sobota, 3 września 2016

Hanya Yanagihara: "Małe życie"

Autor: Beata Szy dnia 10:21:00





Hanya Yanagihara: "Małe życie"
Wydawnictwo WAB
816 str.





Wczoraj wieczorem skończyłam czytać książkę „Małe życie”. Najlepsze, co mogę zrobić, to napisać tę recenzję teraz, na świeżo, gdy aż kipi we mnie od emocji. Spędziłam z tą książką (ponad 800 stron) ostatnie tygodnie i w pewnym momencie złapałam się na tym, że czytałam coraz wolniej, byle tylko nie kończyć. Nie wiem jak to będzie teraz, opuszczając świat stworzony przez Yanagiharę. Nie wyobrażam sobie tego. Za bardzo przywiązałam się do tych miejsc i tych ludzi, a przede wszystkim do Jude’a, który jest najwspanialszym bohaterem literackim, jakiego kiedykolwiek „spotkałam” na kartach powieści.

Powieść monumentalna, wstrząsająca, fascynująca. Mówią o niej: największe wydarzenie literackie 2015 roku. I choć zwykle takie opinie padają na wyrost, tym razem myślę, że żadne z Was się nie rozczaruje. Ta książka naprawdę coś w sobie ma. Nie można porównać jej do niczego, co kiedykolwiek czytaliście, i co kiedykolwiek jeszcze przeczytacie. Jest czymś wielkim, niepowtarzalnym, co wydrze z Was jakiś kawałek i już nigdy go nie zwróci. Nie raz zdarzało mi się popłakiwać przy książce, ale to jak często i mocno robiłam to przy tym tytule, świadczy samo za siebie. Były chwile, że musiałam odłożyć tę książkę na bok, tak źle się czułam ze świadomością rzeczy, o których właśnie czytałam. I wbrew temu, jak to brzmi, to komplement. Książka sięga ku najczarniejszym czeluściom, ku zdarzeniom tak okrutnym i chorym, że trudno je sobie wyobrazić. Trzeba się na to nastawić – bywa okrutna, obrzydliwa, deprymująca. Ale to wszystko przydarzyło się osobie, której nie sposób nie lubić, nie pokochać. W związku z tym zalewa nas fala współczucia, poczucia niesprawiedliwości, chęć cofnięcia tego wszystkiego, niesienia pomocy. Oprócz tego wiele w tej książce miłości – i to takiej bezgranicznej, łamiącej wszelkie bariery, takiej o której marzy każdy. I właśnie te momenty dają pokrzepienie, pokazują że istnieje jakaś równowaga, że zło musi mieć jakiś kontrapunkt w przyszłości.

O czym jest „Małe życie”? Początkowo to historia czworga przyjaciół, znających się jeszcze ze studiów, i tego, jak ich życie toczyło się przez kolejne dziesięciolecia, jakie zrobili kariery, jakie życie wybrali, zapis ich klęsk i wzlotów. Willem – wybitny aktor, Jude – prawnik, skrywający mroczną przeszłość, JB – artysta i Malcolm – zdolny architekt. Tak różni, i tak bliscy sobie zarazem. Wychowani w innych środowiskach, każdy z innym bagażem. JB, dorastający w zamożnej rodzinie, zawsze w dostatku, a mimo to nieszczęśliwy i Jude, znaleziony przez zakonników w śmietniku. Jude jest osobą, o której przyjaciele wiedzą najmniej – nie chce mówić o swoim dzieciństwie, unika rozmów o sobie. Dla równowagi Jude jest postacią, którą to czytelnik poznaje najlepiej – w którymś momencie wyrasta na głównego bohatera powieści, na osobę, która łączy wszystkie wątki, która stanowi punkt zwrotny dla każdej opowieści. Jude… Trudno pojąć, że zło, które go dotknęło, jest w ogóle możliwe, a jednak dobrze wiemy, że takie historie się zdarzają. Jude to człowiek tak nękany, krzywdzony i poniewierany w młodości, że nie jest w stanie się wyleczyć, wyswobodzić z sideł swojej przeszłości, zapomnieć, żyć normalnie. Nienawidzi siebie i swojego życia, uważa się za kalekę, postczłowieka, istotę niższego sortu. Nie widzi tego, co dostrzegamy my, i co tak uwielbiają w nim przyjaciele: jakim jest dobrym człowiekiem, jaki jest wrażliwy, zawsze pomocny, jaki jest inteligentny, bystry, dobry w swoim zawodzie, jaki jest piękny. Jude ma wokół wiele osób, które oddałyby za niego wszystko, które go kochają, dla których jest najważniejszy. A mimo to sam uważa się za złego, przegranego, sam wyznacza sobie kary, powoli się unicestwia. „Małe życie” to w rzeczywistości wielki, ogromny obraz człowieka, który dokonał niemożliwego – żył, i starał się znaleźć szczęście, mimo wszystkiego, co mu zabrano.

Najbardziej wzruszające momenty (uwaga, trochę spoilery, choć staram się je opisać tak, by nie odkrywały za wiele)
- adopcja – wzruszam się już na sam dźwięk tego słowa, gdy przypominam sobie tamten moment
- wspomnienia Jude’a o jego przeszłości
- związek, w którym w końcu odnalazł szczęście
- wypadek.

Autorka zamyka książkę w klamrze. Pierwszy rozdział i ostatni noszą ten sam tytuł. Lispenard Street. To tu wszystko się zaczęło, tu dorastali bohaterowie wkraczając w dorosłe życie. To tu wszystko się kończy. To samo miejsce, różnica kilkudziesięciu lat, i już zupełnie inna świadomość – zarówno bohaterów książkowych, jak i naszych. To doskonały chwyt, obrazujący upływ czasu. Wszystko się zmienia, nic nie jest wieczne. I chociaż każdy z nas ma świadomość nieuchronności, dopóki żyjemy, dopóki jesteśmy młodzi, dopóty wydaje nam się, że to nas nie dotyczy.

Mogłabym jeszcze wiele napisać. Ale nie o to w tym chodzi. Żeby zrozumieć, trzeba po nią sięgnąć. Ja zachęcam, choć nie będę ukrywać, że lektura może momentami zadać ból, zdołować, wywołać zgorszenie. Ale są tam też momenty, które dają nadzieję, wywołują uśmiech, wzruszają. To tytuł, którego po prostu nie można pominąć. Zapewniam.

1 komentarze:

Taki jest świat on 11 września 2016 19:15 pisze...

Recenzja wspaniała i wprost trudno po niej nie sięgnąć po tę książkę.

Prześlij komentarz

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon