wtorek, 15 września 2015

Amanda Maciel: "Tease"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 15, 2015 2 komentarze

 
Amanda Maciel: "Tease"
Wydawnictwo Muza
336 str.




Książki o prześladowaniu wśród młodzieży najczęściej pisane są z perspektywy ofiary. Osoby odmiennej, nie rozumianej przez otoczenie, która pod wpływem szykanowania podąża jedną z dwóch dróg – przeżywa załamanie, depresję, traci chęć do życia, bądź też sięga po broń. Obie te sytuacje doprowadzają do tragedii. W książce Amandy Maciel jest zupełnie inaczej – tutaj ofiarą zostaje... oprawca. Takie spojrzenie na problem uzmysławia, że każdy medal ma dwie strony, i nigdy nie kończy się na cierpieniu jednej osoby, gdy w grę wchodzi czyjaś śmierć.

Emma Putnam popełnia samobójstwo. Ale narratorką jest ktoś inny – Sara. To Sara i jej znajomi rzekomo doprowadzili do śmierci dziewczyny. To Sara ma proces. To Sara musi spotykać się z prawnikiem i psychologiem. To Sara chodzi do szkoły letniej, bo nie zdołała zaliczyć klasy, wskutek tamtych wydarzeń. To ona przeżyła, a więc została – można więc ją wytykać palcami i obwiniać. Życie Sary zamienia się piekło, choć i za życia Emmy zaczynało przybierać taką formę. Jak się odnaleźć? Jak udowodnić innym niewinność i wytłumaczyć, że może Emma sama była sobie winna? Bo Sara nie przyjmuje do wiadomości, że jej zachowanie mogło być niewłaściwe. Widzi tylko swoją krzywdę.

Autorce udało się stworzyć poruszającą, wymowną historię. A przy tym doskonale wczuła się w bohaterów – postaci są realistyczne, wiarygodne. Książka przypadnie do gustu młodzieży – jest pisana ich językiem, dotyka problemów, które pojawiają się w ich życiu, nie bawi się w owijanie w bawełnę, mówi wprost. Układ historii też jest walorem – naprzemiennie ukazywane nam są wydarzenia aktualne, podczas przygotowań do procesu, jak i stopniowo przenosimy się w przeszłość, odkrywając prawdę i poznając bliżej wszystkich bohaterów.

Nie napiszę, że książka jest genialna i dawno czegoś takiego nie czytałam, bo oprócz zalet, mam też do niej kilka uwag, ale mogę śmiało polecić. Czyta się ją szybko i z zainteresowaniem, na pewno warto. Jest czymś nowym i świeżym, choć oczywiście wśród gąszczu innych powieści młodzieżowych może szybko zaginąć.

czwartek, 10 września 2015

Jeff Lindsay: "Demony Dextera"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 10, 2015 3 komentarze


Jeff Lindsay: "Demony Dextera"
Wydawnictwo: Albatros
336 str.

Serial „Dexter” towarzyszył mi przez dobrych parę lat. Właściwie był jednym z tych tytułów, który zaszczepił we mnie pasję do wątków detektywistycznych. I choć z natury jestem spokojna i unikam brutalności, opowieść o seryjnym mordercy szybko mnie do siebie przekonała. Co prawda, ostatnie dwa sezony były już naciągane, odbiegały od reszty, ale bez względu na to serial należy do moich ulubionych. Od zawsze wiedziałam, że powstał na postawie cyklu książek Jeffa Lindsaya, ale nie miałam okazji się z nimi zapoznać. Aż do teraz :) Na jakimś promocyjnym stosiku w markecie wyszperałam „Demony Dextera” - w dodatku okazało się, że to pierwszy tom. Bez zastanowienia więc umieściłam go w swoim koszyku.

Książka jest tożsama z pierwszym sezonem serialu, opowiada tę samą historię, ale... No właśnie. Serial jest genialny bez dwóch zdań – morderca został uczłowieczony, lubimy go, choć zdajemy sobie sprawę, że działa ponad prawem. Świetnie zarysowano psychologię postaci, wytłumaczono motywy, jakie kierują Dexterem, ukazano Mrocznego Pasażera, przed którym nie może się bronić. Ponadto relacje – rodzinne (z nieżyjącym już ojcem i siostrą), a także wszystkie te układy wewnątrz policji i silne osobowości. Natomiast książka – ehh, licha to opowieść. Oczywiście, Lindsay stworzył Dextera, i to od niego podchodzą wszystkie główne wątki, ale... Książce czegoś brakuje, bohaterowie są zbyt prosto zarysowani, wydarzenia okrojone, napięcie gdzieś znika. Zakończenie też bardzo się różni, i nie ukrywam, że to książkowe wypada blado. Ponadto – kiczowate dialogi. Dexter nie wydaje się ani trochę sympatyczny. To raczej przemądrzały buc bez skrupułów. Ten wizerunek strasznie gryzie się z tym, co proponował serial. A LaGuerta? To straszne, co zrobiono tu z tej postaci! O Ricie też tu bardzo malutko... I Debra – w serialu jest jedną z barwniejszych, ciekawych postaci, tu jest po prostu nudna.


Rzadko to mówię, ale w tym przypadku serial jednak jest górą. I chyba nie będę sięgać po kolejne dzieła Lindsaya, bo raczej mnie rozczarują.

sobota, 5 września 2015

Laserowa korekcja wzroku - badanie kwalifikujace do zabiegu

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 05, 2015 9 komentarze
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami dosyć ważną decyzją, którą ostatnio podjęłam. A mianowicie, czeka mnie operacja. Laserowa korekcja wzroku. Zabieg zostanie przeprowadzony w październiku. Ale zanim do niego dojdzie, chciałabym napisać parę słów o przyczynach, które mnie do tego skłoniły oraz o badaniu kwalifikującym do zabiegu – przeszłam je w zeszłym tygodniu.

O zaletach życia bez okularów można by mówić i mówić. Nie będę wspominać o względach estetycznych, bo dla mnie one akurat nie mają znaczenia, ale domyślam się, że bardzo wiele osób decyduje się na zabieg głównie też z tego względu. Dla mnie wzrok jest bardzo ważny – nie wyobrażam sobie, że mogłabym go kiedyś stracić. Ale praca przy komputerze i książki nie sprzyjają jego poprawie wręcz przeciwnie. Moja wada wzroku wynosi ok -4,5, mam też astygmatyzm. To dużo i mało zarazem. Dużo – bo bez okularów czuję się jak dziecko we mgle i widzę bardzo nieostro. Mało – bo pacjenci zgłaszający się do kliniki borykają się najczęściej z o wiele większymi wadami. Ale dla mnie osobiście wada jest ogromna i bardzo ogranicza moje życie. Basen, sport – można zapomnieć. To śmieszne, ale nigdy nie miałam nawet okularów przeciwsłonecznych. Takie korekcyjne kosztują majątek. W zwykłych – przecież bym się zabiła ;) Praktyka – te ciągłe zimowe zaparowanie, zabrudzenia, przecieranie szkieł. Można wymieniać i wymieniać. Ale jeżeli ktoś nigdy nie należał do okularników, nie do końca zrozumie, jak to jest. Ja soczewek kontaktowych nosić nie jestem w stanie – próbowałam, ale ich zdejmowanie mnie przerasta. Noszę okulary już ponad 20 lat, przyrosły do mnie i właściwie trudno wyobrazić sobie życie bez nich. Ale jednak można!

Myślę, że względy finansowe są tym, co najbardziej ogranicza w tej kwestii. Laserowa korekcja wzroku to koszt rzędu kilku tysięcy, w zależności od dobranej metody. Przy moim astygmatyzmie i nietypowej urodzie – mam bardzo szerokie źrenice, niestety muszę zdecydować się na droższe opcje. Ale warto – odzyskać dobry wzrok, to przecież bezcenne.

Kto może się poddać zabiegowi? Przede wszystkim należy mieć ukończone 21 lat a wada wzroku powinna być stabilna. Należy wybrać dobrą klinikę i udać się na badania wstępne. Koszt takiej wizyty waha się w zależności od wybranego miejsca (100-400 zł). Miałam szczęście, bo udało mi się załapać na wakacyjną promocję w jednej ze śląskich klinik. Dzięki temu koszt takiej wizyty wyniósł 150 zł, zamiast 300, mam też 50 proc. zniżki na operację drugiego oka. Przy takich kosztach, to naprawdę daje odczuwalną różnicę.

Badanie kwalifikujące trwa ok. 2 godzin. Najpierw przechodzi się serię badań komputerowych – ostrość widzenia, badanie ciśnienia wewnątrz oka, średnicy źrenicy, pola widzenia, rogówki. Są to badania z cyklu: patrz w jeden punkt, patrz w prawo, w lewo, w dół, w górę, naciskaj przycisk kiedy zobaczysz światełko itp. Szybkie, proste i bezbolesne. No, może z wyjątkiem pomiaru ciśnienia – nie przepadam za nim. W międzyczasie dostałam też do wypełnienia kwestionariusz z informacjami o zabiegu, możliwych powikłaniach, a później serię pytań o mój stan zdrowia. Kolejny krok to rozmowa z lekarzem. Później oczy są zakrapiane 3 razy, a krople trochę pieką. Źrenica się rozszerza, po czym niektóre badania są powtarzane. Lekarz na bieżąco informuje o wyniku badań. Wszystko upływa w naprawdę miłej atmosferze. Nie macie pojęcia, z jaką ulga odetchnęłam, gdy okazało się, że wszystko jest w porządku i mogę poddać się operacji!

Ważna rzecz – warto na takie badanie pójść z bliską osobą, bo po wyjściu z kliniki jeszcze przez ok. 3 godziny mamy utrudnione widzenie. Przed badaniem na ok. 3-4 tyg. należy zaprzestać noszenia soczewek, ale ten punkt akurat mnie nie dotyczył.

O tym jak przebiega zabieg właściwy, jak należy się do niego przygotować, trochę o możliwych powikłaniach, a przede wszystkim – ile trwa rekonwalescencja i jak się ją znosi, opowiem w następnych postach.


Jestem ciekawa, czy ktoś z Was ma ten zabieg już za sobą, albo też o nim myśli? Czekam na Wasze opinie. Nie będę ukrywać, że strasznie się boję, ale mam nadzieję, że to słuszna decyzja i nie będę żałować.

wtorek, 1 września 2015

Katarzyna Surmiak-Domańska: "Mokradełko"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 01, 2015 2 komentarze

Katarzyna Surmiak-Domańska: "Mokradełko"
Wydawnictwo Czarne
144 str.


W przypadku tej książki można powiedzieć, że zaczęłam do końca. Najpierw była bowiem autobiografia „Kato-tata”, wydana pod pseudonimem Halszka Opfer. Autentyczna relacja kobiety, która od najmłodszych lat była wykorzystywana seksualnie przez swojego ojca. Raczej nie przeczytam w najbliższym czasie tej książki – unikam tak trudnych, drastycznych tematów, a wiedza, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, jeszcze potęguje moją niechęć. Za to „Mokradełko” jest pozycją zgoła inną -to reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej, która poznała autorkę „Kato-taty”, wraz z Halszką odwiedziła jej rodzinne strony i rozmawiała z bliskimi – matką, mężem, sąsiadami.

W mojej biblioteczce reportaży też jest niezwykle mało z podobnego powodu – zwykle na warsztat brany jest temat trudny, kontrowersyjny, tragiczny. Mam taki okres w życiu, że po prostu nie chcę czytać podobnej literatury. Ale muszę przyznać, że pod względem warsztatowym, pozycje te są po prostu świetne. Tak jak tutaj. Autorka nie ocenia, chłodno relacjonuje, ale w taki sposób, że sami wyrabiamy sobie zdanie. Halszka jest osobą pełną skrajności. Mówi się wręcz, że współczują jej ci, którzy jej nie znają. Odbiega od stereotypowego wizerunku ofiary – nie jest bierną, zamkniętą w sobie kobietą, która przeszła przez piekło. Halszka wydała do bólu szczerą książkę, zaczęła udzielać wywiadów, pokazywać się w telewizji. Ludzie z miasteczka mówią, że jest kokietką, nie można się z nią zaprzyjaźnić, nie wzbudza sympatii. Promuje siebie jako ofiarę, zbierając laury. Jest dwulicowa, fałszywa. Ale mimo wszystko – spotkało ją coś tragicznego, co zwichrowało w pewien sposób jej psychikę. Czy można więc ją winić?

Te, oraz wiele innych ciekawych pytań, stawia ten reportaż. Przedstawia szereg opinii, pozostawiając je bez komentarza – to my musimy go wypracować. Halszka podróżuje z autorką, mamy więc okazję skonfrontować każde słowo. I mimo że „Mokradełko” powstało na bazie historii tak okrutnej, na szczęście nie relacjonuje ponownie tamtych wydarzeń. Skupia się na relacjach bliskich, na życiu Halszki po ukazaniu się książki, na odczuciach otoczenia. Pokazuje, jak niewygodną prawdę można zamieść pod dywan. Bo właśnie tak robi się w wielu polskich domach. A bunt uważany jest za coś złego.

Reportaż napisany sprawnie i interesująco. Można było zrobić z tej historii banał, można było żerować na traumatycznym przeżyciu, wyciskając z czytelnika ostatnie soki. Autorka zdecydowała się jednak na coś innego – pisze w sposób prosty, ale dosadny. Nie rozczula się, ma chłodny osąd. Pokazuje różne punkty widzenia, nie solidaryzując się z żadną ze stron. Naprawdę dobra pozycja.

sobota, 29 sierpnia 2015

Donna Tartt: "Szczygieł"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 29, 2015 6 komentarze
Największe wydarzenie literackie tej dekady.


Donna Tartt: "Szczygieł"
Wydawnictwo Znak
844 str.

Szczerze mówiąc, zawsze trochę się obawiam, gdy o książce krążą aż tak entuzjastyczne opinie. Ale mimo wszystko, potęgują one we mnie chęć na przeczytanie powieści, jeszcze lepiej – na posiadanie jej. „Szczygieł” Donny Tartt już na pierwszy rzut oka prezentuje się zjawiskowo – ponad 800 stron dobrej literatury, w solidnej, twardej oprawie i obwolucie. Książka wydana naprawdę z pieczołowitością, bardzo starannie. Przywodziła mi na myśl dzieła klasycystyczne, bardzo tradycyjne, tymczasem to, co znajdziemy w środku trochę nawet kłóci się z tym poważnym „wyglądem”. Choć wydawać by się mogło że to książka składająca hołd sztuce i pięknu, wiele w niej także brudnej rzeczywistości: bowiem jej bohaterowie nie tylko posługują się nowoczesnym, nawet wulgarnym językiem, ale także upajają się narkotykami i alkoholem, dopuszczają występków takich jak oszustwa, kradzieże, pobicia czy nawet morderstwa. Książka jest wielowymiarowa i pokazuje świat takim, jaki jest. Choć z jednej strony hołduje sztuce i przeszłości, bo autorka niespotykanie pięknym stylem opisuje wrażenia i przeżycia estetyczne, treść książki bywa też dosadna i prosta. Ale co tu dużo nie mówić, spędziłam z nią wiele naprawdę miłych popołudni. Dobrze się czyta, i trudno się oderwać.

Theo wraz z matką zwiedzają muzeum, gdy dochodzi do zamachu. Chłopak jest jednym z ocalałych, ale ucieka z miejsca zdarzenia. Ucieka, zabierając z sobą coś cennego – malutki obraz przedstawiający zniewolonego szczygła. Obraz bezcenny. Od tej chwili nic już nie będzie takie, jak przedtem. Chłopak traci matkę i dom, w dodatku jest przerażony perspektywą zamknięcia w więzieniu – dopuścił się przecież czegoś straszliwego. Nie potrafi jednak zwrócić obrazu, jest nim zachwycony. Jego życie i mały obraz splatają się nierozerwalnie. To jedno wydarzenie na zawsze wpłynie na chłopca. Trauma, która zniszczy jego życie, a jednocześnie wyzwoli w nim nowe pasje i pragnienia... Kolejna książka o wchodzeniu w dorosłość, której bohater jest tak naprawdę samotny i skazany wyłącznie na siebie. 
 

Trudno pisać mi o tej książce, bo po prostu brakuje słów. Chociaż z jednej strony spodziewałam się czegoś zupełnie innego i uważam też, że opinie o arcydziele są trochę przesadzone, uważam jednak, że dawno nie miałam okazji czytać czegoś podobnego a autorka naprawdę stworzyła fantastyczną opowieść. Wymieszała gatunki, tak by każdy czytelnik znalazl coś dla siebie.  Podziwiam jej wrażliwość, styl i sposób tworzenia świata, a także pokłon w stronę sztuki, który widać tu na każdym kroku.

wtorek, 11 sierpnia 2015

David Nicholls: "Jeden dzień"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 11, 2015 3 komentarze

David Nicholls: "Jeden dzień"
Świat Książki
446 str.



Parę lat temu oglądałam film „Jeden dzień” - przyjemną komedię romantyczną na jeden wieczór, z przejmującym zakończeniem. Gdy więc upolowałam na promocji książkę Davida Nichollsa za kilka złotych stwierdziłam, że czemu nie. Wprawdzie ostatnio rzadko sięgam po ten gatunek, ale chciałam zobaczyć, czy książka przywoła wspomnienie filmu.

Opowieść oparta jest na utartym schemacie. Ona – inteligentna, szara myszka o wielkim sercu i on – pewny siebie podrywacz z wysoko notowanej rodziny. Woda i ogień. Jeden dzień, jedna wspólnie spędzona noc, łączy ich na zawsze. Śledzimy losy tej pary przyjaciół, zastanawiając się, co właściwie ich łączy, jak znajdują wspólny język? Wydaje się, że nie pasują do siebie ani trochę. Nawet nie kibicujemy, by zostali parą. Emma zasługuje na kogoś lepszego, kto ją doceni, kto będzie wierny i uporządkowany. Dex chyba nigdy się nie zmieni – pieniądze, sława i piękne kobiety, żyje dla tych trzech. Mijają lata i każde z nich układa sobie swoje życie. Przypomina wam „Love, Rosie”? Może coś w tym jest. Tylko zakończenie ratuje tę książkę – bo niezwykle silnie oddziałuje na czytającego. Można to nazwać sztampowym chwytem, a można podziwiać odwagę autora. Podobał mi się zwłaszcza ten zwrot akcji, cofnięcie w przeszłość. Myślę, że wiele osób zna tę historię, jednak nie chcę zdradzać zakończenia. 
 
Podsumowując – książka jakich wiele, ale wielu bardzo się spodoba. Mimo wszystko, bohaterowie filmu wzbudzili we mnie większą sympatię, niż ci książkowi.
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon