Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2019

Tom O'Neill "Manson"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 09, 2019 1 komentarze


Wyobraź sobie, że dostajesz zlecenie na artykuł o wstrząsającej zbrodni, która tak właściwie nigdy bardzo cię nie interesowała, choć swego czasu żył nią cały Hollywood. Prawie odmawiasz, ale jednak decydujesz się i zaczynasz pracę. Mijają miesiące, termin oddania artykułu wciąż się przesuwa, a ty natrafiasz wciąż na nowe tropy, i to, co miało być zwykłą wzmianką z okazji trzydziestej rocznicy tych wydarzeń, staje się prywatnym dziennikarskim śledztwem. Codziennie przeprowadzasz wywiady ze świadkami tamtych wydarzeń, ślęczysz w archiwach, przeglądasz prasę sprzed lat, próbujesz uzyskać dostęp do akt sprawy, a wszystko to pochłania cię tak bardzo, że zajmujesz się już tylko tym, tracąc kontakt z bliskimi. Ta sprawa cię pochłania. W końcu tracisz zlecenie, ale nie poddajesz się, materiału jest tak dużo, że mógłbyś wydać książkę, szukasz więc wydawcy, a potem kontynuujesz swoje śledztwo, żyjąc z honorarium na książkę, która wciąż nie powstaje. Badasz tyle różnych wątków, docierasz do tylu zatajonych historii, że sam już nie wiesz, czy to wszystko jest naprawdę możliwe. Tak właśnie wyglądało 20 lat poszukiwań prawdy przez Toma O’Neilla, których efektem jest publikacja „Manson”. Myślę, że warto nakreślić ten proces, żeby uświadomić, jak wiele swojego życia włożył autor w zebranie informacji i napisanie tej książki. Historia brutalnego mordu, dokonanego w 1969 roku przez członków sekty, zwanej Rodziną, na której czele stał tajemniczy Charles Manson, zupełnie zdominowała życie dziennikarza. Choć wydawało się, że o sprawie wiadomo już wszystko, w końcu winnych skazano, dotarł on do nieupublicznionych nigdy faktów, które rzucają nowe światło na te wydarzenia. 

Autor nie zaprzecza, że winni zostali ukarani, dowody są wystarczające by potwierdzić rzeź i udział członków sekty w tym, co stało się w willi reżysera Romana Polańskiego. To był brutalny atak, nie mieszczący się w głowie. Ale O’Neill rzuca nowe światło na sam proces i na ludzi zaangażowanych w sprawę. Oficjalna wersja, jakoby ataki były zainspirowane piosenkami Beatlesów i miały podłoże rasowe, nie do końca przekonuje w obliczy faktów, które przedstawia dziennikarz. Ujawnia tuszowane powiązania i fakty, zmieniające się wersje wydarzeń i przemilczenia. W jaki sposób Manson potrafił kontrolować umysły swoich wyznawców, czy mógł zmusić ich do morderstwa? Im dalej, tym coraz demoniczniejsze okazują się fakty: sprawa ma powiązania z gwiazdami Hollywood, z byłymi agentami służb specjalnych, z eksperymentami na zwierzętach i ludziach przy użyciu np. LSD. 

Książka na pewno nie jest dla każdego, ale uważam, że warto po nią sięgnąć, zwłaszcza jeśli lubicie tematykę kryminalną, śledczą i procesową. Podziwiam autora, którym sprawa mordu dokonanego przez sektę owładnęła tak, że podporządkował jej całe swoje życie. To ogromna praca, zamknięta w książce, za którą wielu mu groziło. On jednak odważył się podzielić tym, co udało mu się ustalić, nie bacząc na konsekwencje. Wreszcie, książka pokazuje jak zakłamane i skorumpowane jest środowisko, które powinno nas chronić. Ale wiadomo to nie od dziś… 

Polecam tę pozycję, kawał świetnej roboty. Mimo, że książka nie odpowiada na wszystkie pytania, pokazuje po prostu ukryte fakty i rzuca nowe pytania na sprawę sprzed pięćdziesięciu lat.

poniedziałek, 2 maja 2016

Jenny Martin: "Wyścig"

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 02, 2016 2 komentarze


Jenny Martin: "Wyścig"
Wydawnictwo Akurat
400 str.



Zupełnie inna książka młodzieżowa – bohaterką jest tu bowiem młoda dziewczyna, a jej największą pasją… Oj wcale nie chłopaki, kosmetyki i upiększanie własnego wyglądu, ale rajdy samochodowe! I jest w tym naprawdę świetna. Tak dobra, że wpływowy as skorumpowanego świata, Benroyal, nie cofnie się przed niczym, by reprezentowała go w zbliżających się mistrzostwach.

Jenny Martin stworzyła świat inspirowany takimi hitami jak „Igrzyska śmierci” czy „Zmierzch”. Świat, dzieli się na tych wybranych, którzy mają władzę, wpływy i dostęp do dóbr luksusowych oraz zwyczajnych ludzi, mieszkańców różnych planet, biednych i uciskanych przez korporacje. Akcja rozgrywa się na planecie Castra, lata po tym jak umarła Ziemia. Największą rozrywkę stanowią tu wyścigi samochodowe, w których mogą jechać tylko najlepsi. Widowisko śledzi cały świat, a wysokie zakłady są ulubionym zajęciem tych, którzy mają pieniądze.

Phoebe wplątuje się też w ciekawy trójkąt miłosny. O jej serce walczy sympatyczny, oddany przyjaciel, z którym się wychowała, Bear oraz wygnany ze swojej planety, piekielnie przystojny książę, Cash. Obaj walczą między sobą nie tylko o jej względy, ale również o to, kto poprowadzi ją w zbliżających się rajdach.

Jenny Martin miała oryginalny pomysł na fabułę, bo czegoś takiego jeszcze nie było, ale nie do końca udało jej się podołać. Świat, jaki miała zamiar stworzyć, jest dosyć mglisty, niejasny, opisany bardzo wybiórczo, a to utrudnia odnalezienie się w lekturze. Mam wrażenie, że autorka bardzo chciała dosięgnąć swoich literackich wzorów i przez to trochę za zagubiła. Zwłaszcza w narracji, która prowadzona jest naprzemiennie w czasie teraźniejszym i przeszłym, czasem takie przeskoki są co parę zdań i bardzo zaburza to odbiór. Nie wiem czy te błędy stylistyczne są wynikiem tłumaczenia, czy w oryginalnej wersji jest tak samo. Niektóre rozwiązania są do bólu przewidywalne, sztampowe. Poza tym książka została pomyślana jako część jakiejś większej części – akcja w końcówce zostaje zawieszona, wyraźnie musimy czekać na coś więcej. 

Plus za to, że autorka spełniła swoje marzenie. Jak mówi w posłowiu, od zawsze marzyła o napisaniu i wydaniu własnej powieści. Jej radość jest taka autentyczna. Gratuluję, bo spełnienie takiego marzenia nie jest łatwe. To debiut, więc można na to i owo przymknąć oko.

sobota, 24 stycznia 2015

Cecelia Ahern: "Love, Rosie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 24, 2015 7 komentarze


Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: "Love, Rosie"
Wydawnictwo: Akurat
Stron: 512



Rosie i Alex znają się od dziecka. To para najlepszych przyjaciół, którzy zawsze mogą na sobie polegać. Nawet gdy rodzice Alexa postanawiają się przenieść z Irlandii do Ameryki, przyjaciele nie tracą kontaktu. Dorastają, wymieniając się listami i mailami. Są ze sobą blisko, ale wciąż nie do końca. Choć ich najbliżsi sądzili, że kiedyś się zejdą, losy Rosie i Alexa nie chcą się przeciąć. Czy los da im szansę?

Jestem z tego pokolenia, które wychowywało się na brazylijskich telenowelach :P Zastanawiam się czy autorka również, bowiem powieść „Love, Rosie” ma wszelkie predyspozycje, by na jej podstawie nakręcić tasiemiec. Do tej pory powstał jednak tylko film :P

Po pierwsze, trzeba zaznaczyć, że to powieść epistolarna. Naprzemiennie pojawiają się tu listy Rosie, Alexa i ich najbliższych, notatki, maile, zapisy z czatów. Nic ponadto. Myślę, że to ważna informacja, ponieważ nie każdemu przypadnie do gustu taki sposób opowiadania historii. Po drugie, główny wątek to perypetie miłosne obojga bohaterów, mniej czy bardziej udane. Oczywiście, choć czytelnik widzi chemię między bohaterami, oni nie potrafią jej dostrzec. Mijają lata, które zamiast ich przybliżyć do siebie, wciąż tylko ślą kłody pod nogi. No ale jakoś trzeba było zapełnić te ponad 500 stron. Szkoda, że wypadki, jakie dotykają młodych, są tak absurdalne i naiwne... No bo, jak najprościej rozdzielić najlepszych przyjaciół? Ciążą wpadką? Powrotem pierwszej miłości z lat szkolnych? Powrotem ojca marnotrawnego, który przypomniał sobie że ma dziecko? Zgubienie listu z wyznaniem? Niezgraniem terminów rozwodów?Wszystko rozumiem, w życiu zdarzają się różne wypadki, ale nie wszystkie naraz. Naprawdę ciężko wkręcić się w fabułę, gdy postawy głównych bohaterów po prostu nas irytują a wątki fabularne budowane są po najmniejszej linii oporu...

Bohaterowie stworzeni są w myśl zasady: nadaj każdemu jedną cechę charakterystyczna i wałkuj ją przez kilkaset stron... Skoro Rosie od dziecka lubi hotele, to całe jej życie musi kręcić się wokół tego i głównie o tym może rozmawiać. Skoro Alex zawsze chciał zostać lekarzem, to wystarczy nam wiedzieć o nim tylko tyle, że został uznanym kardiochirurgiem. Życie prywatne, pasje, hobby? No po co, skoro opieramy się na jednym podstawowym założeniu? Na dłuższą metę to jednak nudne i męczące.

„Love, Rosie” to prosta, lekka lektura, którą szybko się czyta. Pisarka operuje swobodnym, dowcipnym stylem, który można polubić. Całość jednak jest dosyć infantylna. Czytamy w końcu o dorosłych, poważnych ludziach, zachowujących się przez całe życie jak para nastolatków. Jest przeciętnie, nie rozumiem tego całego szumu wokół książki i filmu. Dla miłośników lekkich czytadeł jednak coś w sam raz na zimowy wieczór.

wtorek, 21 października 2014

Jo Walton: "Wśród obcych"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 21, 2014 3 komentarze

Autor: Jo Walton
Tytuł: "Wśród obcych"
Wydawnictwo: Akurat
Stron: 368

To właściwie książka o... czytaniu. Główna bohaterka pochłania literaturę z szybkością światła, w bardzo dużych ilościach. Lubuje się w fantastyce – przytacza aktualnie czytane przez siebie dzieła, streszcza je, mówi o swoich wrażeniach, przeżyciach związanych z lekturą, poszukiwaniach książek – dla siebie i bliskich. Fabuła kręci się dookoła tego. Fajnie, ale jednak… bez przesady. 

Mor w wypadku straciła siostrę bliźniaczkę – dziewczyny były nierozłączne. Uciekła od obłąkanej matki i znalazła schronienie u ojca (którego dopiero poznała) i trzech ciotek. Towarzystwo wysyła ją do szkoły z internatem, by mieć kaleką dziewczynę z głowy. Mor prowadzi dziennik, w którym opisuje wszystkie wydarzenia – książka ma formę pamiętnika. Przez to wydarzenia przedstawione są bardzo subiektywnie i trudno wyczuć, czy dziewczyna fantazjuje, by ukoić ból po stracie siostry, czy naprawdę dostrzega wróżki i kontaktuje się z nimi.

To krótkie wprowadzenie zapowiada naprawdę fajną lekturę, jednak w powieści znajdziemy niewiele więcej. Szkoda, że zmarnowano taki potencjał, bo historia „rozdzielonych” sióstr wydawała mi się niezwykle intrygująca. Jednak całość nie zachęca- czytamy tylko o tym, jak Mor czyta, wypożycza książki, czyta, uczęszcza na spotkania klubu dyskusyjnego, myszkuje po księgarniach, czyta, zdaje egzaminy, wspomina swoją rodzinę, pisze listy do bliskich (opisując w nich przeczytane książki), czyta, i tak w kółko… 


Oczywiście, nie można skreślać jej całkowicie. W gruncie rzeczy prawdą jest, że powieści nie można traktowac dosłownie. Warto spojrzeć na nią jak na zapis radzenia sobie ze śmiercią i stratą, z poczuciem inności i całkowita obcością - dla Mori świat książek jest jedynym miejscem, gdzie czuje się bezpieczna i akceptowana. Trzeba się zastanowić nad tym, dlaczego tak jest, i jakie tajemnice ukrywają się między wierszami. Bo tytułowymi obcymi nie są tu wcale stwory rodem z sci-fi, magiczne wróżki i postacie obdarzone mocą nadprzyrodzoną, ale po prostu... ludzie, rówieśnicy Mori, jej otoczenie. Mimo to, można było inaczej poprowadzić ten pomysł - do mnie raczej nie przemówił. 

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon