środa, 26 grudnia 2018

„Polskie piękno. Sto lat mody i stylu” Karolina Żebrowska

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:09:00 1 komentarze


Gdy czyta się, czy chociaż przegląda książkę „Polskie piękno. Sto lat mody i stylu” nie sposób nie zadumać się na chwilę nad tym, jak wielki krok wykonała moda i kultura i jak wiele zawdzięczamy naszym babkom i prababkom na drodze do swobody stroju. Choć sama modą nigdy się nie interesowałam, a i w ubiorze stawiam po prostu na wygodę, ta książka była dla mnie wspaniałą czytelniczą przygodą i dużą lekcją. Oglądając filmy, w których kobiety noszą długie, ozdobne suknie z satyny i tiulu pod ciasnym gorsetem, z jednej strony zawsze zachwycam się ich gracją i wyglądem, z drugiej wiem, że sama nie uszłabym w podobnym stroju kilku metrów, bo po prostu by mnie przytłaczał. To, że dziś możemy założyć na siebie to, na co mamy ochotę: postrzępione dżinsy, obcisłą bluzkę odsłaniającą brzuch czy z głębokim dekoltem, zwiewną sukienkę przed kolana, i tak dalej, i tak dalej, to efekt procesu, jaki trwał przez dziesiątki lat i warto mieć tego świadomość. 

Autorka tego albumu mody, Karolina Żebrowska, jest miłośniczką stylu vintage, kostiumolożką , reżyserem filmowym, prowadzi też kanały w social mediach na temat swojej kostiumowej pasji. Szyje stroje z różnych epok i z tego, co zauważyłam, lubi je przymierzać i pokazywać szerszej publiczności. Świetna pasja i talent jednocześnie. I widać to w książce, album wyrósł właśnie z takiej gorącej pasji i miłości do tematu. Przede wszystkim książka jest pięknie wydana – duży format, twarda okładka z obwolutą, jakościowy papier i… zdjęcia i ilustracje, przepiękne zdjęcia i ilustracje na niemal każdej stronie. Trudno byłoby pisać o modzie, nie pokazując jej. To właśnie przekaz wzrokowy pełni tutaj najważniejszą rolę. Ale i warstwa merytoryczna, historyczna jest na dobrym poziomie. Książkę czyta się jednym tchem, nawet jeśli człowiek dotąd modą interesował się marginalnie. 

Sto lat mody polskiej to historia mody w ogóle, gdyż nasze rodaczki czerpały inspiracje ze świata, z telewizji, z muzyki i sztuki. W ubraniach Polek widać wiele wpływów zza granicy, nic nie działo się bez przyczyny. Książka rozpoczyna się właśnie w momencie, gdy kultywowano jeszcze gorset i ozdobne, długie suknie, by pokazywać jak to wszystko zmieniało się przez lata. Pierwsze suknie reformowane, spódnice do kostek, kapelusze, stroje sportowe, w tym skandaliczne spodnie, coraz krótsze spódnice, sukienki codzienne i suknie balowe, przepych i minimalizm, kostiumy w stylu Chanel, dżinsy i cuda z peweksu, koturny, kobiece marynarki, nawet słynny ortalionowy dres! Mamy w tej książce bogaty przegląd tego, co i jak się nosiło. Niektóre stroje aż zatrważają – kobiety naprawdę to ubierały?! Inne po prostu zachwycają, aż z nostalgią chciałoby się tam wrócić. 

Wspaniały prezent dla wszystkich, interesujących się modą, ale nie tylko. Spora porcja wiedzy, kultury i historii, świetny poradnik mody. Książka-perełka, pięknie wydana i opracowana. Warto mieć taką pozycję w swojej biblioteczce, w końcu opowiada historię każdej z nas, kobiety, która poprzez swój ubiór może wyrażać siebie.

niedziela, 23 grudnia 2018

"Mroczniejszy odcień magii" V.E. Schwab

Autor: Po drugiej stronie... dnia 10:24:00 0 komentarze


Najpierw moją uwagę przykuła minimalistyczna okładka książki „Mroczniejszy odcień magii”, a gdy zaczęłam ją czytać, stała się jeszcze bardziej trafna. Książka opowiada o czterech równoległych światach, a w każdym z nich znajduje się miasto Londyn, jednak zupełnie inny. Jest Londyn Czerwony, miasto Kella, jednego z ostatnich magów, tętni magią, Londyn Szary to miasto pozbawione tej mocy, stąd wywodzi się Lila – drobna dziewczyna, która w męskim przebraniu okrada, by przetrwać. Jest też Londyn Biały, miejsce złowrogie, miasto Hollanda. I wreszcie Londyn Czarny, który upadł wiele lat temu. 

Tylko magowie mogą podróżować pomiędzy światami, a zostało ich już tylko dwóch. Kell wykorzystuje to, szmuglując pomiędzy światami cenne przedmioty. Tak w jego ręce wpada czarny kamień, pełen złej mocy, co uruchamia całą kaskadę zdarzeń i problemów. 

W tej powieści oprócz niezwykle ciekawie wykreowanego świata, bohaterowie również mają osobowość, są charakterystyczni i dobrze rozpisani. Choć Kell i Lila to para daleka od tych znanych z romansów, aż ma się nadzieję, że coś między nimi zaiskrzy. Potężny mag, wywodzący się z rodziny królewskiej i biedna sierota, pozbawiona jakiejkolwiek mocy, za to zręcznie władająca bronią i… językiem, bo niezłe z niej ziółko, Lila nie da sobie w kaszę dmuchać😊 

Może autorka czasem nie unika uproszczeń, może niektóre momenty są dosyć przewidywalne, czasem walka z przeciwnikiem staje się dziecinnie prosta, ale mimo wszystko doceniam książkę za pomysłowe uniwersum, ukazane dość szczegółowo i bez luk oraz fantastycznych głównych bohaterów. 

Może książka nie trafi do mojej topki najlepszych, ale będzie zaraz za listą, bo jest naprawdę przyjemna w odbiorze. Podoba mi się też to, że w odróżnieniu od serii, zakończenie jest w miarę zamknięte -można lekturę przerwać na pierwszym tomie i być usatysfakcjonowanym z lektury, można też sięgnąć po kolejną część z nadzieją, że drogi bohaterów znów się zejdą w ciekawej przygodzie. 

Książka jest bardzo ładnie wydana, a to naprawdę wpływa pozytywnie na lekturę. Polecam.

sobota, 15 grudnia 2018

"Chmury z keczupu" Annabel Pitcher

Autor: Po drugiej stronie... dnia 10:05:00 0 komentarze


Sama jestem zaskoczona jak bardzo poruszyła mnie i spodobała mi się ta książka. Słyszałam już, że „Chmury z keczupu” A. Pitcher są dobre, między innymi kilka opinii z Instagrama przekonało mnie do zakupu książki, ale podejrzewałam, że jak zwykle są pewnie przesadzone. Jednak nie 😊 

Czasem słyszę takie opinie, że jak to, masz trzydziestkę na karku, a zaczytujesz się w książkach młodzieżowych. A tak to, po prostu, bardzo je lubię. Nie wszystkie, oczywiście, ale wiele z nich potrafi wywrzeć na człowieku głębokie wrażenie. Nastolatki są pełne emocji, taki wiek, wszystko przeżywają kilka razy mocniej, a że ja też zawsze miałam skłonność do nadmiernej wrażliwości, dobrze czuję się wśród takich bohaterów. 

Sama koncepcja powieści już jest obiecująca. Nastoletnia dziewczyna, przedstawiająca się jako Zoe, choć nie jest to jej prawdziwe imię, pisze listy do skazańca, oczekującego w celi na karę śmierci. Dziewczyna wyszukała jego adres przez internet, przeczytała wszystko na jego temat, co udało jej się znaleźć, i wyrażając współczucie, jednocześnie w listach zdradza swój sekret: ona też zrobiła coś strasznego. Czuje, że jej grzech jest równie ciężki, jak zbrodnie, których dopuścił się więzień i dzięki temu jest on pierwszą i jedyną osobą, jakiej dziewczyna decyduje się powierzyć swoją historię. W ten właśnie sposób poznajemy Zoe, jej nietypową rodzinę, wydarzenia sprzed roku, których była uczestniczką oraz bolesny trójkąt miłosny, w jaki się wplątała. 

Książka jest dosyć cienka, pisana większą czcionką, więc czyta się ją szybko. Po męczącym dniu w pracy ostatnio nie mam siły czytać, ale z uwagi na jej proporcje oraz fakt, że po prostu wciąga od pierwszej strony, poświęciłam jej dwa takie wieczory po pracy i pochłonęłam w okamgnieniu. Choć autorka nie unika skrótów fabularnych, a wydarzenia czasem rozgrywają się zbyt prosto, jakby ktoś podstawiał potrzebne karty, książka jest perełką i naprawdę warta jest przeczytania. Zoe boryka się z wielki dramatem, o wiele większym niż powinna nosić na barkach dziewczynka w jej wieku, i jest z tym sama. Ta przypadkowa zażyłość z więźniem, jednostronny kontakt, daje jej jedyną otuchę i możliwość po raz pierwszy opowiedzenia wszystkiego od początku, tak jak było. Lubię bohaterki książkowe o takiej wrażliwości, które same marzą o pisaniu książek – mam dzięki temu wrażenie, że autorka przelała na postać część swoich marzeń, w dodatku je urzeczywistniła, bo przecież właśnie trzymam w rękach jej książkę. Sama chciałabym kiedyś spełnić takie marzenie 😊 

Przy tej książce będziecie się śmiać i płakać, przeczuwając że wszystko zmierza do trudnego, bolesnego finału. Książka pozostawia człowieka z wielką wyrwą. Ale właśnie to jest w literaturze najlepsze, możliwość przeżywania z bohaterem jego wzruszeń, miłości i problemów tak silnie, jakby były nasze.

wtorek, 11 grudnia 2018

"Baba Jaga radzi" Taisia Kitaiskaia

Autor: Po drugiej stronie... dnia 15:17:00 0 komentarze


Bardzo fajna książeczka do mnie ostatnio trafiła – nazywam ją tak zdrobniale, gdyż ma mniejszy format, niż tradycyjne książki. „Baba Jaga radzi” to zbiór porad na różne tematy, autorką których jest Taisia Kitaiskaia, Rosjanka dorastająca w Ameryce, znana głównie za sprawą swoich zbiorów poezji. „Baba Jaga…” jest książką inną niż wszystkie, jest naprawdę dobrym lekiem na różne troski. 

Książka podzielona jest na kilka części tematycznych np. Kociołki miłości, Wróżenie z kości, Ścieżki przez las – tytuły sugerują tematykę poruszanych problemów. Całość ułożona jest w formie naprzemiennych pytań i odpowiedzi. Pytań bardzo różnych, osób bardzo młodych, jak również tych dojrzałych, pytań frapujących, bolesnych, a czasem naiwnych, wręcz dziecinnych. Baba Jaga do każdego podchodzi jednak na swój niecodzienny sposób, z dystansem i mądrością, jej rady to mieszanka niespotykanego humoru, wiejskich wierzeń i legend, czasem goryczy. Podoba mi się ten sposób narracji, podoba mi się obraz czarownicy wyłaniającej się z kart książki, która wcale nie jest straszna – doradza według własnego uznania, nie przebierając w środkach, bez zbędnej delikatności. Prosto z mostu, po prostu tak jak jest. Urzekające są niektóre partie tej książki, można ją czytać w gorsze, zimowe wieczory i od razu robi nam się lepiej na serduszku. Zdarzają się tu sprawy błahe, ale też i bardzo poważne, tragiczne, trudne i bolesne. Niesamowite, jak Baba Jaga potrafi traktować każdego na równi, trafiając w sedno. Każda zagubiona dusza znajdzie u niej pociechę.




Jeżeli chodzi o wersję graficzną – ta książeczka to małe dzieło sztuki. Podoba mi się bardzo. W środku można znaleźć klimatyczne ilustracje, dostosowane stylem do okładki. Czcionka wygląda jak maszynopis,
nie pozbawiony błędów, dziwnych skrótów czy nadmiernych spacji – wszystko to jest celowym zabiegiem, o czym informuje nas we wstępie wydawca. Autorka miała swoją wizję, stworzyła silną, charakterystyczną postać i doskonale udało się oddać jej ducha na kartach tego poradnika. Idą święta, myślę że ta książeczka ucieszy niejednego mola książkowego, bo jest prawdziwą perełką 😊 I właśnie takie poradniki chce się czytać, takie książki zasługują na miano bestsellera! Polecam, bawcie się równie dobrze :)





poniedziałek, 3 grudnia 2018

Księga wewnętrznego piękna i trochę o zapachach...

Autor: Po drugiej stronie... dnia 14:19:00 0 komentarze


Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu takie książki jak „Księga wewnętrznego piękna” nie miały większej racji bytu, nie były potrzebne, a teraz wyrastają jak grzyby po deszczu. Czym to jest spowodowane? Świat przyspiesza, i nic nie zapowiada, by miało to się zmienić. Pogoń za karierą i dobrobytem, szczególne widać to w takich większych miastach jak moje. Osobiście nigdy nie mogłam stać się częścią tego tłumu, przerażało mnie to, zawsze wolałam trzymać się z boku, ale wielu ludzi ulega tej presji i traci siebie. Właśnie dla nich kierowane są podobne poradniki – by zrozumieć, co się w życiu liczy, by nie zwariować, by na powrót odnaleźć siebie i ukojenie.






Książka, jak to tytuł zapowiada, musi być pięknie wydana, gdyż skupia się właśnie na takim pięknie wewnętrznym i na otaczaniu się pięknymi przedmiotami i rytuałami na co dzień. To pomaga, bo z o ile lepszym nastawieniem zaczynamy dzień, gdy budzimy się w ładnym miejscu, otoczeni zapachem uspokajających olejków. Małe rzeczy tak naprawdę, często błahe drobnostki – potrafią zmienić nasze postrzeganie świata. Autorka, Laurey Simmons jest uznaną, brytyjską wizażystką, a jej mąż jest nauczycielem medytacji. Ja wciąż nie mogę przekonać się do tych technik: medytacja, coaching, wewnętrzne ja… Mam inne sposoby na rozluźnienie siebie, ale rozumiem, że każdemu potrzebne jest co innego – książka zaś pokazuje drogę osobom, które taką tematyką się interesują i odnajdują się w tym. Szczerze, wielokrotnie już słyszałam o historiach ludzi, którzy rzucali wszystko i ruszali w podróż po Indiach, by uczyć się medytacji od mistrzów, ale jakoś sama nie wierzę, że mogłabym w tym znaleźć swoje powołanie. Choć nie da się ukryć, że tacy ludzie są niezwykle inspirujący, wydają się szczęśliwi i faktycznie w kontakcie z wewnętrznym „ja”. A Wy co myślicie o podobnych praktykach?


Książka jest bardzo fajnym pomysłem na prezent, dla kogoś kto interesuje się światem makijażu, kamieni i olejków przede wszystkim, ale nie tylko. Zawiera piękne, nastrojowe ilustracje, utrzymane w klimacie okładki. Można ją czytać fragmentami, w zależności od tego, czego w danej chwili szukamy. Opisuje filozofię medytacji, ale również konkretne rytuały, sposób ich wykonania i działanie. W środku też pachnie pięknie😊


Na moim zdjęciu widzicie też perfumy marki Evaflor Paris. Ponieważ mówię dziś o pięknie i zapachach, postanowiłam też nakreślić kilka słów o tym intrygującym flakonie. Jakiś czas temu otrzymałam do testów zapach Je T’Aime Eau Supreme Evaflor Paris. 


Najpierw kilka słów producenta na temat samego zapachu:
Je T’Aime Eau Supreme Evaflor Paris podkreśli Twój osobisty, naturalny urok. Harmoniczny dobór słodkich i owocowych zapachów. Pozwól im, by Cię uwiodły. Nuty zapachowe damskich perfum EDP Je T’Aime Eau Supreme Evaflor Paris:
nuty głowy: mandarynka, pomarańcza, bergamotka;
nuty serca: jaśmin, pomarańcza blossom, ylang-ylang, róża, tuberoza;
nuty bazy: nuty drzewne, wanilia, piżmo. 





Co rzuciło mi się w oczy jako pierwsze po wyjęciu flakonu z opakowania, to śliczna nakrętka w kształcie prezentu, zwieńczona srebrną wstążką. Możecie zobaczyć to na jednym ze zdjęć. Naprawdę ładnie się to prezentuje, dzięki czemu podoba się zarówno mnie, jaki byłoby fajną opcją na prezent dla kogoś bliskiego. Zapach jest bardzo delikatny, przyjemny, kupił mnie od razu. Jest kwiatowy, wyczuwam w nim też słodycz owoców. Długo utrzymuje się na skórze i towarzyszy mi w ciągu dnia. Aplikacja bardzo prosta, flakon jest wygodny w obsłudze, dobrze trzyma się go w dłoni, zatyczka też jest łatwa do zdejmowania/nakładania. Mój flakon ma całkiem optymalną pojemność 100ml i myślę, że starczy na kilka dobrych miesięcy, jeśli nie dłużej. Jest przezroczysty, więc bez problemu można obserwować, ile perfum jeszcze nam zostało. Słowem, jestem bardzo zadowolona z perfum tej marki 😊

niedziela, 2 grudnia 2018

"Cesarz wszech chorób. Biografia raka"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 13:37:00 0 komentarze


Książkę „Cesarz wszech chorób. Biografia raka” kupiłam ponad rok temu i tak czekała sobie na półce, na swoją kolej. Pozycja wyróżniona wieloma nagrodami, napisana przez amerykańskiego onkologa i pisarza w taki sposób, że choć często mówi o trudnych do pojęcia procesach badawczych, informacje są tu przekazane przystępnym językiem, a przede wszystkim całość napisana jest bardzo zajmująco, ciekawie. Nie sądziłam, że sięgnę po tę książkę w takich okolicznościach. Czekałam na odpowiednią chwilę, nastrój, gdyż nie jest to pozycja łatwa i przyjemna, i nagle w mojej najbliższej rodzinie gruchnęła wiadomość o tej podstępnej chorobie. Wiecie, miałam dużo szczęścia w życiu, nie doświadczyłam nigdy bliskiego zetknięcia z poważną chorobą czy śmiercią, żyłam trochę w takiej bańce, omijało mnie najgorsze zło. Tym trudniej jest poradzić sobie teraz ze świadomością, że ktoś bliski zmaga się z nowotworem, który wciąż, mimo dziesiątek lat badań, jest jak wyrok.


Czytam tę książkę powoli, gdyż działa na mnie zbyt emocjonalnie, ale już nasuwa mi się parę wniosków. Mówi się, że nowotwory są plagą naszych czasów, ale tak naprawdę istniały zawsze. Już starożytne mumie wykazują obecność guzów, przypadki zachorowań na raka odnotowywane są na kartach całej historii ludzkości. Wykluczyliśmy inne choroby śmiertelne, wynaleźliśmy szczepionki – to wszystko sprawiło, że wiele chorób zniknęło, dając większe pole do popisu nowotworom. Wcześniej słyszało się o nich mniej, gdyż ludzie żyli krócej, nękały ich inne choroby.
Próba wynalezienia jednego leku na raka to jak walka z wiatrakami. Tyle jest jego odmian, każdy nowotwór ma swoją specyfikę działania, każdy sieje spustoszenie w inny sposób. Niektóre walki udaje się wygrać, czasem chemioterapia przynosi rezultaty a remisja utrzymuje się latami. To wciąż jednak za mało…



Niesamowicie jest czytać o ludziach, którzy całe swoje życie poświęcili walce z rakiem. Ta książka to historia nauki, od pierwszych prób wycinania guzów, z naszego punktu widzenia wręcz barbarzyńskich i z medycyną mających mało wspólnego, po badania wielu związków chemicznych, ich reakcji z komórkami rakowymi, dzięki którym nasza wiedza jest dziś większa.



Wiem, że nie jest to łatwa lektura, dla mnie także, ale uważam, że każdy powinien się w nią zagłębić, by oswoić się z tematem, by zrozumieć jak ważna jest profilaktyka i regularne badania.



Mam za sobą dopiero 1/3, więc jeszcze wrócę tu z refleksją po pełnej lekturze.

środa, 20 czerwca 2018

"Wakacyjny przewodnik po Układzie Słonecznym"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:55:00 0 komentarze



Kiedyś, jako wielka fanka konkursów wszelkich, na pytanie o wymarzone wakacje odpowiedziałam opisując podróż po planetach Układu Słonecznego. Niemożliwe? Co z tego, skoro mowa o marzeniach :) Ku mojemu zdziwieniu czytam więc teraz tę książkę, która doskonale odwzorowuje moje nastroje. "Wakacyjny przewodnik po Układzie Słonecznym" wydawnictwa Bellona to pozycja z przymrużeniem oka, która w oryginalny sposób - bo pretekstem są tu przygotowania na wakacyjny wyjazd - opowiada o wszechświecie, jego tajemnicach i urokach. Pozycja bogata w ilustracje, rysunki i ciekawostki.

Lubię w tej książce wszystko - od wspaniałych grafik wewnątrz, ciekawostek, rzetelnych informacji o wszechświecie, aż po ten zwariowany pomysł zamienienia książki w międzyplanetarny przewodnik. Ja się na takie wakacje piszę! Książka zawiera omówienie każdej z planet naszego Układu oraz rozdział o Księżycu. Oczywiście, temat jest potraktowny z przymrużeniem oka, ale właśnie dlatego ta pozycja jest taka zabawna, a przy tym dostarcza wiedzy. Wstęp, w którym autorki tłumaczą jak się przygotować do takiej wyprawy jest uroczy. Urzekła mnie, i może kiedyś faktycznie na półce w marsjańskiej bibliotece kolejne pokolenia odnajdą tę książkę. Świat zmienia się tak szybko :) 

Plusy:

- przekazuje wiedzę w przystępny, oryginalny sposób
- piekne wydanie
- piękne grafiki i zdjęcia
- zwariowany pomysł na przewodnik, który kupuje mnie w stu procentach
- ciekawa, oryginalna, świeża

Minusy ? Brak!




poniedziałek, 18 czerwca 2018

"Błękit" Maja Lunde

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:59:00 2 komentarze
"Błękit" M. Lunde - nastawiłam się na świetną lekturę, mimo że nie czytałam wcześniejszej "Historii pszczół". Dawniej nie interesowały mnie tematy ekologiczne, teraz to się zmieniło całkowicie.

Historia w tej książce dzieje się dwutorowo, w dwóch strefach czasowych można by rzecz - współcześnie i w przyszłości. Jedną z bohaterek jest Signe, starsza wiekiem kobieta, która walczy zarówno z duchami przeszłości, jak i z technologią - chodzi tutaj o niszczenie lodowców. Drugim bohaterem jest David, który ze swoją córeczką trafia do obozu uchodźców - tu akcja dzieje się w świecie pozbawionym wody, świecie suszy i pożarów. Wydarzenia pokazane w pierwszej historii mają katastrofalny skutek, jeśli chodzi o środowisko, w drugiej.

Co do mojej opinii - książka raczej mnie zawiodła. Pokochałam ją za okładkę, a później przyszło rozczarowanie. Bohaterowie są słabo zarysowani, żadna z postaci nie skradła mojego serca, są dla mnie kompletnie obojętni i niezrozumiali. Brakowało mi też akcji, przełomowych wydarzeń, bardziej spektakularnego połączenia obu historii. Było trochę mdło. Rzeczywiście, temat ważny i aktualny, natomiast potraktowany trochę stereotypowo i bez głębi. Mam nadzieję, że kolejne książki tej pisarki dorównają wcześniejszej :)

Plusy:

- tematyka ekologiczna, ochrona środowiska, zwrócenie uwagi na zagrożenia
- dwie odrębne historie, które splatają się pod koniec opowieści
- postapokaliptyczny klimat
- piękna okładka

Minusy:

-szablonowi, bardzo prości bohaterowie, ich psychologia jest zarysowana bardzo pobieżnie
- brak akcji, brak przełomowych wydarzeń
- błahe motywacje bohaterów, których nie da się polubić
- styl autorki, dziwne konstrukcje zdań
- monotonia, nuda, wielu zdarzeń można się od razu domyślić
- brak głębi omawianego problemu

Mimo mojej opinii, wiem że wiele osób odebrało tę powieść bardzo pozytywnie, więc najlepiej, jeśli przekonacie się sami. A nuż opowieść porwie Was i zachwyci ;)





środa, 9 maja 2018

O książce "Sześć Cztery" Hideo Yokoyamy

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:44:00 0 komentarze
Wspominałam już o książce „Sześć Cztery”, gdy zaczynałam ją czytać, i dziś mogę ją już z czystym sumieniem polecić, gdyż jestem już po lekturze tego prawie 800-stronnicowego thrillera. 

Nakreślając tak na szybko fabułę, bohaterem powieści jest Mikami, szef Biura Prasowego, pracujący niegdyś w dochodzeniówce, który musi zmierzyć się zarówno z osobistym dramatem – jego córka zaginęła i nie daje znaku życia, jak i zawodowymi trudnościami – po latach wraca sprawa porwania i morderstwa dziewczynki, nad którą też niegdyś pracował, na jak wychodzą nowe fakty, a narastający konflikt z prasą wcale nie ułatwia mu prywatnego śledztwa w tej kwestii.



W książce bardzo da się wyczuć japoński, niespieszny klimat i trochę inne podejście do życia niż nasze. Mało jest tu o emocjach i uczuciach, raczej stawia się na suche fakty i działanie.  Dużo jest opisów prostych czynności, niby mało się dziele, a chwilę później uderza do nas sens wcześniejszych scen. Porównania z „Millenium” Larssona nie są przypadkowe, i tutaj również trzeba nastawić się na przydługie opisy - nie są one jednak wcale niepotrzebne, są częścią tej historii, określają ją. Książka nie jest typowym kryminałem śledczym, z mnóstwem niuansów detektywistycznej pracy. Bardziej skupia się na relacjach prasa-policja, na samym systemie japońskiej policji, na zależnościach i próbach wypracowania metod pracy, które wszystkim przynosiłyby zyski. W ciekawy sposób jesteśmy wciągnięci zarówno w tragiczną sprawę sprzed lat, jak i przyglądamy się nowemu porwaniu, i łączących je szczegółach. Mikami to człowiek, którego od razu można polubić, doceniając jego trud wkładany w pracę, pasję i oddanie, próbę wypracowania kompromisów. Przez długi czas wydaje się, że to jedyny człowiek, któremu zależy na dotarciu do prawdy i odnalezieniu winnych. Przy okazji wychodzi na jaw, że policja wcale nie ma czystych rąk.

Podobała mi się ta książka, na pewno długo będę o niej pamiętać. Może początkowo wydaje się trochę nudna, ale w miarę rozwoju fabuły, gdy wiele wątków zaczyna się ze sobą łączyć i wyjaśniać, doceniamy zmysł autora. Wzruszyły mnie końcowe sceny, a wiele pytań pozostało bez odpowiedzi, więc zastanawiam się – czy Mikami powróci? Oby tak!


sobota, 17 marca 2018

Co tam u mnie... Marzyciel.

Autor: Po drugiej stronie... dnia 16:36:00 1 komentarze
Hej :)

Nie mogę porzucić blogowania, mimo że teraz takim moim mini-blogiem jest po prostu Instagram, gdyż komunikacja jest tam łatwiejsza i przyjemniejsza - mogę wrzucić zdjęcie, napisać kilka zdań o tym co myślę na temat danego produktu czy książki i od razu widzieć reakcję innych.

Zapraszam na mój profil tak przy okazji: >>tutaj<<

Robienie zdjęć, wymyślanie kompozycji i szukanie najlepszego ujęcia - to wszystko sprawia mi coraz więcej przyjemności, aczkolwiek jestem amatorem, któremu za sprzęt służy telefon komórkowy. Mimo to jestem z siebie zadowolona, a gdzieś tam w dalszej perspektywie mam w planach kurs fotografii, chociaż wyłącznie dla siebie, zawodowo nigdy nie chciałam i nie chcę się tym zajmować.

Czytam "Strange the Dreamet. Tom 1. Marzyciel", Taylor Laini, zresztą... kto teraz tego nie czyta? Mam wrażenie, że to ostatnimi czasy jedna z popularniejszych książek i naprawdę warto. Poza magiczną okładką, zawartość też jest niczego sobie.



Niedawno uporałam się z książka "Shantaram" (G. Roberts), która była przecudowna, niesamowita, wywarła na mnie wielkie wrażenie, ale przy tym była dosyć obszerna i przy moim ciągłym braku czasu czytanie zajęło mi chyba dwa miesiące. Szok. Brakuje mi bohaterów, przede wszystkim narratora - australijskiego zbiega, szukającego szczęścia wśród slumsów, indyskiego kolorytu, dreszczyku emocji i niebezpieczeństwa i uśmiechu Prabakera, który sprawiał wrażenie najbardziej dobrego człowieka na świecie.



I o jeszcze jednej lekturze słów kilka - wspomnienia byłego agenta FBI "Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI". Może John Douglas wszystkich tajemnic nie zdradza, bo nie może, ale odkrywa bardzo wiele zza kulis. Przede wszystkim skupia się na swojej pracy profilera, pokazuje jaką ewolucję przeszła ta nauka i jak właściwie się narodziła. To niesamowite z jaką dokładnością profiler jest w stanie określić sprawcę, posiłkując się wyłącznie dowodami z miejsca zbrodni - może odgadnąć nawet kolor jego samochodu, choroby przechodzne w dzieciństwie, o cechach charakteru i wyglądu nie wspominając. Pozycja dla fanów seriali kryminalnych, które ja osobiście pochłaniam :)

A wszystkich ciekawych nowinek ksometycznych odsyłam na IG :)

czwartek, 11 stycznia 2018

INVEO - testowanie kosmetyków

Autor: Po drugiej stronie... dnia 21:04:00 0 komentarze
Trochę na tym blogu ostatnio kosmetycznie, o ile pojawiają się wpisy, bo bardziej wkręciłam się w Instagram i to tam oddaję się swoim pasjom. Tutaj wracam już tylko czasem, gdy np. nawiązana współpraca wymaga ode mnie też wpisu na blogu, co uczynię i dzisiaj. Blog był kiedyś miejscem, gdzie mogłam przelać swoje opinie o książkach, później o serialach, czasem napisać o czymś dla mnie ważnym osobiście, dzisiaj... Mam wrażenie, że w tym pędzie świata nie ma już czasu na długie opisy, a zdjęcia też mogą przekazać wiele, czasem jeszcze więcej.

Ale do sedna, chciałabym Wam napisać dziś o dwóch produktach marki Inveo, które mam okazję testować dzięki - już po raz drugi w moim przypadku  - akcji testerskiej magazynu Only You.

Kilka słów o produktach, i  tutaj skorzystam z opsiu producenta:



Henna do brwi, dostępna w kolorze czarnym i brązowym


Zawiera: Olejek Arganowy i delikatne pigmenty 
Unikalna, nowoczesna, bardzo łatwa do stosowania w warunkach domowych.
Wyjątkowo łagodna dla włosów brwi a jednocześnie skuteczna, dająca intensywne i trwałe zabarwienie. Wzbogacona pielęgnującym olejkiem arganowym. Nie wymaga utleniania przez co jest znacznie łagodniejsza dla skóry od typowych preparatów z utleniaczem.
Lekka kremowa konsystencja ułatwia aplikację.Unikalna, nowoczesna, bardzo łatwa do stosowania w warunkach domowych.




Wypełniacz do brwi w kremie, dostępny w kolorze czarnym i brązowym

Unikalny kosmetyk do stylizacji brwi. Pozwala na łatwą i szybką korektę brwi. 
Zawiera: Olejek Arganowy, wosk pszczeli. 
Unikalny kosmetyk nowej generacji do stylizacji brwi. Pozwala na łatwą i szybką korektę brwi. Pomaga nadać pożądany kształt i zapewnić perfekcyjne, długotrwałe wykończenie makijażu. Zapewnia optyczną regulację brwi a jednocześnie ich przyciemnienie i nabłyszczenie. Specjalnie wyprofilowana szczoteczka pozwala na dokładną aplikację, równomiernie rozprowadzając kosmetyk po włoskach, dając jednolity efekt bez smug, grudek i uczucia sztywności. Kremowa konsystencja i unikalny aplikator sprawiają, że produkt jest wyjątkowo wygodny, szybki i łatwy w aplikacji, a efekt utrzymuje się przez cały dzień. Łatwy do usunięcia standardowymi preparatami do demakijażu.







A co jeżeli chodzi o moją opinię? Mistrzem stylizacji brwi nie jestem i zwykle w tym celu udaję się do kosmetyczki, ale zachęcona stwierdzeniem, że produkty są bezpieczne, proste w obsłudze i idealne do stosowania w warunkach domowych, podjęłam wyzwanie. Jeśli chodzi o nakładanie henny - nic prostszego. Końcówka jest idealna, malowanie brwi jest bardzo proste. Henna mnie nie podrażniła, więc duży plus. Po odczekaniu wyznaczonego czasu bardzo dobrze się zmywała i ładnie, delikatnie zabarwiła brwi - tak jak chciałam. Jeśli chodzi i wypełniacz, nie używam go na co dzień, tylko na większe wyjścia, gdy już faktycznie się maluję. Również bardzo szybko można nabrać wprawy w jego stosowaniu, dobrze wypełnia brwi i dodatkowo je rozczesuje.

Produkty prezentują się elegancko, mają ładne opakowania. Co prawda są prawie nie do odróżnienia, więc trzeba czytać co jest w opakowaniu, żeby się nie pomylić :)

Dziękuję za możliiwość przetestowania i oczywiście polecam, szczególnie hennę :)

 
 
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon