czwartek, 13 lipca 2017
Zaległości - Sekretne życie pszczół, Czy miałaś kiedyś rodzinę?, Stulecie detektywów
wtorek, 2 września 2014
Irvin D. Yalom: "Kat miłości"
Książkę polecam wszystkim zainteresowanym tematyką lub szukającym ukojenia dla własnych życiowych rozterek. Ja sięgnęłam po nią z obu powodów. Może nie znalazłam recept, ale zrozumiałam, że tak naprawdę każdy z nas cierpi, przeżywa i miewa gorsze okresy. Grunt to wziąć sprawy w swoje ręce, przemyśleć problemy na spokojnie, wygadać się, wyjść do ludzi by szukać rozwiązań, nie zamykać się w sobie. Z każdego dołka jest jakieś wyjście. Wartościowa pozycja.
piątek, 15 listopada 2013
Naomi Wolf: "Wagina. Nowa biografia"

Autor: Naomi Wolf
Tytuł: "Wagina. Nowa biografia"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 344
Wyobrażacie sobie jak nasze babcie albo matki trzymają taką książkę w pokoju na biurku, frontem okładki, i podczytują w wolnej chwili? Myślę, że takie ostentacyjne czytanie o waginie nieodzownie budziłoby zgorszenie, nawet jeszcze kilka lat temu. Podobne książki owszem pojawiały się, ale zawsze zabierano się do nich gdzieś cichaczem, w wielkiej tajemnicy, a rozmawiać otwarcie, dyskutować – było to raczej nie do pomyślenia. Czasy się zmieniają, feministki wkraczają do boju, a kobiety już nie tylko przyznają się do swoich seksualnych potrzeb, ale coraz śmielej o tym mówią, szukają inspiracji, zdobywają wiedzę w tym zakresie, manifestują swoje pożądanie i oczekują doświadczonego w tym kierunku partnera, który będzie w stanie sprostać ich pragnieniom. Tabu się gdzieś zaciera, wyzbywamy się wstydu i bardzo dobrze. Wokół waginy przez lata narosła pewna nieznośna otoczka, jaką należy przełamać. O kobiecych narządach płciowych nie mówiło się, a jeśli już, to w sposób bardzo pobieżny, mechaniczny. Albo w innym kontekście – wulgarnym, tłamszącym, prowokującym. To wszystko wywołało trwałe ślady w psychikach dojrzewających kobiet, sprawiło że wiele z nas ma problemy ze swoją seksualnością, nie potrafi się otworzyć. Ale zmiany są postępowe, a takie publikacje są doskonałym wsparciem. O czym więc jest książka Naomi Wolf i kto powinien po nią sięgnąć?
Autorka przeżyła uraz kręgosłupa, po którym jej doznania erotyczne znacznie się osłabiły. Szukając ratunku, zaczęła zgłębiać temat kobiecej seksualności, a wkrótce otrzymała zlecenie na napisanie książki. Pracowała nad nią parę lat, konsultując się z lekarzami, terapeutami, masażystami, a także przeprowadzając rozmowy i ankiety wśród kobiet i mężczyzn. Jej publikacja obejmuje kilka tematów. Wolf nie tylko skupia się na fizycznych aspektach kobiecych narządów – na tym jak jesteśmy zbudowane, gdzie osadzone są główne ośrodki „rozkoszy” i jak je stymulować, ale pisze również jak kształtowało się podejście do kobiety w różnych kulturach, skąd bierze się kobieca oziębłość i niezdolność (tylko pozorna) do przeżywania orgazmów oraz co zrobić, by odnaleźć swoją „Boginię” i czerpać z seksu pełną rozkosz.
poniedziałek, 14 października 2013
Oliver Sacks: "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem"
Autor: Oliver Sacks
Tytuł: "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 288
"Jimmie jednocześnie był i nie był świadomy tej głębokiej, tragicznej straty, straty siebie. (Jeśli człowiek traci nogę lub oko, wie, że stracił nogę lub oko; ale jeśli stracił siebie, nie może tego wiedzieć, ponieważ nie ma kto wiedzieć.)"
czwartek, 25 października 2012
C.P. Estes: "Biegnąca z wilkami"
Autor: C.P. Estes
Tytuł: "Biegnąca z wilkami"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 684
O życiu w zgodzie z własnym instynktem, o poszukiwaniu Dzikiej Kobiety w sobie, o wewnętrznej sile każdej kobiety, o zakamarkach duszy, o prastarych mądrościach, o przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieściach i mitach, mających uzdrowicielską moc, o głęboko ukrytych sensach, o troskach i radościach każdej z nas, o trudnej, lecz wykonalnej drodze ku samorealizacji, o odnowie, o odkrywaniu siebie, o naprawie, o skowycie, o bólu. O tym wszystkim jest książka C. E. Estes „Biegnąca z wilkami”. O tym, ale jest tego jeszcze dużo, dużo więcej. Autorka pracowała nad nią prawie dwadzieścia pięć lat. Zawarła w niej nauki, gromadzone przez całe życie, opowieści różnych kultur, zasłyszane w swoich podróżach, wiedzę i doświadczenie, które pomagają jej w codziennej pracy. Estes jest dyplomowanym psychoanalitykiem szkoły Junga. Pomaga kobietom. Takim, jak ona. Błądzącym, poszukującym swojego miejsca w świecie, bezradnym, zagubionym. Kobietom, które chcą coś zmienić, o coś zawalczyć, inaczej pokierować własnym życiem. ”Biegnąca z wilkami” jest kompilacją historii nagromadzonych przez lata. Pisanych przez życie. Książka magnetyczna, niepowtarzalna, bajeczna. Ważna dla każdej kobiety. O nas i dla nas.
Za czytanie „Biegnącej…” zabrałam się trochę niewłaściwie, z racji tego, że musiałam ją zrecenzować. Wczytywałam się w pracę Estes przez dwa tygodnie, a powinnam robić to tak, jak ona tworzyła swoją opowieść – miesiącami, nawet latami. Wyrywkowo, niesystematycznie, nie zwracając uwagi na kolejność rozdziałów. Ale to książka z gatunku tych, do których się wraca. Nie raz i nie dwa. I na pewno jeszcze to zrobię, aby rozsmakować się w niej z pełną mocą.
Książka ma w sobie coś niesamowitego. Wielokrotnie czuje się, że czyta się o sobie. Przeszywa nas dreszcz. To o mnie, mam tak samo, to ja. Nagle otwieramy oczy. Czujemy, że wiele naszych niechcianych zachowań ma sens. Poznajemy ich źródło. Wybitna psychoanaliza kobiecej duszy. Estes szatkuje znane tradycyjne historie, przytacza wiele nowych i bazując na nich snuje opowieść o głębi kobiecej psychiki, o nieuświadomionych treściach. Wskazuje drogi. Wydobywa prawdy. Po przeczytaniu „Biegnącej z wilkami” zupełnie inaczej spojrzymy na takie baśnie jak „Brzydkie kaczątko”, „Sinobrody” czy „Czerwone trzewiczki”. Szczerze przyznam, że bardzo ucieszyło mnie, że autorka poświęca im tyle uwagi, że wplata je w tekst. Poczułam się trochę znów jak mała dziewczynka, której opowiada się baśnie na dobranoc. I zrozumiałam, jak wielki mają one wpływ na kształtowanie się osobowości.
Estes pisze także pięknie o naszych braciach, wilkach. Wskazuje na analogie między naszymi gatunkami. Sprawia, że patrzymy inaczej na te dzikie, niebezpieczne zwierzęta. Zaczynamy podziwiać ich naturę. I doszukiwać się jej zalążków w nas samych. Biologicznego rytmu tętniącego w naszych sercach.
Książka ma być przyczynkiem do rozważań o swoim życiu. Nie daje gotowych recept. Sygnalizuje co i gdzie boli, stara się pokazać dlaczego. Być może stanowi pierwszy krok ku wyleczeniu się, ku odrzuceniu bólu. Ale trzeba jasno powiedzieć, że nie gwarantuje tego. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, popracować nad sobą, poszukać ratunku, Estes daje narzędzia. To, co z nimi zrobimy, zależy już tylko od nas.
Lektura obowiązkowa dla kobiet na różnych etapach życia. Jestem pod ogromnym wrażeniem rozległej wiedzy autorki, jej niemal poetyckiego stylu i wrażliwości, jaką przelała na karty „Biegnącej…”. Jak mówi sama autorka jej książka to coś pośredniego między poezją, psychologią, religioznawstwem i naukami kobiecymi. „Biegnącą…” można zaliczyć do każdego z tych działów i jednocześnie książka dalece poza nie wykracza. Mój egzemplarz pełen jest zakładek i miejsc, do których jeszcze wrócę. Polecam.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.
poniedziałek, 23 lipca 2012
Anna Ikeda: "Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji"
Autor: Anna Ikeda
Tytuł: "Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji"
Wydawnictwo: W.A.B., Poradnia K
Stron: 320
Ostatnio częściej i chętniej sięgam po literaturę azjatycką – czy to beletrystykę, czy literaturę faktu. Książka Anny Ikedy – Polki, mieszkającej w Japonii, jest utworem jakby na pograniczu tych dwóch. Ikeda relacjonuje nam jak wygląda życie w Kraju Kwitnącej Wiśni, mówi o tradycji, charakterystycznych obrzędach, wierzeniach i mentalności Japończyków, ale również pokazuje jak odbierają oni cudzoziemców, czyli gaijinów, i co tak naprawdę myślą o Polakach… Wszystko to pod postacią krótkich rozdziałów, prezentujących fabularyzowane scenki z jej życia w Tochigi.
Anna Ikeda urodziła się w Gdańsku. Mieszkała w Szwecji i Stanach Zjednoczonych. Wyszła za Japończyka i osiedliła się w Tochigi, małym miasteczku na prowincji Japonii. W swojej książce starała się pokazać jak wygląda życie w tym kraju z jej punktu widzenia. Pisała o codziennych radościach, ale i trudach. O różnicach nie do pokonania i o podobieństwach. A wszystko to z przymrużeniem oka, pisane dowcipnym i błyskotliwym językiem. Całkowicie subiektywnie. Jak autorka sama uprzedza: „Nie jest to książka o Japonii. Jest to książka o moim życiu w Japonii. Z góry przepraszam”.
„Życie jak w Tochigi” ukazuje blaski i cienie mieszkania na prowincji. Nie jest to książka o Japonii jaką znamy z innych lektur, filmów czy przewodników – autorka nie wspomina o Tokio, nie poświęca uwagi gejszom, samurajom czy popularnej mandze. Są to tematy, które jej nie interesują, więc zwyczajnie je pomija. O czym zatem jest książka? O zwyczajnej, pospolitej japońskiej codzienności. O szukaniu pracy. O dopasowywaniu się w kulturę. O nauce nowego życia. O tym, jak przez tubylców postrzegana jest Polka – nie dość, że biała kobieta, to jeszcze blondynka – zdecydowanie wyróżniająca się wyglądem na tle rodowitych mieszkańców. O tym, że japońskie teściowe też mogą dać w kość. I jak to jest spędzać srogie zimy w mieszkaniu pozbawionym ogrzewania centralnego…
Czyta się jednym tchem, a w dodatku z wielką przyjemnością. Można się rozsmakować w każdej stronie. Poczucie humoru Ikedy i dystans do samej siebie nadają opowieści smaku i polotu. Ponadto, niemal na każdej stronie odnajdziemy fantastyczne, kolorowe zdjęcia autorstwa Ikedy. Autorka pisze:
„Jeśli istnieje jedno narodowe hobby uprawiane przez niemal wszystkich obywateli bez względu na płeć, wiek i przynależność do grupy społecznej, religijnej lub politycznej, dla Japończyków jest to bez wątpienia obsesyjne fotografowanie wszystkiego i wszystkich, zawsze i wszędzie. (…) I to właśnie ów wizerunek tubylca był dla mnie najłatwiejszy do naśladowania. Z aparatem w ręku mogę bezproblemowo wtopić się w otaczającą mnie rzeczywistość”.
Jej fotografie oddają piękno Japonii i uświadamiają, dlaczego mimo wielu kulturowych różnic i życiowych utrudnień, Ikeda zdecydowała się jednak osiąść w kraju, który przy pierwszej wizycie wydawał jej się piekłem wcielonym. Mimo, że Ikeda nazywa siebie amatorem, mnie osobiście urzekły jej zdjęcia – każda wychwytuje jakiś ważny element, każde przechowuje cząstkę wiedzy o tym kraju. Fotografie są permanentnie wpisane w tekst, korespondują z nim. Bez nich książka na pewno straciłaby coś istotnego. Całość jest bardzo estetycznie wydana.
Przyszła kolej na to, czego mi zabrakło. Ikeda niewiele mówi o swoim mężu, o początkach ich znajomości, ich własnym ślubie (choć poświęca rozdział temu obrzędowi) i walce, jaką musiała pewnie sama ze sobą stoczyć, wyjeżdżając do Japonii. Trzeba jednak uszanować jej prywatność i delektować się tym, co zdecydowała się nam ujawnić. Z kart książki wyłania się wizerunek niezwykle barwnej, ciepłej osoby, która mimo uciążliwego pecha potrafi śmiać się sama z siebie.
Słowniczek na końcu książki bardzo się przydaje. Jak się można spodziewać całość naszpikowana jest egzotycznymi nazwami – miejscowości, potraw, świąt czy imionami - chociaż autorka starała się je ograniczać, jak mogła. Nie utrudniają one jednak lektury, a w dodatku można dowiedzieć się przy okazji wielu ciekawych rzeczy.
Książkę oceniam jako bardzo dobrą i z chęcią będę kontynuować odkrywanie kolejnych smaczków z kultury azjatyckiej :)
Ocena: 5/6
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.
niedziela, 13 maja 2012
Wyniki rozdawajki i rec: J.L. Wiśniewski: "Czy mężczyźni są światu potrzebni?"
Musicie jednak uwierzyć mi na słowo, ponieważ aparat zostawiłam u siostry i nie miałam jak udokumentować losowania.
Zwycięzcą jest...
Gratuluję!!!!!
Bella otrzymuje książkę "Między niebem a ziemią".
Czekam tydzień na adres do wysyłki. W przypadku braku zgłoszenia, będę losować jeszcze raz.
A teraz jeszcze dzisiejsza recenzja.
Autor: J. L. Wiśniewski
Tytuł: "Czy mężczyźni są światu potrzebni?"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Stron: 132
"Im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej jestem przekonany - zupełnie bez pomocy jakichkolwiek ankiet i badań - że najlepsze, co mężczyzna może uczynić dla swoich dzieci, to kochać ich matkę..."
Zdania na temat J.L. Wiśniewskiego są podzielone, jak już kiedyś o tym pisałam. Nie zmienia to faktu, że lubię jego twórczość, choć faktycznie nasączona jest banałem. Wiśniewski często „pakuje” w swoje utwory mnóstwo melodramatycznych, chwytających za serce kawałków, opowiada historie – wydawać by się mogło – nierealne wręcz, ze względu na owo przesłodzenie. Może i bywa twórcą dla niewymagających czytelników, ale lektury można przecież różnicować, dobierać zależnie od kaprysu. A jeśli lubimy jazdę na literackim rollercoasterze na pewno znajdziemy tu coś dla siebie. Ja mimo wszystko nie mówię mu „nie”.
Książka pod przewrotnym tytułem „Czy mężczyźni są światu potrzebni?” jest lekturą nieco inną od głośnych „Samotności w Sieci” czy „Bikini”. Wiśniewski wciela się tu w rolę naukowca, którym sam zresztą jest, starając się odpowiedzieć na fundamentalne pytania typu: Jakich mężczyzn wybierają kobiety? Czego mężczyźni boją się najbardziej? Czy mężczyzna może być wierny? Czy kobieta jest lepsza od mężczyzny? I wiele innych, w podobnym stylu. Nie bez znaczenia jest to, że autor tej książki jest mężczyzną. Może być stronniczy, choć stara się tego unikać, nazywając się feministą.
Swoje spostrzeżenia i wnioski Wiśniewski opiera zarówno na potwierdzonych naukowo źródłach, jak i na statystykach i stereotypach, które trzeba traktować z przymrużeniem oka. Autor podchodzi do tematu bardzo lekko, niejednokrotnie urzekając żartem. Choć z kart książki wyłania się portret mężczyzny jako zwierzęcia, myślącego wyłącznie kroczem (i jeszcze jak najbardziej usprawiedliwionego z tej właściwości), otrzymujemy tu także poręczny zestaw wskazówek jak obchodzić się z męskim osobnikiem i dlaczego jest tak, a nie inaczej.
Czyta się jednym tchem i z zainteresowaniem. Wiśniewski potrafi tłumaczyć w sposób zrozumiały dla każdego i przystępny. Autor nie boi się tematów tabu, kontrowersyjnych opinii, obalania mitów i krytykowania płci, której sam jest przedstawicielem. Z jego książki możemy się wiele dowiedzieć o relacjach damsko-męskich, a wiele na pozór zwyczajnych, przeciętnych zachowań zyskuje nowe znaczenia. Książka otwiera oczy, czasem drażni, innym znów razem wywołuje uśmiech. Może jest niezupełnie odkrywcza, ale stanowi literacką gratkę, tworzy obraz mężczyzny w pigułce. Dla kobiet będzie błyskotliwą lekturą, mężczyznom może dać w kość.
Ocena: 4/6
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Peter Toohey: "Historia nudy"
Autor: Peter Toohey klik
Tytuł: "Historia nudy" klik
Wydawnictwo: Bellona
Stron: 192
Nuda to zjawisko, z którym każdy z nas na pewno kiedyś miał styczność. Zazwyczaj wiąże się z powtarzalnym, monotonnym zajęciem, które musimy wykonywać. Czekanie w kolejce, długa jazda autobusem, słuchanie nieciekawego wykładu, wykonywanie monotonnej czynności… Nuda jest stanem emocjonalnym wiążącym się z brakiem zainteresowania, obojętnością. Wywołuje ją brak bodźców, powtarzalność, pustka. Książka P. Toohey’a „Historia nudy” przybliża nam istotę nudy, jej źródła, a także przykłady jej obecności w literaturze i sztuce. Jest ciekawą publikacją, z którą warto się zapoznać.
Z okładki spogląda na nas wyraźnie znudzony chłopak, którego pusty wzrok i zobojętniały wyraz twarzy bez wątpienia świadczą o uczuciu nudy, jakie go trapi. Choć panuje przekonanie, że ludzie inteligentni nigdy się nie nudzą, bo umiejętne zaplanowanie zajęć, wszechstronne zainteresowania i hobby mogą nas ustrzec przed tym negatywnym stanem, autor książki polemizuje z tym stwierdzeniem. Nie dość, że uważa, że nudzimy się wszyscy bez wyjątku, to jeszcze wysnuwa hipotezę, że nuda jak najbardziej przynosi korzyści. Ba, ma wręcz właściwości ochronne. Zapytacie: co takiego?, jak to? Ano tak, i warto prześledzić tok rozumowania autora, który popchnął go do podobnych przypuszczeń.
Toohey, który jest profesorem filologii klasycznej na uniwersytecie w Calgary rozróżnia dwie odmiany nudy – nudę zwyczajną, z którą od czasu do czasu boryka się każdy z nas, jak i nudę egzystencjalną, która prawdopodobnie narodziła się w czasach oświecenia. Towarzyszy ona intelektualistom i objawia się podobnie jak depresja poczuciem dojmującego osamotnienia, niezrozumienia, wszechogarniającej pustki, bezsensu, brakiem jakiegokolwiek zainteresowania. Wiąże się z apatią, frustracją, wstrętem i ograniczeniem. Niedawno czytałam esej „Melancholia” M. Bieńczyka, korespondujący z tym tematem. Nuda i melancholia, a także pojęcie acedii, są ze sobą bardzo silnie związane. Właściwie często to jedna nazwa na określenie podobnych zachowań w różnych okresach czy kulturach:
„…znudzonemu i przygnębionemu mnichowi doskwiera acedia; uczony ogarnięty znużeniem staje się melancholikiem; filozof w kleszczach samotności staje się ofiarą przypadkowości lub Mdłości.”
Warto prześledzić wszystkie te układy i zastanowić się nad ich znaczeniem. W trakcie lektury okazuje się bowiem, że nuda wcale nie jest terminem – jak wydawało by się – nudnym. Wprost przeciwnie, ma bardzo bogatą tradycję i łączy się z wieloma innymi stanami emocjonalnymi.
Skoro już przywołałam esej „Melancholia”, pociągnę ten temat troszkę dalej. Myślę, że dobrze zestawić ze sobą obie książki, jeśli kogoś zainteresuje ów temat. Za punkt wyjścia najlepiej wybrać sobie „Historię nudy”, która napisana jest zdecydowanie przystępniejszym, obrazowym językiem. Toohey pisze w sposób podręcznikowy, to znaczy dokładnie tłumaczy wszystkie używane przez siebie pojęcia, tworzy definicje, daje liczne przykłady i konteksty. Wiedza z jaką wychodzimy po przeczytaniu książki stanowi dobre tło do sięgnięcia po „Melancholię”, która już w odbiorze jest trudniejsza. Ja niestety czytałam te książki w odwrotnej kolejności, co umożliwiło mi inne obserwacje.
Toohey robi też coś, czego od dawna brakowało mi w książkach tego typu – zadbał o zamieszczenie zdjęć i reprodukcji obrazów, o których mówi. Niestety nie wszystkich, co czasem jest irytujące, gdy natrafiam na analizę jakiegoś dzieła sztuki, nie mając przed nosem obrazu, a chwilowo jestem odcięta od np. dostępu do Internetu, ale jednak postarał się o kilka zdjęć, które ułatwiają odbiór jego myśli.
Książkę czyta się szybko i rzeczywiście „bez ziewania”. Dostarcza naprawdę ciekawych informacji, rozbudza zainteresowanie i sprawia, że o nudzie aż chciałoby się poczytać jeszcze więcej. Co jest do zrobienia, gdyż w tekście autor wprost zarzuca nas tytułami książek, prac i filmów, które w mniejszym lub większym stopniu sięgają po problem nudy. Także – naprawdę warto.
Największym minusem tej książki jest natomiast niestaranne wydanie – pomijając już cienki i szybko żółknący papier, główne zarzuty kieruję w stronę korektora i osoby odpowiedzialne za skład. Przede wszystkim brak systematyczności – naprzemiennie pojawiająca się kursywa i cudzysłów, odnoszące się zarówno do tytułów jak i przytaczania czyichś słów czy fragmentów książek, nie prezentują się elegancko. Myślę, że spokojnie można było przyjąć użycie wyłącznie kursywy, zresztą tak się to robi w większości współczesnych wydań. A tu raz stosuje się do tytułów jedną metodę, kilka stron później już inną, czasami nawet żadnej. Spójniki zostawiane na końcu wersów również są nieestetyczne. Pojawiło się także kilka błędów. Jakość zdjęć także jest nienajlepsza – są czarno białe, małe i niewyraźne, przez co ważne detale pozostają niewidoczne. A format książki większy niż tradycyjny pozwalałby przecież na dopracowanie tych szczegółów.
Podsumowując bez obaw polecam „Historię nudy” każdemu czytelnikowi – na pewno nie będziecie się przy niej nudzić! Książka Toohey’a dla dociekliwych wymaga jednak pogłębienia, nie zawiera wszystkiego, co o nudzie warto byłoby wiedzieć. Niektóre tematy tylko sygnalizuje, ale jest jak najbardziej dobrym punktem wyjścia i wprowadzeniem dla tych, którzy z tym zjawiskiem na takim gruncie stykają się po raz pierwszy. Poza tym cała seria wydawnictwa Bellona zapowiada się interesująco – od wydanych już „Historii brudu”, „Historii śmierci” czy „Historii nagości” po m.in. „Historię burdeli” i „Historię snów”. A to nie wszystkie zapowiedziane tytuły. Także zachęcam do poszerzania swojej wiedzy z książkami z tego cyklu, co na pewno uchroni nas wszystkich od nudy!
Ocena: 4/5
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serwisowi nakanapie.pl
Recenzja również tu.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Marek Bieńczyk: "Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty"
Autor: Marek Bieńczyk
Tytuł: "Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 144
Ta książka chodziła za mną już od czasu studiów i aktualne wznowienie sprawiło, że wreszcie ją mam. Przekonał mnie sam podtytuł: „Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty”. Wers ten jest zapożyczeniem z wiersza „Łabędź” Ch. Baudelaire’a (przytoczonego zresztą w całości w pierwszym rozdziale). Ukrywa się w nim pewien koncept, który jest fundamentalną istotą stanu ducha, jakim jest melancholia. Można porównać ją do żałoby, z tym, że melancholik cierpi nieświadom, co utracił. Jest to dla niego tym trudniejsze, że nie mogąc zlokalizować bólu, nie potrafi się z nim uporać. „Nic, które boli”, zakamuflowana strata, coś, co wywołuje pustkę, ale nie jesteśmy w stanie odnaleźć źródła problemu. To najważniejsza charakterystyka melancholii i na tym założeniu Marek Bieńczyk buduje swój esej.
O historii melancholii, początkowo kojarzonej z „czarną żółcią”, odkładającą się w śledzionie, o bohaterach melancholijnych, o przejawach melancholii odkrywanych w literaturze i malarstwie, o jej cechach, właściwościach, sposobach leczenia i następstwach rozwijania się, o wyobrażeniach, interpretacjach i badaniach… O tym wszystkim jest ta książka, ale - uwaga. Książeczka ta nie jest rozprawą naukową, jest – zgodnie z zapowiedzią, esejem, a więc formą literacko-naukową, subiektywną i refleksyjną. Autor jest niesystematyczny, choć stara się ubrać całość w uporządkowaną formę, określając tematykę kolejnych rozdziałów – ale jego wywody to często ciąg luźnych asocjacji. Przede wszystkim jednak esej jest popisem kunsztu literackiego autora, pojawiają się tu środki artystyczne, a rozległa wiedza potwierdza erudycję pisarza. I choć przy okazji wiele się o istocie melancholii dowiadujemy, jeżeli interesują nas dociekliwe badania, trzeba sięgnąć po jakieś uzupełnienie – i tu Bieńczyk podsuwa nam parę naprawdę dobrych tytułów. Ja na pewno skuszę się na kolejne książki dotykające tego zagadnienia, gdyż niezwykle mnie zafascynowało. Książka Bieńczyka jest raczej pretekstem do dalszych poszukiwań – pierwszym szkicem tematu.
Język na pewno nie jest lekki i nie dla wszystkich przystępny. Sama czytałam książkę głownie wieczorami, po pracy i czasem musiałam wracać do początku rozdziału, gdyż koncentracja jest tu raczej konieczna. Książka nie jest łatwa w odbiorze, ale gdy już przebijemy się przez barwny język, możemy odczuć wielką przyjemność czytania.
Bieńczyk zabiera nas w literacką podróż, wołając „Przechodniu (…) przyjrzyj się ze mną jej [melancholii] różnym obliczom na placu Carroussel”. Udajemy się w wędrówkę po powołanych przez niego do życia krainach, po których on porusza się z wielką swobodą – my natomiast musimy biec, by dotrzymać mu kroku. Czasem autor zapędza się w przywoływanych kontekstach i czytelnik nie zawsze równie płynnie przeskakuje z jednego porównania w kolejne. Ponadto brakowało mi reprodukcji obrazów, o których pisał – a są one o tyle ważne, że konkludują cechy melancholiczne, drobiazgowo dopracowane w malarstwie. Mimo to jestem z lektury zadowolona i gotowa na dalsze poszukiwania. Temat melancholii jest mi bliski i chciałabym jak najwięcej dowiedzieć się o tej tajemniczej tęsknocie, która od wieków pożera ludzi od środka.
Ocena: 5/6
niedziela, 1 kwietnia 2012
Oliver Sacks: "Wyspa daltonistów i wyspa sagowców"
Autor: Oliver Sacks
Tytuł: "Wyspa daltonistów i wyspa sagowców"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 280
"Niedawno - powiedział Knut - jego siostra, Britt, chcąc udowodnić, że jest to możliwe, wydziergała sweter w szesnastu kolorach. Wymyśliła własny system rozpoznawania motków wełny za pomocą znakowania ich numerami. Sweter miał wymyślny motyw przedstawiający sceny z norweskich legend, ale ponieważ został wykonany z wełny w różnych odcieniach przydymionego brązu i purpury, nie kontrastujących ze sobą, normalne oczy z trudem go dostrzegają. Jednakże Britt, reagując tylko na jasne światło, widziała go bez trudu, prawdopodobnie lepiej niż ludzie ze zdrowym wzrokiem.
To moja specjalna, tajemna sztuka - mówiła. - Trzeba być daltonistą, żeby to widzieć".
Tak jak obiecałam – dziś recenzja kolejnej książki Olivera Sacksa.
„Wyspa daltonistów i wyspa sagowców” koncentruje się na trzech tematach, co można wywnioskować już z tytułu. Są to: specyfika wysp, intrygujące choroby i botanika. Książka składa się z dwóch części, a każda z nich jest owocem niezależnych od siebie podróży autora do Mikronezji. Sacks od najmłodszych lat fascynował się wyspami – eksperymentalnymi formami natury, zamkniętymi i odrębnymi. Ta izolacja przyczynia się do rozwoju nie tylko osobliwych form roślinnych, ale również unikalnej tożsamości kulturowej. Dodatkowo, Mikronezja przyciągnęła Sacksa z jeszcze jednego powodu – zajmował się badanem daltonizmu, gdy usłyszał o wyspie, na której zamieszkuje społeczność obciążona tą chorobą. W tak ograniczonych warunkach terytorialnych dziedziczna achromatopsja rozprzestrzeniała się w zatrważającym tempie. Kolejna z jego wypraw wynikła z zainteresowania sagowcami – pięknymi drzewami, przypominającymi palmy, będącymi jednak również przekleństwem wyspiarzy… Dlaczego? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się zagłębić w lekturę, zdradzę jedynie, że w drugiej części książki Sacks zajmuje się chorobą o dotąd niezidentyfikowanym pochodzeniu – lylico i boding. A oprócz tego rozpływa się nad rzadką, fascynującą roślinnością tamtych wysp.
„Wyspę…” czytało mi się o wiele szybciej i sprawniej niż omawiany wcześniej „Zobaczyć głos”. Zjawiska, na których koncentruje się lekarz, są przedstawione tutaj mniej naukowo. Oczywiście nadal mamy wiele teorii, jednak tym razem dochodzą też wątki fabularne. Sacks opisuje bowiem swoją podróż dzień po dniu, z jednej strony skupiając się na swojej pracy, kontaktując się z osobami chorymi i opisując ich dolegliwości, z drugiej po prostu cieszy się pobytem w urokliwym miejscu, zwiedza, podziwia, odpoczywa.
Jak to jest nie znać barw? Daltoniści postrzegają świat w szarościach i nawet nie potrafią sobie wyobrazić czym są kolory. Ciekawym było dla mnie poznanie sposobów w jaki sobie radzą w codziennym życiu z tym ograniczeniem. Trzeba również pamiętać, że daltonizm to nie tylko niemożność rozpoznania barw. Osoby cierpiące na achromatopsję są bardzo wrażliwe na światło i właściwie dobrze czują się dopiero po zmroku. Ich wzrok jest też słabszy, nie widzą detali i dopiero posługiwanie się np. szkłem powiększającym daje im swobodę poruszania się czy czytania. Wszystkie informacje na ich temat, których dostarcza nam Sacks, są niezwykle zajmujące. Po przeczytaniu pierwszej części książki doszłam do wniosku, że nie potrafię się nawet postawić na miejscu osoby dotkniętej taką wadą wzroku…
W drugiej części książki stajemy się wręcz tropicielami zagadki, szukając źródła nieznanej choroby, powodującej objawy takie jak parkinsonizm czy paraliż. Hipotezy się mnożą, badania podejmowane na przestrzeni lat wysnuwają kolejne domniemane przyczyny, jednak zagadka wciąż pozostaje nierozwiązana. Czytanie tego rozdziału jest naprawdę pasjonujące!
O Sacksie usłyszałam po raz pierwszy w odniesieniu do jego książki „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Zanim udało mi się sięgnąć po ten tytuł, w moje ręce wpadły dwa inne, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że będę dalej poszukiwać. Dotąd raczej nie czytałam książek popularnonaukowych, ale teraz się to zmienia i widzę szereg korzyści wypływających z tego faktu.
Ocena: 5/6
Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka
sobota, 24 marca 2012
Oliver Sacks: "Zobaczyć głos"
Autor:Oliver Sacks
Tytuł: "Zobaczyć głos"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 258
Na pewno zastanawialiście się kiedyś nad tym, co dla człowieka jest bardziej dotkliwe: utrata słuchu czy wzroku? Czy dziecko, które rodzi się głuche jest obciążone tak samo jak te niewidome, czy może cierpi bardziej, a może mniej? Czego balibyście się bardziej? Zawsze wydawało mi się, że cenniejszy jest dla mnie zmysł wzroku – bo jakby to było, gdybym nie mogła patrzeć w oczy osobie, którą kocham, nie mogła oglądać piękna otaczającego nas świata, poznawać twarzy ludzi, oglądać, czytać, podziwiać… Jednak dopiero książka „Zobaczyć głos” O. Sacksa uświadomiła mi, że byłam w błędzie. Osoby niesłyszące borykają się z problemem, którego niewidomi nie doświadczają – nie są zdolni się ze sobą komunikować. Było to widoczne przede wszystkim w czasach prześladowań, gdy język migowy był zabroniony – osoby niesłyszące skazane były wtedy na życie bierne, bez zrozumienia kogokolwiek z zewnątrz, bez możliwości rozwijania się, kształcenia, porozumiewania. Dlatego przez wiele lat pokutowało przekonanie, że osoba niesłysząca jest upośledzona umysłowo – zresztą wciąż zdarzają się przypadki mylnej diagnozy z powodu niezidentyfikowania wady słuchu. A przecież ludzie ci mają takie same predyspozycje do rozwoju, jak i my, jeśli tylko się im to umożliwi.
Książka Sacksa składa się z trzech części, które wcześniej były publikowane osobno w formie eseju. Uzupełnione i zebrane, zostały złożone w pracę naukową, napisaną jednak w miarę możliwości przystępnym językiem, który nie nuży. Sacks, angielski neurolog i psychiatra, wydał już kilka książek, w których zmierzył się z tematami ludzkiego umysłu, uszkodzeń mózgu, chorób i odmienności. Znany jest z tego, że pisze w sposób lekki, tak że nie trzeba studiować medycyny, by zrozumieć jego książki. „Zobaczyć głos” (książka, która została właśnie wznowiona przez wydawnictwo Zysk i S-ka) jest podobno jedną z cięższych w jego dorobku, ale mimo to nadal ciekawą i przyjemna w odbiorze. Owszem, Sacks ma to do siebie, że wciąż wdaje się w rozbudowane dygresje, zrzucane do przypisów, często zajmujących na stronach obszar większy niż tekst główny. Może to być miejscami uciążliwe, gdyż łatwo zgubić wątek, ale z drugiej strony – jeśli ktoś nie jest zainteresowany może te przypisy omijać, wybierać tylko te ważniejsze, a poza tym często znajdują się w nich naprawdę ciekawe informacje.
Książka Sacksa powstała na skutek jego kontaktów z wieloma osobami niesłyszącymi, z lekarzami i profesorami badającymi zarówno takich pacjentów jak i strukturę języka, ze słyszącymi dziećmi niesłyszących rodziców, z nauczycielami języka migowego i wieloma, wieloma innymi. Autor przyznaje, że dopiero po napisaniu książki zabrał się do tego, od czego powinien był zacząć – nauki języka migowego, ale mimo to pisząc wykazał się dużym zrozumieniem ich potrzeb, a jego książka jest czymś w rodzaju hołdu, złożonego osobom głuchym.
To co podobało mi się najbardziej to przedstawione konkretne przypadki osób, które np. dotąd odizolowane zaczęły uczyć się języka migowego w późniejszym wieku, dla których język migowy jest pierwszym językiem, mimo że słyszą, różnice w wychowaniu dzieci niesłyszących przez rodziców również dotkniętych tą chorobą jak i zdrowych czy też sposoby nauki języka. Wiele się dowiedziałam, gdyż prawda jest taka, że zazwyczaj ludzie nie interesują się tym problemem, nie zastanawiają nad ciężką dolą osób obarczonych utratą słuchu.
Na koniec kilka słów o okładce, która moim zdaniem jest projektem idealnym. Skromna, minimalistyczna, a jednocześnie wyrażająca to, co najważniejsze. Zobaczyć głos, sugerując się tytułem, wskazuje tu na fakt, że u niesłyszących tak to właśnie wygląda. Oni widzą słowa, migając. Każdy ruch dłoni, mimika twarzy i gra ciała – wszystko to do nich przemawia.
Niesłyszący to społeczność zamknięta, do której słyszący mają dostęp tylko w wyjątkowych przypadkach. To grupa, mająca swoją kulturę, swój język (oraz wiele jego odmian), swoją mentalność. Świat z ich punktu widzenia wygląda zupełnie inaczej, niż nasz, ale nie jest to świat gorszy. Jak ich sytuacja przedstawiała się na przestrzeni wieków, co wykazują badania, co myślą niesłyszący o sobie, czy mogą nauczyć się mówić oraz do czego prowadzi zakładanie szkół dla nich, w których nauczycielami są również niesłyszący, możecie przekonać się, sięgając po książkę. W moim przypadku na pewno nie jest to ostatnie spotkanie z tym autorem, gdyż mam w zanadrzu kolejną książkę jego autorstwa, o której usłyszycie niebawem.
Ocena 5/6
Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka
czwartek, 29 września 2011
Georges Vigarello: „Historia urody”
Współczesna kobieta jest świadoma swojej urody i potrafi ją eksponować. Puder, róż, cienie do powiek, szminka czy tusz do rzęs, lakier do paznokci i perfumy - to tylko niektóre z upiększających kosmetyków, pozwalających na poprawę wyglądu. Do tego dochodzi jeszcze odważny, podkreślający kształty i skąpy ubiór, modne uczesanie, dbanie o zdrowie i figurę. Gdy i to zawodzi, zawsze można jeszcze oddać się pod rękę wprawnego chirurga plastycznego. Żyjemy w czasach, gdzie miła aparycja jest podstawą sukcesu, gwarantem dobrego samopoczucia. Jednak czy zawsze tak było? Jak wielką drogę musiała przejść historia, by znaleźć się w punkcie reprezentowanym przez współczesność? Aby zdać sobie z tego sprawę wystarczy cofnąć się do średniowiecza, które skupiało się tylko na walorach duchowych, czy renesansu, powoli przełamującego ten nurt, wciąż jednak dalekiego temu, co zastajemy teraz. Piękno w renesansie to przede wszystkim ciało naturalne, wyzbyte ze sztuczności, unikające opalenizny, wręcz blade. Uwaga koncentrowała się na „górze”: twarzy, oczach, dłoniach, piersiach, o ciele mówiło się mało i zawsze o ubranym, ukrytym pod warstwą stroju. Jak bardzo odbiega ten kanon od dzisiejszego, ile przewrotów musiało się dokonać, by to zmienić…
Georges Vigarello, francuski historyk, od kilkudziesięciu lat bada przeobrażenia, jakie zaszły w historii, odnośnie postrzegania ciała. W swoich wcześniejszych publikacjach zajął się m.in. historią zdrowia i choroby, czystości i brudu, szczupłości i otyłości, prześladowań, gwałtu („Historia zdrowia i choroby”, "Czystość i brud", „Historia gwałtu”), teraz, kolejną książką, uzupełnia wcześniejsze badania, poddając obserwacji kanon piękna. Jego zainteresowania nie dotyczą jedynie poszukiwań idealnego wzoru, odzwierciedlenia piękna czystego, ale zajmują się szeroko pojętym upiększaniem ciała: począwszy od barwiczek, różów i bielideł, poprzez suknie, gorsety i uczesania, na samoświadomości ciała, jego pielęgnacji i technik poprawiania skończywszy.
Autor śledzi osiągnięcia poszczególnych epok, sprzyjające rozwojowi technik upiększania. Odwołuje się do wynalazków takich jak lustro czy waga, teatr i kino, które rewolucjonizują rynek. Książka podzielona jest na pięć części, z których każda szeroko omawia inny okres czasu: od wieku XVI–stego, po współczesność. Swoje badania Vigarello popiera tekstami źródłowymi, pismami, które przywołuje, cytatami, statystykami i interpretacją malarstwa. Zwraca uwagę na słownictwo ówczesnych twórców i jego ewolucję, doszukując się tym samym zmian w życiu codziennym ludzi tamtych epok. Przygląda się ciału, ubiorowi, technice i stylowi życia, upatrując w nich źródła zmian.
Styl badacza jest naukowy, bogaty w terminologię i przypisy, jednak książka jest przystępna w odbiorze. Jedynymi minusami są: obecność przypisów nie u dołu strony, pod tekstem, ale zebranie ich z tyłu książki (przeszkadza to w lekturze) oraz brak reprodukcji omawianych przez pisarza dzieł malarskich, które stanowiłyby oczekiwany kontekst.
„Historia urody” jest przede wszystkim znakomitą pozycją dla historyków, kulturoznawców i filologów, ale nie tylko. Autor wzbogaca swoje dzieło o ciekawe przykłady, anegdoty i zestawienia, które wpływają na lepszy odbiór całości. Czytelnicy, którym jest znany z poprzednich publikacji, odnajdą w najnowszej pozycji tę samą pilność, dociekliwość i fachową wiedzę, obecną w poprzednich, a ci wszyscy, którzy nie mieli jeszcze styczności z Vigarello, będą mogli uzupełnić swoją wiedzę. Historyk podejmuje się interesujących tematów, badając wpływy przeszłości na współczesność, wyszczególniając drogę ewolucji ideału piękna. Publikacja warta uwagi i wnosząca wielki wkład w historię obyczajów.
Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję serwisowi Czytanie Nie Szkodzi i wydawnictwu
Aletheia.
piątek, 16 września 2011
Red. D.L. Howard: "Dexter. Taki sympatyczny morderca"
„Kocham Dextera, a jeśli to jest złe, to nie chcę być dobra”.
Najpierw muszę uprzedzić, że recenzja może zawierać serialowe spoilery dla tych, którzy serii nie oglądali, choć starałam się je zminimalizować. Książka „Dexter: taki sympatyczny morderca” to studium osoby Dextera, serialu, jak również powieści, na kanwie której powstał. Nie da się jej czytać, nie znając naszego mrocznego (anty)bohatera i nie obejrzawszy przynajmniej trzech pierwszych sezonów serialu. Ponieważ autorzy rozwijają wiele kwestii, zawartych w seriach, analizują fenomen Dextera, jego osobę i interakcje z innymi bohaterami, różne wątki, a także gatunek sam w sobie, by odnieść satysfakcję z lektury, trzeba najpierw obejrzeć serial. Dlatego, jeśli ktoś jeszcze z Dexterem nie miał styczności – radzę najpierw nadrobić zaległości, a naprawdę warto.
Dexter Morgan. Na pierwszy rzut oka niepozorny, przystojny, sympatyczny biały mężczyzna z klasy średniej, może trochę małomówny i outsider, ale jednak budzący pozytywny odbiór. Wychował się w przybranej rodzinie – jego przyszywany ojciec Harry był policjantem, siostra poszła w ślady ojca, a on sam również pracuje na posterunku w Miami – jest ekspertem od badań krwi. Ten spokojny, ułożony wizerunek burzy druga, ciemna strona Dextera – nie ukrywa on bowiem, że żyje w nim Mroczny Pasażer, żądny krwi. Dexter jest seryjnym mordercą, który jednak w swoich morderczych działaniach posiłkuje się wpojonym mu przez przybranego ojca kodeksem – zabija tylko tych, którzy w jego odczuciu na to zasługują. Ludzi, którzy sami mordują dzieci i niewinnych, są impulsywni i nie stosują żadnych moralnych zasad. Krótko mówiąc, jego mroczna pasja to nic innego jak przedłużenie policyjnej służby w tych przypadkach, gdzie prawo jest bezsilne. To wrażenie moralności sprawia, że Dexter, mimo swojego prawdziwego oblicza, jest bohaterem fascynującym, wywołującym u widza aprobatę. Fenomen Dextera – antybohatera, dokonującego krwawych masakr, ale zarazem przykładnego brata, męża i ojca, budzi wiele spekulacji, a autorzy książki „Dexter: taki sympatyczny morderca” postanowili się z nimi zmierzyć, by uchwycić istotę powodzenia serialu.
Twórcy książki, pod przewodnictwem D.L. Howarda, to ludzie, którzy wiedzą, o czym piszą. Już we wstępie zostają przedstawione ich sylwetki: są to wybitni profesorowie, wykładowcy, filmoznawcy, kulturoznawcy, filolodzy i filozofowie, słowem: ludzie wybitni, co potwierdza rzetelność i poziom zamieszczonych w książce artykułów i esejów.
Głównym paradoksem, który starają się rozwikłać autorzy, jest akceptowalny sposób przedstawienia głównego bohatera serialu, który choć jest mordercą, wywołuje również u widza sympatię, a ponadto – możemy się z nim utożsamiać. Krok po kroku autorzy przedstawiają triki scenarzystów, dzięki którym udało się uzyskać ten efekt. Mimo tego, że Dexter zabija, kibicujemy mu i paradoksalnie nie zauważamy absolutnego zła w jego poczynaniach. Dlaczego? Odpowiedź oczywiście znajdziemy w książce.
Pozycja zawiera m.in. wywiady z Jeffem Lindsayem, autorem książek o Dexterze, a także z Jamesem Manosem Juniorem, scenarzystą i producentem związanym z serialem. Poznajemy wiele ciekawostek, dotyczących zarówno historii powstania książki, czerpania pomysłów, serialowych odstępstw i planów na kolejne powieści, oraz szczegóły związane z przeniesieniem książki na ekran, wizji niektórych odcinków i pracy nad serialem. Są to bardzo ciekawe, obfite w trafne spostrzeżenia i cenne w wiadomości rozmowy.
Książka podzielona jest na pięć części, a każda z nich zawiera kilka artykułów, zgłębiających tajemnice „Dextera”. Mam oczywiście kilka swoich ulubionych typów. Przede wszystkim „Analiza czołówki” A. I. Karpovich – pasjonujące wyjaśnienie kilkunastosekundowego filmiku wprowadzającego do serialu, który skrywa wiele treści. Znana miłośnikom serialu hipnotyzująca czołówka, w której oglądamy poranne czynności Dextera, takie jak golenie, przygotowywanie i spożywanie śniadania oraz ubieranie się i wychodzenie z domu, jednocześnie obnażająca makabrę tych rytuałów, opatrzona idealną ścieżką dźwiękową, zostaje przez autorkę artykułu dokładnie zinterpretowana. Nawet tak niewinny obrazek, jak komar pijący krew Dextera, następnie ginący pod wpływem jego odruchu, niesie zapowiedź akcji serialu: płynność ról sprawca-ofiara, ich naprzemienność, żądza krwi i śmierć, to przecież motor napędowy tej serii. A dalej jest jeszcze ciekawiej.
Do gustu przypadły mi bardzo m.in. artykuły zatytułowane: „Harry Morgan: (post)modernistyczny Prometeusz” D.L. Howarda, „Seks, psychoanaliza i sublimacja w Dexterze” B. Johnsona oraz „Braterstwo krwi: Brian + Dexter + Miguel” F. Boyle. Pierwszy z nich porusza relację Dextera i jego przybranego ojca, ideę kodeksu i proces wychowania dziecka na seryjnego zabójcę. Harry zostaje porównany do Frankensteina – tak jak i on tworzy potwora i kiedy uzmysławia sobie, co zrobił, czuje wstręt i przerażenie. Między tymi dwoma bohaterami zachodzi więcej szczególnych konotacji. Drugi z tekstów zakłada, że rytualne mordy są dla Dextera rodzajem przeniesienia popędu seksualnego i jego zaspokojenia, gdyż nie da się ukryć, że traktuje je jak sztukę. Pada wiele argumentów, przemawiających za tym stanowiskiem. I wreszcie trzeci, genialny artykuł, kontrastuje Dextera z jego rodzonym bratem i Miguelem, bratem krwi, przyjacielem, który przez pewien czas dzieli z nim sekret. Ciekawa analiza ich kontaktów, więzów i zależności, kończących się dramatycznie, jest naprawdę godnym polecenia esejem.
W innych tekstach autorzy szukają pierwiastków różnych gatunków w serialu: od komedii począwszy, na horrorze skończywszy. Znajdują się tu również teksty analizujące kodeks Dextera i jego słuszność, jego moralność i sposób, w jaki zostaje usprawiedliwiany i wiele innych. Książka posiada również dodatki: „Przewodnik po odcinkach” wytłuszczający dotychczasowe pięć serii, tytuły odcinków i rok powstania oraz „Przewodnik po powieściach” zawierający krótkie streszczenia. Pokazują one, jak bardzo serial różni się od książek i z jakimi sprawami boryka się literacki odpowiednik naszego bohatera.
Do wad książki mogę zaliczyć fakt, że powstawała w oparciu jedynie o trzy pierwsze sezony, zanim ukazały się następne. A szkoda, bo czwarta i piata seria niosą ze sobą znów mnóstwo ciekawych rozwiązań i zachowań, o których koniecznie chciałabym przeczytać. Oprócz tego wychwyciłam w tekście kilka drobnych literówek, no i cena – 37 zł, jest chyba troszkę zbyt wygórowana jak na to wydanie. Są pewne przykłady, które powtarzają się w artykułach, ale są to powtórki konieczne, gdyż każdy tekst stanowi zarazem odrębną całość. Na pewno nie jest to książka lekka, do przeczytania w jeden wieczór, gdyż zawiera teksty teoretyczne i odpowiednią terminologię, ale autorzy starali się pisać w sposób przystępny i czytelnik nie powinien mieć problemów z przyswojeniem treści. Można czytać z zachowaniem sugerowanej kolejności, można wybiórczo – co kto woli. Niemniej jednak, polecam.
Mogłabym o tej książce pisać i pisać, ale sadzę, że najlepszym wyjściem jest po prostu sięgnięcie po nią i przekonanie się na własnej skórze, czy warto. To „Dexter” w pigułce, obalanie mitów, tworzenie nowych i próba rozrachunku z serialem. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich zapalonych fanów, źródło ciekawostek i nowinek.
Ocena: 6/6
Książkę do recenzji otrzymałam z serwisu nakanapie.pl, za co serdecznie dziękuję.
Link do książki: klik













