kryzys, teraz sam nie jest w stanie sobie pomóc. Odchodzi od żony i zaczyna wieść życie bezdomnego nędzarza. Mija pięć lat od tragedii. Nieoczekiwanie dziewczynka odnajduje się w tym samym centrum, gdzie zgubiła się wcześniej. Co działo się z Laylą przez cały ten czas? Dlaczego wróciła? Jak jej powrót wpłynie na losy bohaterów? Powrót córki to nie jedyna niespodzianka, jaka czeka na pogrążonego w żalu ojca.

Oprócz wątku głównego, w powieści mamy wiele pobocznych, równie istotnych. Alyson jest dziedziczką fortuny, prasa jednak żeruje na niej z innego powodu: młoda kobieta co rusz wywołuje jakiś skandal i jest pożywką dla brukowców. Evie wychowywała się w trudnych warunkach, walcząc o przeszczep wątroby dla chorej matki, byłej alkoholiczki. Po jej śmierci, pragnie tylko jednego – zemsty. Connor wyrósł w biednych dzielnicach, przyjaźniąc się z Markiem. W dzieciństwie przeszedł piekło – przez lata dochodził do siebie po straszliwej napaści, której padł ofiarą. Teraz jest psychologiem i pomaga innym, jednak koszmary przeszłości nie dają mu spokoju.

Musso ma bardzo charakterystyczny styl prowadzenia swoich opowieści: krótkie rozdziały oznacza różnymi sentencjami, cytatami, które czerpie ze swoich lektur i filmów. Czas i miejsce akcji oznacza krótkimi notami („Grudzień 2006”, „Ta sama noc. Piąta rano”, „Dzisiaj. Na pokładzie samolotu. 18.30”, „Las Vegas, Nevada. Październikowy wieczór. Dwa lata wcześniej.”). Jest to o tyle ważne, że pisarz uwielbia retrospekcje: czasem miałam wrażenie, że większość akcji dzieje się w przeszłości, bohaterowie nałogowo wracają do swoich wspomnień, co czasem wpływa niekorzystnie na lekturę. Zapominamy bowiem o bieżących wydarzeniach, wpadamy w czasową pułapkę i musimy poświęcić trochę uwagi na uporządkowanie wydarzeń według ich chronologii. Te migawki odbywają się też na kilka sposobów: czasem to po prostu monolog bohatera, wspomnienie, czasem w sposób bardziej nowatorski: przez np. przedstawianie prasowych artykułów.

Pisarz wprowadza w swoją opowieść bardzo wiele złożonych postaci. Ich historie momentami stają się przerysowane, nadzwyczajne, wręcz nieprawdopodobne. Musso lubi serwować nam wzruszenia, niebezpiecznie ocierając się o banał. Losy tak wielu osób zazębiają się, krzyżują ze sobą wręcz z niemożliwą przypadkowością. Ale mimo tych wszystkich usterek czytelnik daje się porwać historii, może przymknąć oko na wszystkie ozdobniki i zżyć się z bohaterami i ich dramatycznymi losami. Zaskakujące zakończenie to także domena autora i jeden z walorów powieści. Szczerze mówiąc długo nie spodziewałam się takiego rozwiązania, dopiero pod koniec coś zaczęło mi świtać w głowie.

Podsumowując – nadal nie wiem jak ocenić twórczość G. Musso. Niewątpliwie jego powieści mają w sobie to „coś”, zatrzymują, poruszają i przykuwają uwagę. Dużym plusem są tu także barwne postacie, nieoczekiwane zakończenie i świetna, wartka akcja. Ale z drugiej strony niektóre motywy są powtarzalne, nudne, nieprawdopodobne, a styl jednej powieści za bardzo przypomina drugą. Mimo wszystko sięgnę na pewno jeszcze po inne dzieła tego pana, żeby sprecyzować i ugruntować swoje zdanie.

Ocena 4/6

poniedziałek, 3 października 2011

Alexandra Potter: "Kim jest ta dziewczyna?"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 03, 2011 9 komentarze
Dzisiejszy dzień zaczynam od bardzo miłej dla mnie wiadomości :) Czekałam z publikacją recenzji książki "Kim jest ta dziewczyna?", ponieważ brała ona udział w konkursie i otrzymałam dziś info, że zajęłam w nim I miejsce. Link do recenzji: klik.

Na blogu zamieszczam jej rozbudowaną wersję, gdyż niestety wymogi konkursu sprawiły, że skracałam tekst chyba z 5 razy :P



„Wyobraź sobie, że spotykasz młodszą wersję samej siebie…”. To prowokacyjne hasło, umieszczone na okładce powieści Alexandry Potter: „Kim jest ta dziewczyna?”, elektryzuje i od razu zwraca uwagę czytelnika. To nie jedyne, co przyciąga wzrok. Utrzymana w jasnych barwach okładka opatrzona jest zdjęciem ładnej, młodej dziewczyny. Na nasze usta ciśnie się od razu pytanie, które jest zarówno tytułem książki, podkreślonym przez mieniące się, wypukłe litery – ta kompatybilność dodaje całości jeszcze lepszego wyrazu. Następnie wzrok czytelnika kieruje się na skrzydełka okładki – możemy dzięki nim, z jednej strony, poznać zarys fabuły książki, z drugiej – zapoznać się z sylwetką autorki. Pierwsza ocena wypada korzystnie, więc czytelnik powinien z zainteresowaniem zagłębić się w lekturę.

Charlotte ma 31 lat, wiedzie stateczne, ustabilizowane życie – prowadzi małą, ale coraz lepiej prosperującą agencję PR, ma bystrego, wyrozumiałego mężczyznę u boku, pilną współpracowniczkę, a także oddaną przyjaciółkę. Ma życie, o jakim zawsze marzyła, a przynajmniej tak jej się wydaje. I nagle pewnego dnia wszystko się zmienia – za sprawą tajemniczego zawirowania czasoprzestrzeni Charlotte przenosi się w czasie o dziesięć lat i spotyka młodszą wersję siebie. Jest przerażona: dziewczyna, którą była, to jej całkowite przeciwieństwo. Bez grosza, żyjąca z dnia na dzień, kochająca balangi i jednonocne przygody z podejrzanymi typami, mieszkająca w obskurnej klitce i przede wszystkim nieodpowiedzialna – Charlotte jest zrozpaczona widząc ten jaskrawy obrazek… Postanawia jednak wykorzystać szansę, którą daje jej los i udzielić swojemu pierwowzorowi kilku cennych rad, by ustrzec ją przed popełnieniem całej serii feralnych błędów. Okazuje się jednak, że role szybko się odwrócą, a ów niecodzienny kontakt przyniesie obustronne korzyści.

Początkowo książka wydaje się trudna do przebrnięcia, mimo zachęcającej szaty graficznej i zalążka fabuły. Narracja pierwszoosobowa, będąca zapisem z punktu widzenia Charlotte, może irytować, gdyż główna bohaterka nie należy do najsympatyczniejszych. Trudno utożsamić się, a tym samym zaprzyjaźnić, z tą hipochondryczką, która żyje tylko pracą, zawsze pod telefonem, nie ma czasu dla rodziców i przyjaciół, myśli wyłącznie o karierze, nie czuje nic do swojego partnera, ale okłamuje się, że jest inaczej (zresztą nie tylko w tej kwestii), cierpi na tysiące urojonych alergii, a kontakt z młodszą wersję siebie bierze początkowo za symptomy raka mózgu. Denerwujący był dla mnie zwłaszcza styl jej wypowiedzi, rodem z powieści Meg Cabot (m.in. popularna seria „Pamiętnik księżniczki”), który o ile sprawdza się w przypadku powieści młodzieżowych, brzmi komicznie w przypadku historii 31-letniej, dojrzałej kobiety. Styl autorki co prawda jest błyskotliwy, ale pewne figury są nadmiernie eksploatowane, przez co brak im polotu (m.in. liczne zaprzeczenia, naprostowania: „Trzymam tam zapas batoników zbożowych, ot tak, na wszelki wypadek. No dobrze – nie są tylko na wszelki wypadek (…). Batoniki smakują jak ciasteczka owsiane i są pyszne. Właściwie nie takie znów pyszne. Prawdę mówiąc, przypominają mi sucharki (…)”.

Ale gdy już chciałam spisać tę powieść na straty, będąc nią po prostu rozczarowana, coś zaczęło się wreszcie dziać. Akcja nabiera tempa dopiero wtedy, gdy bohaterka odnajduje swoje wcielenie i zaprzyjaźnia się z nim, wywiązuje się wtedy jeszcze kilka pobocznych wątków, które idealnie spajają całą historię. Pojawiają się nowe postacie, a i nasza bohaterka zaczyna przeżywać istną metamorfozę, działającą oczywiście na jej korzyść. Powieść staje się zdecydowanie lepsza, a rozwiązanie fabuły i zakończenie oceniam na plus.

Czytając książkę czytelnik wielokrotnie stawia się w pozycji Charlotte i zastanawia się: co sam zrobiłby na jej miejscu? Jak pokierowałby swoją młodszą wersją siebie? Dopiero po chwili namysłu zdajemy sobie sprawę, że czasem porażki i potknięcia są konieczne, by później móc docenić to, co daje los. Dla Charlotte spotkanie z samą sobą to najlepsza lekcja, dzięki której może porównać swoje dawne plany i marzenia z obecnymi i wyciągnąć dla siebie ważne wnioski. Na to, kim jesteśmy, składa się suma naszych przeżyć. To one nas kształtują i prowadzą. To prawda oczywista, do której jednak najtrudniej dojść samemu.

Książkę A. Potter polecam wszystkim tym, którzy w natłoku obowiązków zapomnieli już, jak wyglądało ich życie, gdy mieli naście lat. Lektura o kobietach, a więc dla kobiet, w każdym wieku, ale nie tylko - sądzę, że panowie też mogą się z niej wiele dowiedzieć: mowa tu przecież także o miłości, o szukaniu partnera idealnego, o planowaniu wspólnej przyszłości, a także o roli przeznaczenia w naszym życiu. Dla tych młodszych czytelników książka jest dobra radą, by nigdy nie rezygnowali ze swoich marzeń, nawet tych na pierwszy rzut oka niewykonalnych. Powieść skłania do refleksji - potrafi odmienić, prócz życia głównej bohaterki, także i nasze, a to jej największy atut. Serdecznie polecam!

Ocena: 4/6

wtorek, 13 września 2011

Guillaume Musso: "Wrócę po ciebie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 13, 2011 6 komentarze


Wyobraźcie sobie sytuację rodem z wyśmienitego filmu „Dzień świstaka” z Billem Murrayem w roli głównej. Sfrustrowany, egocentryczny prezenter telewizyjny zostaje zamknięty w pętli czasu. Feralny dzień, spędzany na obchodach tytułowego Dnia świstaka, zwiastującego nadejście wiosny, powtarza się nieustannie, wyprowadzając Phila z równowagi. Dopiero po pewnym czasie bohater zdaje sobie sprawę, że oto los daje mu szansę na wyprowadzenie swojego życia na właściwie tory, a dodatkowo zawirowania czasoprzestrzeni dają mu cenne lekcje i pozwalają na zmianę charakteru, światopoglądu, a także zdobycie miłości.

W powieści G. Musso, genialnego francuskiego pisarza, mamy zbliżoną sytuację. Bohaterem „Wrócę po ciebie” jest wiodący luksusowe życie, bogaty psychoterapeuta, Ethan. Poznajemy go w decydującym momencie – kiedy porzuca swoje dotychczasowe, monotonne życie robotnika budowlanego, zostawia narzeczoną i przyjaciela i bez słowa znika, aby realizować swoje marzenia. Zaczyna czytać, uczyć się, kończy studia, zdobywa wykształcenie, rozwija się. Trafia na dobry moment i otwiera swoją przychodnię, a dzięki sprzyjającemu losowi, wkrótce zyskuje uznanie i rozgłos wśród pacjentów. Pnie się coraz wyżej po szczeblach kariery, a w piętnastą rocznicę ucieczki, jego twarz spogląda z okładki „New York Times”. Zwą go ulubionym psychologiem Ameryki. Wydaje się, że ma wszystko, o czym tylko można śnić, jednak prawda jest nieco bardziej złożona…

Ethan dla sławy poświęcił wszystko, co w jego życiu miało sens. Najpierw opuścił dom i przyjaciół. Później zakosztował prawdziwej miłości, u boku stewardessy Celine. Jednak ją także zostawił, ruszając dalej. Będąc u szczytu nie ma nikogo, na kim mógłby się oprzeć. Jego życie wypełnione jest bogactwem, ale brakuje w nim ciepła, życzliwości i miłości.

Opis wydawcy zdradza wiele, może trochę za dużo. Dowiadujemy się, że 31 października Ethan budzi się u boku rudowłosej nieznajomej i biorąc ją za call girl, szybko opuszcza swój jacht, zostawiając jej zapłatę. Nie pamięta wydarzeń poprzedniej nocy, a jego rozklekotany samochód poświadcza, że miały miejsce jakieś dziwne, mroczne wydarzenia. Następnie Ethan bierze udział w nagraniu dla renomowanej stacji telewizyjnej. Wpada do swojej poradni, a tam zastaje tajemniczą dziewczynkę, która chce z nim rozmawiać. Zbywa ją, a chwilę później zbiera żniwo: niedoszła pacjentka popełnia samobójstwo niemal na jego oczach, strzelając do siebie z rewolweru. Dalej jest jeszcze gorzej – Celine powraca, zapraszając go na swój ślub. Dziwne, przygnębiające wydarzenia piętrzą się. Bohater zostaje brutalnie pobity i traci dwa palce, a to nie koniec zamachów na jego życie. Ethan dramatycznie zbliża się do punktu, z którego nie ma już odwrotu.

Książka Musso zorganizowana jest w niekonwencjonalny sposób. Mamy wyraźnie wyodrębnione trzy części „Uciec”, „Walczyć”, „Zrozumieć”, na które składają się serie rozdziałów. Każdy z nich opatrzony jest sentencją, powiązaną treściowo z danymi wydarzeniami. W fabułę oprócz tego wpleciono jeszcze kilka innych, ważnych cytatów, które bardzo mi się podobały. Z reguły zapisuję skrzętnie wszystkie ważniejsze zdania, jakie znajdę w książce, i okazuje się, że autor ma identyczny nawyk, z którego rozlicza się na końcu, w słowach „Od autora”. Właśnie ta konstrukcja książki plus efektowna, przykuwająca oko, subtelna okładka, zadecydowały o tym, że zechciałam zakupić to wydanie. Czytając natknęłam się na kolejne niecodzienności. Chociaż narracja jest trzecioosobowa, autor oddaje czasem głos swoim postaciom, tytułując jakiś podrozdział ich imieniem. Akcja cofa się też niejednokrotnie wstecz, i to nie za sprawą wspomnień bohaterów, ich retrospekcji - nie, dostajemy rozdział opatrzony odpowiednią datą i miejscem wydarzeń, cofamy się w przeszłość i poznajemy pewne wydarzenia (takie jak szczegóły poznania Ethana i Celine, atak terrorystyczny z 11 września, biografie Jimmy’ego i Marisy, a także innych, postronnych bohaterów) tak, jakby rozgrywały się w teraźniejszości – pozwala to uzupełnić braki, wyjaśnić sytuacje, nakreślić okoliczności, ale czasem możemy się pogubić w tych przeskokach. I jest jeszcze kilka obrazków: np. talii kart, liścików, zaproszeń, wplecionych w tekst.

Książkę czyta się bardzo szybko, a powodem nie jest tylko i wyłącznie zbyt duża, jak na mój gust, czcionka. Język jest bardzo prosty, rozdziały są krótkie, także lektura upływa w okamgnieniu. Powieść obfituje w zaskakujące zwroty akcji, nie można się przy niej nudzić i zdecydowanie rozkręca się pod koniec. Autorowi udaje się wywołać w czytelniku wiele emocji, gdyż nieustannie zastanawia się on nad tym kto jest kim, jak potoczą się ostateczne losy Ethana i innych bohaterów i dokąd zmierza to wszystko. Rozwiązanie fabuły zaskoczyło mnie, choć miałam w głowie kilka własnych scenariuszy. Jest trochę… nieoczekiwane i wciąż mam mieszane uczucia co do niego. Ale widzę, że „Wróćę po ciebie”, jak i inne powieści Musso, po które także chciałabym sięgnąć, zbierają pochlebne noty. W skali od 1 do 6 oceniłabym książkę na 4, a to chyba przyzwoita ocena.

Pętla, w której uwięziony jest Ethan pozwala mu na kontrolowanie zdarzeń, odgrywanie ich na nowo, ale okazuje się, że w dramatycznej walce z przeznaczeniem, to wciąż los ma nad nami przewagę. Czy jednak Ethanowi uda się wygrać tę walkę, naprawić wszystkie szkody, ocalić kilka ludzkich istnień, odzyskać miłość i tym samym uratować siebie? O tym możecie przekonać się sami, sięgając po lekturę.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Tony Parsons: "Kroniki rodzinne"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 15, 2011 0 komentarze

            Tony Parsons, brytyjski dziennikarz, znany między innymi z takich bestsellerów jak „Mężczyzna i chłopiec”, „Za moje dziecko” czy „Mężczyzna i żona”, wydał kolejną, entuzjastycznie przyjętą powieść: „Kroniki rodzinne”. Książka zgodnie z tytułem stanowi pewnego rodzaju kronikę z życia trzech sióstr, nierozerwalnie połączonych przeżytą w dzieciństwie traumą, ale zarazem indywidualnych, trzech silnych kobiet, które na co dzień dzielnie borykają się z osobistymi problemami.              
            Cat, Jessica i Megan dorastały w trudnej, aktorskiej rodzinie: ich rodzice byli cenieni przez świat filmu i co rusz zostawiali swoje pociechy z kolejnymi, obcymi opiekunkami, poświęcając się grze aktorskiej. Taki stan rzeczy nie mógł trwać długo – matka dziewczynek, znudzona, ale przede wszystkim zmęczona wychowaniem córek, pewnego dnia po prostu odeszła, porzucając dom i męża, mamiona światłem jupiterów. Odtąd trud wychowania sióstr spadł na najstarszą, Cat, gdyż ojciec, przygnębiony odejściem żony, z jeszcze większą zaciętością zaczął grywać w filmach, nie poświęcając dzieciom należytej uwagi. Takie doświadczenia musiały wpłynąć na dziewczynki i dać o sobie znać w ich dorosłym życiu…     
            Minęły lata, a trzy siostry wyrosły na niezależne, piękne kobiety. Cat, której dotąd przypadała rola opiekunki i głowy rodziny, wyrosła z przeświadczeniem, że nie chce mieć dzieci. Jej celem stało się swobodne, nieskrępowane życie, wolność i niezależność. Spotyka się z mężczyznami, zakłada związki, ale ani myśli się rozmnażać. Środkowa z sióstr, Jessica, ma wspaniałego męża, mieszka w stylowym domu, a do szczęścia potrzeba jej tylko dziecka. Wszystko wskazuje jednak na to, że najwyraźniej upragniony potomek nie jest im pisany, dlatego oboje tym zapalczywiej kontynuują dramatyczne starania o poczęcie dziecka. Siła ich determinacji może położyć się cieniem na tym związku. Najmłodsza z sióstr, Megan, pupilek i bystrzak, rozpoczyna właśnie staż w społecznej przychodni, gdy okazuje się, że zaszła w ciążę z przygodnie poznanym mężczyzną… Jej pierwszą myślą jest aborcja, gdyż nie zamierza rodzic dziecka, którego ojca nie kocha… Losy sióstr, tak różne a zarazem zbieżne, nieustannie się splatają i przenikają. Doświadczenia dzieciństwa wzmocniły ich więzy rodzinne, także siostry są dla siebie najlepszym wsparciem, idealnymi przyjaciółkami i powierniczkami. Jednak kolejne wydarzenia wkrótce wystawią ich więzi na ciężkie próby…
            Może się wydawać, że książka T. Parsonsa to lekka, kobieca lektura, idealna na wakacje, i bez wątpienia tak jest, ale nie do końca. Styl autora, sposób konstrukcji bohaterów i wielowątkowość sprawiają, że choć książkę czyta się szybko i z przyjemnością, dostrzegamy przemyślany kunszt jej konstrukcji. Nie jest to typowe puste czytadło, które można pochłonąć bez zbędnej refleksji, ale dobra, wyśmienita proza.
            Parsons odznacza się niebywałą wrażliwością, tworząc tak wiarygodne, przejmujące portrety kobiet. Jego bohaterki (jak i bohaterowie) to postacie wyraziste, z własną historią i hierarchią wartości. W powieści aż roi się od drugoplanowych wątków, które w ciekawy sposób uzupełniają główny tor narracji. Australijczyk, z którym Megan zachodzi w ciążę powraca, odsłaniając nam swoją perspektywę owej nocy, a także przymiarki do wcielenia się w rolę ojca. Brat męża Jessiki, całkowite przeciwieństwo ułożonego i wiernego Paula, wnosi ze sobą powiew męskiego testosteronu i nigdy niezaspokojonej żądzy, której nie temperuje nawet piękna żona i dziecko. Szefowa Cat, silna i ambitna kobieta, stanowiąca dla niej niezaprzeczalny autorytet, rozpacza po rozstaniu z partnerem. A ojciec sióstr, Jack, niezwykle dumny ze swoich pociech, może wreszcie pomyśleć o swoim życiu osobistym. Wszystkie te przewijające się w powieści poboczne postacie są niezwykle ważne dla całości, a ponadto urozmaicają książkę. Tytułowa kronika wciąż się rozrasta, w miarę jak zapełnia i rozbudowuje się życie sióstr, skupiając coraz to nowsze wątki i relacje.
            Książka, w której centrum jest rodzina, zwraca uwagę na jej rolę w życiu każdego człowieka: nieważne, czy dorastał on w pełnej, szczęśliwej atmosferze rodzinnej, czy wywodził się z rozbitej, niekompletnej, dysfunkcyjnej. Doświadczenia dzieciństwa wpływają na późniejsze życie na wiele sposobów, a powieść odkrywa przed czytelnikiem kilka z nich. Warto sobie zdać z tego sprawę i zastanowić się nad rolą rodziny we własnym życiu, i tym minionym, i przyszłym.          

środa, 20 lipca 2011

A. Sebold: "Nostalgia anioła", "Szczęściara"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 20, 2011 2 komentarze
           

            „Nostalgia anioła” to książka, którą zakupiłam kilka lat temu, jak tylko natknęłam się na nią na półce księgarni. Nie wiedziałam wtedy kompletnie nic o autorce i samej książce, ale zawierała w sobie wszystko to, czego w literaturze szukam. I tak, po kolei: przyciągnęła mnie swoją spokojną, wyważoną okładką w niebieskich barwach, wzruszającym opisem treści, który pokrywał się z preferowaną przeze mnie tematyką (a więc powieściami trudnymi, obnażającymi kłopotliwe tematy, dylematy, problemy, traumy, historie tabu, przerywające milczenie) i zaintrygował początkowymi wersami książki. Zawsze, kiedy przymierzam się do zakupu lub wypożyczenia danej pozycji, otwieram ją na początkowej stronie i wyrywkowo czytam kilka zdań. Jeśli mnie przekonają – czytam, jeśli zniechęcą – zwykle odkładam książkę na bok.
            Powieść A. Sebold zaczyna się od ukazania tragedii głównej bohaterki: czternastoletnia, pogodna Susie opisuje nam moment swojej brutalnej śmierci. Podstępnie zwabiona do tajemniczej kryjówki w ziemi i bestialsko zgwałcona dziewczynka, zostaje zamordowana i trafia gdzieś wyżej – przebywa w swoim prywatnym Niebie, która kształtuje wedle swoich fantazji i pragnień, obserwując z góry dalsze losy swojej rodziny, kolegów ze szkoły, ludzi – świat wciąż bliski, którego jednak przestała być immanentną częścią. W świecie, do którego trafia, wszystko ma znaczenie: to, że mieszkankami są tylko kobiety, to, że otoczenia wydaje się znajome i bezpieczne – Susie w swoim Niebie stwarza to, czego potrzebuje, nie może tylko osiągnąć jednego – znów połączyć się z tymi, których kocha.   
            Autorka stanęła przed nie lada wyzwaniem – napisać powieść ciężką, o cierpieniu i bólu utraty, co zwykle w takich sytuacjach kończy banałem czy wręcz ocieraniem się o kicz. Jednak Sebold wybrnęła: książka niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny, wzrusza, skłania do myślenia, wywołuje gęste emocje, a mimo to autorka zgrabnie przedstawia kolejne sceny, unikając nadmuchanych haseł i niepotrzebnego rozwodzenia się nad nieszczęściem. Dzięki tym zabiegom książkę czyta się jednym tchem, z zaciekawieniem i poruszeniem, wydobywając z niej wiele wartościowych myśli.
            Opisać bestialską krzywdę wyrządzoną dziecku jest trudno, autorka robi to nienagannie. W momencie konania mała Susie wspomina swój dom rodzinny, myśli o mamie, która pewnie niecierpliwie na nią czeka, szykując posiłek w kuchni i o bracie, za którym będzie tęsknić. Opis ten wywołuje skrajne emocje – dziewczynka nie użala się, nie skupia nad swoją krzywdą, nie użala nad swoim losem, przedstawia sytuację z takiej perspektywy, że tym bardziej przerażony i współczujący jest czytelnik – wie on, równie dobrze jak dziewczynka, że koniec jest nieuchronny i jakie będą jego konsekwencje, a jednak jeszcze przez chwilę obserwujemy świat oczami dziecka, które stara się wyjść ze swojego ciała, by nie czuć tego, co z nim zrobiono.
            Chociaż akcja powieści skupia się na osobie Susie i jej próbie pogodzenia się z utratą życia i bliskich, odnalezienia spokoju, ucieczki od horroru, którego doświadczyła i którego pozostałości wciąż w niej drzemią, mamy w powieści ważne drugoplanowe, rozbudowane role: rodzice Susie, jej brat, siostra, niedoszły chłopak, dziewczynka, z którą połączyła ją dziwna więź, i wielu, wielu innych bohaterów. Susie obserwuje ludzi, a te poczynania są dla niej czymś w rodzaju namiastki życia, którego sama nie mogła doświadczyć. Roztkliwia się nad osobą chłopaka swojej siostry, zazdroszcząc jej przeżyć, których sama nie doczekała. Obserwuje żal rodziców i to jak powoli oddalają się od siebie. Nie ocenia, tylko obserwuje. Pozwala zdarzeniom iść własnym biegiem, wyciągając tylko wnioski i spostrzeżenia. Susie śledzi też swojego zabójcę, gorzką pragnąc, by został złapany. Podąża za nim i odkrywa jego sekrety, dowiaduje się, że nie jest jego jedyną ofiarą. Chce krzyczeć na cały głos, gdy ojciec niczego nieświadomy, brata się z sąsiadem, ale niczego nie może zrobić. Mijają lata, wszystko wokół niej się zmienia, a Susie wciąż nie potrafi porzucić rodziny i iść dalej. Została naznaczona i czuje brak życia, którego nie odbyła. Kurczowo trzyma się tego, co ma, nie chcąc stracić rodziny ostatecznie.
            Książkę „Nostalgia anioła” polecam wszystkim tym, którzy lubią przez chwilę podumać nad lekturą, przeżyć wewnętrzne katharsis, pozostać bez słowa. Czyta się ją jednym tchem, mimo ciężkiej tematyki, z przejęciem i ciekawością. Bardzo podoba mi się sposób pisania pisarki: sięganie po retrospekcje, które ukazują nam różne sytuacje z życia Susie, kiedy jeszcze żyła oraz zwracanie uwagi na losy i uczucia poszczególnych członków jej rodziny, akcentowanie ich ewolucji, nastrojów, potrzeb. Śmierć Susie odcisnęła się piętnem na życiu każdego z ludzi, których znała – książka jest zapisem tego procesu, uświadamia jak wielki jest zasięg działania pojedynczej śmierci i ile następstw kryje w sobie. Książka jest zarazem studium zranionych dusz, szukających wyzwolenia, najlepszego ratunku i różnych działań, które bohaterowie podejmują, by wreszcie się uwolnić. To powieść o nadziei, miłości, odkupieniu, dorastaniu i sprawiedliwości, o winie i karze, o utracie i jej zapełnianiu. Na pewno warta przeczytania.

            Debiutancka powieść Sebold porusza temat gwałtu nie bez powodu – autorka w młodości sama padła ofiarą takiego ataku. W swojej kolejnej powieści, „Szczęściara”, zdaje relację z tego wydarzenia i swoich dalszych losów. Autobiograficzna powieść Sebold zbudowana jest na podobnej zasadzie, co jej debiut: już na starcie mamy do czynienia z opisem gwałtu na głównej bohaterce – szczerym i dosadnym. Dalsza część historii to opis późniejszych wydarzeń: dramatyczna walka o ukaranie sprawcy, przesłuchania, zeznania, wskazywanie winnych. Autorka tytułem swojej powieści zwraca uwagę na znaczący fakt: pomimo traumy, którą niesie ze sobą gwałt, spotkało ją szczęście – przeżyła, udało jej się uciec, przetrwać, żyć. Chociaż jej życie naznaczone jest okrucieństwem, chociaż przez wiele lat nie potrafiła stworzyć normalnego związku, odnaleźć radości w seksie, zapomnieć o swoim koszmarze, to jednak w odróżnieniu do bohaterki „Nostalgii anioła”, Alice przeżyła, zmierzyła się z dramatem i wygrała walkę. Powieść, będąca czymś w rodzaju spowiedzi, jest tego najlepszym dowodem.

            Porównując obie książki Sebold, mimo wszystko bardziej przemawia do mnie „Nostalgia…”. Po autobiografii spodziewałam się jeszcze większej dawki wrażeń, uczuć, emocji, a nie wiedzieć czemu, choć to oczywiście tylko moje subiektywne odczucie, książka jak dla mnie jest trochę zimna, mdła. Autorka opisuje to, co zaszło, jakby bez emocji, sucho, choć być może jest to jej sposób na radzenie sobie z tym zajściem - mnie osobiście pozostawia z uczuciem niedosytu. Nie mniej jednak, polecam obie książki pisarki.

            I jeszcze na marginesie chciałam wspomnieć o ekranizacji „Nostalgii anioła…”. Obraz, który sama oglądałam już jakiś czas temu, nie wywołał na mnie takiego wrażenia jak książka. Szczególnie dlatego, że istota opowieści Sebold została pominięta: skalana dziewczynka, która po śmierci przywiązuje uwagę do najcenniejszego wspomnienia, jakie ma: niewinnego pocałunku z chłopakiem, w którym była zakochana, tu zostaje zastąpiona poprzez postać nastolatki, która została „jedynie” zamordowana. Być może wersja złagodzona musiała powstać na potrzeby kina, mnie jednak w obrazie poprzez to czegoś brakuje, zatracają się pewne symbole. Nie mniej jednak malownicze krajobrazy świata, do którego trafia duch Susie po śmierci, urzekają. Zdecydowanie zachęcam najpierw do sięgnięcie po lekturę, a dopiero potem do zmierzenia się z filmem. To chyba prawidłowość, którą najlepiej zachować przy wszelkich konfrontacjach książka-adaptacja.   

            A na koniec, jedne z moich ulubionych cytatów z „Nostalgii…”:            
           

            „Kiedy tamtego popołudnia stałam przy swojej szafce i usłyszałam głos Raya wymawiającego moje imię - tym razem za mną, nie nade mną - wcale nie wydawało mi się to zabawne. Nie było też smutne. Proste czarno-białe określenia, które znałam do tej pory, tu nie znajdowały zastosowania. Czułam się - gdybym miała wybrać jakieś słowo - poruszona. Nie w znaczeniu czasownikowym, ale przymiotnikowym. Szczęśliwa + przestraszona = poruszona.
            - Ray - powiedziałam, ale zanim jego imię zdążyło opuścić moje usta, pochylił się nade mną i schwytał moje otwarte wargi w swoje. Mimo że czekałam na to tygodniami, było to tak niespodziewane, że chciałam więcej.
            Tak strasznie chciałam pocałować Raya Singha jeszcze raz.”

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon