czwartek, 27 października 2011

Eric-Emmanuel Schmitt: "Małe zbrodnie małżeńskie"

Autor: Beata Szy dnia 12:29:00

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: "Małe zbrodnie małżeńskie"
Wydawnictwo: Znak
Stron: 98


Kiedy dwoje młodych ludzi składa sobie przysięgę małżeńską przed ołtarzem, mimo najszczerszych chęci by się udało, oboje nie mogą mieć pewności jak potoczy się ich wspólne życie i co skrywa przyszłość.

„Para młodych to para, która próbuje pozbyć się innych. Para starych to para, gdzie partnerzy usiłują się wzajemnie wyeliminować. Kiedy widzicie kobietę i mężczyznę w urzędzie stanu cywilnego, zastanówcie się, które z nich stanie się mordercą”.

Eric-Emmanuel Schmitt znany jest z literackich miniatur. Jego książeczki, bo trudno nazwać inaczej te utwory, są najczęściej zapisem krótkiej historii, małym opowiadaniem, gdzie unika się zbędnych słów, stawiając na zwięzłość. Nie inaczej jest w przypadku „Małych zbrodni małżeńskich”, które liczą sobie niecałe sto stron. A mimo to autor w tej fragmentarycznej, oszczędnej formie, potrafi przekazać tak wiele cennych myśli, obserwacji, słów. To fenomen, z którym warto się zapoznać.

„Małe zbrodnie małżeńskie” mają tylko dwóch bohaterów – małżeństwo w średnim wieku, które spędziło ze sobą piętnaście lat. On, Gilles, w skutek wypadku cierpi na amnezję i właśnie wraca ze szpitala do domu, ona, Lisa, stara się przypomnieć mu przeszłość, opowiadając jakim był człowiekiem i jak wyglądało ich wspólne życie. Książka ma formę dramatu – odczytujemy naprzemienne kwestie bohaterów, a czasem pojawiają się didaskalia, które informują nas o wyrazie twarzy postaci, o tonie ich głosu, poczynaniach. Akcja rozgrywa się w ciągu jednego wieczoru, w salonie ich mieszkania. Można pomyśleć: cóż ekscytującego można znaleźć w mikroskopijnej powieści, składającej się wyłącznie z dialogu dwóch postaci? A jednak, powieść Schmitta wciąga i zaskakuje, jest naprawdę dobrą lekturą.

Małżeństwo dokonuje rozrachunku swojego związku, nawzajem się oskarża, wytyka sobie wady, ale także wspomina początki związku, z rozrzewnieniem wraca do tych pierwszych, pięknych chwil. Ich rozmowa przybiera czasem dramatyczny obrót, by chwilę później oboje mogli wybuchnąć śmiechem. Błyskotliwe, świetne dialogi są podstawą tego dramatu. Nie brak tu humoru i ironii, ale mamy także gorzką prawdę, mądrość i powagę. Okładka też jest przewrotna i doskonale oddaje klimat dramatu.

Książka obfituje w zaskakujące zwroty akcji. Ponieważ Gilles cierpi na zanik pamięci, Lisa może kształtować jego obraz według własnego uznania, zataić drażniące fakty, a także okłamać go w kilku sprawach. Jednak mężczyzna nie pozostaje jej dłużny: granica między oskarżanym a oskarżającym, między troską a karą, miłością a nienawiścią, kłamstwem a prawdą, jest bardzo cienka. Osoba, która wiedzie prym w rozmowie, nagle zostaje strącona, zdemaskowana, by po chwili przywrócić poprzedni porządek i znów przewodzić.

Schmitt zaskakuje przewrotnością dialogów, zażyłością bohaterów i konsekwencjami ich postępowania. Autor znakomicie przedstawił małżeńską parę, przechodzącą kryzys. Książka wciąga od pierwszej strony i można ją pochłonąć w godzinę. Świetna lektura, pobudzająca do refleksji.

Ocena: 5/6

20 komentarze:

Hordubal on 27 października 2011 13:04 pisze...

Uwielbiam tę książkę :)Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na swojego bloga http://ksiazkaaurelii.blogspot.com/

Edyta on 27 października 2011 13:41 pisze...

Fajne są takie małe, tylko mają to do siebie, że jeszcze się człowiek dobrze nie rozpędzi,a tu już hamować musi...

bsz on 27 października 2011 14:11 pisze...

Hordubal => dzięki, na pewno wpadnę ;)

Edyta => a to prawda, książka na jedno połknięcie :P

kamykowy on 27 października 2011 14:18 pisze...

Czytałam - całkiem sympatyczna, tylko szkoda, że taka krótka. Tak czy siak lubię "książeczki" Schmitta ;)

Gabrielle_ on 27 października 2011 14:26 pisze...

Widziałam ją w bibliotece szkolnej, więc z chęcią sięgnę ;)

Aneta on 27 października 2011 15:22 pisze...

Lubię Schmitta odkąd przeczytałam "Listy do Boga" jesli dobrze kojarzę tytuł. Autor jest mistrzem krótkich form, robi to fenomenalnie.

bsz on 27 października 2011 15:43 pisze...

kamykowy => jeżeli zobaczę kiedyś jakieś tomiszcze Schmitta na 300 stron, to chyba padnę z wrażenia ;D no chyba, że będą to dzieła zebrane ;)

Gabrielle_ => ja też ją w bibliotece upolowałam, ale Śląskiej ;)

Aneta =>hmm, myślisz pewnie o książce "Oskar i pani Róża", bo to tam chory chłopczyk codziennie notował swoje listy do Boga. tak, urocza książeczka.

Taki jest świat on 27 października 2011 16:33 pisze...

Ciekawe zbrodnie małżeńskie ;)

MirandaKorner on 27 października 2011 16:38 pisze...

Do tej pory miałam okazję zapoznać się tylko z jedną książką Schmitta i koniecznie muszę nadrobić zaległości. :) Muszę poszukać "Małych zbrodni małżeńskich" w bibliotece. ;)

giffin on 27 października 2011 17:11 pisze...

Bardzo chciałabym przeczytać coś tego pana! :) Haha, książka krótka ale jak widzę bardzo treściwa... a jak tak o niej czytam to przychodzą mi na myśl wspomnienia kiedy widziałam parę staruszków trzymających się za ręce ;)

Gosława Ka. on 27 października 2011 17:13 pisze...

Z racji teatrologicznego wykształcenia - dramaty to mój konik, więc chyba powinnam w końcu przeczytać "Małe zbrodnie" :)

cyrysia on 27 października 2011 17:42 pisze...

nie słyszałam o tej książeczce, ale znam twórczość autora i podoba mi się nawet jego styl, więc z ciekawości chętnie poznam „Małe zbrodnie małżeńskie”.

Alannada on 27 października 2011 19:13 pisze...

Brzmi kusząco :)

Dusia on 27 października 2011 22:46 pisze...

Muszę w końcu zapoznać się z twórczością tego autora - wszyscy się nią zachwycają, a ja wciąż jej nie znam...

bsz on 27 października 2011 22:56 pisze...

Taki jest świat => oj ciekawe, ale lepiej nie próbować tego w domu :P

MirandaKorner => ja z kilkoma więcej, ale też mam jeszcze braki.

giffin => nom, tylko tu troszkę inaczej, bo jedno chce zabić drugie, więc z tym trzymaniem się za rękę to wiesz ;)

Gosława Ka. => o proszę ;) mhm, to taki współczesny dramat ;)

cyrysia => a styl charakterystyczny, podobny do tych znanych z innych utworów, więc myślę, że w sam raz :)

Alannada => i chyba się skusisz? :)

Dusia => oj, "Oskar i pani Róża" to przecież postawa! :)

Bujaczek on 28 października 2011 07:02 pisze...

Schmitta do tej pory czytałam dwie książki i mi się podobały więc pewnie po inne też sięgnę ;)

Faledor on 28 października 2011 10:50 pisze...

Czytałam "Oskar i pani Róża" i cóż mogę powiedzieć...jestem strasznie czuła na temat śmierci i cierpienia dzieci odkąd mam swoje. Spłakałam się niesamowicie i jakoś od tej pory unikałam książek tego autora. "Małe zbrodnie..." to sądząc po twojej recenzji zupełnie inna historia, więc może przeczytam, bo sposób pisania Schmitta jest niesamowity.

bsz on 28 października 2011 11:42 pisze...

Bujaczek => ja też zamierzam jeszcze do tego Pana wrócić :)

Faledor => tak, ta książka chyba nie wywoła takich emocji, nie ma w niej podobnego dramatu. Co do "Oskara" książka rzeczywiście jest istnym wyciskaczem łez.

Fuzja on 28 października 2011 15:47 pisze...

Nie jestem pewna czy na moje ostatnie humorki ta książka nie jest zbyt poważna i przygnębiająca. Nie umiem sobie wyobrazić jakim potworem trzeba być, żeby robić takie rzeczy dziecku...

giffin on 29 października 2011 14:01 pisze...

@Wiem, wiem, właśnie o to mi chodziło, że to trochę zabawne - w książce jest zaprezentowany kontrast w porównaniu do tego z czym mi zawsze kojarzą się takie pary :)

Prześlij komentarz

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon