wtorek, 15 września 2015
Amanda Maciel: "Tease"
wtorek, 1 lipca 2014
Cormac McCarthy: "W ciemność"
Proza Cormaca McCarthy'ego nie pozostawia złudzeń: świat jest mroczny, plugawy i nie daje nadziei na wyjście z ciemności. Główni bohaterowie powieści to rodzeństwo: Rinthy i Holme. Para mieszka samotnie, gdzieś w środku lasu, z dala od cywilizacji. W wyniku ich kazirodczego związku rodzi się dziecko, ale matka nigdy nawet nie widzi synka żywego. Holme zabiera dziecko i porzuca w lesie, wmawiając siostrze, że umarło. Gdy prawda wychodzi na jaw, kobieta porzuca dom i wyrusza na poszukiwanie druciarza, gdyż wierzy, że to on zabrał jej potomka.
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Priscille Sibley: "Obietnica gwiezdnego pyłu"
Autor: Priscille Sibley
Tytuł: "Obietnica gwiezdnego pyłu"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 416
piątek, 10 stycznia 2014
Matthew Quick: "Poradnik pozytywnego myślenia"
Autor: Matthew Quick
Tytuł: "Poradnik pozytywnego myślenia"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 376
wtorek, 6 sierpnia 2013
Annabel Pitcher: "Moja siostra mieszka na kominku"
Autor: Annabel Pitcher
Tytuł: "Moja siostra mieszka na kominku"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 288
„Moja siostra mieszka na kominku” A. Pitcher to książka do „połknięcia” w jeden, dwa wieczory. Z perspektywy dziesięcioletniego Jamiego obserwujemy rozpad rodziny, wywołany najgorszą z możliwych tragedii – śmiercią. W wyniku ataku terrorystycznego pięć lat wcześniej zginęła Rose. Od tego czasu członkowie rodziny coraz bardziej odsuwają się od siebie. Mama chłopca porzuciła dzieci i zamieszkała z nowym wybrankiem, poznanym na zajęciach grupy wsparcia. Ojciec się rozpił i nie zajmuje się domem. Jasmine, bliźniaczka zmarłej, buntuje się, farbując włosy na różowo i podkreślając, że nie jest klonem swojej zmarłej siostry. Urna z prochami Rose jest nieodłącznym elementem wystroju, umieszczonym na honorowym miejscu – kominku. Jakby wciąż była obecna, jakby lęk przed ostatecznym pożegnaniem obezwładniał. W domu dochodzi do wielu absurdalnych sytuacji z tego powodu. Każdy przeżywa żałobę indywidualnie, zamykając się w swoim świecie. I tylko Jamie, który był zbyt mały by pamiętać siostrę i ma tylko parę niewyraźnych wspomnień, nie cierpi z powodu jej utraty. Zagłębiamy się więc w świat skrzywdzonego dziesięciolatka, nie pojmującego dlaczego codzienność, jaką znał, zmienia się w zawrotnym tempie. Jamie tęskni za domem, za matką, za normalnością. Chce rodziny spojonej, wspierającej się, pełnej miłości. Rose nie żyje, to prawda, ale czas biegnie dalej, a rodzice jakby zapomnieli, że mają jeszcze dwójkę dzieci…
Stylizacja na opowieść tworzoną przez małego chłopca wypadła przekonująco – świat przedstawiony zawiera wszelkie elementy, istotne z punktu widzenia dziesięciolatka. Mamy więc ulubionego bohatera komiksowego Spiker-Mana, z którym malec się utożsamia. Mamy szkołę, gdzie Jamie bywa gnębiony, ale też zalicza pierwsze sukcesy, poświęca się lekcji plastyki, zawiera pierwszą przyjaźń… z dziewczyną, z muzułmanką. Ta znajomość nie może przypaść do gustu jego ojcu – wszak to „oni” są wszystkiemu winni, to „oni” zabili jego córkę… Jamie ma ukochane zwierzątko – kotka, i przelewa na niego wszystkie troski. Ma też marzenie – by mama wróciła, by znów była przy nim… Aby je zrealizować wpadnie nawet na szalony pomysł.
Książkę czyta się szybko, i choć wydawać by się mogło, że jej tematyka jest przygnębiająca, do końca nie jest to prawda. Jamie to dziecko, i w związku z tym inaczej traktuje okalające go tragedie. Narracja z jego punktu widzenia bywa więc też pełna humoru, koncentruje się na sprawach przyziemnych, pytaniom takim jak „dlaczego?” nie pozostawiając zbyt wiele miejsca. Wydaje mi się jednak, że byłaby dużo lepsza z perspektywy wszechwiedzącego narratora – dojrzalsza, a przy tym bardziej przemyślana, głębsza.
czwartek, 18 lipca 2013
Jaume Cabre: "Wyznaję"
Autor: Jaume Cabre
Tytuł: "Wyznaję"
Wydawnictwo: Marginesy
Stron: 768
To jest książka niezwykła. O której można by mówić i mówić, pisać i pisać, nie wyczerpując wcale tematu, ale jednocześnie mając świadomość niedostatku swojego języka przy próbie uchwycenia jej możliwości, złożoności, tego co magiczne i po prostu piękne. Dlatego nawet nie odważę się spróbować – postaram się oddać tylko część z moich rozmyślań nad tą pozycją.
„Wyznaję” Jaume Cabre'a to powieść szkatułkowa, która wymyka się jednak klasyfikacjom. Z jednej strony jest to, jak sugeruje tytuł, rodzaj spowiedzi głównego bohatera, Adriana – filologa, muzyka, naukowca, profesora, lingwisty. Człowieka wybitnego, utalentowanego, o ponadprzeciętnej inteligencji. Adrian Adrevol u kresu życia podejmuje się trudnego zadania spisania swoich przeżyć, wspomnień, refleksji. W sposób chaotyczny, niechronologiczny, powraca do lat swojego dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego. Opisuje trudne dzieciństwo, pozbawione miłości, podporządkowane nauce, literaturze, skrzypcom. Muzyka daje mu największego przyjaciela – Bernata. Ta postać towarzyszy nam przez całą opowieść. Adrian poznaje swoją największą miłość, Sarę, i traci ją. Czy ich drogi jeszcze się skrzyżują? Ale przede wszystkim poświęca się pracy – pisze eseje, gra, kolekcjonuje rękopisy i dzieła sztuki. Ale „Wyznaję” to nie tylko dzieje Adriana. Poprzez znajdujące się w jego posiadaniu „pomniki historii” - skrzypce, obrazy, teksty – historia poszerza się. Cofamy się m.in. do czasów Barcelony lat 40. i 50., do Hiszpańskiej Inkwizycji, do Paryża przełomu XVII i XVIII wieku, do okresu nazizmu i II wojny światowej. Można zapytać gdzie w jednej powieści miejsce na taką złożoność i jak można tego dokonać? Każdy z tych zakamarków przeszłości odkrywa przed nami bowiem nowych bohaterów, wielkie dramaty, poruszające historie. I w tym miejscu trzeba rzec kilka słów na temat narracji „Wyznaję”.
"To mój przyjaciel. To facet, który... Mimo, że jest taki mądry, nadal chce być moim przyjacielem i znosi moje kaprysy. Od tylu lat."
Głównym bohaterem, spoiwem, trzonem całej historii jest oczywiście Adrian. To on opowiada, prowokuje i przywołuje historie, nadaje im bieg. To on przemawia – w pierwszej osobie, pisząc list – adresata udaje nam się poznać, w pewnym momencie. Ale narracja wprowadzona przez Cabre'a jest przedziwna. W obrębie czasem nawet jednego zdania narrator pierwszoosobowy potrafi oddać głos trzecioosobowemu. Przez pierwsze kilkanaście stron, zanim oswoiłam się z tym chwytem, nie mogłam do końca połapać się w tym kto jest bohaterem, kto mówi, ilu ich tu w ogóle jest. Obok wypowiedz bezpośrednich pojawiają się zdania typu: „Adrian spojrzał...”. Dodatkowo opowieść często zostaje nagle przerwana, a w nią wtłoczona jakaś historia z przeszłości. Oglądanie obrazu może np. spowodować przeskok czasowy do okresu, w którym mnisi zamieszkiwali klasztor z tego konkretnego malowidła. Dialogi wplatane są w tekst, bez stawiania znaków interpunkcyjnych. Jest tu też dużo cytatów w obcych językach, które nie zostały, zgodnie z wolą autora, przetłumaczone. Jest i piękny, kunsztowny, melodyjny język. Pojawia się także narracja kursywą - rodzaj książki w książce, opowieść z punktu widzenia Bernata. To wszystko i jeszcze więcej sprawia, że powieść wymaga skupienia, koncentracji, analizy. Ale to także czyni ją zagadkową, monumentalną, po prostu piękną.
"Sara. Dni, tygodnie, miesiące przy tobie, z szacunkiem dla tego odwiecznego milczenia, w które często zapadałaś. Jesteś dziewczyną o spojrzeniu smutnym, ale cudownie pogodnym. A ja miałem coraz więcej zapału do nauki, wiedząc, że później cię zobaczę i zatopię się w twoich oczach, zawsze na ulicy, jedząc zapiekanki na placu Sant Jaume czy spacerując alejkami parku Ciutadella, w naszej szczęśliwej konspiracji, nigdy w twoim czy moim domu, chyba że byliśmy pewni, że nikogo nie będzie, bo nasz sekret miał pozostać tajemnicą dla obu rodzin. Nie wiedziałem, dlaczego właściwie; ale ty wiedziałaś. A ja pozwalałem się unosić nieprzerwanemu szczęściu przez tyle dni, nie zadając pytań. "
Chociaż mówi się, że głównym tematem „Wyznaję” jest zło absolutne, któremu Adrian poświęcił życie, starając się stworzyć esej, dokładnie badający to zagadnienie, i rzeczywiście to prawda, obok tego wszechogarniającego zła czai się coś jeszcze – coś dobrego, ciepłego. Zło, okrucieństwo, krzywda, zbrodnia, podstęp – to wszystko wypełnia karty tej opowieści, owszem. Zło pojawia się wszędzie, znajdujemy je na kartach historii, bez względu na czas, miejsce, społeczeństwo. Zło, które stawia pytanie: gdzie jest Bóg? I czy w ogóle istnieje? Ale „Wyznaję” to także jedna z najpiękniejszych opowieści miłosnych, jakie miałam okazję czytać. Opowieść o uczuciu tak silnym, trwałym, będącym treścią istnienia. O miłości, która potrafiła sobie poradzić z okrucieństwem. I ta książka wzrusza, i zapada w pamięć. Zostanie ze mną jeszcze na długo. Polecam tym, którzy nie boją się wyzwań :)
czwartek, 4 lipca 2013
John Green: „Gwiazd naszych wina”
Autor: John Green
Tytuł: „Gwiazd naszych wina”
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 312
„-Tak to jest z bólem – odpowiedział Augustus, a potem spojrzał na mnie. - Domaga się, byśmy go odczuwali.”
„To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.” - pisał Szekspir. John Green traktuje ten cytat dość przewrotnie. Bohaterami swojej książki czyni parę nastolatków Hazel i Augustusa, oraz ich przyjaciół z grupy wsparcia. Wszyscy oni, mimo młodego wieku, zaznali niczym nieusprawiedliwionego cierpienia – chorują na raka, i bez względu na to czy jest on w stanie remisji czy nie, stykają się z problemem nieuchronności śmierci. W wieku, kiedy powinni przeżywać pierwsze zauroczenia, cieszyć się życiem, poznawać, odkrywać, kontemplować ich świat wygląda zgoła inaczej niż reszty rówieśników.
Hazel ma szesnaście lat a jej nieodłącznym „towarzyszem” jest aparat tlenowy, który musi wozić ze sobą – inaczej nie może oddychać. Augustus w walce o zdrowie poświęcił nogę, przekreślając karierę sportową. Isaac zdaje sobie sprawę jak kruche może być wyznanie „na zawsze”. I on również, ulegając chorobie, traci – wzrok. Jednak choć tak poruszająca, książka Greena tchnie również pozytywnymi emocjami. Choć pełni skaz, bohaterowie dają sobie radę – nawiązuję się między nimi silne relacje, przyjaźnią się, kochają, wspierają, a nawet są gotowi na realizację zupełnie szalonych pomysłów – jak np. podróż do Amsterdamu w poszukiwaniu autora ulubionej powieści Hazel.
„Gwiazd naszych wina” to książka magiczna. Choć kierowana do młodzieży, niezwykle dojrzała i doszlifowana pod względem językowym – o co ostatnio coraz trudniej. Klimatyczna, niebanalna, wywołująca drżenie, czy nawet łzy. Jasne, że jej czytanie miejscami boli. Ale czasami również przyprawia o salwy śmiechu. I o to w literaturze chodzi.
„... nie chcę oglądać świata bez niego.”
Podobał mi się sposób podejścia do choroby – bohaterowie nie zamykają się w sobie, nie separują, nie pogrążają w rozpaczy i biadoleniu. Pozostają sobą, mimo przeciwności losu. Starają się żyć jak inni nastolatkowie – spotykają się, grają w gry komputerowe, umawiają na randki. Różnica polega na tym, że co jakiś czas pojawia się atak, że trafiają na oddział szpitalny, że próbują kolejnych terapii w walce o cud, faszerując swoje ciała chemią, że czują jak rodzice drżą o nich, trzymają pod kloszem. Ale żyją, łapiąc każdą chwilę. I co należy podkreślić, bohaterowie są wyraziści i od razu ich polubicie, a flirt, jaki nawiązuje się pomiędzy Hazel i Augustusem przyprawia o uśmiech – ta para wydaje się być dla siebie stworzona a ich dialogi... cudo: błyskotliwe, inteligentne, dowcipne.
Polecam. I chcę do niej wrócić, zdecydowanie. I jeszcze jedno - po przeczytaniu tej książki zwykłe słówko "okay" nigdy nie będzie już dla Was takie samo ;)
poniedziałek, 10 czerwca 2013
Patrick Ness: "Siedem minut po północy"
Autor: Patrick Ness
Tytuł: "Siedem minut po północy"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 216
„Siedem minut po północy” Patricka Nessa – bardzo długo czekałam na polskie wydanie tej książki, gdyż data premiery wciąż się przesuwała. Ale w końcu jest, pojawiła się i znalazła się i w moich rękach. Pierwsze co rzuca się w oczy, gdy otwieramy tę książkę, to niesamowicie staranne i piękne wydanie. I nie chodzi tu tylko o mroczne czarno-białe grafiki Jima Kaya, które nie tylko ilustrują treść opowieści, ale korespondują z drukiem, czyniąc każdą kolejną stronę niepowtarzalnym arcydziełem. Wyobraźnia ilustratora doskonale wpisuje się w to, co tworzy się w głowie czytelnika – obrazy są przekonujące, sugestywne, budują tajemniczy, złowieszczy klimat. Książka wydana jest na dobrym, gładkim papierze, który przywodzi na myśl ekskluzywne książki dla dzieci. Szkoda, że oprawa nie jest twarda, dopełniłaby całości. Podsumowując, wydawca spisał się na medal.
Historia oparta jest na pomyśle zmarłej przedwcześnie autorki, Siobhan Dowd. Nie wiem w jakim stopniu P. Ness czerpał z jej doświadczeń, gdyż sam w przedmowie zdradza, że nigdy nie poznał pisarki osobiście, dostał jednak propozycję dokończenia jej książki. Choć się wahał, opowieść przyszła do niego sama. Postanowił opowiedzieć ją po swojemu, jednocześnie składając hołd zmarłej autorce. I tu na scenę wkracza trzynastoletni Conor. I potwór, który odwiedza go w nocy, punktualnie siedem minut po północy. To opowieść o chłopcu, który musi zmierzyć się z ciężką chorobą swojej matki, z odrzuceniem przez rówieśników, ze swoimi wewnętrznymi lękami. Historia dziecka, któremu świat wydaje się na tyle przerażający i zły, że czający się wśród mroku nocy potwór nie robi na nim żadnego wrażenia. Co więcej, chłopak sam go wzywa. By sobie pomóc...
Im bardziej się na coś czeka, tym większe obawy, że człowiek się rozczaruje. Naprawdę bałam się czytać tę książkę, gdyż ostrzyłam sobie na nią apetyt wystarczająco długo, by pokładać w niej wielkie nadzieje. Zdaję sobie sprawę, że z tego powodu mój odbiór był inny, niż gdyby działo się to po przypadkowym trafieniu na ten tytuł. Mimo, że pozostał we mnie jakiś ułamek niedosytu, oceniam tę książkę na piątkę. Trudno zdecydować do jakiej grupy odbiorców jest skierowana – na pewno spodoba się rówieśnikom Conora, ale bez wahania mogą sięgać po nią starsi, również dorośli. Każdy odnajdzie w tej powieści coś dla siebie, dostrzeże w niej inne walory. Książka napisana jest dość oszczędnym językiem – autor stawia na minimalizm słów przy maksymalizacji przekazu. Książkę odbierałam jak uniwersalną przypowieść, w której uogólnienia i niedopowiedzenia sprawiają, że pod konkretnych bohaterów można podstawiać dowolnie inne osoby, historie, zdarzenia. Niemniej trochę brakowało mi rozbudowania wątków, dialogów, poświęcenia większej uwagi przeżyciom wewnętrznym bohaterów. Bardzo podobał mi się za to pomysł na postać potwora-mędrca, który raczy chłopca trzema opowieściami. Każda z nich zaskakuje Conora rozwiązaniem i ma otworzyć mu oczy, pomóc odnaleźć spokój. I wspomniane już grafiki, pojawiające się co kilka stron, potęgujące nastrój grozy - są strzałem w dziesiątkę.
Podsumowując, książkę oczywiście polecam. Spotkanie z powieścią „Siedem minut po północy” na pewno jest niezwykłym doświadczeniem, gdyż mało na rynku podobnych wydań. Może jak dla mnie trochę zabrakło, by nazwać ją majstersztykiem, ale na pewno jej lektura nie była czasem straconym. A jakie są Wasze opinie?
sobota, 8 czerwca 2013
Alice Kuipers: "Najgorsza rzecz, jaką zrobiła"
Autor: Alice Kuipers
Tytuł: "Najgorsza rzecz, jaką zrobiła"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 232
Sophie traci starszą siostrę. Nie może pogodzić się z jej śmiercią, nie potrafi odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, pozbawionej najbliższej osoby. Zadręcza się, nie rozumie, zadaje pytania, na które nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Odsuwa się od ludzi, nie wie gdzie szukać ratunku. Jak przeżyć żałobę, jak poskładać się na nowo? Powieść Alice Kuipers „Najgorsza rzecz, jaką zrobiła” traktuje właśnie o tym. Autorkę kojarzę z debiutanckiej książki „Życie na drzwiach lodówki”. To mała książeczka, opisująca relację między chorą na raka matką i jej córką - składa się z notatek, jakie wymieniają między sobą te dwie, naklejając je na drzwi lodówki. Ten różowy tytuł mignął mi kiedyś w wielkim pudle „wyprzedaż” w jakimś supermarkecie i schodził za parę złotych, ale nie zainteresował mnie szczerze mówiąc. „Najgorsza...” trafiła do mnie po tym jak przeczytałam entuzjastyczną recenzję na którymś z blogów. Ale co tu dużo mówić – rozczarowałam się.
I nie jest tak, że jestem uprzedzona do tej książki, a powinnam brać poprawkę na to, że jest skierowana do innej grupy odbiorców (może nie mniej wymagającej, ale oczekującej od prozy innych, konkretnych emocji), jednak czytuję czasem książki młodzieżowe, i również oceniam je bardzo wysoko. Z „Najgorszą rzeczą, jaką zrobiła” problem jest taki, że choć bohaterka ma szesnaście lat, a każda ze stron jest zapisem zwierzeń z jej pamiętnika, bardzo trudno uwierzyć, że dziewczyna rzeczywiście jest tym, na kogo chciałaby wykreować ją autorka. Już tłumaczę o co chodzi – styl pisania jest bardzo prosty, irytująco niedojrzały, naiwny. I jasne – narratorką jest nastolatka, jednak czytając, mamy wrażenie, że przemawia do nas osoba dużo młodsza. Sophie przeżyła śmierć siostry, brała udział we wstrząsających wydarzeniach, a jednak jej pamiętnik dotyczy głównie tego ile pracy domowej zadano jej na następny dzień, w co ubrać się na imprezę, co mama zrobiła na obiad albo czy odpisać na maila od fajnego chłopaka czy nie. Za dużo jest tu opisów błahych, nieistotnych, które tylko zapełniają strony, ale nie wnoszą nic do treści. Sophie tłumi w sobie uczucia, nie potrafi się nimi z nikim podzielić, nie chce rozmawiać i staje się bardzo egocentryczna – zachowuje się tak w stosunku zarówno do matki, jak i przyjaciółek. Jednak opis tego, co się dzieje w jej wnętrzu, znajduje się jakby na marginesie. Wszystko to wydawało mi się wciąż mało realistyczne, zupełnie nie poruszało, nie pozwoliło utożsamić się z bohaterką i poczuć, że ona naprawdę cierpi. A właśnie to jest niesamowite w powieściach dotykających tematyki śmierci – to ściśnięte gardło, z którym zostaje czytelnik.
Zestawiłam sobie powieść Alice Kuipers z niedawno przeczytanymi przeze mnie „Niebo jest wszędzie” (również o stracie siostry) i „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” (utrata w wyniku ataku terrorystycznego) ponieważ, „Najgorsza rzecz, jaką zrobiła” jest jakby ich kompilacją – łączy oba główne założenia. Wypada jednak najsłabiej, bo o ile wspomniane dwa tytuły wywarły na mnie ogromne wrażenie i zaliczam je do jednych z najulubieńszych, o tyle „Najgorsza...” jak dla mnie jest niewypałem. Przemęczyłam ją, a spodziewałam się naprawdę silnej dawki emocji i wzruszeń. Nic takiego nie miało miejsca. Tylko fakt, że możemy przy niej uruchomić wyobraźnię i dopowiedzieć sobie więcej o przeżyciach bohaterki, niż przedstawiła to autorka, trochę ratuje tę książkę. Szkoda jednak, że tak ciężki temat strywializowano i przekuto go w lekką, tendencyjną powieść, skupiającą się wokół tego jak wytrzymać w szkole. I mój ulubiony fragment na koniec:
A wzrok Dana mówił, że popełnił błąd z Abigail i że chce być ze mną. Razem byłoby nam cudownie. Jest taki uroczy i świetnie całuje. Nie mogę uwierzyć, że tak bardzo go lubię. Chciałabym, żeby zadzwonił.
Coś mi się wydaje, że dzisiejsze nastolatki mają trochę więcej rozumku w głowie, niż nasza bohaterka :)
sobota, 4 maja 2013
Paolo Giordano: „Samotność liczb pierwszych”
Autor: Paolo Giordano
Tytuł: „Samotność liczb pierwszych”
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 336
Mattia i Alice. Ich losy splatają się w nowej szkole. Każde z nich nosi w sobie traumę z dzieciństwa, która uniemożliwia im normalne funkcjonowanie wśród rówieśników. Obydwoje są outsiderami, padają ofiarami szkolnej przemocy, mają też problemy z własną cielesnością. Nowa przyjaźń nie jest jednak ratunkiem na wszelkie problemy. Choć wiele do siebie czują, nie potrafią wyrażać swych emocji. Poprzez lata, wchodząc w dorosłość, rozpoczynając karierę czy zakładając rodzinę, na przemian zbliżają się do siebie i oddalają. Są bowiem jak tytułowe liczby pierwsze - oddzielone jedyną cyfrą parzystą, która nie pozwala im złączyć się naprawdę.
To, co najbardziej uderzyło mnie w tej książce, to istnienie takiej wewnętrznej zadry, siedzącej gdzieś pod skórą człowieka i nie pozwalającej mu na otworzenie się przed drugą osobą. Co wykształca ranę, nie zabliźniającą się nigdy? Czasem – najczęściej? - wystarczy jedno wydarzenie, jedna chwila, jedno słowo, jeden wybór, za które pokutuje się przez lata. W przypadku Alice było to odłączenie się od grupy na narciarskim szlaku. W przypadku Matti pozostawienie siostry bliźniaczki w parku. Oboje muszą żyć z konsekwencją nietrafnych decyzji. Oboje przez to cierpią, choć każde znajduje inny sposób na zneutralizowanie bólu. Los stawia Mattię na drodze Alice. Oboje odstający od reszty, z sekretami przerastającymi rówieśników. Zbliżają się, ale ich ruchy są przypadkowe, niezdarne. Uciekają od siebie, ale jednak jest coś, co nie pozwala im się zupełnie oddalić. Mijają lata, dorastają, i wciąż są gdzieś obok siebie, i wciąż są daleko.
Paolo Giordano sugestywnie pisze o bólu. Czuje się go, niemal dotyka naszej własnej skóry. A jednak nie rozrzewnia się nad każda tragedią, nie wynosi jej na piedestał – patrzcie, współczujcie. Robi to subtelnie,wplata ją w codzienność. To sposób, który zawsze mnie zachwycał w prozie i dlatego autor zdobył moje serce. Nie każdemu się spodoba – ktoś może stwierdzić, że bohaterowie są nierealistyczni, totalnie nieprzystosowani do życia, a ich sposób postępowania jest nielogiczny. Ale to nieprawda – tragedie zmieniają ludzi. Każdy odbiera je inaczej. Im bardziej skrywa się je przed światem zewnętrzny, tym gorsze spustoszenie sieją wewnątrz człowieka. Niesamowity również jest sposób pokazania miłości, rodzącej się między dwoma zagubionymi osobami – miłości nieporadnej jak oni sami, spłoszonej, bojącej się wyjść z ukrycia.
Na co jeszcze warto zwrócić uwagę? Z pewnością na sposób postrzegania świata Mattiego – chłopak to reprezentant myślenia matematycznego, umysł ścisły, podporządkowany liczbom. W odczuciu bohatera rzeczywistość można scharakteryzować matematyką. Z jego myślenia rodzi się jedna z najpiękniejszych partii tekstowych w książce, którą cytuję poniżej. Cytat pewnie dłuższy niż moja mikro recenzja, ale uważam, że jest wart uwagi, i zamieszczam go bez skrótów. To ten fragment daje wytłumaczenie czym/kim są tytułowe liczby pierwsze i dlaczego ich przeznaczeniem jest dożywotnia (?) samotność. A książkę polecam :)
„Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne, i dlatego fascynowały Mattię. Czasami myślał, że znalazły się przypadkowo w tym ciągu, uwięzione jak perełki nawleczone na nitkę. Podejrzewał też, że i one wolałyby nie różnić się od innych, być zwykłymi liczbami, tylko że z jakiegoś powodu nie potrafiły. Ta druga myśl nachodziła go przeważnie wieczorem, w tych chwilach, gdy przed snem przesuwał mu się przed oczami chaotyczny korowód obrazów, co zdarza się tylko wtedy, gdy umysł jest zbyt osłabiony, by się okłamywać.
Na pierwszym roku studiów Mattia dowiedział się, że wśród liczb pierwszych niektóre są jeszcze bardziej szczególne. Matematycy nazywają je liczbami pierwszymi bliźniaczymi. Są to pary liczb pierwszych, które z sobą sąsiadują, albo raczej prawie sąsiadują, bo między nimi stoi zawsze liczba parzysta, która nie pozwala im się stykać naprawdę. Liczby takie jak 11 i 13, 17 i 19, 41 i 43. Kto ma cierpliwość, by kontynuować liczenie, odkrywa, że liczby bliźniacze, im większe, tym są rzadsze. Natrafia na liczby pierwsze coraz bardziej odosobnione, zagubione w przestrzeni wypełnionej samymi tylko cyframi, w której panuje cisza i rytmiczny porządek. Pojawia się wtedy niepokojące podejrzenie, że napotkane dotąd pary były przypadkowe, a prawdziwym przeznaczeniem liczb pierwszych jest samotność. Później, kiedy nadzieja znika, a liczenie zaczyna nużyć, niespodziewanie trafia się znowu para liczb bliźniaczych, uczepionych jedna drugiej. Wśród matematyków powszechne jest przekonanie, że jakkolwiek długo by się liczyło, zawsze napotka się kolejną parę, chociaż nikt nie będzie wiedział gdzie, dopóki tego nie odkryje.
Mattia uważał, że Alice i on są takimi właśnie bliźniaczymi liczbami pierwszymi, samotnymi i zagubionymi, bliskimi sobie, ale nie na tyle, by naprawdę się zetknąć. Nigdy jej tego nie powiedział.”
środa, 3 kwietnia 2013
Jonathan Safran Foer: „Strasznie głośno, niesamowicie blisko"

Autor: Jonathan Safran Foer
Tytuł: „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 492
„... pomyślałem, że to wielka szkoda, że musimy żyć, ale prawdziwą tragedią jest to, że mamy tylko jedno życie, bo gdybym miał dwa, wtedy jedno spędziłbym z nią.”
Wiedziałam, że to będzie dobra książka. Oglądałam wcześniej film na jej podstawie i byłam pod wrażeniem. Nie spodziewałam się jednak, że dostanę tekst tak rewelacyjny. Idealny w wyrazie i formie. Nic dodać, nic ująć. Jonathan Safran Foer zawarł w swojej powieści wszystko, czego szukam w literaturze.
Po 11 września powstało wiele filmów i książek, które podejmowały temat ataku na WTC, szerzej, czy tylko napomykając, obojętnie. Tutaj zostaje pokazane życie po tragedii – Oskar stracił w niej ojca. Niezwykle inteligentny, bystry i pomysłowy chłopak, ale przede wszystkim ponadprzeciętnie wrażliwy, musi pochować najbliższą osobę. Trumna jednak jest pusta, a ból chłopaka narasta. Antidotum wydaje się rozwiązywanie ostatniej, pośmiertnej zagadki, jaką zostawił mu ojciec. W poszukiwaniu zamka do klucza, Oskar podróżuje po Nowym Jorku, odwiedzając ludzi o nazwisku Black. Przełamuje lęki i szuka odpowiedzi. My kibicujemy ze wszystkich sił. Czas jednak nie cofa się, dni nie biegną w tył, samolot nie zawraca, budynek nie składa się na nowo...
Tę książkę można czytać, czytać, czytać... Zachłystując się każdym słowem. Pięknym, lirycznym, zawsze na swoim miejscu. Przygotujcie się na wzruszenia. Przygotujcie się na historie, które pozostaną z wami na długo. Na łzy, ale także na śmiech. Bo strata może mieć różne oblicza i dotyka zawsze więcej osób... Syna, żonę, matkę, ojca, siostrę, ukochanego... Słowa są tu tak żywe, że niemal ich dotykamy. Polecam.
niedziela, 11 listopada 2012
Markus Zusak: "Złodziejka książek"
Autor: Markus Zusak
Tytuł: "Złodziejka książek"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 496
Opasłe tomisko, a w środku historia tak delikatna, wzruszająca, niebagatelna. Na „Złodziejkę książek” M. Zusak’a polowałam jakiś czas. Historia osieroconej dziewczynki, Niemki, która znajduje schronienie w domu przybranych rodziców rozgrywa się na tle II wojny światowej. Holokaust, odmienność, wojna, utrata, bieda, wybory, miłość, przyjaźń i śmierć… To tylko niektóre z fundamentalnych tematów tej niezwykłej opowieści. Mimo, że główną bohaterką opowieści jest dziesięcioletnia dziewczynka, co mogłoby sugerować adresowanie „Złodziejki…” do osób młodszych, autor nie bał się poruszyć tematów tabu. Napisał powieść, z której dorośli mogą czerpać moc mądrości. Jednocześnie na tyle wysublimowaną, że nie powinniśmy bać się dawać jej dzieciom. Gdyż one też, prędzej czy później, poznają historię, będą się uczyć, zaczną zadawać pytania. Gdy ciężko jest udzielić odpowiedzi, gdy sami nie wiemy jak mówić o okropnościach wojny, o rządach Hitlera i piekle, w jakie zamienił się wtedy świat, „Złodziejka książek” jest pomostem, wspierającym nas w tych podróżach. Książka, a przynajmniej jej fragmenty, powinna się znaleźć w kanonie lektur.
Co niesłychane - narratorem tej opowieści jest… Śmierć. Nie okrutna postać rozkładającego się ciała, zakapturzona i z naostrzoną kosą w ręku, ale Śmierć wypełniająca sumiennie swe zadanie, przybywającą w momencie końca, zabierająca zlęknione dusze do nowego miejsca. Śmierć obserwuje ludzkość i niedowierza. Nie rozumie, tego, co się dzieje. Jest zapracowana, jednego dnia zbiera setki, tysiące dusz. Prowadzi je tam, gdzie mogą zaznać spokoju. Kocha kolory. Potrzebuje wakacji. A przy tym ma jeszcze dość energii, by opowiedzieć nam o pewnej dziewczynce… Nie brak jej dystansu do siebie, autoironii. Nie przejmuje się konwencją (zdarza się jej zdradzić zakończenie rozdziału już na samym wstępie). Śmierć czyni też komentarze-dygresje, pojawiające się co kilka stron, wydzielone w tekście - dzięki czemu książkę czyta się szybciej. Nie brakuje jej humoru. Bo jak tu się nie uśmiechnąć na wyznanie Śmierci, że czuje się prześladowana przez ludzi? :)
Śmierć to wnikliwy obserwator. Jej losy w paru punktach splatają się ze ścieżką Liesel. Po latach, dzięki odnalezionemu dziennikowi dziewczynki, Śmierć odtwarza nam jej historię. To opowieść o dziecku, które poznało wagę słów. Pokochało je – wiążąc swoje życie z opowieściami, z książkami, z nauką. Zawdzięczając im życie. Ale również obserwując jak bardzo słowa mogą ranić, ile złego wyrządzić, jak porwać tłum i poprowadzić go w przepaść.
To książka o miłości do słów, a więc czyniąca z nich najlepszy pożytek. Nie jest przesadzona czy ckliwa. Momentami bywa okrutna, by zaraz potem zachwycić nas swym blaskiem. Wojna jest tłem tej opowieści, ale historia nie koncentruje się na niej. Nikt tu nie ma żalu do Boga, nikt nie pyta: dlaczego to na nas spada. Ludzie potrafią sobie pomagać. Łączą ich niesamowite więzi. Przez to powieść staje się uniwersalna. Może opowiadać o losach dowolnej grupy, połączonej traumą, starającej się ze wszystkich sił przetrwać.
„Złodziejka książek” jest książką, którą trudno z czymkolwiek porównywać. Zusak pokusił się na odważny eksperyment – pokazał nam wojnę z punktu widzenia Niemców, ba, dziecka, co więcej – oddał głos rozumnej Śmierci. Efekt jest zadziwiająco udany. A cała historia, mimo że trudna i kontrowersyjna, ma w sobie jakiś niewysłowiony czar. Jest piękna.
Ocena: 6/6
sobota, 29 września 2012
Cormac McCarthy: "Droga"
Autor: Cormac McCarthy
Tytuł: "Doga"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Stron: 268
Ostatnie chwile naszej planety. Ostatni ludzie – krwiożercze bestie. Ostatnie ślady naszej cywilizacji – puszka coca-coli i strzępy starych gazet. Piekło apokalipsy spełnionej w uhonorowanej Nagrodą Pulitzera powieści Cormaca McCarthy’ego. Tę książkę czyta się ze ściśniętym gardłem i pełnym przerażenia zachwytem…
W przyszłości, która może zdarzyć się jutro lub za tysiąc lat, nastąpił straszliwy kataklizm, który zniszczył naszą cywilizację i większość życia na Ziemi. Wszędzie zgliszcza i ciemność. Kamienie pękają od mrozu. Ani jednego ptaka, ani jednego zwierzęcia, gdzieniegdzie tylko bandy zdziczałych kanibali. Na tle martwego pejzażu dwie ruchome figurki – to ojciec i syn przemierzają zniszczoną planetę. Przed nimi pełna niebezpieczeństw droga w nieznane, wokół nich – świat umarłej nadziei, rozpaczy, strachu, a w nich – wciąż tląca się miłość…
Bohaterami tej postapokaliptycznej powieści są dwaj mężczyźni: ojciec i syn. Przemierzają świat, a raczej to co z niego zostało - spopielone zgliszcza, martwą planetę, nie wydającą już owoców, przesiąkniętą terrorem i katastrofą, która rozegrała się na ich oczach. Wędrują na południe, jako ci dobrzy, niosący ogień. Mężczyzna nie mówi synowi wszystkiego, usiłuje go chronić. Lepiej, niż próbował uczynić to z jego matką. Teraz zostali we dwóch. Muszą sobie radzić: zdobywać pożywienie, unikać zgrai złodziei, rabusiów i kanibali. Tych złych… Rzeczywistość przytłacza, ludzie zatracają swoje człowieczeństwo. Czy uda im się wytrwać? I co dobrego może spotkać jeszcze takich ludzi jak oni, uwikłanych w chory, zdegradowany świat? Czy po katastrofie na Ziemi jest jeszcze miejsce na miłość?
Książka McCarthy’ego, wybitnego amerykańskiego pisarza, przeszywa do szpiku kości, wstrząsa, wywołuje uczucie zaprzeczenia, niedowierzenia, współczucia. To świat przyszłości, jakiego nie chcielibyśmy dożyć, a przecież tak prawdopodobny. Fragmentaryczna narracja, krótkie strzępki zdań, lapidarne, lakoniczne dialogi, proza zbliżająca się do poezji – wszystko to potęguje wrażenie rzeczywistości surowej, szorstkiej, pozbawionej wszystkiego, co nam bliskie. Książka opowiada o drodze, o powolnym, upartym przemieszczaniu się do wyznaczonego celu. Niewiele tu akcji, wydarzeń, bohaterów. Trzeba nastawić się na narrację refleksyjną, spokojną, a jednak w swojej prostocie porażającą brutalnością i złem, którego nasza świadomość nie chce, nie może pojąć. Twarda lekcja. Ostrzeżenie. Drogowskaz.
Zakończenie jest otwarte. Pozostawia nas ze znakiem zapytania, z podejrzliwością, z nadzieją [?], wprowadza dwuznaczność. O książce można myśleć dalej, kontemplować, szukać najprawdziwszej z prawd. Polecam, choć nie jest to powieść dla każdego.
A może ktoś z Was widział filmową ekranizację z Viggo Mortensenem w roli głównej? Ja się przymierzam do tego filmu.
Ocena: 5/6
poniedziałek, 3 września 2012
Gayle Forman: "Jeśli zostanę"
Autor: Gayle Forman
Tytuł: "Jeśli zostanę"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 248
"Adam to inna historia. Pamiętać znaczyłoby tracić go wciąż na nowo, więc nie jestem pewna, czy mogłabym to znieść."
Akcja książki obejmuje dwadzieścia cztery godziny, dla których punktem wyjścia jest tragiczny wypadek samochodowy. Mia traci w nim najbliższych, a sama trwa w stanie dziwnego zawieszenia – gdzieś pomiędzy światem żywych a umarłych. Najbliższe godziny zdecydują o tym, czy nastoletnia dziewczyna zapragnie dołączyć do zmarłej rodziny, czy odzyska przytomność. Jednak Mia wie, że powrót do rzeczywistości wiązałby się z nieopisanym bólem po stracie bliskich, których tak kochała. Rozstrzygając dylemat, Mia oddaje się wspomnieniom: wraca do najszczęśliwszych chwil swojego życia.
Trochę inaczej wyobrażałam sobie tę książkę, gdy przeczytałam kilka bardzo pozytywnych recenzji. Jednak gdy ostatecznie wpadła w moje ręce już dwie sprawy zaskoczyły mnie i to na niekorzyść: niewielka objętość i dosyć duża czcionka. Poczułam, że mam w rękach typową książkę młodzieżową, na którą jestem już za „stara” o co najmniej dziesięć lat. Ale gdy się powiedziało „a”, trzeba umieć powiedzieć „b”. Stwierdziłam, że co mi szkodzi, i zaczęłam czytać. Jak na lekką młodzieżówkę przystało, nieskomplikowany język i prosta budowa sprawiły, że książkę połyka się w okamgnieniu.
Powieść traktuje o niezwykle trudnym wyborze, przed którym nie chciałoby stanąć żadne z nas. Ale Mia znalazła się w takiej sytuacji i ma coraz mniej czasu, by podjąć decyzję. Jej najbliżsi – dziadkowie, ciotki i wujkowie, a przede wszystkim najlepsza przyjaciółka i chłopak, zrobią wszystko, by wyrwać ją ze śpiączki. Ale to do Mii będzie należało ostatnie słowo. To na jej ruch wszyscy czekają…
Książka na pewno przypadnie do gustu młodzieży, szczególnie tej młodszej. Dla starszych wydaje się już zbyt tendencyjna i naiwna. Nietrudno przewidzieć kolejne sceny, nietrudno przeniknąć umysły bohaterów i rozgryźć ich kolejny krok - postępują dokładnie tak, jak przeczuwamy. Brak elementów zaskoczenia. Przywoływane w każdym rozdziale wspomnienia, mające funkcję retardacyjną, w którymś momencie przynoszą odwrotny skutek. Zamiast budować napięcie, przygotowując nas na finał, mnie osobiście zaczęły uprzykrzać lekturę i zniechęcać. Były zbyt wyidealizowane, banalne. No ale tego właśnie trzeba się spodziewać po książkach tego typu. Dlatego choć czyta się lekko, a książka mimo całej tej przerysowanej otoczki jednak wzrusza, to w ostatecznym rozrachunku dzień od zakończenia lektury, historia Mii nie pozostawiła we mnie nic. Szybko o niej zapomnę. Opowieść z potencjałem, który można by o niebo lepiej wykorzystać.
Mimo wszystko plus za takie, a nie inne, zakończenie.
Ocena: 3/6
środa, 8 sierpnia 2012
Brunonia Barry: "Wróżby z koronek"
Na początek wciąż zapraszam do notki poniżej, gdzie oferuję kilka książek do wymiany, a teraz już spieszę z najnowszą recenzją.
Autor: Brunonia Barry
Tytuł: "Wróżby z koronek"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 432
Łagodny wzór koronek na powiece dziewczyny z okładki sprawił, że wzięłam tę książkę do ręki. Porównanie „równie szokująca jak Szósty zmysł” przekonało mnie, że powinnam się zastanowić nad tym tytułem. Przewertowanie książki i rzut na promocyjną cenę poskutkowały zakupem „Wróżb z koronek” B. Barry.
„Nazywam się Towner Whitney. Nie, to nie całkiem prawda. Właściwie mam na imię Sophya. Nigdy mi nie wierzcie. Kłamię przez cały czas. Jestem szalona… Ostatnie zdanie to prawda.”
Towner, zawiadomiona przez brata o zaginięciu swojej ciotecznej babki Evy, wraca do rodzinnego miasta – Salem. To miejsce, które opuściła kilkanaście lat wcześniej, przywołuje wspomnienia. Nie zawsze słodkie i niewinne. Kobieta, która pragnie przede wszystkim zerwać z przeszłością, będzie zmuszona stawić jej czoła. Wróżby od których starała się uwolnić, znów zdominują jej życie. Kobiety z rodu Whitneyów posiadły magiczną zdolność przepowiadania przyszłości z koronek. Towner jako nastolatka odrzuciła ten dar. Po samobójczej śmierci siostry bliźniaczki, o którą po części się obwinia, poprzysięgła, że nigdy już nie spojrzy w koronki. Ale czy można uciec przed przeznaczeniem? Każdy dar ma swoją cenę…
Powieść przeleżała trochę na mojej półce, gdyż po początkowej fali entuzjazmu szybko przyszło zniechęcenie – książka zdobywała raczej niskie noty w recenzjach, które napotkałam. Wreszcie nadszedł czas, by dać jej szansę. Początki były trudne – język powieści momentami wydawał mi się zbyt pospolity, prosty. Pojawiały się też odstraszające kwiatki (typu: „poinformowałam szpital, że zamierzam iść na studia, jak pierwotnie zamierzałam”). Jednak później z każdą kolejną stroną postać zagubionej Towner stawała mi się coraz bliższa. Bohaterka bardzo leniwie odsłania przed czytelnikiem kolejne sceny ze swojej przeszłości, sama odkrywając je na nowo – po leczeniu w szpitalu psychiatrycznym jej pamięć krótkotrwała uległa uszkodzeniu. Czasem nie jesteśmy pewni, czy wydarzenia, o których opowiada, miały miejsce w rzeczywistości, czy może jej się przyśniły? A może je sobie wmówiła? Bardzo szybko można zauważyć, że w tym schemacie jest jakaś luka, że coś tu ze sobą nie przystaje, gdzieś pomiędzy niedomówieniami czai się druga prawda. To książka z tych, które tak lubię – wymaga czytania między wierszami, skupienia uwagi i wyciągnięcia wniosków, nie zawsze zgodnych z tymi, jakie przedstawia bohaterka.
Książkę czyta się szybko – o ile damy jej się ponieść, przekonamy się do jej niecodziennej natury. Rozdziały są bardzo krótkie. Każdy z nich poprzedza porada z „Podręcznika wróżenia z koronek”. Akcja często cofa się wstecz, do dzieciństwa bohaterki, jednak brak tu wyraźnego ukonkretnienia czasu („tamtego lata”, „pamiętam jak”). W pewnym momencie poznajemy świat z zapisków, jakie Towner prowadziła w szpitalu. Czasem narracja z pierwszoosobowej przeskakuje w trzecioosobową – dzięki temu zwiększa się i nasz kąt widzenia.
Chociaż miałam swoje przeczucia i przypuszczenia co do interpretacji pewnych fragmentów, zakończenie książki i tak mnie poruszyło. Cieszę się, że sięgnęłam po tę pozycję i że nie zniechęciłam się różnymi opiniami. Uważam, że naprawdę warto przeczytać „Wróżby z koronek”. Nie chcę zdradzać, jakie książki mi przypomniała, żeby nie odkryć za bardzo sekretu, który w sobie skrywa, powiem jednak, że dla lubiących niejasności i odszukiwanie drugiego dnia w każdym słowie będzie to powieść idealna. Wolę niedomówienia niż niepotrzebny patos i banał. Ta książka działa właśnie w taki sposób. Oczywiście, o ile zostanie zrozumiana przez czytelnika.
Ocena: 4,5/5
środa, 18 lipca 2012
Chang-Rae Lee: "Kiedy ulegnę"
Autor: Chang-Rae Lee
Tytuł: "Kiedy ulegnę"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 502
Co jesteśmy w stanie zrobić, do czego się posunąć, by w godzinie śmierci zaznać odkupienia? W jakie rejony własnej przeszłości się cofnąć, jakich ludzi odnaleźć, do jakich win się przyznać, jakie sekrety ujawnić…? June Han, główna bohaterka powieści „Kiedy ulegnę” autorstwa koreańskiego pisarza Chang-Rae Lee, będzie musiała skonfrontować się z tymi pytaniami. Kobieta wie, że jej walka z rakiem jest z góry skazana na niepowodzenie. Zdając sobie sprawę z nieubłaganego upływu czasu, wpędza w ruch machinę, która przyniesie nieprawdopodobne konsekwencje – nie tylko oddziałujące na jej życie, ale także na osoby kiedyś jej biskie, a także całkiem nieznane.
Bohaterów tej niezwykłej książki jest wielu – autor zagina czasoprzestrzeń, mieszając wątki, czas i chronologię wydarzeń. Mała June, która w koreańskiej wojnie traci rodziców i rodzeństwo, kilka stron dalej jest zniedołężniałą kobietą, cierpiącą na nieuleczalnego raka żołądka. Hectora Brennana, towarzyszącego jej w poszukiwaniu syna, odnajdujemy wkrótce w jego własnych wspomnieniach z czasów, gdy znalazł umierającą June i doprowadził ją do sierocińca, gdzie spędzili wiele czasu. Śliczna Sylvie Tanner, żona amerykańskiego misjonarza, pojawia się w murach sierocińca, by za chwilę stać się dorastającą dziewczynką, a nieco później kobietą, która już odeszła. Mnogość scenerii, wydarzeń i retrospekcji wcale jednak nie zaciemnia fabuły. Książka skonstruowana jest w sposób, który bardzo lubię – poznajemy życiorysy różnych ludzi, pełne luk, które stopniowo się zapełniają. Mamy okazję najpierw poznać zachowanie różnych osób, a dopiero później zrozumieć, dlaczego działają tak, a nie inaczej. Jesteśmy obok każdego z bohaterów, niemal namacalnie, bardzo blisko. A jednocześnie z tych poskręcanych, powiązanych ze sobą historii, wyłania się jeden, silnie oddziałujący na wyobraźnię obraz wojny i spustoszenia, jakie konflikt zbrojny ze sobą niesie.
Każdy z bohaterów zostaje naznaczony wojną. Każdy coś traci, każdy zmienia się pod jej wpływem. Książka bywa brutalna i bazuje na naturalistycznych opisach. Wojna to bezmyślna przemoc, śmierć, krzywda i zadry, pozostające głęboko w sercu. To widok umierających z głodu dzieci, poturbowanych ciał żołnierzy, rozczłonkowanych zwłok. Chang-Rae Lee nie boi się prawdy, nie uładza jej. Przedstawia rzeczy takimi, jakimi były. Jakimi są. Dlatego stalowe nerwy są niezbędne, by przebrnąć przez niektóre strony. Dużo tu też aktów seksualnych, w najróżniejszych konfiguracjach. Bo nieszczęścia, uczucie pustki i beznadziei potęgują głód. Każdy radzi sobie z nim po swojemu…
Największym mankamentem w książce były dla mnie powtórzenia – zbyt częste używanie konstrukcji opartej na zdaniu współrzędnie złożonym wynikowym (spójnik „toteż”). Pojawiało się ono niemal na każdej stronie, i skoro tak natrętnie rzucało mi się w oczy, coś mus być na rzeczy. Poza tym nie mam większych uwag. Książka po prostu trafiła w mój czytelniczy gust, ale zdaję sobie sprawę, że ze względu na jej niejednorodność i drastyczną tematykę wojenną, nie każdemu może się spodobać. Ach, i uwielbiam tę okładkę!
Książka „Kiedy ulegnę” nie była dla mnie łatwą lekturą. Niejednokrotnie wzdrygałam się, dochodząc do pewnych opisów. W innych momentach wzruszałam się, cierpiałam razem z bohaterami, ale też śmiałam się i wierzyłam, że zaznają spokoju. Upragnionego odkupienia. Czy im się udało? Czy to w ogóle możliwe, zaznawszy w życiu tyle bestialstwa, bólu i strat? Zachęcam do samodzielnych poszukiwań odpowiedzi na te pytania :)
Ocena: 4/6
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild.
wtorek, 17 lipca 2012
Uri Orlev: "Babcia robi na drutach"
Autor: Uri Orlev
Tytuł: "Babcia robi na drutach"
Wydawnictwo: Wytwórnia
Stron: 50
„Babcia robi na drutach” to niepozorna bajka dla dzieci, autorstwa Uri Orleva, izraelskiego prozaika polskiego pochodzenia. Gdy wziąć ją do reki po raz pierwszy – może wywołać mieszane odczucia. Z jednej strony jej adresatem jest dziecko, świadczy o tym wydanie, rymowane wierszyki, prosty język i ilustracje, z drugiej książka jest wielowarstwowa i rodzic bardzo szybko odkrywa, że jest w niej coś więcej – coś niepokojącego, ale ważnego. Z tego właśnie powodu warto zatrzymać się przy niej dłużej, nawet jeśli pierwszy kontakt z jej kartami budzi zdziwienie, niezrozumienie czy wręcz zniechęca.
Historia jest magiczna: do pewnego miasteczka przybywa samotna babcia, która dzierga na drutach wszystko to, co w danej chwili jest jej potrzebne. Tak powstają wygodne kapcie, podłoga, wreszcie całe sprzęty, tworzące w akcie finalnym przytulny domek. Babcia robi na drutach dalej – jej dom wkrótce rozwesela obecność dwóch wnucząt, dziewczynki i chłopca. Cali są z poskręcanej włóczki. Początkowa euforia szybko jednak ustępuje miejsca przygaszeniu – dzieci chcą iść do szkoły, ale spotykają się tam z całkowitym brakiem tolerancji. Są inne, z dziureczkami, a więc padają ofiarą szykanowania i odrzucania… Bajka ta uwydatnia problem nietolerancji, ksenofobii i nieufności wobec różnic. Uczy wrażliwości, oswaja (ale nieagresywnie) oraz prowokuje dziecko do pytań i do dyskusji. Można z niej bardzo dużo „wyciągnąć”.
Nie sposób nie wspomnieć też o groteskowych ilustracjach Marty Nigerskiej, co do których opinie są podzielone (wyróżnienie w Konkursie Polskiej Sekcji Ibby "Książka Roku 2009" w kategorii ILUSTRACJE). Surowe, awangardowe ilustracje, w których właściwie dominuje jeden kolor – grafit ołówka, rzeczywiście są kontrowersyjne. Przywykliśmy do ładnych, kolorowych ilustracji książek dla dzieci, tu jednak spotykamy się z czymś zgoła innym. To już swoisty nurt, moda na artystyczną ilustrację książek dla dzieci, które czasem bywają bardzo trafione, innym razem wydają się jednak za trudne dla dziecka, „przekombinowane”. Nie chcę wchodzić w to zagadnienie, gdyż jest ono bardzo złożone, ale chciałam zasygnalizować zjawisko, z którym - jeśli ktoś wcześniej nie obcował – może spotkać się tutaj. Przedstawiam parę wybranych stron:
Co o nich myślicie? Czy faktycznie nadają się do książki dla dzieci? Czy dziecko jest w stanie je rozszyfrować, prawidłowo odebrać? I skąd taki, a nie inny, sposób postrzegania rzeczywistości?
Ilustracje sprawiają wrażenie, że wykonało je dziecko – są jakby niestaranne, dziecinne, bardzo proste, wręcz szkicowe. Dzięki temu dziecko może poczuć się tak, jakby dostosowano je właśnie dla niego, a także samemu zacząć naśladować czy też narysować własną wersję ilustracji do wierszyków. Z drugiej strony potrzebna jest odpowiednia wiedza merytoryczna, wrażliwość na sztukę i chwila refleksji, by móc wytłumaczyć dziecku „dlaczego tak, a nie inaczej” i „co autor miał na myśli”. Nie jest to książka, z która możemy zostawić malca samego. Potrzebne jest wsparcie dorosłego.
Moja ocena plasuje się gdzieś pośrodku. Nie do końca przekonałam się jeszcze do kompilacji współczesnej sztuki i ilustracji książki dziecięcej, aczkolwiek są tytuły, które wprost mnie oczarowały. „Babcia robi na drutach” jest pozycją wartą uwagi, kształtującą świadomość młodego człowieka. Może też być inspirującym punktem wyjścia do kolejnych poszukiwań u dorosłego. Poza tym historia samego autora, który przeżył wojnę (więziony m.in. w getcie warszawskim i w obozie w Bergen-Belsen) nadaje całej historii drugie dno.
Ocena: 4/6
wtorek, 1 maja 2012
Kazuo Ishiguro: "Pejzaż w kolorze sepii"
Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł: "Pejzaż w kolorze sepii"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 248
„Pejzaż w kolorze sepii” K. Ishiguro to był wybór na chybił – trafił. Przeglądałam książki na stoisku z promocjami i w oko wpadła mi delikatna, lawendowa okładka. Trzeba przyznać, że ma swój urok. Ponieważ samobójstwa w literaturze są dla mnie tematyką atrakcyjną, nie wahałam się już dłużej. Zdecydowałam się na bliższe spotkanie z japońskimi bohaterami książki.
Etsuko jest mieszkającą w Anglii japońską wdową, która osiedliła się w tym kraju wychodząc za mąż po raz drugi. Co dnia prześladuje ją wspomnienie zmarłej córki z pierwszego małżeństwa. Keiko najpierw wyjechała z domu, a potem popełniła samobójstwo. Była osobliwą, zamkniętą w sobie dziewczyną. Dlaczego? Matka próbuje rozwikłać ową zagadkę, przenosząc się pamięcią w przeszłość. Odwiedziny drugiej córki są do tego doskonałym pretekstem. Etsuko przenosi czytelnika w czasy powojennego Nagasaki. Mieszkańcy miasta próbują pogodzić się ze śmiercią bliskich po ataku atomowym, odbudować swoje życie, powrócić do normalności. Etsuko zaprzyjaźnia się z Sachiko, samotnie i dość kontrowersyjnie wychowującą swoją córkę, Mariko. Przeszłość i teraźniejszość zlewają się ze sobą, wywołując niepokojące wrażenia.
Kazuo Ishiguro to brytyjski pisarz, urodzony w Japonii. Pierwsze lata swego dzieciństwa spędził, podobnie jak bohaterka książki, w Nagasaki. To pozwoliło mu dodać książce realizmu, przeniknąć dusze zbłąkanych, samotnych Japończyków. „Pejzaż…” jest debiutem powieściowym autora, znanego z bestsellerowych powieści „Okruchy dnia” i „Nie opuszczaj mnie”. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z jego twórczością.
Już po przeczytaniu pierwszych stron zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z powieścią trudną w odbiorze, napisaną dziwnym, pokrętnym stylem, wymagającą skupienia i uwagi. Ishiguro nie ułatwia nam lektury – bohaterka, którą uczynił narratorem, buduje swoją opowieść z reminiscencji przeplatanych współczesnością. Czasem trudno odróżnić, o jakich czasach aktualnie opowiada – używa niewiele mówiących okoliczników: „tego lata”, „tego popołudnia”, „tamtego dnia” – ale nigdy nie podaje konkretów. Jej pamięć jest pełna luk, niedokładności i przekłamań. Świat, który przed nami roztacza, wydaje się przejaskrawiony, sztuczny, wyzuty z uczuć. Bohaterowie prowadzą grzecznościowe, wręcz drażniące, syntetyczne rozmowy. Czasem w ogóle się nie słuchają – każde prowadzi własny monolog, od czasu do czasu udzielając głosu drugiemu. Przeważają niedomówienia, fragmentaryczność, a wspomnienie miesza się z wymysłem. Oglądamy wyblakłą fotografię w kolorze sepii, a moment, który uwiecznił fotograf, zostaje opowiedziany przez Etsuko zgodnie nie z tym, co przedstawia, ale z tym, jak ona zachowała to w pamięci.
Klimat powieści jest bardzo niepokojący. Szczerze mówiąc, momentami czułam się tak, jakbym właśnie oglądała dobry thriller psychologiczny. Owe niedopowiedzenia, sygnalizowane tylko wydarzenia, przybierały karykaturalny, wynaturzony wymiar. Tajemnicza kobieta, nawiedzająca małą Mariko, chcąca zabrać ją za sobą, albo na pozór niewinne pytania: „Co masz w ręce?” sprawiały, że włosy jeżyły mi się na głowie. Granica między jawą a sennym koszmarem zacierała się.
Zakończenie książki pozornie nie przynosi żadnych rozwiązań. Poboczne wątki, lewie napoczęte, nigdy nie zostają kontynuowane. Tajemnica śmierci Keiko nie znajduje rozwiązania. Dalsze losy bohaterów rozmywają się – zostają porzucone, zapomniane. Bohaterka w swoich wspomnieniach zawsze jest w zaawansowanej ciąży, jakby czas się zatrzymał. Właściwie przez chwilę może się wydawać, że książka ta pozbawiona była jakiejkolwiek logiki, sensu. Ale chwilę później przychodzi objawienie, zwalające z nóg.
Wszystkie stylistyczne zabiegi autora mają swój ukryty sens. Zaakcentowane zdania nabierają nowego znaczenia. Nienaturalne zachowania nagle zaczynają znaczyć coś zupełnie innego. Z poplątanych, fragmentarycznych wspomnień wyłania się drugie, głębsze dno. Wszystkie nasuwające nam się w trakcie czytania podejrzenia stają się zasadne, trafne. Okazuje się, że nie to, co widzimy na pierwszy rzut oka, ale to ukryte głębiej, okazuje się prawdziwą historią. Etsuko wybiera pokrętną grę z samą sobą, by uporać się z wyrzutami sumienia. Ale czy to coś dziwnego? Myślę, że w podobny sposób zachowałoby się wiele osób, dotkniętych podobną traumą.
Kiedy czytałam „Pejzaż…” miałam mieszane uczucia, trudno było mi się odnaleźć w tej książce, wyśledzić rysy jakiejkolwiek spójnej fabuły. To książka z gatunku tych, w których autor pozostawia czytelnikowi wolną interpretację. Daje nam tylko tło, pozostawiając puste miejsca, w które sami powinniśmy dopisać resztę. Od czytelnika wymaga koncentracji i umysłowej pracy, jednak efekty przechodzą najśmielsze oczekiwania. Oczywiście polecam wszystkim, którym niestraszne zmagania z własną wyobraźnią.
Ocena 5/6
poniedziałek, 19 marca 2012
Ronlyn Domingue: "W zbawiennej próżni"
Autor: Ronlyn Domingue
Tytuł: "W zbawiennej próżni"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 352
"On nadal cię ma, chociaż nie żyje."
Do przeczytania „Zbawiennej próżni” R. Domingue przekonało mnie jedno – porównanie klimatu tej książki do „Nostalgii anioła” A. Sebold. I choć zwykle traktuję podobne zestawienia z przymrużeniem oka, bo bywają na wyrost, tu jednak dałam się przekupić. „Nostalgia…” jest jedną z moich ulubionych pozycji (ktoś czytał?) i cieszyłam się na myśl, że znów będę mogła zanurzyć się w podobny, nostalgiczny świat. Tym razem udało się, jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana.
Razi nie żyje od kilkudziesięciu lat. Jej duch jednak pozostaje na Ziemi – tkwi pomiędzy, pozwalając na obserwowanie życia innych ludzi, uniemożliwiając jednak uczestniczenia w nim w sposób namacalny. Kobieta nie może przebywać w pobliżu swojego grobu, opuściła też rodzinę, przyjaciół i ukochanego – przebywanie w ich pobliżu działa bowiem destrukcyjnie zarówno na ducha, jak i na ludzi, ale nie znaczy to, że zapomniała. Każdy dzień, każdą minutę poświęca na rozpamiętywanie swojej przeszłości, na opłakiwanie życia, które zostało jej odebrane w młodości, w najlepszym momencie. Wciąż zastanawia się co stało się z jej ukochanym i ta obsesja wyniszcza ją. Nieoczekiwanie pewna biblioteczka pełna wspomnień splata losy Razi z młodą parą – Amy i Scottem. Duch dziewczyny uzależnia się od ich towarzystwa, odnajdując w ich historii echa własnej. Towarzyszy im, odkrywając sekrety nie tylko z ich życia, ale również ze swojego…
„W zbawiennej próżni” jest książką specyficzną, którą albo odłoży się ze zniechęceniem po kilku stornach, albo będzie się czytać z wielkim zaangażowaniem. Należę do tych, którzy tę książkę po prostu czują.
Dwie przeplatające się ze sobą historie – ta sprzed lat, której bohaterką jest Razi i ta dziejąca się tu i teraz, w której śledzimy udręki młodej żony, Amy, mają wiele cech wspólnych. Jedna prowokuje drugą, pewne wydarzenia wywołują wspomnienia o innych. Na końcu okaże się, że ta więź zacieśni się jeszcze bardziej. Sposób, w jaki wszystko nagle się tłumaczy i uzupełnia jest bardzo ciekawie pomyślany. Ale wszystkie puzzle układanki dopasują się dopiero na końcu. Wcześniej mamy tylko poszlaki, domniemania, intuicyjne powiązania.
Książka R. Domingue to opowieść o dramacie. O życiu, które zostaje zakończone w najmniej spodziewanym momencie i wszystkich tych szansach, których nie zdołało się wykorzystać. Ale przede wszystkim książka pokazuje jak trudno jest tym, którzy pozostają. Jak bardzo boli śmierć osoby, którą się kochało. I ile można stracić pogrążając się w niekończącej się żałobie. Jak śmierć jednostki wpływa na losy innych. Jest to też opowieść o poszukiwaniu siebie, odnajdywaniu sensu w życiu, odbudowywaniu z popiołów. Czasem daje nadzieję, innym razem ją pogrąża. I wreszcie – historia miłości silniejszej niż śmierć. Tak pięknej, że wyciska z oczu łzy. I niejednej…
To powieść przede wszystkim prawdziwa, zaciskająca gardło. Książka, która aż krzyczy do czytelnika. Niełatwa i niewesoła, ale dla sympatyków nostalgicznych opowieści z pewnością lektura niezapomniana.
Ocena: 5/6
środa, 14 marca 2012
Jodi Picoult: "Karuzela uczuć"
Autor: Jodi Picoult:
Tytuł: "Karuzela uczuć"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tytuł: 512
Kiedyś widziałam film telewizyjny, oparty na podstawie „Karuzeli uczuć”. Nie miałam wtedy pojęcia, że powstał w oparciu o jakąś książkę, ani kim w ogóle jest Jodi Picoult. Kiedy przeczytałam zapowiedź wydawniczą, skojarzyłam fakty i stwierdziłam, że chcę odbyć tę sentymentalną podróż i zetknąć się z tą historią jeszcze raz.
Rodziny Harte’ów i Goldów mieszkają po sąsiedzku od osiemnastu lat i są ze sobą bardzo zaprzyjaźnione. Ich dzieci są nierozłączne już od małego i wszyscy po cichu żywią nadzieję, że Chris i Emily stworzą parę, gdy dorosną. I rzeczywiście tak się dzieje. Nastolatkowie są jakby stworzeni dla siebie: nie mają przed sobą sekretów, znają się od zawsze, wszystko o sobie wiedzą, czytają sobie w myślach. Więź między nimi jest silna, może nawet za bardzo… Czy można tak żyć, nie dusząc się?
Którejś nocy dochodzi do tragedii. W jej następstwie Chris trafia do szpitala, a Emily umiera. O tym, czy było to rozszerzone samobójstwo, które doszło do skutku tylko połowicznie, czy może morderstwo, zdecyduje sąd. Wiadomo jednak, że nic już nie będzie takie, jak dawniej. Drogi dwóch rodzin rozchodzą się. Jedni oskarżają, drudzy chcą chronić. Żadne działania nie przywrócą jednak życia zmarłej dziewczynie. A prawdę o wydarzeniach dramatycznej nocy zna już tylko Chris. A ten uparcie milczy…
Jak pisze Picoult wiedzą wszyscy, którzy mieli w rękach przynajmniej jedną jej książkę. Niektóre motywy rzecz jasna są powtarzalne: rozprawa sądowa, przedstawianie różnych punktów widzenia, wymienne opisywanie teraźniejszości i retrospekcje. A jednak, autorka przemyca do swoich książek to coś, dzięki czemu wcale nie nudzi, a raczej niezmiennie porusza, angażuje, zaskakuje. Przy jej książkach można miło spędzić czas, choć z reguły chwyta się tematyki kontrowersyjnej, melancholijnej, trudnej. Tak jest i tym razem.
Tym, co najbardziej podobało mi się w książce było stopniowe odsłanianie prawdy o zmarłej Emily. Nie poznamy jej – od pierwszej strony już nie żyje. A jednak ze strzępków wspomnień jej rodziców, znajomych, chłopaka, z zapisów w pamiętniku, wyłania się obraz bardzo ambitnej, zdolnej, ale też nieszczęśliwej dziewczyny. Jej rozterki, wątpliwości, wahania – to wszystko zostało odzwierciedlone bardzo wymownie, przekonująco. Emily to kolejna bohaterka literacka w moim typie – lubię takie złożone postaci, niedostępne, rozchwiane. Czy dziewczyna faktycznie mogła chcieć się zabić? Jej rodzice są przekonani, że nie byłaby do tego zdolna. Czy więc padła ofiarą swojego chłopaka? Czy ktoś, kto kocha, może zadać śmierć?
Przyznam, że początki były dla mnie trochę trudne, akcja się jakoś nie kleiła, dopiero z czasem nabrała werwy. Zawsze mam też problem z zagranicznymi imionami i nazwiskami, dlatego nie od razu mogłam połapać kto jest czyim mężem albo rodzicem, ale z czasem wszystko się wyklarowało. Jeszcze parę słów o okładce – jest klimatyczna i pasuje idealnie do tej książki. Ciasno splecione dłonie dwójki osób, tak ze sobą zżytych, że jakby wrośniętych w siebie. I horyzont – zamazany, niewyraźny. Jak ich losy, stanowiące wielką zagadkę. Bo choć autorka wyjaśni część szczegółów, niektóre pytania na zawsze pozostaną bez odpowiedzi…
Ocena: 5/6




















