piątek, 30 grudnia 2016

"The Walking Dead", sezon 7, serial

Autor: Beata Szy dnia 10:46:00 1 komentarze

"The Walking Dead", sezon 7, serial

A właściwie połówka sezonu, bo został on podzielony na dwie, 8-odcinkowe serie, obecnie trwa przerwa, serial wróci na antenę w lutym.

Po widowiskowym, maksymalnie brutalnym finale sezonu 6-tego przez miesiące trwała dyskusja na temat tego, kto zginął z ręki Negana. Wolałam nie śledzić wątków na forach, gdyż chciałam by nowe odcinki mnie zaskoczyły, ale miałam swoje domysły. Fani zastanawiali się, czy serial podąży zgodnie z komiksową wersją, czy też losy bohaterów będą zmierzać w zupełnie inną stronę. Już to wiemy. Pierwszy z nowych odcinków ponownie stanowił „niezłą sieczkę”. Mam wrażenie, że serial próbuje raz za razem przekroczyć kolejne granice, gdyż wcześniej zarzucano mu, że jest mało przerażający, a postacie zombie są kiczowate i śmieszne. Ta brutalność zaczyna mnie przerażać, ale z drugiej strony po jednym krwawym, ostrym odcinku następuje szereg łagodnych, momentami wręcz nudnych. Akcja przyspiesza, by zaraz zwolnić. Mamy więc kolejne opowieści o naszych bohaterach i ich wyborach, myślenie o zemście, dalekie od działania. Jednak lubię w tym serialu takie momenty refleksji, przystanięcie i chwilę na zastanowienie się, dlaczego ludzie obierają taki, a nie inny kurs.

Rick spuszcza z tonu, wielki dowódca zmienia się w posłusznego sługę, który nie ma odwagi wychylić się, sprzeciwić Neganowi. Oglądanie tego jest przygnębiające.

Wielu zachwyca się postacią Negana. Uosabia on w moim mniemaniu zło absolutne, nie ma duszy. Gubernator przy nim to „ciepłe kluchy”. Twórcy póki co nie decydują się na uczłowieczenie tej postaci, nie przedstawiają jego ścieżki, nie mówią w jaki sposób stał się tym, kim jest. Może zrobią to później… Dla mnie jest to kwintesencja zła, i choć są głosy, że właśnie dzięki tej postaci serial odżył i nabrał wyrazu, nie jestem w stanie fascynować się Neganem. Chciałabym, by zniknął.
Serial powoli do tego dąży. Poznajemy nowe obozy, co daje szansę na to, że grupy zbiorą się razem. Alexandria nie musi walczyć sama ze Zbawcami. Część grupy zatrzymuje się na Wzgórzu i stara się przekonać mieszkańców, że muszą walczyć. Istnieje Królestwo, w którym rządzi król Ezekiel. W osadzie Oceanside przetrwały kobiety i dzieci. Wszystkie z tych grup mają zatarg z ludźmi Negana, ale boją się Zbawców, wolą czekać i składać im daninę.

Końcówka jak zwykle melodramatyczna i przywodzi na myśl poprzednie zakończenia. Bohaterowie znów razem, choć nie w komplecie. Każdy sezon niesie ze sobą nowe groby. A jednak grupa nadal istnieje, co daje nadzieję…

Mimo, że serial jest nierówny, i stracił już dawną świeżość, mam do niego sentyment. Nie będę mydlić oczu, że wciąż jest dobry, że zachwyca. Stał się przeciętny, i chyba czas, by się zakończył. Mimo wszystko tak długo śledziłam losy Ricka i jego grupy, że będę z zainteresowaniem czekać na dalsze odcinki.  

sobota, 10 grudnia 2016

Richard Adams: "Wodnikowe Wzgórze"

Autor: Beata Szy dnia 11:16:00 2 komentarze




Richard Adams: "Wodnikowe Wzgórze"
Wydawnictwo Literackie
528 str.



Najtrudniejsze w zaległościach jest to, że im są większe, tym trudniej wrócić. Od kilku tygodni powtarzałam sobie: napiszę coś jutro, napiszę coś w weekend, napisze jak będę miała wolne… A lista tytułów przeczytanych książek i obejrzanych seriali wydłużała się tak, że sama myśl o tym wszystkim znów odbierała mi energię. Trudne to były dni, ale powolutku może uda mi się z tego wyjść. A zacznę oczywiście od zobowiązań, czyli książki recenzyjnej.

„Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa to opowieść o grupie królików, które opuszczają królikarnię w przeczuciu niebezpieczeństwa i poszukują bezpiecznego miejsca, w którym mogłyby osiąść. Mają przy tym po drodze ogrom niesamowitych przygód, czasem niebezpiecznych, innym znów razem zabawnych. Dlaczego w ogóle zabrałam się za książkę o grupie zwierząt, dla których najważniejsze w życiu jest znalezienie króliczek, mogących zapewnić przetrwanie gatunku? Zachęciła mnie nota z okładki mówiąca o tym, że książka uważana jest za jedną z najważniejszych pozycji literatury fantastycznej, a przy tym czerpali z niej Stephen King, J.K. Rowling czy Andrzej Sapkowski. Czytając „Wodnikowe Wzgórza” czujemy, że pobrzmiewają w niej echa „Władcy pierścieni” czy „Opowieści z Narnii”. To książka niezwykła, rozgrywająca się w świecie zwierząt. Bohaterami są właśnie one: króliki, mające własną hierarchię, osąd, a nawet system religijny. Królicze bóstwa? Dlaczego nie. Słuchanie ich opowieści jest jak odczytywanie króliczej Biblii, pełnej przypowieści. To niesamowite doznanie.

Autor włożył wiele trudu w poznanie zwyczajów zwierząt, ich osobliwości i natury. Ale dzięki temu książka wydaje się tak realna i bliska nam, choć przed oczami mamy całkiem niewiarygodną opowieść. Miło było na chwilę zanurzyć się w tym leśnym świecie, gdy na co dzień otacza nas pęd za karierą i nowoczesnością. Książka pozwala się na chwilę zatrzymać i zanurzyć w niezwykłej krainie. A króliki będące głównymi bohaterami tej opowieści, stają się nam bliskie, kibicujemy im, czujemy się za nie odpowiedzialni. Silne charaktery są wielką zaletą tej historii. Mamy tu wielką różnorodność: króliki słabe, podporządkowane i te stworzone do wyższych celów, które chcą przewodzić. Odważne, sprytne i zupełnie wyjątkowe, obdarzone przeczuciami.Długo będę pamiętać mężnego Leszczynka, prowadzącego króliki do celu. W zwierzętach można odnaleźć cechy ludzkie, dostrzec drugie dno opowieści.  Lektura jest gorzką alegorią nas samych.

Czytając, zastanawiałam się do kogo autor kierował swoją książkę. Choć wydawałoby się na pierwszy rzut oka – na co wskazuje piękne wydanie, barwne ilustracje i sama bajkowa tematyka – że mogłaby to być baśń dla dzieci, nie do końca tak jest. Książka opisuje zdarzenia brutalne, króliki również potrafią być okrutne, a ich świat pełen jest czyhających niebezpieczeństw. Jest to więc lektura dla starszych, którzy mogą się rozkoszować niesamowitą wizją autora, jego wiedzą, a także sile fantazji, która stworzyła tak niespotykaną historię. 

piątek, 21 października 2016

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny", wersja ilustrowana

Autor: Beata Szy dnia 11:14:00 1 komentarze
Dziś recenzja trochę nietypowa, bo zdjęciowa. Jestem pewna, że wielu z Was, tak jak i ja z niecierpliwością wyczekiwało tej daty: 21//22 października, premiera książki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko". Wszyscy zastanawiamy się jaka będzie, czy odnajdziemy tam czar poprzednich części Harry'ego, smak dzieciństwa, magii i przygody. Książka trochę błędnie nazywana jest kolejnym tomem, gdyż jest to dzieło całkiem inne, oparte na sztuce, eksperyment. Oczywiście promuje się je nazwiskiem Rowling, ale ile ze stylu pisarki odnajdziemy wewnątrz?

Zanim książka trafi do moich rąk, mam dla Was recenzję pokrewną. Jakiś czas temu zakupiłam pięknie ilustrowane wydanie Harrego Pottera, a obecnie zmierza już do mnie tom drugi - mam nadzieję, że równie piękny.

I co tu dużo mówić - historia znana, tylko w nowej szacie graficznej. Niekoniecznie dla młodszych czytelników, gdyż ilustracje Jima Kay bywają mroczne, nostalgiczne. Bardzo podoba mi się całe wydanie w twardej oprawie, z obwolutą, dobrej jakości papier i bogate ilustracje. Książka jest wydawniczym majstersztykiem i warto ją mieć w swoich zbiorach. Nie będę się rozpisywać, bo przy tym wydaniu najważniejszy jest zmysł wzroku. Mam dla Was kilka zdjęć wnętrza, a zapewniam, że jest tego dużo, dużo więcej :)

Do zdjęć pozowały moje figurki z kolekcji Funko POP :) 





Harry Potter i Kamień Filozoficzny" 
J. K. Rowling
Ilustracje: Jim Kay
Media Rodzina
250 str.

wtorek, 18 października 2016

Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"

Autor: Beata Szy dnia 09:49:00 3 komentarze



Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"
Wydawnictwo Literackie
240 str.



Książka „Jeszcze jeden oddech” Paula Kalanithi jest z rodzaju tych, których się nie ocenia, bo napisało ją życie. Mam problem z takimi tytułami i nieczęsto po nie sięgam – świadomość, że trzymam w rękach autentyczną historię jest równie ekscytująca, co przerażająca; zważywszy że od początku mamy świadomość tragicznego finału opowieści.

Paul był młodym, cenionym neurochirurgiem. Właściwie stał u progu kariery – z sukcesem kończył długoletnią rezydenturę, mam świetne wyniki, opinie, cechowała go wrażliwość i duże doświadczenie; zewsząd napływały interesujące oferty pracy. Ale jego świat wywrócił się do góry nogami gdy z rokującego lekarza zamienił się w cierpiącego pacjenta. Przygniotła go najtragiczniejsza z diagnoz: rak.

Paul jest erudytą, człowiekiem zakochanym w literaturze. Widać to w jego tekście, gdy cytuje poezję z pamięci, gdy zastanawia się nad każdym napisanym zdaniem. Literatura była jego pierwszym powołaniem: zawsze czytał dużo, dzięki swojej mamie, a później zaczął studiować literaturę angielską na Uniwersytecie Stanford. Poszukiwał, stawiał trudne pytania, za pomocą słów chciał zgłębić świat i ludzką istotę, dotrzeć do sedna, poznać tajemnicę śmierci. W pewnym momencie ten środek wyrazu przestał mu wystarczać: jego prace były bardziej naukowe, zainteresowanie biologią dało o sobie znać. Wtedy Paul postawił wszystko na jedną kartę i zmienił ścieżkę rozwoju, skłonił się w stronę medycyny. Ludzki umysł był czymś, co go fascynowało, dlatego wybrał neurochirurgię.

Paul był człowiekiem zdolnym i serdecznym. Choroba najpierw go załamała, a potem dodała mu sił: to dzięki niej zaczął dążyć do spełnienia swojego największego marzenia, napisania książki. Jako pacjent jest postacią bardzo charakterystyczną: sam analizuje reakcje swojego ciała, dyskutuje z lekarzami, podważa ich decyzje, wreszcie daje się prowadzić. Paul chciał żyć, widmo śmierci ciążyło nad nim, odbierało mu to, na co przez tyle lat pracował. Ale choroba pozwoliła też zacieśnić więzi z rodziną, przełamać kryzys, a nawet podjąć decyzję o dziecku. Żona Paula to niesamowita osoba – była przy nim przez cały czas, wspierała jak tylko mogła.

Nie jest to książka, którą chciałabym w jakikolwiek sposób oceniać. Niesie nadzieję, i na pewno jest ważną lekturą dla osób, które zetknęły się ze śmiertelną chorobą. To pozycja wartościowa, zapis ostatnich chwil młodego człowieka, który na własnej skórze musiał doświadczyć tego, co dotąd studiował na papierze i oglądał we własnym gabinecie. Ponadto zainteresowanie literatura daje o sobie znać – Paul pisał świetnie, z wyczuciem, jego język jest bardzo bogaty. Nie doczekał wydania książki, jego historia jest niedokończona, urywa się w pewnym momencie, gdy nie ma już sił, by pisać. Ale tak właśnie musiało być…

Polecam. Przy okazji zamieszczam zdjęcie paczki tuż po rozpakowaniu. Wydawnictwo Literackie mnie zaskoczyło – do egzemplarza recenzenckiego dołączono paczkę chusteczek (to na te wzruszenia) i cudowną zakładkę. Dziękuję! Książka na pewno pozostanie w mojej pamięci na długo.     

czwartek, 6 października 2016

Małgorztaa Warda: „5 sekund do Io”

Autor: Beata Szy dnia 14:56:00 2 komentarze



Małgorztaa Warda: „5 sekund do Io”
Wydawnictwo Media Rodzina
344 str.


Książka „5 sekund do Io” przypomina trochę polski film „Sala samobójców”, ale jest dużo lepsza. Co ja mówię, jest zaskakująco dobra. Zresztą, czułam się podczas lektury tak, jakby to była jakaś dobra, zagraniczna powieść. A to dzieło naszej rodzimej pisarki. Tylko te polskie imiona i nazwiska – Agnieszka, Sebastian, Czapliński, Janek… Brzmiały jakoś tak nie na miejscu, nie pasowały do powieści. Mimo wszystko, książka jest naprawdę dobra, a przez większość czasu bohaterowie operują loginami z gry, więc mamy wrażenie, że przebywamy w jakimś innym wymiarze.

Oglądaliście film „Słoń” o masakrze w amerykańskim liceum? Książka bazuje na podobnych wydarzeniach. W szkole Miki dochodzi do tragicznej w skutkach strzelaniny. Dziewczyna jest naocznym świadkiem śmierci jednej z nauczycielek. Co więcej, zna napastnika. Oboje wzięli kiedyś udział w mistrzostwach gier komputerowych. Oboje są dobrzy, interesują ich gry i nowe technologie. Sebastian jednak pogubił się, a przyczyna była najnowsza gra, dzięki której użytkownik odczuwa temperaturę otoczenia, zapachy, smaki, a nawet ból. Przenosząc się w świat gdy, bohaterowie mają wrażenie, że naprawdę żyją w tej innej rzeczywistości. Seanse niebezpiecznie się wydłużają. Granica miedzy jawą a grą zanika. Mika dostaje swoje zadanie – ma wkroczyć w wirtualny świat najnowszej technologii i dowiedzieć się, gdzie znikają młodzi gracze, których szuka policja. Dziewczyna jest zafascynowana wulkanicznym księżycem Io, który od teraz staje się jej drugim domem. Nie wie jeszcze, jak niebezpieczna jest jej misja.

- Dlaczego to robią? – W pamięci mam obraz tamtej Sali, w której Derek pastwił się nad inteligentnymi avatarami, wykorzystując ich niemoc. – Po co zadają tyle bólu?
- Bo mogą to robić – odpowiada Ian. 

Podobała mi się, i to bardzo. Wciąga, uwodzi, zaskakuje. Przede wszystkim precyzyjnie stworzono wirtualną rzeczywistość, a wydarzenia rozgrywające się na Io są porywające. Książka byłaby znakomitą lekturą szkolną. Jest głosem w dyskusji o szkodliwości gier komputerowych, o rodzącej się agresji wśród graczy i skłonności do przemocy. Mówi o zagrożeniach czyhających na młodych w Internecie, ale obywa się bez sztampowych morałów, można je wyczytać miedzy wersami. Świetny, plastycznie oddany krajobraz. Bohaterowie z krwi i kości, nastolatkowie mierzący się z typowymi problemami jak wykluczenie, rywalizacja, chęć odmiany swojego życia. Książka traktuje też o okrucieństwie, które może wyjść z każdego człowieka, gdy nadarzy się taka okazja. O niebezpieczeństwie bezkarności, którą wydaje nam się że mamy w świecie wirtualnym. 

Nie podobało mi się jedynie zakończenie, ale to już moja osobista ocena. Może o to chodziło, by pozostawić je otwarte, by dać szansę na kontynuację. Nie zmienia to faktu, że nie spodziewałam się tak dobrej lektury, i to powstałej na naszym polskim gruncie. Brawo.
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon