Autor: Stieg Larsson
Tytuł: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 640
"Myślę, że nie masz racji. To nie jest jakiś seryjny morderca, który naczytał się za dużo biblijnych tekstów. To tylko zwykły łajdak, który nienawidzi kobiet."
Trylogię „Millenium” szwedzkiego pisarza, Stiega Larssona,
znają chyba wszyscy, przynajmniej ze słyszenia. Długo uważałam, że są to powieści dla mężczyzn i trzymałam się od nich z daleka, ale na szczęście przełamałam tę przypadkową i niczym nie potwierdzoną opinię. Ponieważ już w styczniu do kin wchodzi ekranizacja pierwszej części – książki „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” i jej zwiastun mnie zaintrygował, postanowiłam zmierzyć się z książką i była to trafna decyzja.
Sting Larsson był szwedzkim dziennikarzem, który
zmarł niespodziewanie w 2004 roku, tuż przed premierą pierwszej części trylogii, a więc nie dożył jej błyskotliwego sukcesu. Najprawdopodobniej pisarz złożył w wydawnictwie od razu manuskrypt wszystkich trzech części. Ciekawostką jest również nazwisko tłumacza cyklu, Beaty Walczak-Larrson. Postanowiłam wykryć czy jest to zbieżność przypadkowa i okazuje się, że jednak tak. Tłumaczka nigdy nie poznała pisarza.
Fabuła książki oscyluje wokół tragedii sprzed lat. Dziennikarz i wydawca „Millenium”,
Mikael Blomkvist, zostaje powołany przez seniora rodu Vanger, Henrika, do wykrycia mordercy jego krewnej, Harriet. Dziewczynka zaginęła czterdzieści lat wcześniej w nigdy nie wyjaśnionych okolicznościach, choć sprawą bardzo długo zajmowała się policja, a i sam Henrik poświęcił śledztwu całe życie. Mikael bierze sobie do pomocy utalentowaną
Lisbeth Salander, mistrzynię researchu. Wydaje się, że przedawniona sprawa jest niemożliwa do rozszyfrowania, jednak dzięki pracy zgranego teamu wychodzą na jaw pomijane dotąd poszlaki.
O tej książce napisano już wiele, więc nie zamierzam powielać tych opinii. Mogę z ręku na sercu przyznać, że książka jest dobra i mimo znacznej ilości stron, czyta się ją wybornie i szybko. Larssonowi
udało się ukuć wciągającą, wieloaspektową intrygę, a taka zagadka jest przecież podstawą dobrego kryminału. To niesamowite, że każdy, nawet drobny przypadkowy ślad może okazać się kluczem do odnalezienia prawdy. Okazuje się, że mimo czasowego dystansu sprawa nie jest beznadziejna, a dzięki głębokiemu zaangażowaniu bohaterów, można doświadczyć cudu.
Na pochwałę zasługują też sylwetki dwójki głównych bohaterów i ich miażdżąca inteligencja. Na tym tle wybija się zwłaszcza aspołeczna Lisbeth – nietuzinkowa młoda kobieta, o prowokującym wyglądzie – jej ciało zdobią tatuaże i kolczyki, a ona sama jest wątłej budowy, wygląda na bardzo kruchą. Nic jednak bardziej mylnego – kiedy trzeba, z wystraszonej owieczki zamienia się w żądnego zemsty wilka. Jej geniusz i ponadprzeciętne zdolności znacznie przyspieszają tempo poszukiwań. W pierwszym tomie jej postać jest trochę zdominowana przez dziennikarza, mam jednak nadzieję, że w kolejnych sytuacja się zmieni, bowiem z pewnością sięgnę po resztę części.
Książka zaskakuje rozwiązaniem, a to w takich powieściach podstawa sukcesu. Z dobrych stron – autor złożył w niej hołd kobietom, ukazując brutalny i cyniczny świat mężczyzn, wykorzystujących słabszą płeć. Larsson skrupulatnie odnotowuje jak wiele kobiet cierpi i milczy, ile krzywd, przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej odbierają z męskich rąk. Nie boi się mówić o seksualnych dewiacjach, makabrycznych morderstwach i gwałtach. Przerywa milczenie pokazując, jak wiele złego mogą wyrządzić mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. To dobra lekcja i ostrzeżenie. Za ten gest w stronę ofiar należy mu się wielki plus.
Z minusów – książka długo się rozkręca, bowiem nasza dwójka zaczyna pracować razem dopiero gdzieś około trzysetnej strony. Także po rozwiązaniu intrygi autor ciągnie jeszcze jeden wątek, który może też nudzić. Punkt kulminacyjny mamy za sobą, emocje opadły, a wciąż pozostaje przed nami kilkadziesiąt stron. Mogą irytować też zawarte w tekście kryptoreklamy sprzętu komputerowego, którymi co rusz raczy nas autor. Prawdopodobnie pobieżna redakcja i korekta książki mogła być wywołana przedwczesną śmiercią autora, który nie zdążył dopracować swojego dzieła. Dlatego wszelkie uchybienia należy traktować z przymrużeniem oka.
Podsumowując: tak, zasiliłam grono entuzjastów tej pozycji i gdy tylko wywiążę się ze wszystkich zaległych lektur, sięgnę po więcej. No i oczywiście film obowiązkowo! Polecam, choć pewnie większość z was ma już „Millenium” za sobą ;) A może się mylę?
Ocena: 5/6