Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZYSK i S-KA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZYSK i S-KA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 grudnia 2018

"Mroczniejszy odcień magii" V.E. Schwab

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 23, 2018 0 komentarze


Najpierw moją uwagę przykuła minimalistyczna okładka książki „Mroczniejszy odcień magii”, a gdy zaczęłam ją czytać, stała się jeszcze bardziej trafna. Książka opowiada o czterech równoległych światach, a w każdym z nich znajduje się miasto Londyn, jednak zupełnie inny. Jest Londyn Czerwony, miasto Kella, jednego z ostatnich magów, tętni magią, Londyn Szary to miasto pozbawione tej mocy, stąd wywodzi się Lila – drobna dziewczyna, która w męskim przebraniu okrada, by przetrwać. Jest też Londyn Biały, miejsce złowrogie, miasto Hollanda. I wreszcie Londyn Czarny, który upadł wiele lat temu. 

Tylko magowie mogą podróżować pomiędzy światami, a zostało ich już tylko dwóch. Kell wykorzystuje to, szmuglując pomiędzy światami cenne przedmioty. Tak w jego ręce wpada czarny kamień, pełen złej mocy, co uruchamia całą kaskadę zdarzeń i problemów. 

W tej powieści oprócz niezwykle ciekawie wykreowanego świata, bohaterowie również mają osobowość, są charakterystyczni i dobrze rozpisani. Choć Kell i Lila to para daleka od tych znanych z romansów, aż ma się nadzieję, że coś między nimi zaiskrzy. Potężny mag, wywodzący się z rodziny królewskiej i biedna sierota, pozbawiona jakiejkolwiek mocy, za to zręcznie władająca bronią i… językiem, bo niezłe z niej ziółko, Lila nie da sobie w kaszę dmuchać😊 

Może autorka czasem nie unika uproszczeń, może niektóre momenty są dosyć przewidywalne, czasem walka z przeciwnikiem staje się dziecinnie prosta, ale mimo wszystko doceniam książkę za pomysłowe uniwersum, ukazane dość szczegółowo i bez luk oraz fantastycznych głównych bohaterów. 

Może książka nie trafi do mojej topki najlepszych, ale będzie zaraz za listą, bo jest naprawdę przyjemna w odbiorze. Podoba mi się też to, że w odróżnieniu od serii, zakończenie jest w miarę zamknięte -można lekturę przerwać na pierwszym tomie i być usatysfakcjonowanym z lektury, można też sięgnąć po kolejną część z nadzieją, że drogi bohaterów znów się zejdą w ciekawej przygodzie. 

Książka jest bardzo ładnie wydana, a to naprawdę wpływa pozytywnie na lekturę. Polecam.

niedziela, 17 listopada 2013

Charles Kingsley: "Herosi"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 17, 2013 3 komentarze



Autor: Charles Kingsley
Tytuł: "Herosi"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 216




Ta niepozorna książeczka trochę mnie zaskoczyła, bo spodziewałam się czegoś innego. Charles Kinglsey pisze o mitologicznych herosach, kierując swoją opowieść do młodszych czytelników – obstawiam młodsze dzieci, uczniów szkół podstawowych, może gimnazjum. Początkowo mając bardzo nikłe informacje o tej książce sądziłam, że będzie to pozycja raczej popularnonaukowa, z której będę mogła czerpać podstawowe informacje o bohaterach, ich charakterystyce, szczegóły dotyczące mitów, odwołania do literatury. Jednak jest to coś zgoła innego. Kinglsey opowiedział na nowo historie znane nam z mitologii. Uwspółcześnił je – sprawił, że młodszym będzie się je czytało chyba dużo lepiej i swobodniej, niż np. w wersji wierszowanej. Oczywiście autor zachował też charakterystyczny styl mitów, wcielił się w rolę gawędziarza, bazuje na źródłach, zachowuje pisownię imion i nazw. Jest to taka mieszanka tego, co było z językiem współczesnym. Sprawia to, że znane już skądinąd historie odkrywamy jakby na nowo. Autor zachował klimat starożytności, bajkowość i tajemniczość. Pojawiają się tu też zwroty do czytelnika, nawiązania do poprzednich opowieści: "Opowiedziałem wam o bohaterze, co walczył z dzikimi potworami i dzikimi ludźmi; teraz mam dla was opowieść o bohaterach innych...", "A teraz, dzieci moje, wszystko co dalej nastąpi, zarówno zdarzenia prawdziwe, jak i urojone, znajdziecie w pieśniach starożytnych, które będziecie kiedyś czytały same". Sprawia to, że książeczka ta idealnie nadaje się do czytania dzieciom na głos. 

Książka  niestety objętościowo jest bardzo niewielka i w głównej mierze porusza życiorysy tylko kilku bohaterów -  Perseusza, Argonautów i Tezeusza, choć oczywiście na jej kartach przewijają się inne bóstwa, potwory i postacie. Nie byłam przygotowana do tej lektury – miałam ochotę na przyswojenie trochę innych informacji, nim zanurzyłam się już w faktycznych opowieściach. Niemniej, dobrze i szybko się ją czyta. Lekturę umilają czarno-białe ilustracje, przedstawiające głównych herosów. Całość dobrze sprawdzi się w szkole, jako pomoc dla nauczycieli języka polskiego, którzy mają problem z zainteresowaniem dzieci czy młodzieży mitologią oraz przypadnie do gustu rodzicom młodszych dzieci.

Mitologia grecka przewija się stale w naszym życiu – literatura, sztuka, kino, czerpiemy z niej garściami. Czasem nie do końca pamiętamy jak to wszystko wyglądało, skąd wzięły się jakieś przysłowia, odwołania, sceny. Lektura „Herosów” jest w tym wypadku dobrym wyjściem, lekkim i przyjemnym „przypominaczem”. Jest to ksiązka przyjemna, prosta, napisana łagodnym językiem. Nie sprawdzałam na ile historie Kingsleya są spójne z pierwowzorami, ale wydają się być publikacją dosyć wierną, zebraną i odświeżoną, by cieszyć kolejne pokolenia. Skierowana, jak już wspomniałam, do młodszych, wszak jej podtytuł brzmi: "klechdy greckie o bohaterach opowiedział dzieciom swoim...". Dzieciom na dobranoc czytamy bajki i baśnie, a czasem można zastąpić je tymi historiami, na pewno będą zadowolone. Mity przekazują uniwersalne prawdy i odpowiednio interpretowane mogą posłużyć na wzorzec w różnych sytuacjach.


* egzemplarz recenzencki

poniedziałek, 14 października 2013

Oliver Sacks: "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 14, 2013 7 komentarze






Autor: Oliver Sacks
Tytuł: "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 288




Oliver Sacks jest angielskim neurologiem i psychiatrą. Wydał kilka książek – pisze o przypadkach, z jakimi miał okazję zetknąć się w życiu, o ciekawych zjawiskach, o chorobach, wadach genetycznych, a także spektakularnych powrotach do zdrowia. „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” jest trzecią pozycją tego autora, z którą miałam okazję się zetknąć.

"Jimmie jednocześnie był i nie był świadomy tej głębokiej, tragicznej straty, straty siebie. (Jeśli człowiek traci nogę lub oko, wie, że stracił nogę lub oko; ale jeśli stracił siebie, nie może tego wiedzieć, ponieważ nie ma kto wiedzieć.)"

Lubię jego książki, bo wyróżnia je wrażliwość. Sacks sam o sobie mówi, że jest trochę nietypowym lekarzem. Drzemie w nim i lekarz i przyrodnik, naukowiec i romantyk, teoretyk i dramaturg. Ta dwoista natura doskonale sprawdza się w tym, czym zajmuje się Sacks – do pacjentów podchodzi z niespotykaną wrażliwością, nie rozpatruje ich wyłącznie w kategorii „przypadków”, ale zastanawia się także nad ich tożsamością, traktuje indywidualnie, słucha, zwraca uwagę na to co psychiczne i na to, co fizyczne. Dzięki temu zauważa rzeczy, które jego kolegom po fachu umykają. A przede wszystkim potrafi mówić o swojej pracy i ludziach, których spotyka w sposób tak zajmujący, ciekawy, poruszający. I co najważniejsze, przystępny.

czwartek, 25 października 2012

C.P. Estes: "Biegnąca z wilkami"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 25, 2012 10 komentarze



Autor: C.P. Estes
Tytuł: "Biegnąca z wilkami"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 684


O życiu w zgodzie z własnym instynktem, o poszukiwaniu Dzikiej Kobiety w sobie, o wewnętrznej sile każdej kobiety, o zakamarkach duszy, o prastarych mądrościach, o przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieściach i mitach, mających uzdrowicielską moc, o głęboko ukrytych sensach, o troskach i radościach każdej z nas, o trudnej, lecz wykonalnej drodze ku samorealizacji, o odnowie, o odkrywaniu siebie, o naprawie, o skowycie, o bólu. O tym wszystkim jest książka C. E. Estes „Biegnąca z wilkami”. O tym, ale jest tego jeszcze dużo, dużo więcej. Autorka pracowała nad nią prawie dwadzieścia pięć lat. Zawarła w niej nauki, gromadzone przez całe życie, opowieści różnych kultur, zasłyszane w swoich podróżach, wiedzę i doświadczenie, które pomagają jej w codziennej pracy. Estes jest dyplomowanym psychoanalitykiem szkoły Junga. Pomaga kobietom. Takim, jak ona. Błądzącym, poszukującym swojego miejsca w świecie, bezradnym, zagubionym. Kobietom, które chcą coś zmienić, o coś zawalczyć, inaczej pokierować własnym życiem. ”Biegnąca z wilkami” jest kompilacją historii nagromadzonych przez lata. Pisanych przez życie. Książka magnetyczna, niepowtarzalna, bajeczna. Ważna dla każdej kobiety. O nas i dla nas.

Za czytanie „Biegnącej…” zabrałam się trochę niewłaściwie, z racji tego, że musiałam ją zrecenzować. Wczytywałam się w pracę Estes przez dwa tygodnie, a powinnam robić to tak, jak ona tworzyła swoją opowieść – miesiącami, nawet latami. Wyrywkowo, niesystematycznie, nie zwracając uwagi na kolejność rozdziałów. Ale to książka z gatunku tych, do których się wraca. Nie raz i nie dwa. I na pewno jeszcze to zrobię, aby rozsmakować się w niej z pełną mocą.

Książka ma w sobie coś niesamowitego. Wielokrotnie czuje się, że czyta się o sobie. Przeszywa nas dreszcz. To o mnie, mam tak samo, to ja. Nagle otwieramy oczy. Czujemy, że wiele naszych niechcianych zachowań ma sens. Poznajemy ich źródło. Wybitna psychoanaliza kobiecej duszy. Estes szatkuje znane tradycyjne historie, przytacza wiele nowych i bazując na nich snuje opowieść o głębi kobiecej psychiki, o nieuświadomionych treściach. Wskazuje drogi. Wydobywa prawdy. Po przeczytaniu „Biegnącej z wilkami” zupełnie inaczej spojrzymy na takie baśnie jak „Brzydkie kaczątko”, „Sinobrody” czy „Czerwone trzewiczki”. Szczerze przyznam, że bardzo ucieszyło mnie, że autorka poświęca im tyle uwagi, że wplata je w tekst. Poczułam się trochę znów jak mała dziewczynka, której opowiada się baśnie na dobranoc. I zrozumiałam, jak wielki mają one wpływ na kształtowanie się osobowości.

Estes pisze także pięknie o naszych braciach, wilkach. Wskazuje na analogie między naszymi gatunkami. Sprawia, że patrzymy inaczej na te dzikie, niebezpieczne zwierzęta. Zaczynamy podziwiać ich naturę. I doszukiwać się jej zalążków w nas samych. Biologicznego rytmu tętniącego w naszych sercach.

Książka ma być przyczynkiem do rozważań o swoim życiu. Nie daje gotowych recept. Sygnalizuje co i gdzie boli, stara się pokazać dlaczego. Być może stanowi pierwszy krok ku wyleczeniu się, ku odrzuceniu bólu. Ale trzeba jasno powiedzieć, że nie gwarantuje tego. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, popracować nad sobą, poszukać ratunku, Estes daje narzędzia. To, co z nimi zrobimy, zależy już tylko od nas.

Lektura obowiązkowa dla kobiet na różnych etapach życia. Jestem pod ogromnym wrażeniem rozległej wiedzy autorki, jej niemal poetyckiego stylu i wrażliwości, jaką przelała na karty „Biegnącej…”. Jak mówi sama autorka jej książka to coś pośredniego między poezją, psychologią, religioznawstwem i naukami kobiecymi. „Biegnącą…” można zaliczyć do każdego z tych działów i jednocześnie książka dalece poza nie wykracza. Mój egzemplarz pełen jest zakładek i miejsc, do których jeszcze wrócę. Polecam.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

środa, 15 sierpnia 2012

Laura Esquivel: "Z szybkością pragnienia"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 15, 2012 8 komentarze




Autor: Laura Esquivel
Tytuł: "Z szybkością pragnienia"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 158




Trudno mi napisać cokolwiek o książce, która wywołała we mnie nijakie emocje, więc będzie krótko. Właściwie zaczynając czytać „Z szybkością pragnienia” nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale wzmianka, że Laura Esquivel jest autorką bestselleru „Przepiórki w płatkach róży” dawała nadzieję. Choć każdy wie, że w dzisiejszych czasach co druga wydawana książka określana jest bestsellerem – promocja robi swoje. Niestety często za tym terminem nie stoi żadna wartość. Ale to już kwestia na zupełnie inne wywody.

Największym plusem książki jest fakt, że opisuje ona już trochę zapomniane urządzenie, jakim był telegraf. Wszystkie ciekawostki techniczne związane z tym sposobem komunikacji, praktyką i przekazywaniem wiadomości alfabetem Morse’a były interesujące. Fabularnie już trochę gorzej: historia staruszka Jubila, którego poznajemy u kresu życia, zmożonego chorobą Parkinsona, pozbawionego wzroku i niemego. Pielęgnuje go córka, mająca w pamięci obraz ojca pełnego wigoru i wdzięku, obdarzającego zaraźliwym darem radości każdego, z kim przebywał. Jubilo także wraca myślami do swojej młodości. Do czasów, gdy dorastał, poznał swoją piękną żonę i spędził z nią najszczęśliwsze lata życia. Jednak teraz, kilkadziesiąt lat później, mężczyzna jest sam, rozstał się z żoną i nie widział jej od wielu lat. Kontrast pomiędzy tym, co było, a jak wygląda życie Jubila teraz, jest przykry. Co więc się stało? Dlaczego?

Treść jest raczej banalna.
Denerwowało mnie sprowadzanie wielkiej miłości, która rzekomo narodziła się między Jubilem i Luchą głównie do łóżka – podkreślanie tego, ile razy dziennie w nim lądowali i jak hojnie obdarzali się pieszczotami. Punkt kulminacyjny, którym było wyjawienie co ostatecznie rozdzieliło parę i przekreśliło ich miłość, rozczarował mnie. Oczywiście – na łożu śmierci małżonkowie dostają szansę od losu na wybaczenie sobie dawnych urazów. Czy ją wykorzystają, łatwo się domyślić. Irytująca była też postać Luchy, która wychowała się w dostatku i przywiązywała wielką wagę do pieniędzy – a Jubilo, biedny telegrafista, nie mógł zaspokoić jej potrzeb. Jej przesadzony materializm i przekonanie, że mieć pieniądze = być szczęśliwym, doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

Książka raczej nudna,, nie wzbudzająca żadnych głębszych emocji, napisana właściwie nie wiadomo po co. Dużo górnolotnych, pustych słów, moralizatorstwa, patosu i truizmów. Zabrakło prawdy. Bohaterowie wydają się jakby wycięci z szablonu, sztywni i miałcy. Czasami trudno ich zrozumieć. Największym plusem tej książki jest jej niewielka objętość. Czytałam, mając nadzieję, że jednak czymś mnie zaskoczy. Nie udało się. Odradzam.

Ocena: 2/5

poniedziałek, 2 lipca 2012

Virginia Woolf: "Orlando"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 02, 2012 12 komentarze

Autor: Virginia Woolf
Tytuł: "Orlando"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 224


Virginia Woolf uważana jest za jedną z czołowych pisarek literatury modernistycznej. Urodziła się w Londynie, wychowywana w wielodzietnej rodzinie. Jej życiorys jest tragiczny: śmierć rodziców odcisnęła na niej bolesne piętno, doprowadzając do pierwszych załamań na tle nerwowym. Wykorzystywana seksualnie przez przyrodnich braci, od dziecka cierpiała na depresje. Virginia wyszła za mąż za pisarza, jednak uważa się, że z powodu jej homoseksualnej orientacji małżeństwo nie zostało nigdy skonsumowane. Woolf żywiła wielkim uczuciem swoją przyjaciółkę, również pisarkę. W wieku 59 lat popełniła samobójstwo.

Powieść „Orlando” jest zapisem niezwykłej biografii fikcyjnej postaci, którą poznajemy jako szesnastoletniego chłopca, dorastającego w epoce elżbietańskiej, a rozstajemy się z nią w roku 1928. Nie bez powodu przechodzę na rodzaj żeński, gdyż autorka zastosowała tu pewien nowatorski koncept, ale o tym później. „Orlando” jest powieścią genderową, traktującą na temat tożsamości płciowej. Płeć kulturowa to zlepek stereotypów, cech i ról, narzuconych kobietom i mężczyznom przez społeczeństwo. Dywagacje na temat tego czy rodzimy się kobietami lub mężczyznami, czy dopiero się nimi stajemy na skutek przypisywanych nam przez społeczeństwo i kulturę ról narodziły się wraz z wyodrębnieniem się ruchu feministycznego. „Orlando” doskonale obrazuje to zjawisko, całkowicie zrywając z podporządkowanymi płciom regułami. Orlando przeistacza się w Orlandę tak po prostu, zachowując wspomnienia i charakter. Jest osobą na pograniczu płci, androgyniczną, w której ścierają się dominujące zarówno u mężczyzn, jak i kobiet, cechy. Jednocześnie bohater(ka) czuje, że nie przynależy w pełni do żadnej z nich. Ta niebagatelna przemiana nie budzi w nikim zastrzeżeń: zostaje przyjęta ze spokojem. Dodatkowo seksualność bohatera/bohaterki jest dobrym tematem do dyskusji, bowiem zakochuje się on zarówno w kobietach, jak i mężczyznach.

Powieść Woolf to także rozprawa o poezji – polowanie na dziką gęś, jej klasyczny symbol. Przez trzysta lat Orlanda pisze poemat, kreśląc kolejne linijki i zabierając się za nie ponownie, nosząc tekst przy sercu. Chce osiągnąć ideał, jednak stale nanosi poprawki, niezadowolona z efektu końcowego. Jak pisze wydawca: „Jest to także autobiografia – autobiografia "żarłocznej" czytelniczki, autobiografia umysłu, który w równym stopniu żył w teraźniejszości co w przeszłości i jej księgach”.

Książkę czyta się niełatwo, ze względu na erudycyjne dygresje, nieprawdopodobny porządek zdarzeń, urywane opisy, względność czasu, niejednolitość, zawiłość. Nie jest to tekst przystępny, przy lekturze trzeba się ogromnie skupić. Jest to jednak książką, którą warto przeczytać ze względu na osobę autorki a także na niecodzienne podjęcie tematyki gender, które w powieści odnajdujemy. Osobiście, spotkałam się już z podobnym chwytem w książce współczesnej – w „Ja” Martela, toteż owo przejście z jednej płci w drugą nie stanowiło dla mnie aż tak wielkiej sensacji. Przyznam jednak, że do tego momentu lektura bardzo mi się dłużyła, nie widziałam w książce nic szczególnego, dopiero potem wszystko nabrało głębszego sensu. „Orlando” jest też parodią biografii spisywanych przez mężczyzn, ich przywiązania do prawdopodobieństwa i faktografii. Zawiera w sobie wiele warstw, możliwości interpretacyjnych… Jest to powieść ważne, eksperymentalna, i aktualna także dzisiaj. Warto ją znać.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Oliver Sacks: "Wyspa daltonistów i wyspa sagowców"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 01, 2012 9 komentarze

Autor: Oliver Sacks
Tytuł: "Wyspa daltonistów i wyspa sagowców"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 280


"Niedawno - powiedział Knut - jego siostra, Britt, chcąc udowodnić, że jest to możliwe, wydziergała sweter w szesnastu kolorach. Wymyśliła własny system rozpoznawania motków wełny za pomocą znakowania ich numerami. Sweter miał wymyślny motyw przedstawiający sceny z norweskich legend, ale ponieważ został wykonany z wełny w różnych odcieniach przydymionego brązu i purpury, nie kontrastujących ze sobą, normalne oczy z trudem go dostrzegają. Jednakże Britt, reagując tylko na jasne światło, widziała go bez trudu, prawdopodobnie lepiej niż ludzie ze zdrowym wzrokiem.
To moja specjalna, tajemna sztuka - mówiła. - Trzeba być daltonistą, żeby to widzieć".


Tak jak obiecałam – dziś recenzja kolejnej książki Olivera Sacksa.

„Wyspa daltonistów i wyspa sagowców” koncentruje się na trzech tematach, co można wywnioskować już z tytułu. Są to: specyfika wysp, intrygujące choroby i botanika. Książka składa się z dwóch części, a każda z nich jest owocem niezależnych od siebie podróży autora do Mikronezji. Sacks od najmłodszych lat fascynował się wyspami – eksperymentalnymi formami natury, zamkniętymi i odrębnymi. Ta izolacja przyczynia się do rozwoju nie tylko osobliwych form roślinnych, ale również unikalnej tożsamości kulturowej. Dodatkowo, Mikronezja przyciągnęła Sacksa z jeszcze jednego powodu – zajmował się badanem daltonizmu, gdy usłyszał o wyspie, na której zamieszkuje społeczność obciążona tą chorobą. W tak ograniczonych warunkach terytorialnych dziedziczna achromatopsja rozprzestrzeniała się w zatrważającym tempie. Kolejna z jego wypraw wynikła z zainteresowania sagowcami – pięknymi drzewami, przypominającymi palmy, będącymi jednak również przekleństwem wyspiarzy… Dlaczego? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się zagłębić w lekturę, zdradzę jedynie, że w drugiej części książki Sacks zajmuje się chorobą o dotąd niezidentyfikowanym pochodzeniu – lylico i boding. A oprócz tego rozpływa się nad rzadką, fascynującą roślinnością tamtych wysp.

„Wyspę…” czytało mi się o wiele szybciej i sprawniej niż omawiany wcześniej „Zobaczyć głos”. Zjawiska, na których koncentruje się lekarz, są przedstawione tutaj mniej naukowo. Oczywiście nadal mamy wiele teorii, jednak tym razem dochodzą też wątki fabularne. Sacks opisuje bowiem swoją podróż dzień po dniu, z jednej strony skupiając się na swojej pracy, kontaktując się z osobami chorymi i opisując ich dolegliwości, z drugiej po prostu cieszy się pobytem w urokliwym miejscu, zwiedza, podziwia, odpoczywa.

Jak to jest nie znać barw? Daltoniści postrzegają świat w szarościach i nawet nie potrafią sobie wyobrazić czym są kolory. Ciekawym było dla mnie poznanie sposobów w jaki sobie radzą w codziennym życiu z tym ograniczeniem. Trzeba również pamiętać, że daltonizm to nie tylko niemożność rozpoznania barw. Osoby cierpiące na achromatopsję są bardzo wrażliwe na światło i właściwie dobrze czują się dopiero po zmroku. Ich wzrok jest też słabszy, nie widzą detali i dopiero posługiwanie się np. szkłem powiększającym daje im swobodę poruszania się czy czytania. Wszystkie informacje na ich temat, których dostarcza nam Sacks, są niezwykle zajmujące. Po przeczytaniu pierwszej części książki doszłam do wniosku, że nie potrafię się nawet postawić na miejscu osoby dotkniętej taką wadą wzroku…

W drugiej części książki stajemy się wręcz tropicielami zagadki, szukając źródła nieznanej choroby, powodującej objawy takie jak parkinsonizm czy paraliż. Hipotezy się mnożą, badania podejmowane na przestrzeni lat wysnuwają kolejne domniemane przyczyny, jednak zagadka wciąż pozostaje nierozwiązana. Czytanie tego rozdziału jest naprawdę pasjonujące!

O Sacksie usłyszałam po raz pierwszy w odniesieniu do jego książki „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Zanim udało mi się sięgnąć po ten tytuł, w moje ręce wpadły dwa inne, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że będę dalej poszukiwać. Dotąd raczej nie czytałam książek popularnonaukowych, ale teraz się to zmienia i widzę szereg korzyści wypływających z tego faktu.

Ocena: 5/6



Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

sobota, 24 marca 2012

Oliver Sacks: "Zobaczyć głos"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 24, 2012 11 komentarze

Autor:Oliver Sacks
Tytuł: "Zobaczyć głos"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 258


Na pewno zastanawialiście się kiedyś nad tym, co dla człowieka jest bardziej dotkliwe: utrata słuchu czy wzroku? Czy dziecko, które rodzi się głuche jest obciążone tak samo jak te niewidome, czy może cierpi bardziej, a może mniej? Czego balibyście się bardziej? Zawsze wydawało mi się, że cenniejszy jest dla mnie zmysł wzroku – bo jakby to było, gdybym nie mogła patrzeć w oczy osobie, którą kocham, nie mogła oglądać piękna otaczającego nas świata, poznawać twarzy ludzi, oglądać, czytać, podziwiać… Jednak dopiero książka „Zobaczyć głos” O. Sacksa uświadomiła mi, że byłam w błędzie. Osoby niesłyszące borykają się z problemem, którego niewidomi nie doświadczają – nie są zdolni się ze sobą komunikować. Było to widoczne przede wszystkim w czasach prześladowań, gdy język migowy był zabroniony – osoby niesłyszące skazane były wtedy na życie bierne, bez zrozumienia kogokolwiek z zewnątrz, bez możliwości rozwijania się, kształcenia, porozumiewania. Dlatego przez wiele lat pokutowało przekonanie, że osoba niesłysząca jest upośledzona umysłowo – zresztą wciąż zdarzają się przypadki mylnej diagnozy z powodu niezidentyfikowania wady słuchu. A przecież ludzie ci mają takie same predyspozycje do rozwoju, jak i my, jeśli tylko się im to umożliwi.

Książka Sacksa składa się z trzech części, które wcześniej były publikowane osobno w formie eseju. Uzupełnione i zebrane, zostały złożone w pracę naukową, napisaną jednak w miarę możliwości przystępnym językiem, który nie nuży. Sacks, angielski neurolog i psychiatra, wydał już kilka książek, w których zmierzył się z tematami ludzkiego umysłu, uszkodzeń mózgu, chorób i odmienności. Znany jest z tego, że pisze w sposób lekki, tak że nie trzeba studiować medycyny, by zrozumieć jego książki. „Zobaczyć głos” (książka, która została właśnie wznowiona przez wydawnictwo Zysk i S-ka) jest podobno jedną z cięższych w jego dorobku, ale mimo to nadal ciekawą i przyjemna w odbiorze. Owszem, Sacks ma to do siebie, że wciąż wdaje się w rozbudowane dygresje, zrzucane do przypisów, często zajmujących na stronach obszar większy niż tekst główny. Może to być miejscami uciążliwe, gdyż łatwo zgubić wątek, ale z drugiej strony – jeśli ktoś nie jest zainteresowany może te przypisy omijać, wybierać tylko te ważniejsze, a poza tym często znajdują się w nich naprawdę ciekawe informacje.

Książka Sacksa powstała na skutek jego kontaktów z wieloma osobami niesłyszącymi, z lekarzami i profesorami badającymi zarówno takich pacjentów jak i strukturę języka, ze słyszącymi dziećmi niesłyszących rodziców, z nauczycielami języka migowego i wieloma, wieloma innymi. Autor przyznaje, że dopiero po napisaniu książki zabrał się do tego, od czego powinien był zacząć – nauki języka migowego, ale mimo to pisząc wykazał się dużym zrozumieniem ich potrzeb, a jego książka jest czymś w rodzaju hołdu, złożonego osobom głuchym.

To co podobało mi się najbardziej to przedstawione konkretne przypadki osób, które np. dotąd odizolowane zaczęły uczyć się języka migowego w późniejszym wieku, dla których język migowy jest pierwszym językiem, mimo że słyszą, różnice w wychowaniu dzieci niesłyszących przez rodziców również dotkniętych tą chorobą jak i zdrowych czy też sposoby nauki języka. Wiele się dowiedziałam, gdyż prawda jest taka, że zazwyczaj ludzie nie interesują się tym problemem, nie zastanawiają nad ciężką dolą osób obarczonych utratą słuchu.

Na koniec kilka słów o okładce, która moim zdaniem jest projektem idealnym. Skromna, minimalistyczna, a jednocześnie wyrażająca to, co najważniejsze. Zobaczyć głos, sugerując się tytułem, wskazuje tu na fakt, że u niesłyszących tak to właśnie wygląda. Oni widzą słowa, migając. Każdy ruch dłoni, mimika twarzy i gra ciała – wszystko to do nich przemawia.

Niesłyszący to społeczność zamknięta, do której słyszący mają dostęp tylko w wyjątkowych przypadkach. To grupa, mająca swoją kulturę, swój język (oraz wiele jego odmian), swoją mentalność. Świat z ich punktu widzenia wygląda zupełnie inaczej, niż nasz, ale nie jest to świat gorszy. Jak ich sytuacja przedstawiała się na przestrzeni wieków, co wykazują badania, co myślą niesłyszący o sobie, czy mogą nauczyć się mówić oraz do czego prowadzi zakładanie szkół dla nich, w których nauczycielami są również niesłyszący, możecie przekonać się, sięgając po książkę. W moim przypadku na pewno nie jest to ostatnie spotkanie z tym autorem, gdyż mam w zanadrzu kolejną książkę jego autorstwa, o której usłyszycie niebawem.

Ocena 5/6


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

wtorek, 16 sierpnia 2011

Erlend Loe "Naiwny. Super"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 16, 2011 3 komentarze


            „Naiwny. Super” to powieść norweskiego pisarza Erlenda Loe, idola młodego pokolenia, który w swoich książkach z dużym powodzeniem wyraża przekonania rodzimych dwudziestokilkulatków, zyskując dzięki temu miano twórcy kultowego. Z okładki książki dowiadujemy się ponadto, że pisarz jest doceniany również przez krytykę, co skłania do rzucenia przychylnym okiem na jego dorobek. Idąc tym tropem, postanowiłam sama zmierzyć się z książką Loe’go i ocenić jego talent.
            Bohaterem powieści jest dwudziestopięciolatek, który po niepowodzeniach w grze w krykieta, załamuje się. Sytuacja wręcz komiczna, ale przegrana z bratem niesie naprawdę poważne konsekwencje. Bohater postanawia wycofać się z dotychczasowego życia, rzucić studia, a zyskany czas wykorzystać na trywialne czynności, takie jak kopanie piłki czy wbijanie kolorowych kołków do deseczki – dosłownie, a nade wszystko: na myślenie. Wspomniana wyżej deseczka, z którą nasz bohater zdaje się nie rozstawać, umieszczona została również na okładce – to symbol spokoju i opanowania, pozwalający odnaleźć równowagę podczas rytmicznego uderzania młotkiem. Fabuła koncentruje się na kolejnych dniach z życia postaci, kiedy to przesiaduje on w domu swojego brata, opiekując się nim pod jego nieobecność, zaprzyjaźnia się z przedszkolakiem, odbiera faksy od swojego przyjaciela, meteorologa, a czasem kontaktuje się również ze swoim drugim, złym przyjacielem.
            Postawę bohatera wyróżnia bierność. Poświęcając dnie na rozważanie naukowych teorii o czasie i wszechświecie, z którymi zapoznaje się wertując książkę znalezioną u brata, zdaje się nie zauważać, jak sam swój cenny czas marnuje. Dwudziestopięciolatek nie robi nic konstruktywnego, zmagając się ze swoją depresją, zastanawiając się nad sensem istnienia i zadając sobie wiele filozoficznych pytań. Z zamiłowaniem tworzy listy rzeczy, które lubi, widział, ma lub chciałby mieć. Cechuje go ironia i  błyskotliwość, jest uważnym obserwatorem, a także ma wielkie serce - jednak mimo tego, jak dla mnie, nadal pozostaje znudzonym życiem chłopcem, który po prostu nie wie co ze sobą zrobić, zwykłym dzieciakiem.
            Styl Loe’go jest jasny i nad wyraz oszczędny, wręcz telegraficzny. Budowane przez niego zdania, często wręcz równoważniki zdań, są krótkie i wyrażają proste, podstawowe myśli. Autor nie bawi się metaforykę, styl powieści jest dosadny i jednoznaczny. Oczywiście, pod tym na pozór infantylnym językiem i niepozornymi tematami, rozstrzygają się fundamentalne prawdy, ale choć dowcip i ironia bohatera faktycznie mnie ujęły, powieść oceniam jako przeciętną. Brakowało mi fabuły, wydarzeń, akcji. Krótkie scenki z życia bohatera albo wspomnienia z okresu dzieciństwa nie zaspokajają tego defektu.
            Dodatkowo w książce można znaleźć liczne diagramy, skany stron albo notatek, opublikowane w oryginalnej wersji językowej, co utrudnia odbiór. Często w tekście występują też angielskie zwroty, listy, cytaty, które również nie zostały przetłumaczone na język polski – a uważam, że powinno się dokonać tłumaczenia chociażby w przypisie, gdyż nie każdy czytelnik biegle posługuje się tym językiem.
            Podsumowując, książka Loe’go jest opowieścią o młodym, zagubionym człowieku, zmagającym się z pytaniami bez odpowiedzi. Każdy dorastający człowiek prędzej czy później przechodzi w swoim życiu podobny okres, a bohater pokazuje nam swój sposób na wyjście z opresji. Książka pozwala na chwilę oderwać się od codzienności i pogrążyć się w dziecięcej naiwności, a czasem potrzeba tego każdemu z nas. Jednak powrót do normalności będzie szybki i bezbolesny, gdyż cała aura znika zaraz po przeczytaniu.    
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon