niedziela, 24 lutego 2019

„Dom tajemnic” Ned Vizzini, Chris Columbus

Autor: Po drugiej stronie... dnia 19:31:00 0 komentarze


"Dom tajemnic" to książka napisana przez dwóch panów, z których jeden pracował m.in. przy powstawaniu filmu o Harrym Potterze, a drugi jest autorem powieści dla młodzieży. Porównanie z serią o małym czarodzieju jest nieprzypadkowe, bo książkę promuje sama J.K.Rowling – jej słowa zachęty znajdziemy na okładce. Odniosę się więc do tego porównania pokrótce również w recenzji. 

Książka opowiada o trójce rodzeństwa: Eleanor, Kordelii i Brendanie. W wyniku osobliwego „wypadku”, jaki dotknął ich rodzinę, ich rodzice są zmuszeni znaleźć nowy dom, nie mając na to zbyt wielu środków. Nieoczekiwanie na horyzoncie pojawia się wspaniałą rezydencja, z antycznymi meblami i pokaźną biblioteką, w bardzo atrakcyjnej cenie. Rodzina wprowadza się do domu po zmarłym pisarzu, nie przeczuwając konsekwencji. 

„Dom tajemnic” jest książką przygodową, skierowaną do młodszego odbiorcy, celuję tu mniej więcej w szkołę podstawową, i dla ewentualnie młodszej młodzieży. Ja już nie bawiłam się przy lekturze tak dobrze, jak np. przy wspomnianym wyżej „Harrym Potterze”, który jest serią bardziej uniwersalną, dla każdego. Tutaj mamy do czynienia z powieścią dynamiczną, opartą na krótkich rozdziałach, przynoszących coraz to nowsze przygody, zagadki i wydarzenia. Język jest bardzo prosty, oparty przede wszystkim na dialogach. W powieści mało jest miejsca na przemyślenia i refleksję – mamy tu do czynienia z prostymi morałami, które mają trafić do dorastającego czytelnika. Nie ma tu miejsca na skomplikowane wywody. Z drugiej strony w książce obecna jest przemoc i zło – pojawiają się wręcz odrażające postacie, które mogą wywołać ciarki na plecach. Książka zawiera też czarno-białe ilustracje, dzięki którym czyta się ją szybciej. 

Jak dla mnie nie ma porównania z serią o Potterze. To zupełnie inna skala, inny typ budowania napięcia, kreowania bohaterów i świata.  Wszystko jest takie spłaszczone, prostsze, w pigułce. Brakuje głębi, brakuje wyrazistości.  

Podoba mi się główne założenie opowieści – rodzeństwo, trafiające do świata z książek pisarza, który wybudował i zamieszkiwał przed laty dom, w którym teraz zamieszkała ich rodzina. Ciekawe jest przeplatanie się światów – bohaterowie książek zasiedlają ten niezwykły świat i odgrywają przeróżne role. Podoba mi się relacja między rodzeństwem – dzieci są w różnym wieku, co powoduje typowe konflikty, ale potrafią stanąć za sobą murem. Mają do wykonania zadanie, i nie spoczną, póki go nie wykonają, aby odnaleźć swoich rodziców. Czyta się to szybko i przyjemnie. 

Ja jednak miałam trochę inne oczekiwania, myślałam że książka będzie w stanie porwać również starszego czytelnika, a tak się niestety nie stało. Polecam więc tę nowość młodszym, z zastrzeżeniem że momentami bywa strasznie, ale też i zabawnie. Jest to pierwsza część serii, więc jeśli polubicie głównych bohaterów nie ma obaw – powrócą na kartach kolejnych tomów 😊

„Dziewczyna z atramentu i gwiazd” Kiran Millwood Hargrave

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:58:00 0 komentarze




Wracam jeszcze raz ze zdjęciem książki „Dziewczyna z atramentu i gwiazd”, ale tym razem już z recenzją po lekturze. 

Książka jest bardzo dopracowana pod każdym względem, grafika spójna jest z tekstem. Historia opowiada o trzynastoletniej Isabelle, którą wychowuje tylko Ta, bo jej matka i brat nie żyją. Dziewczynka uwielbia słuchać legend, które opowiada jej ojciec, a także uczyć się od niego kartografii, razem studiują i tworzą mapy. Mieszkają na wyspie Moya, otoczonej przez Zapomniane Ziemie. W mieście zaczyna się dziać coś dziwnego, ginie dziewczynka, zwierzęta ze strachu uciekają, mieszkańcy są niespokojni. Isabella, na wzór odważnej bohaterki z legend Arinty, chce stawić czoło złu. 

Książka być może jest skierowana do młodszego czytelnika, zważywszy na wiek bohaterki, ale trafi również do tych starszych, ja dobrze bawiłam się przy lekturze. Opowieść jest magiczna, urzekająca, przepełniona symbolami. Z wielką przyjemnością podążamy śladem małej, dzielnej dziewczynki, poruszającej się po krainie jak ze snu. Podoba mi się bardzo niezwykły świat wykreowany przez autorkę, tak niepodobny do współczesnego. 

Sam proces czytania jest ciekawym zjawiskiem, trochę tak jakbyśmy przeglądali stare mapy i razem z Isabellą szukali jej zaginionej przyjaciółki. Każda strona poprzecinana jest liniami i znakami, fragmentami krajobrazu, więc kartkując kolejne strony mamy wrażenie, że naprawdę wędrujemy, że posuwamy się dalej, a rozwiązanie wszystkich zagadek jest coraz bliżej. Dawno nie spotkałam się z tak pięknie wydaną książką, tak zmyślnie zaplanowaną. 

Polecam fanom przygód i magii w literaturze. Tak jak wspomniałam, książka jest jak baśń, z założenia więc przeznaczona dla tych młodszych nastolatków, ale nas starszych na pewno też nie zawiedzie. Fabuła nie jest bardzo skomplikowana, książka jest dosyć cienka, ale na pewno pozostaje w pamięci. 

wtorek, 19 lutego 2019

"Muza Koszmarów", Laini Taylor

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:44:00 3 komentarze


Wielu czekało na drugi tom „Marzyciela” Laini Taylor, ja oczywiście należałam do tej grupy. „Muza Koszmarów” premierę ma 27 lutego, czyli już całkiem niedługo, na szczęście udało mi się przeczytać wersję przedpremierową i mogę już z całą pewnością powiedzieć, że lubię całą tę serię, że drugi tom spełnił oczekiwania.

Lazla i Sarai, tę niecodzienną parę poznającą się we śnie, poznaliśmy w poprzednim tomie. Z uwagą mogliśmy śledzić ich rodzące się uczucie, ale gdy wreszcie doszło do spotkania, Sarai straciła życie, spadając z cytadeli przypominającej wyglądem serafina. Człowiek, marzyciel, bibliotekarz, zakochany w niebieskoskórej dziewczynie, boskim pomiocie, astralnej. Sarai jednak nie znika, choć jej ciało umiera, jej dusza zostaje schwytana przez Minyę i dostaje drugą szansę od losu – jako duch może wreszcie połączyć się z ukochanym. Ale oczywiście nic nie jest takie proste, jak powinno..

W drugim tomie do grona znanych nam, polubionych postaci, dołącza wiele nowych. Wspaniała jest historia dwóch sióstr, Kory i Novy, która otwiera ten tom i przeplata się z wydarzeniami głównymi. Autorka robi coś zaskakującego – przybliża nam sylwetkę postaci, która później stanie się największym wrogiem naszych ulubionych bohaterów, z takiej perspektywy, że nie przeczuwając, co zaraz się stanie, współczujemy jej, kibicujemy, z zapartym tchem śledzimy jej losy. Bohaterowie, ani cały wykreowany świat, nie są czarno-biali. W każdym tkwi ziarnko dobra albo zła. Każdy medal ma dwie strony. Myślę, że to jedno z przesłań tej opowieści – by nie osądzać człowieka na podstawie pierwszego wrażenia. Choć tytuł książki przywołuje postać Sarai, bardzo ważną rolę w całej opowieści odgrywa Minya. Boski pomiot uwięziony w ciele dziewczynki, o straszliwej mocy i przepełniony żądzą zemsty. Dowiadujemy się dzięki tej postaci wiele o samej Rzezi, o bólu i odwadze, o koszmarach nękających nie tylko mieszkańców Szlochu, ale i bękartach bogów, którym udało się przeżyć. To wielki plus tej opowieści – możliwość patrzenia na rozgrywające się wydarzenia oczami wielu postaci, co czasem zupełnie zmienia kontekst, pozwala zrozumieć każdą ze stron.

Na osobne słowa uznania zasługuje wydanie obu powieści. Choć sama miałam do czynienia z prebookiem, wiem że wydanie końcowe ma przypominać to pierwsze, a poza tym książkę można kupić w magicznym pakiecie z gadżetami z serii. To naprawdę fajny pomysł, bo nam, fanom Lazla i Sarai, radość sprawia każdy przedmiot związany z ulubionymi książkami, prawda? 😊

Link do boxa >>tutaj<<

Piękna jest ta opowieść. Bardzo podoba mi się sposób prowadzenia narracji przez autorkę, zdania jakie wychodzą spod jej palców, bohaterowie których wyczarowała. Jeśli jeszcze nie znacie tej historii, czym prędzej sięgajcie po tom 1. A jeśli znacie, myślę że sami już nie możecie doczekać się lektury.

czwartek, 14 lutego 2019

Zakupy w sklepie bee.pl

Autor: Po drugiej stronie... dnia 12:49:00 2 komentarze
Ostatnio miałam okazję robić zakupy w internetowym sklepie bee.pl. Sklep ma w ofercie produkty z takich kategorii jak zdrowa żywność, kosmetyki, chemia, artykuły do domu, produkty dla dzieci i wiele, wiele więcej. 

Poruszanie się po stronie sklepu jest bardzo proste i intuicyjne, gdyż produkty podzielone są na jasne kategorie, a strona każdego produktu jest przejrzysta, bogata w najważniejsze informacje. Dodawanie produktów do koszyka, cały proces poruszania się między produktami i proces składania zamówienia są proste i czytelne. 



A jest w czym wybierać, spójrzcie tylko za moje łowy i to wszystko zakupy do 100 zł 😉 Jak pszczółka z nazwy sklepu wskazuje są to najczęściej produkty zdrowe i na bazie naturalnych składników. Ja postawiłam na dwie kategorie – produkty spożywcze i kosmetyki. 

I oto co znalazło się w moim koszyku 😊 



Jeśli chodzi o kosmetyki to postawiłam głównie na markę Organic Shop i wybrałam dwa żele pod prysznic, peeling do ciała i maskę do włosów. Wszystko pachnie pięknie i wygląda jeszcze lepiej 😉 Mam też malutkie arabskie perfumy, żel do mycia twarzy od Himalaya i mydełko od Babuszka Agafia. Większość tych marek znałam i używałam już podobnych produktów, więc myślę, że ze wszystkiego będę zadowolona. 

Lubicie kosmetyki naturalne? Ja bardzo :)

Póki co testuję maskę do włosów i jestem zadowolona z tego kosmetyku. Opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, a moje włosy łagodnie po niej falują, czuję że są odżywione. Za to żel pod prysznic o zapachu lawendy to także strzał w dziesiątkę – jego zapach naprawdę pozwala się zrelaksować pod prysznicem. 

Ale i tak wszystko bije na głowę zapach peelingu do ciała z papają. Jest bardzo intensywny, owocowy, pełen energii. Opakowanie jest identyczne jak te od maski do twarzy, łatwo też aplikuje się go na skórę np. podczas prysznica. Bardzo lubię peelingi cukrowe, a najbardziej takie o mocnym zapachu - więc ten trafił w mój gust idealnie. 



Jeżeli chodzi o część spożywczą, to też skusiłam się na parę produktów. Kawa zbożowa Inka z figami – jestem ciekawa jej smaku, chyba niedługo ją sobie zaparzę. Krem orzechowy wybrałam dla siostry, która za parę dni wpada do mnie na ferie. Są też herbatki, dostałam też próbki herbatek w prezencie. Woda kokosowa w butelce – trochę się wahałam, nigdy wcześniej nie pisałam tego specjału, ale ma dosyć miły smak, najlepsza jest taka na zimno, wyjęta prosto z lodówki. 

A patrzcie jaki prezencik dołączono do całego zamówienia – to balsamy do ust o zapachu miodu i wanilii. Pszczółka otwiera się od dołu, a miodek przy podniesieniu zakrętki – naprawdę fajne gadżety, związane tematycznie ze sklepem 😉


Znacie sklep bee.pl? Jeśli nie, polecam Wam zajrzenie na ich stronę :)


"Do wszystkich chłopców, których kochałam, "P.S. Wciąż cię kocham" Jenny Han

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:10:00 2 komentarze


Długo nie sięgałam po książkę Jenny Han, bo wciąż miałam w głowie film Netflixa „Do wszystkich chłopców, których kochałam” na podstawie jej opowieści. Film tak na marginesie słodki i uroczy, w sam raz na walentynki. Ale gdy okazało się, że wychodzi druga część, stwierdziłam że czas najwyższy nadrobić zaległości i w sumie „połknęłam” oba tomy w kilka dni. Książki są tak samo urocze, a może jeszcze bardziej. Czasem, w tej ponurej szarości dnia codziennego, miło oderwać się na moment i zatopić w lekturze, od której dostaje się wypieków. Bycie nastolatkiem to przeżywanie wszystkiego sto razy mocniej, a więc każda pierwsza miłość opisana jest z taką pasją i uczuciem, jakby była najbardziej wyjątkową, jaka tylko może się zdarzyć. Nie przeszkadza mi to w niczym, cieszę się, że takie książki pozwalają po prostu się rozmarzyć. 

W pierwszym tomie obserwowaliśmy zmagania 16-letniej Lary Jean, która wpadła w nie lada kłopoty. Jako młoda dziewczyna o romantycznej duszy przeżyła w swoim życiu kilka zauroczeń i do każdego chłopaka, którego na jakimś etapie swojego życia kochała – czy po prostu podobał jej się, bo uczucia te były całkiem platoniczne – pisała list miłosny, którego nigdy nie zamierzała wysłać. Listy przechowywała, jak najdroższe skarby, w pudełku po kapeluszu. Niestety, któregoś dnia pudełko znika, a listy trafiają do adresatów. To powoduje lawinę katastrof, zważywszy na to, że Lara Jean to raczej nieśmiałą, cicha dziewczyna, a jej obiektami okazują się m.in. najpopularniejszy sportowiec w szkole czy…. chłopak jej siostry. 



Drugi tom zaczyna się dokładnie tam, gdzie pierwszy się skończył. Lara Jean i Peter Kavinsky, mimo że pierwotnie zdecydowali się być tylko parą na niby, z czasem poczuli do siebie coś prawdziwego i próbują być parą na poważnie. Przechodzą jednak kłótnię, po której wszystko się kończy. Lara Jean decyduje się więc zrobić to, co wychodzi jej najlepiej – pisze do Petera kolejny list z przeprosinami. I to właśnie ten list rozpoczyna akcję powieści „P.S. Wciąż cię kocham”. 

Kontynuacja jest równie przyjemna w odbiorze, lekka i dziewczęca. Oczywiście, żeby akcja biegła dalej, na horyzoncie musi pojawić się ten trzeci – przyjaciel z dzieciństwa, John. Lara Jean jest szczęśliwa z Peterem, ale jego zażyłość z byłą dziewczyną kładzie się cieniem na ich związku. Dla niej to pierwszy w życiu związek, pierwsza rzeczywista miłość, wszystko jest więc nowe i jeszcze nieznane, on natomiast ma już całkiem pokaźny, jak na chłopca w tym wieku, bagaż. To nie ułatwia sprawy. Tymczasem John wydaje się pasować do Lary Jean idealnie – rozumieją się bez słów, podobnie postrzegają świat. Podobało mi się to, że fakt kogo ostatecznie wybierze Lara Jean jest tak nieoczywisty. Są momenty, kiedy naprawdę sami nie wiemy, komu kibicować. Każdy z chłopaków przedstawia inne wartości, są jak biel i czerń. 

W książce ponownie bardzo wyeksponowany jest też wątek rodzinny, co bardzo mi się podobało. Ważną rolę odgrywają tu też zajęcia dodatkowe Lary Jean, jej wolontariat w domu spokojnej starości. Co prawda, w książce zastosowano wiele prostych rozwiązań – wciąż te idealnie się składające „przypadki”, ale w ogóle nie przeszkadza to w odbiorze. To po prosu tego rodzaju literatura – ma się czytać dobrze, ma nas wprawiać w dobry, romantyczny nastrój. Nie oczekiwałam po niej niczego więcej. 

Pakiet książek Jenny Han to fajny pomysł na walentynkowy prezent. W przygotowaniu część 3 – i po nią również pewnie sięgnę. Może nie jest to literatura wysokich lotów, ale też nigdy nie starała się nią być. Porcja lukru w naprawdę fajnym wydaniu, nic tylko czytać!

niedziela, 10 lutego 2019

"Zwiastun burzy" Bernard Cornwell

Autor: Po drugiej stronie... dnia 10:49:00 0 komentarze


Drugi tom „Wojen Wikingów” Bernarda Cornwella już za mną. „Zwiastun burzy” jest w moim odczuciu jeszcze lepszy niż część pierwsza. Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę, strony przesuwały się sama nie wiem kiedy, a historia wciągnęła mnie całkowicie. Wspaniale zapowiada się ta seria, myślę, że idąc dalej tym tropem kolejne części będą jeszcze ciekawsze, jeszcze bardziej pasjonujące. 

Uhtred jest już mężnym młodym mężczyzną, ma dwadzieścia parę lat, żonę i syna. W nowej roli ojca rodziny czuje się dobrze tylko przez chwilę, szybko porzuca tę ścieżkę. Wychowywał się od dziecka wśród wikingów, co sprawiło że drzemie w nim dusza wojownika. Nie potrafi osiąść w jednym miejscu, nie dla niego życie na łonie rodziny. Uhtred pragnie wyzwań, potrzebuje adrenaliny, musi walczyć, łupić, zdobywać. Choć całym sercem kocha Duńczyków, dostaje się pod opiekę króla Alfreda i to u jego boku decyduje się walczyć. Uhtred jest człowiekiem ceniącym swoją wolność, nie można mu nic nakazać, postępuje tak, jak kieruje go rozsądek lub serce. Choć obiecuje wierność angielskiemu królowi, nie zapomina o swoim wychowaniu i nigdy nie podniesie miecza na tych, których traktuje jak rodzinę. Nawet gdy stanie przeciwko nim na polu walki – morduje Duńczyków, choć w połowie czuje się jak jeden z nich, ale też oszczędza tych najbliższych. 

Uhtred powoli staje się cenionym wojownikiem, wieść o jego talentach i zwycięstwach zaczyna obiegać kraj. Wszak to on zabił Ubbę, jednego z najokrutniejszych duńskich wojowników, choć musi walczyć o prawdziwą wersję tej historii ze znienawidzonym Oddą Młodszym, który stara się na każdym kroku odebrać mu uznanie. W życiu młodego wojownika wielką rolę odgrywają też kobiety. Uhtred opuszcza swoją żonę, choć nadal nosi w sercu ją i swego syna, i oddaje serce nowej wybrance, tajemniczej królowej cieni, przepowiadającej przyszłość. Ich nieformalny związek jest bardzo silny, dodaje mężczyźnie odwagi i wiary w zwycięstwo. Chociaż Iseult przepowiada ukochanemu szczęście u boku innej, złotowłosej piękności, ich historia jeszcze się pisze. 

W drugim tomie po sromotnej klęsce król Alfred ze swoją świtą, do której przynależy też Uhtred, w ukryciu stara się odbudować armię i ruszyć na Duńczyków, zapobiec ich ekspansji. Mizerny, chorowity król, nie nadaje się do walki czy wojennych przemów, ale ma bystry umysł i powoli, ale skutecznie, podąża za swoim marzeniem zjednoczenia całego kraju. Uhtred nie daje się nawrócić, to Odynowi chce służyć, to miecz Thora nosi na piersi, chrześcijaństwo jest dla niego dziwną, wymagającą religią. Mimo to słowo honoru i obowiązek ma dla niego szczególną moc, i walczy u boku tych, których nie rozumie, przeciwko tym, wśród których czuje się sobą. Ten dysonans pozostanie z nim chyba na zawsze. Przebywając z anglikami często jest brany za wikinga, nosi bowiem długie włosy i zdobyte w bitwach naramienniki, zna także ich mowę. Gdy zaś ukrywa się wśród Duńczyków, zwracają uwagę na jego dziwny akcent, również nie traktują go jak jednego ze swoich. Uhtred nie przynależy nigdzie, przez co często zmienia strony i nie może zdecydować, kim tak naprawdę chciałby być. 

Końcowe partie książki to opis widowiskowego starcia ludów Anglii z Duńczykami. Autor bardzo plastycznie opisuje kolejne etapy bitwy, tak że nieomal stajemy razem z naszymi bohaterami w murze tarcz. Jestem pod wrażeniem, w jak zajmujący, realistyczny sposób udało mu się odtworzyć jedną z najbardziej legendarnych bitew. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy, gdyż apetyt rośnie tu w miarę jedzenia. Sądzę, że jeszcze wiele fantastycznych starć przed nami :)

niedziela, 3 lutego 2019

"Kolor milczenia" Elia Barceló

Autor: Po drugiej stronie... dnia 13:24:00 0 komentarze



„Kolor milczenia” to książka, która od pierwszego z nią zetknięcia, bardzo wiele obiecuje. Jest przepięknie wydana – z solidnej, twardej oprawy spogląda na nas rudowłosa piękność. Rzeczywistość jest jednak nieco inna. Główną bohaterką opowieści jest Helena, starsza kobieta, uznana malarka, dręczona koszmarami młodości. Wiele lat temu jej siostra zaginęła, znaleziono ją martwą i nigdy nie wyjaśniono zagadki jej śmierci. Helena przez całe swoje życie stara się z jednej strony uciec od wspomnień i cieni, które ją prześladują i nie pozwalają zaznać spokoju, z drugiej prowadzi własne prywatne śledztwo, z nadzieją że w końcu uda jej się rozwikłać zagadkę i odkryć rodzinne sekrety.

Jeśli od pierwszych stron czytelnik nie polubi głównego bohatera, trudno przebrnąć przez lekturę, miewacie to samo uczucie? Nie mam tutaj na myśli tego, że bohater musi być postacią pozytywną – zdarzają się opowieści o seryjnych mordercach, którzy jednak przykuwają uwagę tak złożoną osobowością, że podążamy ich śladem, nawet jeśli ich czyny są przerażające. Mówię o takiej sympatii, która nie ma granic, nie szufladkuje i nie ocenia bohatera, ale tworzy coś w rodzaju paktu – przez kolejne kilkaset stron całkowicie oddajemy swoją uwagę bohaterowi, ścieramy się z nim. Natomiast Helena jest postacią trzymającą dystans przez całą lekturę, nie można jej dosięgnąć. Jest oschła i zimna, nie dopuszcza do siebie nikogo, nawet rodziny, trzyma się z dala od ludzi i pozwala sobie na bliskość tylko wtedy, gdy jej jest to na rękę. Zupełnie nie czułam „mięty” do tej postaci, nie mogłam jej polubić, nie mogłam wczuć się w jej dramaty. W związku z tym lektura była dla mnie dość mozolna i niestety nie dostąpiłam tej literackiej uczty, jaką powieść obiecywała. Przeczytałam książkę, ale obyło się bez fajerwerków.

Powieść rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Są czasy współczesne, postacią kluczową jest tu właśnie Helena i wspomnienia, które stopniowo przed nami ujawnia, ale pojawiają się też niezależne wstawki z przeszłości, na początku niewiele mówiące, później splatające się z historią główną i odkrywające przed nami coraz więcej. Rozwiązanie tej historii jest ciekawe, zaskakujące i wielowątkowe, ale przywodzi na myśl bardziej seriale pokroju „Mody na sukces” niż literaturę z wyższej półki. Szkoda też, że tak oszczędnie odmalowano koloryt marokańskich luksusów i hiszpańskich miast, bo w takiej scenerii rozgrywa się akcja książki. Sama kilka lat temu miałam okazję spędzić wakacje w Maroko i kolory tego kraju są ze mną do dzisiaj.

Warto wyrobić sobie opinię samodzielnie, gdyż powieść jest doceniania i cieszy się wielką popularnością, zdobyła m.in. tytuł Książka Hiszpanii 2017 roku. Ja niestety nie uległam jej czarowi, choć na ogół lubię takie wielopokoleniowe opowieści z rodzinnymi tajemnicami w tle.

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon