Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 października 2015

Santiago Pajares: "Książka, której nie ma"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 19, 2015 4 komentarze

Santiago Pajares: "Książka, której nie ma"
Wydawnictwo Pascal
460 str.


„Książka, której nie ma” Santiago Pajares'a to pozycja, którą przeczytałam dzięki blogerom – już nie pamiętam na którym blogu, bo było to spory czas temu, zetknęłam się z recenzją tego tytułu i przychylnymi komentarzami. Akurat byłam wtedy w trakcie zamawiania paczki w księgarni internetowej i skusiłam się na tę pozycję. Czy słusznie?

David Peralta pracuje jako redaktor w dobrze prosperującym, małym wydawnictwie. Jednak wkrótce okazuje się, że przyszłość wydawnictwa zależy do niego. Redaktor dostaje tajemnicze zadanie – musi odnaleźć autora najpoczytniejszej serii wydawniczej, który od kilku lat nie napisał kolejnego tomu. Sęk w tym, że nikt nie wie, kim jest pisarz. Nikt nigdy z nim nie rozmawiał, nikt go nie poznał, dotąd maszynopisy były wysyłane na adres redakcji i był to jedyny kontakt z twórcą. David zabiera swoją żonę do małej wioski w Pirenejach, bo tam wiedzie jedyny trop. Pod przykrywką wypoczynku, wciela w życie plan szefa i szuka człowieka, który stworzył fantastyczną „Spiralę”.

Książkę dobrze się czyta, jest przyjemna w odbiorze. Może momentami monotonna, ale ma zwroty akcji, które nadrabiają wcześniejsze chwile nudy. W przypadku narracji trzecioosobowych jednak często mam problem z książką, który wystąpił tym razem – nie wczuwam się tak w całą sytuację, nie dotykam sedna postaci, wszystko wydaje mi się jakby oddalone, a przez to mniej przekonujące. W związku z tym jest to kolejna z tych propozycji, które określiłabym raczej jako średnie – nie zostanie ze mną na dłużej, szybko zniknie w odmętach pamięci. Ale mimo to, chciałam podkreślić, że historia ma swoje mocne momenty i dla wielbicieli powieści przygodowych, będzie jak znalazł. Nie jest to kryminał, wbrew temu co można sądzić zapoznając się z zarysem fabuły, nie jest to powieść sensacyjna, ale ma swoje walory i miło się ją czyta. Powieść z morałem, choć niektóre z przedstawianych tu prawd są bardzo stereotypowe, to po raz kolejny pewnie urzekną. A poza tym – cudowna szata graficzna.

środa, 22 października 2014

Robert Kirkman, Jay Bonansinga: "Narodziny Gubernatora"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 22, 2014 6 komentarze

Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga
Tytuł: "Narodziny Gubernatora"
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Stron: 364

Mam problem z tą książką, ponieważ bardzo lubię serial „The walking dead”, do którego nawiązuje pozycja. Nie miałam jeszcze szczęścia zapoznać się z komiksowym pierwowzorem – to zakup chwilowo nie na moją kieszeń, a w bibliotekach ciężko znaleźć taki rarytas. Książka „Narodziny Gubernatora” powstała przy współpracy Roberta Kirkmana, twórcy komiksu o zombie i jednego z producentów serialu oraz Jay'a Bonansinga, pisarza specjalizującego się w thrillerach. A więc najpierw był genialny komiks o świecie spustoszonym przez żywe trupy, później powstał znakomity serial, ostatecznie historia doczekała się też wersji powieściowej. Pytanie – czy był to dobry pomysł?

Sensacja, thriller czy horror - to nie do końca moja działka, stąd wspomniany zgrzyt. Jednak doceniam bardzo serial i podoba mi się to, jak wiele mówi o naturze człowieka, o odbudowywaniu świata z gruzów i sile przetrwania – z tego powodu sięgnęłam po więcej. Tytuł książki nawiązuje do postaci Gubernatora - poznajemy go w trzecim sezonie serialu. To człowiek, o którym początkowo niewiele wiadomo. Stoi na szczycie miasteczka Woodsbury, utrzymując w nim porządek i chroniąc mieszkańców przed żywymi trupami. Niewiele o sobie mówi, ukrywa nawet własne imię. Jest zagadkowy, pełen sprzeczności. Wyzwala w ludziach zarówno podziw, jak i strach. Początkowo budzi zaufanie, wydaje się opiekuńczy, trzyma w ryzach małą społeczność, umie dowodzić i podejmować ważne decyzje. Jednak w miarę jak go poznajemy okazuje się, że Gubernator ma drugie oblicze. To mroczne, niepokojące, brutalne. Grupa Ricka najpierw z ulgą przyjmuje zaoferowane przez Gubernatora schronienie, później bardzo szybko sytuacja się odwraca, a sprzymierzeńcy stają się największymi wrogami.

Jednak kim naprawdę jest Gubernator, jaka jest jego historia, co robił, nim świat ogarnęła zaraza? Ta książka sięga do korzeni, wyjaśniając naprawdę wiele. Opowiada historię sprzed serialu, niczego nie powiela. Jest to zupełnie nowa, odrębna opowieść. 

Lektura jest dynamiczna, z wartką akcją i barwnie odmalowanymi bohaterami. Ja wolę powieści, w których więcej uwagi poświęca się przeżyciom wewnętrznym, uczuciom i zażyłościom, tu jest tego mniej. Liczy się dynamizm, makabra i walka o każdy kolejny dzień. Myślę, że książka oddaje ducha serialu, nie ustępuje mu pod względem tempa i rozwoju akcji. Właściwie najbardziej podobały mi się końcowe rozdziały, kiedy oglądamy co tak naprawdę stało się z Panny, jak zaważyło to na dalszych losach grupki przyjaciół i wreszcie...w jakich okolicznościach narodził się Gubernator. Taki, jakiego znamy z serialu czy komiksu.

Książek z tej serii jest więcej, pewnie tez przeczytam. Osobiście lepiej bawię się przed telewizorem, jednak książka dostarcza wiedzy, która na pewno zadowoli fanów zombie Może też być czytana w całkowitym oderwaniu od pierwowzoru – straci wtedy jednak smaczki, dostrzegane tylko przez znawców oryginału.

Od strony technicznej mogę doczepić się kilku literówek, ale nie ma książek bez błędów :) Bardzo podoba mi się szata graficzna.

niedziela, 30 czerwca 2013

Neil Gaiman: "Nigdziebądź"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 30, 2013 9 komentarze




Autor: Neil Gaiman
Tytuł: ”Nigdziebądź”
Wydawnictwo: Mag
Stron: 318





- To zdrobnienie od Dee? - spytał.
- Co?
- Twoje imię.
- Nie.
- Jak je wymawiasz?
- Drzwi. Jak coś, przez co się przechodzi.
- Ach tak. - Czuł, że musi powiedzieć coś jeszcze, więc rzekł: - Co to w ogóle za imię? Spojrzała na niego swymi różnobarwnymi oczami.
- Moje imię.


Ten Neil Gaiman, to „Nigdziebądź” ze wstępem tego Andrzeja Sapkowskiego. Już od dawna nosiłam się z uzupełnieniem moich braków jeśli chodzi o twórczość tego poczytnego angielskiego pisarza fantasy, sf i grozy. Nie, żeby to były moje ulubione gatunki – praktycznie rzez ujmując raczej ich nie czytam. Ale pewne nazwiska trzeba znać, a pewne książki przeczytać, wbrew swoim upodobaniom nawet. Muszę przyznać, że nawet się przekonałam. I choć fantasy na pewno nie ma szans predysponować do listy moich najulubieńszych form, to bawiłam się całkiem dobrze z tą zgrabnie napisaną powieścią.

„Nigdziebądź” (już sam tytuł jest urzekający) początkwoo odnosił się do scenariusza serialu telewizyjnego, który autor później zaadoptował na prozę. Ale bez obaw, książka nie powstała na zasadzie „dopiszemy parę zdań do dialogów i wyjdzie nam hit”, pod względem stylistycznym niczego jej nie brakuje. Gaiman pisze całkiem zręcznie, płynne i potrafi zaciekawić. W jego prozie pojawia się wiele elementów humorystycznych i forteli, co też jest wielkim atutem. Również konstrukcja świata przedstawionego ma ręce i nogi – i to niezłe. Podobała mi się koncepcja współistnienia Londynu Pod i Londynu Nad – z tego drugiego wywodzi się nasz bohater, Richard Mayhew. Szary, przeciętny obywatel, mający pracę i narzeczoną, bez większych ambicji. Jego uporządkowany świat wywraca się jednak do góry nogami, gdy decyduje się pomóc zranionej dziewczynie, leżącej na ulicy. Jego spotkanie z Drzwiami – bo takie imię nosi owa zagadkowa postać – przyciągnie problemy, i to dosyć spore. Ale także odmieni życie, bo czasem to, przed czym najbardziej uciekamy okazuje się tym, co daje nam najwięcej.

Historia może nie jest zbyt skomplikowana i odkrywcza,ale ubarwiają ją niesamowite postacie. Mamy tu duet opryszków z którymi lepiej nie zadzierać – ich dywagacje na temat tego co i w jaki sposób zrobiliby ze swoimi ofiarami są na wysokim poziomie i tyleż przerażają, co i śmieszą. Sam Richard jest bohaterem może i przeciętnym, ale wzbudza sympatię – biedny, wciąż sprowadzany do parteru, w czymkolwiek chciałby zabłyszczeć. Ale i on będzie miał szansę się zreflektować. Jest i Drzwi, zdeterminowana do pomszczenia rodziców, napędzająca całą akcję. Oraz markiz de Carabas, jeden z mocniejszych bohaterów. Żelazna Łowczyni, z która lepiej nie zadzierać. I najprawdziwszy anioł, choć zamieszkuje krainę Pod. Oraz wielu, wielu innych. Co najfajniejsze, Gaiman tak żongluje obrazami, że często rzuca cień podejrzenia o zdradę na zupełnie niewinnego bohatera i odwrotnie. Nie od razu jesteśmy więc w stanie się w tym wszystkim połapać, i to jest plus.

Książkę oceniam jako dobrą – może bez rewelacji, ale taka w sam raz do poczytania. Wciąga, czyta się szybko, bawi i daje też do myślenia. Nie zaczynajcie jednak od wstępu Sapkowskiego, bo trochę za dużo zdradza.

piątek, 29 marca 2013

David Mitchell: "Atlas chmur"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 29, 2013 16 komentarze


Autor: David Mitchell
Tytuł: ”Atlas chmur”
Wydawnictwo: Bellona
Stron: 512



„Byliśmy tacy, jacy wy jesteście.”


„Atlas chmur” – przy tym tytule popełniłam kardynalny błąd; najpierw obejrzałam film w kinie, dopiero w ostatnich tygodniach udało mi się przeczytać książkę. Trafiłam na wcześniejsze wydanie (z 2006 r.).

Najpierw zachwycił mnie zwiastun filmu, i ta jedyna w swoim rodzaju melodia „Atlasu chmur na sekstet”, którą wciąż odsłuchuję sobie w wolnych chwilach. Zwiastun, który notabene równie dobrze mógłby być streszczeniem filmu, bo odsłania najcenniejsze konkluzje. Te prawdy o tym, że wszystko jest połączone, nasze życiorysy splatają się z dziejami innych, miłości, rozstania, zdrady – to wszystko przydarza się od wieków, wciąż tylko dotyka ludzi w innej formie, prawdy o reinkarnacji i odnajdywaniu w sobie pozostałości innych biografii. To chyba najważniejsze wnioski, które można wyciągnąć zarówno po lekturze ksiązki, jak i po zapoznaniu się z filmem. Piękne, ale oczywiście nie rewolucyjne. Podane jednak w nieszablonowy sposób, który zaważył o popularności dzieła Mitchella. I, jeśli chodzi o książkę, nie jedyne. Film pozostaje pod tym względem pusty.

Film w porównaniu z ksiązką został trochę spłycony. Doszło do wielu nieuniknionych skróceń i zmian, ale również wielu dla mnie niezrozumiałych (takich jak np. zupełnie inny wiek niektórych postaci). Nie chcę jednak pisać o filmie, który co prawda urzekł mnie wizualnie, w podsumowaniu jest tylko ładnym obrazkiem, bez większego przekazu. Wątki poszatkowano, wymieszano, by dodać w ten sposób trochę „ambitnego polotu”, ale do ksiązki mu daleko.

„Tylko trzy albo cztery razy, kiedy byłem młody, ujrzałem przelotnie Wyspy Radości, nim zniknęły we mgłach, niskich ciśnieniach, szybkich frontach, przeciwnych prądach i niesprzyjających wiatrach… Wziąłem je za dorosłość zakładając, że były stałym punktem krajobrazowym w podróży mojego życia, zaniedbałem zapisanie, na jakiej szerokości i długości leżą, którędy wiedzie do nich droga. Młody byłem i głupi. Czego bym teraz nie oddał za niezmienną mapę tego, co stale nieuchwytne? Za swego rodzaju atlas chmur.”

Dzieło Mitchella bywa niejasne. Niektóre z postaci posługują się specyficznym, archaicznym językiem (Zachariasz, Adam Ewing) – dlatego, przynajmniej w moim wydaniu, odczytanie tekstu - zwłaszcza w pierwszym przypadku, bo mamy tu do czynienia z językiem ubogim, zacofanym – bywało zadaniem karkołomnym. Jednak wiadomo, że był to celowy zabieg i patrząc na dzieło jako na całość, jestem zachwycona umiejętnościami autora – w jednej powieści stworzył tyle odmiennych światów i bohaterów, a każdemu z nich nadał wyraziste, indywidualne cechy. I chociaż to ksiązka, która skupia w sobie kilka zupełnie różnych historii, bardzo szybko zauważamy wszystkie smaczki – subtelne powiązania. Historie rozgrywają się w różnych epokach, w różnych wymiarach czasowych, może też w różnych światach? Trudno dookreślić czasem czas konkretnych wydarzeń, trudno wskazać miejsca akcji na mapie. Mitchell przedstawia zarówno czasy zamierzchłe, odległe, jak również futurystyczną przyszłość. Jednak w każdym z tych miejsc, w każdej z postaci możemy dostrzec echa współczesności.

Mitchell pokazuje zarówno okrucieństwo ludzi w dążeniu do władzy i zaspokajania własnych popędów i pragnień, ale również piękno – jednostki samotnie walczące z systemem, niosące nadzieję, piękno miłości, nawet tej tragicznej. W tych sześciu historiach każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Myślę jednak, że „Atlas chmur” to ksiązka do której trzeba wrócić – przy pierwszym odczytaniu pewnie zatraca się wiele cennych elementów. Jej niejednorodna, eksperymentalna budowa na pewno nie ułatwia interpretacji. Ale czy nie chodzi tu właśnie o to, by o tej książce myśleć?

I najpiękniejszy zwiastun: klik

wtorek, 20 listopada 2012

Sharon Creech: "Dwa obroty księżyca"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 20, 2012 7 komentarze





Autor: Sharon Creech
Tytuł: "Dwa obroty księżyca"
Wydawnictwo: Novus Orbis
Stron: 206




Kiedy byłam na poziomie podstawówka/gimnazjum zaczytywałam się w "Jeżycjadzie" M. Musierowicz, "Panu Samochodziku" Z. Nienackiego czy "Krainie kolorów" B. Ostrowickiej. Z sentymentem wspominam dziś te serie, które choć ciągle cieszą się popularnością, powoli - zdaje się - odchodzą do lamusa. Teraz młodzi zaczytują się w paranormal romance, wszystkich tych "zmierzchopodobnych" tworach. Nijakie, zakompleksione dziewczyny rozkwitają u boku przystojnych, błyskotliwych facetów innej rasy. Cóż, może taka jest kolej rzeczy... Ostatnio przypomniałam sobie o jeszcze jednej perełce z lat dziecinnych i udało mi się wrócić do tej książki. Chciałabym dziś napisać kilka słów o "Dwóch obrotach księżyca" S. Creech.

"Nie osądzaj drugiego człowieka, dopóki nie pochodzisz w jego mokasynach przez dwa obroty księżyca". Liścik z ową frapującą sentencją znajdują dwie przyjaciółki - Salamanka i Phoebe - na progu domu jednej z nich. Kolejne wiadomości zaczynają przychodzić regularnie, zawierając niemniej enigmatyczne treści. To nie wszystkie osobliwości, jakie czekają na dziewczynki. Salamanka stara się przystosować do nowego miejsca, po wymuszonej przez ojca przeprowadzce. Dziewczynka, która dotąd wychowywała się na wsi, w dużym gospodarstwie, czuje się w mieście odcięta od natury. Jednak tak trzeba. Dom przypominał im mamę, która odeszła... Salamanka stopniowo poznaje rodziny swoich kolegów ze szkoły, wchodzi w ich domy, obserwuje. Widzi to, czego oni nie zauważają. Tym silniej odczuwa brak matki i postanawia wyruszyć w podróż jej śladami. Wierzy, że to jedyny sposób, aby wróciła...

Trudno w kilku zdaniach oddać o czym jest ta książka. Przede wszystkim mieści w sobie ogromne pokłady wzruszeń. To było niesamowite uczucie - przypomnieć sobie po latach całe fragmenty, odnaleźć te ulubione, wciąż przechowywane w pamięci, wzruszać się na nowo. Książka jest dobra dla dzieci i młodzieży, ale mogą do niej zajrzeć także dorośli. Mnie powaliła na kolana kolejny raz. Może nie była już tak zaskakująca i świeża jak przy pierwszym czytaniu, ale nadal się broni.

"Dwa obroty księżyca" to opowieść o wielkiej podróży, mającej przynieść ulgę i zrozumienie. To próba zmierzenia się z samym sobą i z przerastającymi nas doświadczeniami. Odbudowywanie rozsypanego domku z kart. To mądra powieść, która uwrażliwia na świat innych. Pomaga zobaczyć to, co w codziennym pędzie gdzieś nam umyka. Wczuć się w drugiego człowieka, w jego sytuację. A przy tym to piękna historia o dorastaniu, o przyjaźniach, pierwszych miłościach. O silnej więzi rodzinnej. I o rozdźwiękach, które prędzej czy później wypływają w każdym związku. Nie brakuje tu też dziecięcego humoru i wyobraźni, prowadzących do nieprawdopodobnych sytuacji. Każdy - czy to dorosły, czy dziecko, czy nastolatek - powinien znaleźć tu naukę dla siebie.

Oby więcej takich książek.

Książkę znalazłam na allegro. Na pewno jest też w bibliotekach.

Ocena: 5/6

środa, 3 października 2012

Lauren Oliver: "Pandemonium"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 03, 2012 26 komentarze



Autor: Lauren Oliver
Tytuł: "Pandemonium"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 376

Świat wykreowany w „Delirium” Lauren Oliver zaciekawił mnie, ale jednak nie zafascynował. Nie zżyłam się z bohaterami, nie wyglądałam niecierpliwie kontynuacji. Jednak gdy zaproponowano mi zmierzenie się z „Pandemonium” postanowiłam dać tej serii jeszcze jedną szansę. I nie żałuję, gdyż część druga przypadła mi do gustu o wiele bardziej niż pierwsza, a nowa, powstająca z popiołów Lena Morgan Jones, okazała się bohaterką o wiele wyrazistszą, interesującą.

W „Pandemonium” powracamy do świata, w którym zakazano miłości, uznając ją za śmiertelną chorobę. Lena, przekroczywszy granicę, trafia do Głuszy, wyrywa się spod jurysdykcji surowego prawa. W pierwszym tomie opuściliśmy ją w momencie, gdy ciemny dym oddzielał ją od ukochanego, postrzelonego Alexa. Można było mieć nadzieję, że bohater się odrodzi, że stanie się cud. Jednak rzeczywistość jest bezlitosna. Lena na własnej skórze poznaje jakie są konsekwencje posiadania uczuć – musi zmierzyć się z niewyobrażalnym cierpieniem po stracie miłości swojego życia. Ale musi otrząsnąć się szybko – życie w Głuszy to nie przelewki. Trzeba o siebie zadbać, jeśli chce się przeżyć. Lena dołącza do grupy i poddaje się jej prawom. Wkrótce dołącza do ruchu oporu – organizacji nieleczonych, którzy starają się walczyć o przywilej miłości. Podczas wykonywania jednego z tajnych zadań Lena poznaje Juliana – swojego największego wroga…

„Pandemonium” składa się z dwóch, naprzemiennie występujących części. Rozdziały zatytułowane „Wtedy” opowiadają o życiu Leny po rozstaniu z Alexem, jej przystosowywaniu się do warunków Głuszy i nawiązywaniu pierwszych bliskich, uczuciowych kontaktów z ludźmi. Część druga dotyczy tego, co dzieje się „Teraz”. Wyłania się z niej wizerunek nowej Leny – dziewczyny, silnej, butnej i odważnej. Tej, która pogrzebała swoją przeszłość i choć wciąż nosi żałobę, chce walczyć o swoje prawa. Bardzo podobał mi się pomysł takiego wyboru narracji, zamiast chronologicznego układu. Na pewno jest ciekawiej. Akcja książki jest dynamiczna, przyciąga, czyta się z wielkim przejęciem. Bohaterowie są sprawnie nakreśleni, mają indywidualne cechy, nie są tak bezosobowi jak w pierwszym tomie. Tom drugi sprawił, że przekonałam się do trylogii i wyczekuję na część trzecią, kto by pomyślał.

No właśnie! Już na kilku blogach spotkałam się z recenzjami „Pandemonium” i wiele osób narzekało na zakończenie równie nieprzewidywalne jak przy „Delirium”, jakby urwane, drażniące. Byłam pełna obaw, zmierzając do końca. Niektóre konkluzje mnie nie zaskoczyły, można było się ich domyślić, jednak zakończenie… Jak dla mnie bomba i wcale nie uważam, że jest złe. Nawet cieszę się, że jest takie, a nie inne. I chcę więcej! Czekam na ostatni tom!

"Pandemonium" można czytać bez znajomości "Delirium", jednak sięgając po obie książki ma się na pewno lepszy obraz i lektura dostarcza większych emocji. Polecam!

Ocena: 5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

sobota, 9 czerwca 2012

Robert McCammon: "Magiczne lata"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 09, 2012 12 komentarze


Autor: Robert McCammon
Tytuł: "Magiczne lata"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 652





"Nie pozwól, by choć jedne dzień umknął ci bez wspomnień i zbieraj je jak cenne skarby. Bo to są skarby. Wspomnienia to cudowne drzwi, Cory. One uczą, pomagają i strzegą. Kiedy na coś patrzysz, nie ograniczaj się tylko do patrzenia. Zobacz to. Naprawdę zobacz. A jeśli to zapiszesz, ktoś inny będzie miał szansę to zobaczyć."


Do „Magicznych lat” R. McCammona podchodziłam ostrożnie, ponieważ rzadko czytam kryminały, a opis wydawcy zapowiadał przede wszystkim ten gatunek, z zaznaczeniem, że jest to powieść, która wymyka się klasyfikacji: mieszanka horroru, fantasy, powieści obyczajowej, sensacyjnej, grozy, ale także sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa. I choć bestialskie morderstwo, wokół którego osadzona jest oś narracji, raczej mnie odstraszało, niż zachęcało, zdecydowałam się dać szansę tej książce. Muszę przyznać, że było warto. Naprawdę było warto.

Pewnego ranka dwunastoletni Cory i jego ojciec są świadkami przerażającego wypadku: widzą rozpędzony samochód, który sunie wprost w czeluści miejscowego jeziora. Ojciec chłopaka bez chwili namysłu skacze ku tonącemu pojazdowi, by ratować pasażera. Jednak zmasakrowane zwłoki, przykute kajdankami do kierownicy, jakie dostrzega za idącą pod wodę szoferką, nie pozwolą mu spokojnie zasnąć przez następne miesiące. Czy w urokliwym Zephyr ukrywa się morderca? Śledztwo szeryfa nic nie wykazuje, ba, nazwisko ofiary pozostaje nieznane. Cory prowadzi swoje własne dochodzenie, łącząc znikome dowody, dla dorosłych niezauważane.

„Magiczne lata” mimo powyższej zapowiedzi, nie są jednak powieścią kryminalną. Wątek ów stanowi może dwadzieścia procent całości. Zdecydowana większość fabuły dotyczy czegoś innego: ulotnego, a jakże cennego okresu dorastania. Młody Cory, pozostający jeszcze jedną nogą w marzycielskim świecie dziecka, widzi to, co dorosłym już umyka, czuje to, co dla nich jest już niedostępne. Świat dziecka nie jest racjonalny, nie da się go zamknąć ciasnymi ramami prawdopodobieństwa. Jest bogaty, żywiołowy, pełen magii i tajemnicy. Tutaj możliwe jest wszystko: wzbijanie się do chmur na skrzydłach wyobraźni, zmierzenie się oko w oko ze Starym Mojżeszem, tutejszym rzecznym potworem, czy wiara w nadnaturalną moc czarnoskórej Damy. Rzeczywistość Cory’ego to świat, do którego każdy z nas tęskni: czas, którego upływu jednak nie da się powstrzymać. Wyparty przez dorosłość…

Książka McCammona może stanowić atrakcję zarówno dla dzieci, młodzieży, jak i dla dorosłych, i przez każdą z tych grup wiekowych zostać odebrana diametralnie inaczej. Powinna stać się lekturą szkolną, bo choć opisuje amerykańską małomiasteczkową idyllę, jej treść można odnieść i do naszej obyczajowości. Kto z nas nie dawał się ponieść w dzieciństwie fantazji? Nie zapuszczał się w lasy, by szukać tam stworzeń nie z tego świata? Nie snuł fantastycznych opowieści, w które sam chciał wierzyć? Podobne lektury ważne są w czasach współczesnych, gdy dorastanie zdominowane jest przez gry komputerowe i telewizję. Może klimat książki rozpaliłby pragnienia dzisiejszych dzieci, rozbudził ich wyobraźnię, pozwolił wykrzesać z najcenniejszych lat wszystko, co się da. Dla nas, starszych, powieść poza wątkiem przygodowym, niesie też nutkę nostalgii. Na pewno przywoła wiele wspomnień, obudzi drzemiące w nas dziecko. Czasem nie chcemy dopuszczać już go do głosu, McCammon obnaża jednak prawdę, że w duchu każdy z nas pozostał dwunastoletnim marzycielem.

„Magiczne lata” powinno się czytać powoli i z uwagą, rozsmakowywać się w lekturze. Poza tym, że McCammon pisze naprawdę wyszukanym, plastycznym językiem, budując przed czytelnikiem sugestywne obrazy, potrafi jeszcze podsycać ciekawość. Przygody Cory’ego, jego spostrzeżenia, sposób postrzegania świata – wszystko to uwodzi czytelnika, porywa od pierwszej strony. Nie nudziłam się przy tej lekturze ani przez minutę. Choć porusza tyle różnych wątków, wkracza na tak rozległe tereny, to jednak na końcu wszystkie one cudownie splatają się ze sobą. Klamrę kompozycyjną tworzą zaś refleksje dorosłego już Cory'ego, mężczyzny, pisarza, autora? Można tu odnaleźć elementy biograficzne, do czego McCammon przyznaje się we wstępie.

W ciągu ostatniego roku, gdy powróciłam do intensywniejszego czytania, niewiele trafiło się książek, które wywołałyby we mnie podobne emocje. „Magiczne lata” zapisują się w mojej kolekcji do wąskiego grona tych lektur, które poza rozrywką, wniosły też dużo wartości. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę, skojarzyła mi się automatycznie ze znanym kadrem z filmu „E.T.”, gdy grupa dzieci wzbija się w powietrze na swoich rowerach, wiedzionych mocą kosmicznego stworzenia. Skojarzenie to było trafne, gdyż ta powieść ma podobny, baśniowy klimat. Polecam, bo moim zdaniem każdy powinien ją przeczytać.

Ostatnio coraz więcej tytułów określa się bestsellerami. Niestety w zdecydowanej większości prestiż ów nie wiąże się z rzeczywistą wartością książki, lecz z solidną, perswazyjną kampanią reklamową. O "Magicznych latach" mogę natomiast z czystym sumieniem powiedzieć, że zasługują, by znaleźć się w tym gronie. To książka inna, ważna, po prostu piękna.

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Papierowy księżyc


wtorek, 22 maja 2012

Miguel de Cervantes: "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 22, 2012 10 komentarze


Autor: Miguel de Cervantes
Tytuł: "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"
Stron: 436
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy




„Don Kichota” Cervantesa wypada znać, choćby tylko we fragmentach, które gdzieś tam na którymś etapie edukacji raczej się pojawiają. Powieść, której bohaterem jest owładnięty urojeniami szlachcic, przyniosła autorowi wielką sławę i do dziś uznawana jest za jedno z najoryginalniejszych dzieł wszech czasów.

Akcja toczy się w Manczy XVII wieku. Don Kichot to pilny czytelnik średniowiecznych romansów, święcie wierzący w każde zapisane w nich słowo, co sprawia, że któregoś dnia miesza mu się w głowie. Szlachcic postanawia stać się jednym z osławionych rycerzy i szybko wciela ów plan w życie. Nadaje sobie wytworne imię, dosiada mizernego konia i opuszcza dom, by szukać przygód. Towarzyszy mu dzielny giermek Sanczo Pansa na swoim niezawodnym ośle. Za swoją damę serca uznaje wieśniaczkę, nie wiedzącą o jego istnieniu, z miejsca pałąjąc do niej gorącą, acz platoniczną miłością. Odtąd każdy waleczny czyn dedykuje ukochanej, prosząc ludzi, którym rzekomo pomaga, by donieśli jej o jego zasługach. W rzeczywistości Don Kichote odbierany jest przez rodaków jako kompletny szaleniec. Jego urojenia tylko narastają – potrafi bukłaki wina wziąć za straszliwego potwora, a karczmę za potężny zamek. Nie trafiają do niego żadne racjonalne argumenty tych, którzy starają się go wyrwać z szaleństwa. Zadziwiający jest też sposób, w jaki Don Kichote potrafi wytłumaczyć sobie każde zjawisko. Choć zalicza kolejne porażki, nigdy się nie poddaje. Wierzy, że odnalazł swoje powołanie.

Powieść Cervantesa jest krytyką literatury rycerskiej, uznawaną za szkodliwą (podobnie jak setki lat później działo się to w odniesieniu do ksiąg zbójeckich). Cervantes wyśmiewa przymioty idealnego rycerza, jego ideały, waleczność, a nade wszystko przygody, jakie przed swoimi bohaterami stawiali twórcy. Bardzo ważna jest przedmowa do utworu, dzięki której dowiadujemy się wiele o charakterze powieści i celach autora. Wyśmiewa on praktyki średniowiecznych autorów, ich przebiegłe sztuczki i fałszerstwa. Cervantes odwołuje się do wielu dzieł, nawet z tytułu, parodiując je i wyszydzając.

Książka pisana jest językiem dla nas współczesnych już archaicznym, czasem nieprzystępnym, przez co czytanie nie zawsze należy do przyjemności. Swoje dodają także rozwlekłe monologi, ciągnące się nawet przez parę stron. Gdy już na dobre rozsmakujemy się w stylu autora, bez problemu potrafimy podążyć jego tokiem myślowym i zgadnąć jak potoczą się konkretne przygody. Choć dzieło to pełne humoru, dobrego smaku i akcji, czasem nuży. Książka jest dosyć obszerna, zapisana małą czcionką. W dodatku mój egzemplarz dosłownie rozsypywał mi się w rękach, co też nie ułatwiało czytania. Szkoda także, że obecnie nie mamy już takiego oczytania w średniowiecznych etosach, by móc tym bardziej docenić doskonałe obeznanie i kunszt Cervantesa – na pewno wiele przez to umyka i nie wszystkie aluzje są jasne.

Książka jest także kopalnią wiedzy o mentalności ludzi tamtych czasów, o kolorycie lokalnym, porządkach i hierarchii. Piętnuje wady, wytyka problemy, uderza zarówno w tych maluczkich, jak i w najwyższe stany.

Don Kichot jest dla jednych postacią śmieszną, absurdalną, dla innych godną litości, ale przede wszystkim jest on bohaterem tragicznym, który wpadł w pułapkę własnej wyobraźni. Choć wierzył, że dokonuje wielkich rzeczy, że jego sława sięga coraz dalej w Hiszpanię, tak naprawdę postrzegany był nie jako błędny, ale obłędny rycerz, któremu brak piątej klepki. Mimo wszystko jednak, jego sława przetrwała do dziś, a kolejne pokolenia poznają historię szalonego rycerza, który walczył z wiatrakami.

A mnie czeka jeszcze drugi tom przygód Rycerza Smętnego Oblicza.

środa, 30 listopada 2011

M.P. Kozlowsky: "Juniper Berry i tajemnicze drzewo"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 30, 2011 15 komentarze



Autor: M.P. Kozlowsky
Tytuł: "Juniper Berry i tajemnicze drzewo"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 268




„Juniper była jeszcze mała, gdy jej rodzice stopniowo zaczęli się odsuwać od świata. Im bardziej byli sławni, tym bardziej samotne stawało się ich życie. Z roku na rok było coraz gorzej. W końcu jej relacja z rodzicami zaczęła przypominać rozszerzający się wszechświat; wydawało się, że dzielą ich miliony kilometrów, których nigdy nie uda im się przebyć, rosnąca nieustannie przepaść.”


Każdy z nas ma jakieś marzenia. Kariera, sława, niesłabnąca uroda, pieniądze. Albo bardziej przyziemne – wyższa ocena z jakiegoś przedmiotu, zdrowie dziecka, przyzwoita praca, upragniona książka czy też wyczekiwana randka. Ilu ludzi, tyle marzeń. Ile bylibyście w stanie poświęcić, gdyby ktoś mógł zagwarantować wam ich spełnienie? Jak wielką cenę moglibyście zapłacić, by osiągnąć to, co dotąd mieliście tylko w snach? Główna bohaterka powieści M.P. Kozlowsky’ego „Juniper Berry i tajemnicze drzewo” stanie przed takim wyborem. Tylko szybko okaże się, że – jak głosi napis z okładki książki – marzenia bywają niebezpieczne.

Juniper to rezolutna jedenastolatka, córka znanej na cały świat pary aktorów. Rodzice dziewczynki w pogoni za blaskiem fleszy zapomnieli nie tylko o niej, ale o sobie nawzajem. Goniąc za karierą zgubili część siebie. Juniper spędza dni zamknięta w okazałej willi, tęskniąc do chwil, gdy rodzice poświęcali jej swój czas, gdy dom wypełniała miłość. Błąkając się po lesie okalającym posiadłość poznaje smutnego chłopca – Gilesa. On również zaobserwował niepokojące zmiany w zachowaniu swoich rodziców – dotąd bliscy mu ludzie stali się obcy, puści, zaabsorbowani sobą. Dzieci postanawiają rozwiązać zagadkę, a trop wiedzie do starego, okazałego drzewa, którego strzeże smolisty kruk. Wkrótce okaże się, że życie rodziców obojga jest w niebezpieczeństwie, a i oni sami mogą paść łupem nieokiełznanych sił, czających się w środku. Bo spełnienie każdego marzenia ma swoją cenę…

Książka Kozlovsky’ego zaintrygowała mnie jeszcze zanim trafiła do moich rąk. Skojarzyła mi się z głośnym filmem animowanym „Koralina” (książki niestety nie czytałam) i rzeczywiście chyba coś jest w tym moim pierwszym skojarzeniu – w obu przypadkach mamy do czynienia z zagubioną dziewczynką, odnajdującą drogę do innego świata, pragnącą za wszelką cenę czuć się kochaną. Książka „Juniper Berry” mimo tych podobieństw jest jednak inna. Mamy tu dziewczynkę mogącą zapobiec katastrofie, która będzie musiała najpierw oprzeć się wielu pokusom.


Powieść skierowana przede wszystkim do młodszych czytelników – przemawia za tym niezobowiązujący, prosty język i świetne ilustracje. Bohaterką jest dziecko i to jego oczami widzimy świat – autor wiarygodnie wciela się w tę rolę. Trochę brakowało mi w tej książce pełnych, plastycznych opisów – czasem stwierdzenie, że postacie wyglądały groteskowo albo przerażająca twarz przypominała szczątki, to za mało. Autorowi nie udało się pobudzić mojej wyobraźni do działania, ale rekompensują to przepiękne grafiki autorstwa Erwina Madrida – jest on znany m.in. z grafik do Shreka 2 i Madagaskaru. Choć rysunki są czarno-białe cieszą oko i naprawdę zachwycają. Wydanie książki jest wspaniałe, a większa czcionka idealnie nadaje się do czytania dla młodszych czytelników.

„Juniper Berry” to mieszanka wybuchowa: powieści przygodowej, fantastycznej z domieszką grozy i dydaktyki. Warto czytać ją dzieciom, by zwrócić ich uwagę na poruszone w książce kwestie: problem nietolerancji, chorobliwą pogoń za sukcesem, odpowiedzialność za własne czyny, wysoką cenę, jaką trzeba zapłacić za pójście na skróty. Książka kultywuje też piękno przyjaźni, istotę rodzinnych więzi i miłości. Podczas lektury można odnaleźć w niej wiele zdań-perełek.

Pokładałam w tej książce spore nadzieje. Choć wiedziałam, że główna bohaterka jest dzieckiem, miałam w pamięci inne tytuły, gdzie wiek bohatera wcale nie sugerował przeciętnego wieku czytelnika. W przypadku „Juniper…” jednak myślę, że jestem na tę książkę już trochę za „stara”, prawdy w niej zawarte dla mnie są oczywistością. Jednak mimo wszystko spędziłam z nią miłe popołudnie i myślę, że warto bliżej zapoznać się z tą publikacją, niezależnie od wieku. A najlepiej czytać ją na głos swoim dzieciom czy wnukom. No i jest to genialny materiał na film!

Ocena: 4/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Esprit


wtorek, 29 listopada 2011

Russel Whitfield: "Gladiatorka"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 29, 2011 12 komentarze



Autor: Russel Whitfield
Tytuł: "Gladiatorka"
Wydawnictwo: Bullet Books
Stron: 544





„Od tej pory waszym jedynym celem jest dostarczanie rozrywki bardzo wymagającej publiczności. Tego właśnie będziemy was uczyć. Pokażemy wam, jak musicie walczyć, zabijać i stawiać czoło śmierci w cywilizowany sposób. Macie być bezwzględni posłuszne wobec mnie i innych trenerów. Jesteście niewolnicami i waszym psim obowiązkiem jest spełnianie życzeń waszych panów.”


Któż z nas nie zna historii gladiatorów, walczących o swe życie na rzymskiej arenie? Jednak bardzo niewiele do naszych czasów dotarło informacji o innym rodzaju zawodnika, kobiecie-gladiatorce. Książka R. Whitfielda „Gladiatorka” próbuje naprawić ten błąd i zaspokoić ciekawość – bohaterkami tej opowieści są dzielne, silne kobiety, które niewolnicza dola posłała na arenę. Autor opiera swoją historię na bazie autentycznej, odkrytej przez dziewiętnastowiecznych archeologów steli, przedstawiającej dwie wojowniczki, Amazon i Achillę. Powieść jest całkowicie fikcyjna, jednak próbuje odpowiedzieć na pytanie kim były dwie kobiety, które zyskały aż taką sławę i jak wyglądało ich życie.

Lysandra to spartańska kapłanka, oddająca kult bogini Atenie. Statek, którym płynie na misję tonie, a kobieta jako niewolnica trafia do domu Lucjusza Balbusa. Mężczyzna jest właścicielem jednej z największych szkół gladiatorek w Cesarstwie Wschodnim. Od chwili, gdy Lysandra trafia do niewoli, jej życie całkowicie się zmienia. Utraciła wolność i będzie musiała wraz z innymi nowicjuszkami pobierać solidny trening, by walczyć o swoje życie na arenie. Mordercze ćwiczenia jednak robią swoje – Lysandra z dnia na dzień zmienia się, a wkrótce jej praca zaczyna przynosić efekty. Bez wątpienia jest jedną z najzdolniejszych młodych uczennic i tylko od niej zależy, czy zdoła wywalczyć sobie wolność.

Książka przenosi nas w krwawe i brutalne czasy starożytne, gdzie niewolnicy byli zmuszani do pojedynków na śmierć i życie, ku uciesze tłumów. Jednak ich los tylko pozornie był nieszczęśliwy – wkrótce kobiety-gladiatorki przyzwyczajały się do zadania, które im powierzono, a nawet czerpały satysfakcję z wygranych pojedynków, a krew przeciwniczek rozpalała w nich tylko żądzę walki. Lysandra początkowo nie mogła odnaleźć się w tym barbarzyńskim świecie, jednak szybko przekonała się, że ma przywódcze predyspozycje i powinna je wykorzystać. Powieść dostarcza wielu spektakularnych opisów walk, gdzie aż roi się od zawziętości, mistrzowskich umiejętności i tak oczekiwanej przez widzów krwi. Kobiety, te – zdawać by się mogło – kruche i delikatne stworzenia, potrafią walczyć równie brutalnie jak mężczyźni. Dodatkową atrakcją są ich nagie, wysmarowane oliwą ciała, budzące żywą reakcję wśród mężczyzn. Gladiatorki są nie tylko mężne, ale i piękne. Na arenie dają prawdziwy popis swojego kunsztu i urody. Zresztą w książce nie brakuje rozwlekłych opisów stosunków seksualnych, dających wyobrażanie o temperamencie nie tylko ówczesnych mężczyzn, ale i kobiet.


Główna bohaterka opowieści, Lysandra, jest bohaterką złożoną. Budzi w czytelniku skrajne uczucia – z jednej strony współczujemy jej niewoli i krzywd, jakich doznaje, z drugiej bohaterka jest wyniosła i zimna, co prowokuje ostre kłótnie między nią a innymi gladiatorkami. Lysandra żywi głębokie przekonanie, że jest lepsza od swoich towarzyszek i nie boi się mówić o tym głośno. Trudno polubić tę dumną i pewną siebie wojowniczkę. Nie od dziś wiadomo też, że kobiety słyną z zadziornego charakteru, a kumulacja tak wielu istnień w jednej szkole sprawia, że bardzo często dochodzi między nimi do scysji. Osobiste utarczki tylko dodają całej historii smaczku.

Szkoda tylko, że język powieści jest trochę zbyt mało obrazowy. Opis czasów starożytnych wymaga od autora szerokiej wiedzy i kompetencji, by wiarygodnie oddać klimat igrzysk. Nie jestem historykiem, by rozważać, na ile odmalowane przez autora sceny są prawdopodobne, jednak czytając książkę nie odnosiłam wrażenia, że coś się ze sobą, gryzie, jest niespójne. Pisarz starał się przemycić na karty książki swoją wiedzę historyczną, odwzorować tamtejszą mentalność i język, jednak czegoś zabrakło. Bardzo podobał mi się za to pomysł z zamieszczeniem na pierwszych stronach szkiców, przedstawiających gladiatorki i różne style walki. Uruchamia to naszą wyobraźnię i pozwala sobie wyobrazić sylwetki bohaterek.

Widowiskowe pojedynki, gorący seks i to zarówno hetero- jak i homoseksualny, osobiste tragedie, smak zemsty, środowisko walecznych kobiet i ich trenerów, a nade wszystko charyzma głównej bohaterki sprawiają, że lektura tej książki na długo pozostanie w pamięci. „Gladiatora w spódnicy” polecam wszystkim żądnym wrażeń, lubiącym dramatyczny, brutalny klimat, szybką akcję i piękne kobiety!


Ocena: 5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Bullet Books


piątek, 18 listopada 2011

Izabella Frączyk: "Kobiety z odzysku"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 18, 2011 27 komentarze

Autor: Izabella Frączyk link
Tytuł: „Kobiety z odzysku” link
Wydawnictwo: Poligraf
Stron: 310




Izabella Frączyk na swojej stronie internetowej przyznaje, że od zawsze nienawidziła pisać. Jednak któregoś dnia, gdy w głowie roiło jej się od różnych ciekawostek i spostrzeżeń, usiadła i po prostu zaczęła to robić – tak powstała jej pełna humoru debiutancka powieść „Pokręcone losy Klary”, ciepło przyjęta przez czytelniczki. W tym roku ukazała się jej kolejna książka „Kobiety z odzysku”, a w przygotowaniu już następna.

Powieść „Kobiety z odzysku” jest historią trzech przyjaciółek pod trzydziestką: Gosi, Felicji i Zuzanny. Każda z nich przeżyła osobistą tragedię, związaną z mężczyzną, i teraz wybierając się na letnie wakacje do Egiptu, próbują zapomnieć o upokorzeniach. Gośka przez przypadek odkryła, że jej mąż jest bigamistą. Felicja po metamorfozie z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia wychodzi za Afrykanina, brata swojej przyjaciółki. Jeszcze na studiach zachodzi w ciążę, jednak sielanka zostaje nagle przerwana. Młoda wdowa traci dziecko i nie może się otrząsnąć. Z kolei Zuzanna rozwodzi się z mężem, gdy życie z nim staje się bezskuteczną walką o potomka. Nieobliczalny mąż i jego niespełna rozumu matka nie cofną się nawet przed tym, by spróbować zapłodnić jej upośledzoną siostrę bliźniaczkę – przecież wszystko zostanie w rodzinie. Życie pisze różne scenariusze… Zmęczone niepowodzeniami przyjaciółki lądują w Egipcie. Jednak i tam nie dane im będzie odpocząć, gdyż seria niesamowitych zdarzeń nie da im nawet chwili wytchnienia.

Książka Izabelli Frączyk zapowiada się pogodnie: wydaje się, że sięgamy po pełną humoru, zaskakującą, lekką lekturę, w sam raz na chłodne zimowe dni. Owo wrażenie podkreśla ciepła, kolorowa okładka. Wydaje mi się, że druga powieść autorki na pewno trafi do tych odbiorców, którzy zachwycali się jej debiutem, bo choć nie czytałam „Pokręconych losów Klary” tematyka i styl wydają się zbliżone. Jednak w obliczu tych wszystkich optymistycznych faktów ja srogo się zawiodłam. Ale po kolei…

Tarapaty, w jakie pakują się bohaterki, sytuacje, których stają się udziałem – odnosiłam wrażenie, jakbym właśnie oglądała jakąś telenowelę. O ile czytając podobną prozę np. amerykańską jesteśmy jeszcze w stanie zaakceptować pewne wydarzenia, o tyle w przełożeniu na nasze polskie realia, wydają się one nie przystające do naszej rzeczywistości. Rozumiem kilka niecodziennych przypadków, ale ta książka w większości na nich bazuje. Tu sensacja goni sensację, bohaterowie zakochują się w sobie po kilku sekundach, a główne bohaterki mają mentalność piętnastolatek.

Jak dla mnie nie sprawdza się też styl pisarki, który jest jakby hybrydą stylu młodzieżowego i czegoś, co młodzieżowe było dekadę temu. Książka składa się głównie z dialogów i wykrzyknień, a rozmowy miedzy bohaterkami też są dziwne – opowiadają sobie one np. historie z własnego życia, tak jakby dopiero co się poznały. Reakcje na pewne wydarzenia są nieadekwatne: co robi Gośka, gdy w progu jej domu staje kobieta, podająca się za żonę jej męża? Idzie się odświeżyć, bierze ślubne pamiątki i wałkuje tamtej, że to także jej mąż, a potem jak najlepsze koleżanki przy kawie żalą się sobie, co teraz poczną. Brak tu dramaturgii, łez, żalu i złości. Podobnie jest jeszcze w kilku innych wypadkach. W tekście znalazłam też kilka drobnych błędów, które raczej są winą nieuważnej korekty. Na koniec zapisałam sobie kilka moich ulubionych powiedzonek-perełek: bije na dekiel, przekichany dzień, ale kobyła, za Chiny!, a pieron go wie, dałam sobie siana, nie trybię. Takie błyskotliwe wstawki przewijają się w tekście średnio na każdej stronie.

Choć przekonujące recenzje z tyłu książki zapewniają, że powieść „wciąga jak odkurzacz” ja niestety nie uległam jej czarowi. Trudno było mi przebrnąć przez kolejne strony z powodu męczącego stylu i przerysowanych wydarzeń. Książkę poleciłabym miłośnikom debiutanckiej powieści Frączyk, gdyż na pewno odnajdą w niej podobną rozrywkę oraz kobietom doświadczonym przez los, dla których przygody trzech przyjaciółek mogą być inspiracją i nadzieją na to, że los, nawet najgorszy, może się zawsze odwrócić.


Ocena 2,5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serwisowi nakanapie.pl

wtorek, 18 października 2011

Marcel Pagnol: "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 18, 2011 11 komentarze
Autor: Marcel Pagnol
Tytuł: "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 416

Niektóre książki są jakby stworzone po to, by trzymać je w dłoniach, przewracać kartki, śledzić druk. „Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki” Marcela Pagnola należy właśnie do takich dzieł. Trudno stwierdzić, czy to za sprawą niezwykle starannego, dobrego wydania książki, czy może z powodu sielankowego czaru, jaki kryje się na kartach tej autobiografii słynnego Francuza, a może jeszcze przez coś innego. Jedno jest pewne – ta książka przykuwa uwagę już od pierwszych storn i powoduje pozytywne wrażenia, nie można się od niej oderwać.

Marcel Pagnol (1895-1974) to francuski dramaturg, prozaik, reżyser filmowy („Żona piekarza”) i teatralny. Bardzo ceniony i lubiany w kraju. Pod koniec swojego życia Pagnol zaczął spisywać swoje wspomnienia z lat dziecięcych, niezwykle humorystyczne i barwne opowieści, zebrane w cykl „Wspomnienia z dzieciństwa”. „Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki” to właśnie pierwsza część tego zbioru, sięgająca do lat najmłodszych twórcy, a nawet wybiegająca trochę dalej w przeszłość, do korzeni jego ojca i dziadka.

Rodzinna Prowansja, kraina egzotycznych roślin takich jak migdałowce i figowce, świat ciepły, pogodny, oferujący mnóstwo przygód, to miejsce, które przybliża nam w swoich książkach Pagnol. Opisuje siebie jako małego chłopca, rozkoszującego się wakacjami na wsi, gdzie czas umilają mu zabawy z bratem Pawełkiem w Indian albo obserwacja owadów, a później polowania z ojcem i wujem. To historia niezwykle silnych więzi rodzinnych, miłości, rodzenia się pierwszej przyjaźni, badania otoczenia i kształtowania osobowości, a także codziennych trudów. Podróż ku przeszłości, cudowna i fascynująca.

Pagnol z niezwykłą drobiazgowością oddaje koloryt tamtych dni, opisuje kolejne wydarzenia. Jego opowieść pełna jest humoru, zabawy, ale także i nostalgii. Autor ma bardzo lekkie pióro, pisze w sposób plastyczny, wciągający, barwny.

W krótkiej przedmowie pisarz zdradza czytelnikowi, co skłoniło go do zapisania swoich wspomnień, stawia też czytelnika w roli przyjaciela, któremu opowiada swoje dzieje:

„Czytelnik – to znaczy: prawdziwy czytelnik – jest prawie zawsze przyjacielem. Poszedł wybrać książkę, wziął ją do rąk, zaprosił do siebie. Będzie ją czytał w ciszy, siedząc w ulubionym kącie, w swoim domowym otoczeniu. Będzie ją czytał sam i nie zniesie, żeby ktoś inny wtedy podczytywał, zaglądając mu przez ramię. Na pewno jest w domowym stroju albo w piżamie, w ręku trzyma fajkę. Ma do ciebie całkowite zaufanie”.

Książka podzielona jest na dwie części: pierwsza jest swoistym wyrazem hołdu dla ojca, druga żywszym wspomnieniem matki. Obie części mają różnych tłumaczy: Pawła Prokopa i Małgorzatę Paszkę i początkowo ukazywały się oddzielnie, ale stanowią nierozerwalną całość – druga kontynuuje wydarzenia, zapoczątkowane w pierwszej. W polskiej wersji zadbano o liczne przypisy, które tłumaczą oczywiste dla Francuzów odniesienia, obchody świąt, wydarzenia historyczne, nam niekoniecznie znane.



Nie sposób też nie wspomnieć o wydaniu „Chwały mojego ojca…”. Autorem ilustracji jest Jean-Jacques Sempé, ilustrator książeczek o przygodach Mikołajka. Rysunek poprzedza każdą z części, a dodatkowo czasem sylwetki bohaterów pojawiają się w rogach stron. Sprawia to naprawdę miłe, przyjemne wrażenie i wspiera lekturę.

Książka, którą mogę polecić każdemu. Pełna humoru, czaru i magii, optymistyczna, choć zakończenie wyraźnie odcina się na tym tle. Lektura i dla tych małych, w wieku małego Marcela, i dla dużo starszych, którzy pod wpływem książki mogą przypomnieć sobie historie własnego dzieciństwa. Polecam.

Ocena 5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Esprit


poniedziałek, 12 września 2011

Wojciech Kuczok: "Spiski"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 12, 2011 5 komentarze


„Spiski. Przygody tatrzańskie” to kolejna, po głośnym „Gnoju”, „Senności” oraz zbiorach opowiadań, powieść cenionego polskiego prozaika, która niedawno ukazała się na rynku. Właściwie wydaje mi się, że aby tak do końca zrozumieć i docenić styl i warsztat pisarza, a także unikalny sposób prowadzenia narracji, trzeba przed przystąpieniem do najnowszej powieści zagłębić się w któreś z poprzednich jego dzieł – jeśli oczywiście ktoś jeszcze z Kuczokiem nie miał styczności.

W „Spiskach”, co znamienne dla autora, pojawia się młody, bezimienny bohater płci męskiej, który wraz z kolejnymi odsłonami mężnieje, dojrzewa, zmienia swój sposób patrzenia na świat. Akcja książki podzielona jest na pięć części, a każda z nich odsłania inny okres z życia chłopca i jego rodziców. Bohaterowie cyklicznie, w każdym z rozdziałów, odwiedzają Podhale, pomieszkując u znajomych górali, a każda wizyta w Tatrach niesie z sobą nowe przygody. Autor zgrabnie charakteryzuje ród góralski, nie szczędząc w swoich obserwacjach ironii i groteski, wplata nawet w tekst góralską gwarę. Rdzenni mieszkańcy Tatr jawią nam się jako żerujący na naiwnych turystach pijacy, dorobkiewicze, którzy na górach znają się często mniej, niż przyjezdni. Stosunek do ceprów zakrawa na skandal, jednak mimo braku szacunku ze strony górali, rodzinie wakacyjne wyjazdy wchodzą w krew, a to pozwala na rozwinięcie fabuły, ukazanie różnych kontrowersyjnych, zabawnych, uszczypliwych i prześmiewczych sytuacji.

Choć nadal zachwycam się kunsztem Kuczoka, jego swobodnym, charakterystycznym stylem, grą słowną i językiem, bo dla języka czyta się głównie jego powieści, książka nie urzekła mnie tak, jak dwie poprzednie. Właściwie trudno mi o niej pisać, trudno zarysować fabułę i cokolwiek ocenić, gdyż, co tu ukrywać – wynudziłam się, czytałam w dużych odstępach czasu i raczej tylko po to, by już skończyć, a nie z ciekawości. O ile pozostały dorobek autora nieustannie mnie zachwyca i intryguje, w „Spiskach” wyczułam jakieś wypalenie. Oczywiście książka posiada wiele zalet, krytycy mówią wręcz, że Kuczok wraca do łask, jak dla mnie jednak czegoś zabrakło. Być może to wina tego, że jest to książka bardziej męska, skupiona na świecie góralskim, wpleciono w nią wiele anegdot i ciekawostek turystycznych, a nie jest to tematyka, w której czuję się dobrze. Na uwagę zasługują kolejny raz odsłonięte relacje syn- ojciec, choć tutaj ukazane zupełnie inaczej niż w „Gnoju”. Książka jest znakomitą satyrą na nas, Polaków, na komizm naszych niektórych działań i sposobu myślenia. Czasem ociera się wręcz o absurd, realizm miesza się z fikcją, z fantasmagorią, onirycznością. Zakończenie powieści z jednej strony podobało mi się, z drugiej trochę rozczarowało. Jako kobieta spragniona wątków miłosnych, doczekałam się zaspokojenia tej potrzeby, jednakowoż jednak cała sytuacja została przedstawiona w sposób kiczowaty, banalny. Mimo wielowątkowości i różnorodności, powieść robi wrażenie spójnej, domkniętej, wszystkie wątki zostają zakończone, podsumowane.

Książka Kuczoka to dzieło dobre dla wszystkich fascynatów gór i Tatr, którzy będą mogli dzięki lekturze skontrastować swoje spostrzeżenia z gawędą Kuczoka. Z pewnością tacy czytelnicy sprawniej i szybciej odkryją groteskę, humor, żart, ale też i smutną prawdę, ukrytą na kartach powieści. Bo tytułowe „spiski” to właśnie takie zachowane dokumenty, będące świadectwem poszukiwaczy skarbów, spisywanymi wskazówkami, ciekawostkami i opowieściami magicznymi. Dokładnie to odnajdziemy w powieści, a więc lektura idealna podczas wypraw na szlaki.

poniedziałek, 5 września 2011

Carl Hiaasen: "Słodycz zemsty"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 05, 2011 7 komentarze

Z okładki „Słodyczy zemsty” C. Hiaasen’a uśmiecha się do nas aligator, popijający drinka z palemką, a obrazu dopełnia skąpany w słońcu piaszczysty brzeg plaży. Ta żartobliwa, intrygująca okładka doskonale synchronizuje się z treścią książki, gdyż mamy do czynienia z przewrotną satyrą, która aż kipi od humoru i niecodziennych wydarzeń.
            Honey Santana to samotna matka, którą właśnie wylali z pracy za cios w okolice intymne molestującego ją, zbzikowanego szefa. Honey mieszka z Fry’em w ubogiej dzielnicy, w przyczepie campingowej, ale wsparcia udziela im jej były mąż – bogaty przemytnik narkotyków, Perry. Pewnego dnia w porze kolacji Honey odbiera telefon od uciążliwego telemarketera, Boyda. Ponieważ kobieta jest zaburzona, a jej misją jest tępić zwyrodnialstwo, wdaje się w sprzeczkę ze swoim rozmówcą, w konsekwencji zostaje przez niego wyzwana. Urażona duma kobiety oraz jej talent do pakowania się w kłopoty, owocują intrygą, której celem jest zwabienie przedstawiciela w dzikie ostępy florydzkiej Krainy Dziesięciu Tysięcy Wysp i udzielenie mu kilku lekcji dobrego wychowania. Boyd, mamiony obietnicą darmowych wakacji, zabiera ze sobą kochankę, nie wie jednak, że ich tropem podąża prywatny detektyw – zbierający dowody do sprawy rozwodowej, najęty przez żonę Boyda. Jest jeszcze ogarnięty obsesją były szef Honey, który w wyniku nieudanej operacji – po tym jak uległ bliskiemu spotkaniu z krwiożerczymi krabami, w odwecie zemsty byłego męża Honey rzecz jasna - może się poszczycić źle przyszytymi palcami w jednej z dłoni. Do tej mieszanki wybuchowej dołącza jeszcze pół-Indianin, pragnący odnaleźć spokój z daleka od bladych twarzy i śmiała studentka, za wszelką cenę pragnąca stać się jego zakładniczką. Wszyscy oni z tysiąca florydzkich wysp, wybierają akurat tę jedną, w następstwie możemy liczyć na jeszcze więcej atrakcji.
           Seria niefortunnych zdarzeń, dowcip, ironia i komizm, a nade wszystko akcja i przygoda, to główne zalety tej książki. Autor zafundował nam niezłą zabawę, wartką narrację, nieoczekiwane zwroty akcji i barwne, nieszablonowe postaci, a wszystko to skąpane w blasku urokliwych wysepek. Jedno jest pewne: nudzić się na pewno nie będziemy! Choć książka nie należy do tych, które czytałam z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać ciągu dalszego, bez wątpienia była ciekawą, urozmaicającą lekturą, z jakimi rzadko miałam dotychczas styczność. Hiaasen kreując świat powieści musiał się sam dobrze bawić, nie szczędząc różnych smaczków, a nawet nieprawdopodobnych sytuacji. Bohaterowie są przerysowani i nierzeczywiści: trudno sobie wyobrazić, żeby po naszych ulicach chodziły takie jednostki jak odpychający, zbzikowany Piejack, mający fioła na punkcie swojej pracownicy czy próżny, pusty Boyd, człowiek bez charakteru i przyszłości. Jednak ów chaos, kalejdoskop nieprawdopodobnych wydarzeń i galeria nietuzinkowych postaci doskonale oddają główne założenia tej satyry: ukazują świat w krzywym zwierciadle, pokazując wady i przywary społeczeństwa.   
            Lektura doskonała na nadciągające szare, jesienne wieczory – pozwala przenieść się na chwilę w egzotyczny świat florydzkiej flory i fauny, pośmiać się i odprężyć. Może nie jest to dzieło, które zapamięta się na dłużej, ale w sam raz do poczytania, jeśli akurat nie mamy żadnych innych pomysłów na wieczór.

czwartek, 1 września 2011

Film: "Król lew"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 01, 2011 7 komentarze

            Kto z nas nie pamięta słodkiego Simby, przemądrzałego Zazu, podstępnego Skazy i zwariowanych Timona i Pumby? Najlepsza animacja naszego dzieciństwa powraca na ekrany kin i to w technologii 3D, byśmy mogli po kryjomu znów uronić parę łez nad śmiercią Mufasy, pokazując bajkę kolejnemu pokoleniu.
            Cofnijmy się siedemnaście lat wstecz. Fabułę doskonale znamy wszyscy, bo trudno sobie wyobrazić, by ktoś nie oglądał filmu, choć podobno takie przypadki istnieją (jest jednak wyśmienita okazja to nadrobić). Simba przychodzi na świat w królewskiej lwiej rodzinie, by gdy podrośnie zastąpić swego ojca, panującego na lwiej skale. W ukryciu czai się jednak brat Mufasy, zgorzkniały i chytry Skaza, któremu narodziny lwiątka są nie w smak: ma on bowiem chętkę na koronę. Skaza knuje intrygę wraz ze swoimi poplecznikami, głupimi hienami, doprowadzając do śmierci Mufasy, a winę za zaistniałą sytuację zrzucając na niewinne lwiątko. W obliczu tragedii i wyrzutów sumienia załamany Simba po prostu odchodzi, pragnąc jedynie własnej śmierci. Wkrótce jednak zazna spokoju i odnajdzie wspaniałych przyjaciół, którzy nauczą go hasła „hakuna matata”, dosłownie „nie martw się”. Przeszłość jednak odnajdzie Simbę w najmniej spodziewanym momencie…  
            Właściwie niewiele się zmieniło. Odświeżono ścieżkę dźwiękową, grafikę, dodano efekt 3D, który nie jest i nigdy dotąd chyba jeszcze nie był powalający, ale robi miłe wrażenie głębi ekranu i to wszystko. Skąd więc to całe zamieszanie, wielki szum wokół reinkarnacji naszych ulubionych bohaterów? Może dlatego, że wielu uważa, że po „Królu lwie” Disney się skończył, że nie było już i nigdy nie będzie bajki tak dobrej, wartościowej, głębokiej. I nie ma co skąpić słów pochwały, gdyż ciężko znaleźć kogoś, komu opowieść o lwim świecie nie przypadła do gustu. Nie da się nie docenić wielu filozoficznych myśli, wplecionych w świat bajki, mądrych haseł i nauk, przeplatanych żartem i przygodą. To właśnie bajka, którą ma się ochotę pokazywać własnym dzieciom, by mogły czerpać z niej życiową mądrość, tak rzadko obecną w dzisiejszych mediach.
            Na „Królu lwie” dobrze bawią się wszyscy. Dla tych starszych to sentymentalna podróż w świat własnego dzieciństwa, dla młodszych dobra zabawa z barwną, radosną animacją. Ścieżka dźwiękowa przeszła już do historii, a perełki takie jak „Krąg życia” czy „Miłość rośnie wokół nas” niezmiennie zachwycają.
Sceptyczni mogą sobie mówić, że film trafił do kin znów tylko po to, by zbić na nim dobry interes, ale przecież właśnie z tego powodu powstają wciąż nowe produkcje, a jeśli coś jest sprawdzone i dobre, to dlaczego to odtrącać? Osobiście uważam, że jak najbardziej było warto – cofnęłam się trochę w przeszłość i poczułam się znów dzieckiem, które niegdyś z wypiekami na twarzy śledziło losy Simby. Aż ma się ochotę powrócić do kontynuacji. Zabrałam do kina też młodszą siostrę, która choć widziała już gdzieś wcześniej bajkę w telewizji, z entuzjazmem przyjęła obraz na wielkim ekranie. Zabawa była przednia i myślę, że nikt nie wyszedł z kina rozczarowany, wręcz przeciwnie – zaserwowano nam duży ładunek emocjonalny w pięknej formie. Czasem miło usiąść sobie wygodnie w fotelu i powspominać, tak po prostu.
            I co tu więcej mówić? To po prostu trzeba zobaczyć :)


I jako ciekawostka: link do 3 części "Króla lwa" >>tu<<, zaraz sama będę oglądać i sprawdzę czy dobrze działa :) Widzieliście? Spojrzenie na losy lwiątka okiem Timona i Pumby, naprawdę dobra zabawa ;)
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon