poniedziałek, 3 grudnia 2018

Księga wewnętrznego piękna i trochę o zapachach...

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 03, 2018 0 komentarze


Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu takie książki jak „Księga wewnętrznego piękna” nie miały większej racji bytu, nie były potrzebne, a teraz wyrastają jak grzyby po deszczu. Czym to jest spowodowane? Świat przyspiesza, i nic nie zapowiada, by miało to się zmienić. Pogoń za karierą i dobrobytem, szczególne widać to w takich większych miastach jak moje. Osobiście nigdy nie mogłam stać się częścią tego tłumu, przerażało mnie to, zawsze wolałam trzymać się z boku, ale wielu ludzi ulega tej presji i traci siebie. Właśnie dla nich kierowane są podobne poradniki – by zrozumieć, co się w życiu liczy, by nie zwariować, by na powrót odnaleźć siebie i ukojenie.






Książka, jak to tytuł zapowiada, musi być pięknie wydana, gdyż skupia się właśnie na takim pięknie wewnętrznym i na otaczaniu się pięknymi przedmiotami i rytuałami na co dzień. To pomaga, bo z o ile lepszym nastawieniem zaczynamy dzień, gdy budzimy się w ładnym miejscu, otoczeni zapachem uspokajających olejków. Małe rzeczy tak naprawdę, często błahe drobnostki – potrafią zmienić nasze postrzeganie świata. Autorka, Laurey Simmons jest uznaną, brytyjską wizażystką, a jej mąż jest nauczycielem medytacji. Ja wciąż nie mogę przekonać się do tych technik: medytacja, coaching, wewnętrzne ja… Mam inne sposoby na rozluźnienie siebie, ale rozumiem, że każdemu potrzebne jest co innego – książka zaś pokazuje drogę osobom, które taką tematyką się interesują i odnajdują się w tym. Szczerze, wielokrotnie już słyszałam o historiach ludzi, którzy rzucali wszystko i ruszali w podróż po Indiach, by uczyć się medytacji od mistrzów, ale jakoś sama nie wierzę, że mogłabym w tym znaleźć swoje powołanie. Choć nie da się ukryć, że tacy ludzie są niezwykle inspirujący, wydają się szczęśliwi i faktycznie w kontakcie z wewnętrznym „ja”. A Wy co myślicie o podobnych praktykach?


Książka jest bardzo fajnym pomysłem na prezent, dla kogoś kto interesuje się światem makijażu, kamieni i olejków przede wszystkim, ale nie tylko. Zawiera piękne, nastrojowe ilustracje, utrzymane w klimacie okładki. Można ją czytać fragmentami, w zależności od tego, czego w danej chwili szukamy. Opisuje filozofię medytacji, ale również konkretne rytuały, sposób ich wykonania i działanie. W środku też pachnie pięknie😊


Na moim zdjęciu widzicie też perfumy marki Evaflor Paris. Ponieważ mówię dziś o pięknie i zapachach, postanowiłam też nakreślić kilka słów o tym intrygującym flakonie. Jakiś czas temu otrzymałam do testów zapach Je T’Aime Eau Supreme Evaflor Paris. 


Najpierw kilka słów producenta na temat samego zapachu:
Je T’Aime Eau Supreme Evaflor Paris podkreśli Twój osobisty, naturalny urok. Harmoniczny dobór słodkich i owocowych zapachów. Pozwól im, by Cię uwiodły. Nuty zapachowe damskich perfum EDP Je T’Aime Eau Supreme Evaflor Paris:
nuty głowy: mandarynka, pomarańcza, bergamotka;
nuty serca: jaśmin, pomarańcza blossom, ylang-ylang, róża, tuberoza;
nuty bazy: nuty drzewne, wanilia, piżmo. 





Co rzuciło mi się w oczy jako pierwsze po wyjęciu flakonu z opakowania, to śliczna nakrętka w kształcie prezentu, zwieńczona srebrną wstążką. Możecie zobaczyć to na jednym ze zdjęć. Naprawdę ładnie się to prezentuje, dzięki czemu podoba się zarówno mnie, jaki byłoby fajną opcją na prezent dla kogoś bliskiego. Zapach jest bardzo delikatny, przyjemny, kupił mnie od razu. Jest kwiatowy, wyczuwam w nim też słodycz owoców. Długo utrzymuje się na skórze i towarzyszy mi w ciągu dnia. Aplikacja bardzo prosta, flakon jest wygodny w obsłudze, dobrze trzyma się go w dłoni, zatyczka też jest łatwa do zdejmowania/nakładania. Mój flakon ma całkiem optymalną pojemność 100ml i myślę, że starczy na kilka dobrych miesięcy, jeśli nie dłużej. Jest przezroczysty, więc bez problemu można obserwować, ile perfum jeszcze nam zostało. Słowem, jestem bardzo zadowolona z perfum tej marki 😊

niedziela, 2 grudnia 2018

"Cesarz wszech chorób. Biografia raka"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 02, 2018 0 komentarze


Książkę „Cesarz wszech chorób. Biografia raka” kupiłam ponad rok temu i tak czekała sobie na półce, na swoją kolej. Pozycja wyróżniona wieloma nagrodami, napisana przez amerykańskiego onkologa i pisarza w taki sposób, że choć często mówi o trudnych do pojęcia procesach badawczych, informacje są tu przekazane przystępnym językiem, a przede wszystkim całość napisana jest bardzo zajmująco, ciekawie. Nie sądziłam, że sięgnę po tę książkę w takich okolicznościach. Czekałam na odpowiednią chwilę, nastrój, gdyż nie jest to pozycja łatwa i przyjemna, i nagle w mojej najbliższej rodzinie gruchnęła wiadomość o tej podstępnej chorobie. Wiecie, miałam dużo szczęścia w życiu, nie doświadczyłam nigdy bliskiego zetknięcia z poważną chorobą czy śmiercią, żyłam trochę w takiej bańce, omijało mnie najgorsze zło. Tym trudniej jest poradzić sobie teraz ze świadomością, że ktoś bliski zmaga się z nowotworem, który wciąż, mimo dziesiątek lat badań, jest jak wyrok.


Czytam tę książkę powoli, gdyż działa na mnie zbyt emocjonalnie, ale już nasuwa mi się parę wniosków. Mówi się, że nowotwory są plagą naszych czasów, ale tak naprawdę istniały zawsze. Już starożytne mumie wykazują obecność guzów, przypadki zachorowań na raka odnotowywane są na kartach całej historii ludzkości. Wykluczyliśmy inne choroby śmiertelne, wynaleźliśmy szczepionki – to wszystko sprawiło, że wiele chorób zniknęło, dając większe pole do popisu nowotworom. Wcześniej słyszało się o nich mniej, gdyż ludzie żyli krócej, nękały ich inne choroby.
Próba wynalezienia jednego leku na raka to jak walka z wiatrakami. Tyle jest jego odmian, każdy nowotwór ma swoją specyfikę działania, każdy sieje spustoszenie w inny sposób. Niektóre walki udaje się wygrać, czasem chemioterapia przynosi rezultaty a remisja utrzymuje się latami. To wciąż jednak za mało…



Niesamowicie jest czytać o ludziach, którzy całe swoje życie poświęcili walce z rakiem. Ta książka to historia nauki, od pierwszych prób wycinania guzów, z naszego punktu widzenia wręcz barbarzyńskich i z medycyną mających mało wspólnego, po badania wielu związków chemicznych, ich reakcji z komórkami rakowymi, dzięki którym nasza wiedza jest dziś większa.



Wiem, że nie jest to łatwa lektura, dla mnie także, ale uważam, że każdy powinien się w nią zagłębić, by oswoić się z tematem, by zrozumieć jak ważna jest profilaktyka i regularne badania.



Mam za sobą dopiero 1/3, więc jeszcze wrócę tu z refleksją po pełnej lekturze.

środa, 20 czerwca 2018

"Wakacyjny przewodnik po Układzie Słonecznym"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 20, 2018 0 komentarze



Kiedyś, jako wielka fanka konkursów wszelkich, na pytanie o wymarzone wakacje odpowiedziałam opisując podróż po planetach Układu Słonecznego. Niemożliwe? Co z tego, skoro mowa o marzeniach :) Ku mojemu zdziwieniu czytam więc teraz tę książkę, która doskonale odwzorowuje moje nastroje. "Wakacyjny przewodnik po Układzie Słonecznym" wydawnictwa Bellona to pozycja z przymrużeniem oka, która w oryginalny sposób - bo pretekstem są tu przygotowania na wakacyjny wyjazd - opowiada o wszechświecie, jego tajemnicach i urokach. Pozycja bogata w ilustracje, rysunki i ciekawostki.

Lubię w tej książce wszystko - od wspaniałych grafik wewnątrz, ciekawostek, rzetelnych informacji o wszechświecie, aż po ten zwariowany pomysł zamienienia książki w międzyplanetarny przewodnik. Ja się na takie wakacje piszę! Książka zawiera omówienie każdej z planet naszego Układu oraz rozdział o Księżycu. Oczywiście, temat jest potraktowny z przymrużeniem oka, ale właśnie dlatego ta pozycja jest taka zabawna, a przy tym dostarcza wiedzy. Wstęp, w którym autorki tłumaczą jak się przygotować do takiej wyprawy jest uroczy. Urzekła mnie, i może kiedyś faktycznie na półce w marsjańskiej bibliotece kolejne pokolenia odnajdą tę książkę. Świat zmienia się tak szybko :) 

Plusy:

- przekazuje wiedzę w przystępny, oryginalny sposób
- piekne wydanie
- piękne grafiki i zdjęcia
- zwariowany pomysł na przewodnik, który kupuje mnie w stu procentach
- ciekawa, oryginalna, świeża

Minusy ? Brak!




poniedziałek, 18 czerwca 2018

"Błękit" Maja Lunde

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 18, 2018 2 komentarze
"Błękit" M. Lunde - nastawiłam się na świetną lekturę, mimo że nie czytałam wcześniejszej "Historii pszczół". Dawniej nie interesowały mnie tematy ekologiczne, teraz to się zmieniło całkowicie.

Historia w tej książce dzieje się dwutorowo, w dwóch strefach czasowych można by rzecz - współcześnie i w przyszłości. Jedną z bohaterek jest Signe, starsza wiekiem kobieta, która walczy zarówno z duchami przeszłości, jak i z technologią - chodzi tutaj o niszczenie lodowców. Drugim bohaterem jest David, który ze swoją córeczką trafia do obozu uchodźców - tu akcja dzieje się w świecie pozbawionym wody, świecie suszy i pożarów. Wydarzenia pokazane w pierwszej historii mają katastrofalny skutek, jeśli chodzi o środowisko, w drugiej.

Co do mojej opinii - książka raczej mnie zawiodła. Pokochałam ją za okładkę, a później przyszło rozczarowanie. Bohaterowie są słabo zarysowani, żadna z postaci nie skradła mojego serca, są dla mnie kompletnie obojętni i niezrozumiali. Brakowało mi też akcji, przełomowych wydarzeń, bardziej spektakularnego połączenia obu historii. Było trochę mdło. Rzeczywiście, temat ważny i aktualny, natomiast potraktowany trochę stereotypowo i bez głębi. Mam nadzieję, że kolejne książki tej pisarki dorównają wcześniejszej :)

Plusy:

- tematyka ekologiczna, ochrona środowiska, zwrócenie uwagi na zagrożenia
- dwie odrębne historie, które splatają się pod koniec opowieści
- postapokaliptyczny klimat
- piękna okładka

Minusy:

-szablonowi, bardzo prości bohaterowie, ich psychologia jest zarysowana bardzo pobieżnie
- brak akcji, brak przełomowych wydarzeń
- błahe motywacje bohaterów, których nie da się polubić
- styl autorki, dziwne konstrukcje zdań
- monotonia, nuda, wielu zdarzeń można się od razu domyślić
- brak głębi omawianego problemu

Mimo mojej opinii, wiem że wiele osób odebrało tę powieść bardzo pozytywnie, więc najlepiej, jeśli przekonacie się sami. A nuż opowieść porwie Was i zachwyci ;)





środa, 9 maja 2018

O książce "Sześć Cztery" Hideo Yokoyamy

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 09, 2018 0 komentarze
Wspominałam już o książce „Sześć Cztery”, gdy zaczynałam ją czytać, i dziś mogę ją już z czystym sumieniem polecić, gdyż jestem już po lekturze tego prawie 800-stronnicowego thrillera. 

Nakreślając tak na szybko fabułę, bohaterem powieści jest Mikami, szef Biura Prasowego, pracujący niegdyś w dochodzeniówce, który musi zmierzyć się zarówno z osobistym dramatem – jego córka zaginęła i nie daje znaku życia, jak i zawodowymi trudnościami – po latach wraca sprawa porwania i morderstwa dziewczynki, nad którą też niegdyś pracował, na jak wychodzą nowe fakty, a narastający konflikt z prasą wcale nie ułatwia mu prywatnego śledztwa w tej kwestii.



W książce bardzo da się wyczuć japoński, niespieszny klimat i trochę inne podejście do życia niż nasze. Mało jest tu o emocjach i uczuciach, raczej stawia się na suche fakty i działanie.  Dużo jest opisów prostych czynności, niby mało się dziele, a chwilę później uderza do nas sens wcześniejszych scen. Porównania z „Millenium” Larssona nie są przypadkowe, i tutaj również trzeba nastawić się na przydługie opisy - nie są one jednak wcale niepotrzebne, są częścią tej historii, określają ją. Książka nie jest typowym kryminałem śledczym, z mnóstwem niuansów detektywistycznej pracy. Bardziej skupia się na relacjach prasa-policja, na samym systemie japońskiej policji, na zależnościach i próbach wypracowania metod pracy, które wszystkim przynosiłyby zyski. W ciekawy sposób jesteśmy wciągnięci zarówno w tragiczną sprawę sprzed lat, jak i przyglądamy się nowemu porwaniu, i łączących je szczegółach. Mikami to człowiek, którego od razu można polubić, doceniając jego trud wkładany w pracę, pasję i oddanie, próbę wypracowania kompromisów. Przez długi czas wydaje się, że to jedyny człowiek, któremu zależy na dotarciu do prawdy i odnalezieniu winnych. Przy okazji wychodzi na jaw, że policja wcale nie ma czystych rąk.

Podobała mi się ta książka, na pewno długo będę o niej pamiętać. Może początkowo wydaje się trochę nudna, ale w miarę rozwoju fabuły, gdy wiele wątków zaczyna się ze sobą łączyć i wyjaśniać, doceniamy zmysł autora. Wzruszyły mnie końcowe sceny, a wiele pytań pozostało bez odpowiedzi, więc zastanawiam się – czy Mikami powróci? Oby tak!


sobota, 17 marca 2018

Co tam u mnie... Marzyciel.

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 17, 2018 1 komentarze
Hej :)

Nie mogę porzucić blogowania, mimo że teraz takim moim mini-blogiem jest po prostu Instagram, gdyż komunikacja jest tam łatwiejsza i przyjemniejsza - mogę wrzucić zdjęcie, napisać kilka zdań o tym co myślę na temat danego produktu czy książki i od razu widzieć reakcję innych.

Zapraszam na mój profil tak przy okazji: >>tutaj<<

Robienie zdjęć, wymyślanie kompozycji i szukanie najlepszego ujęcia - to wszystko sprawia mi coraz więcej przyjemności, aczkolwiek jestem amatorem, któremu za sprzęt służy telefon komórkowy. Mimo to jestem z siebie zadowolona, a gdzieś tam w dalszej perspektywie mam w planach kurs fotografii, chociaż wyłącznie dla siebie, zawodowo nigdy nie chciałam i nie chcę się tym zajmować.

Czytam "Strange the Dreamet. Tom 1. Marzyciel", Taylor Laini, zresztą... kto teraz tego nie czyta? Mam wrażenie, że to ostatnimi czasy jedna z popularniejszych książek i naprawdę warto. Poza magiczną okładką, zawartość też jest niczego sobie.



Niedawno uporałam się z książka "Shantaram" (G. Roberts), która była przecudowna, niesamowita, wywarła na mnie wielkie wrażenie, ale przy tym była dosyć obszerna i przy moim ciągłym braku czasu czytanie zajęło mi chyba dwa miesiące. Szok. Brakuje mi bohaterów, przede wszystkim narratora - australijskiego zbiega, szukającego szczęścia wśród slumsów, indyskiego kolorytu, dreszczyku emocji i niebezpieczeństwa i uśmiechu Prabakera, który sprawiał wrażenie najbardziej dobrego człowieka na świecie.



I o jeszcze jednej lekturze słów kilka - wspomnienia byłego agenta FBI "Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI". Może John Douglas wszystkich tajemnic nie zdradza, bo nie może, ale odkrywa bardzo wiele zza kulis. Przede wszystkim skupia się na swojej pracy profilera, pokazuje jaką ewolucję przeszła ta nauka i jak właściwie się narodziła. To niesamowite z jaką dokładnością profiler jest w stanie określić sprawcę, posiłkując się wyłącznie dowodami z miejsca zbrodni - może odgadnąć nawet kolor jego samochodu, choroby przechodzne w dzieciństwie, o cechach charakteru i wyglądu nie wspominając. Pozycja dla fanów seriali kryminalnych, które ja osobiście pochłaniam :)

A wszystkich ciekawych nowinek ksometycznych odsyłam na IG :)

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon