Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 listopada 2014

Rachel Cohn: "Beta"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 23, 2014 6 komentarze

Autor: Rachel Cohn
Tytuł: "Beta"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 316

Elizja jest klonem nastolatki, wersją beta. Nie ma uczuć ani pragnień, z jej ciała usunięto duszę. Stworzono ją po to, by służyła ludziom, mieszkańcom rajskiej wyspy. Przynajmniej tak to powinno działać w teorii. Dziewczyna zdaje sobie jednak sprawę, że coś z nią nie tak. Jej podniebienie jest wrażliwe na smaki. Nie chce być posłuszna. Poznaje chłopaka, który zaczyna budzić w niej uczucia. Dociera do niej, że jest defektem. A to oznacza, że stanowi zagrożenie dla ludzi. Musi ukrywać swoją prawdziwą naturę, jeśli chce przeżyć.

Oczywiście fabuła nie jest oryginalna, ale z tego pomysłu dałoby się sporo jeszcze „wycisnąć”. Dałoby się – bo książka „Beta” nie do końca podołała zadaniu. Opisany przez Rachel Cohn świat jest niedoprecyzowany – pojawia się tu zbyt mało informacji o początkach wyspy Dominium, jej właściwościach i mieszkańcach, a także o samym procesie klonowania. Informacje te są podane, ale w sposób szczątkowy, mało barwny. Brakuje detali. Autorka naszpikowała powieść terminologią, którą niewystarczająco tłumaczy. Tak jakby chciała nowymi pojęciami zbalansować braki w opisach. Ileż można czytać o zażywaniu raksji czy graniu w FantaSferze? Wprowadzenie podobnych pojęć w żaden sposób nie wpływa na rozwój akcji. Nie charakteryzuje świata, o którym wciąż niewiele wiemy. Język miał chyba imitować żargon nastolatków przyszłości, a wyszło po prostu komicznie:

„Nie ma mowy, niunia. Może i mam megajazdę, ale potrafię jeszcze zakumać, że to jakaś schiza. Wiesz, że będę musiał powiedzieć tacie? Rozumiesz, debeściaro?”.

Muszę coś więcej dodawać? Ciężko czytało mi się tę książkę, choć jakoś dobrnęłam do końca. Pisarka jakby nie miała pomysłu na fabułę – im dalej, tym bardziej rozczarowuje. Sięga po motywy, które już znamy i które dobrze się sprawdzają. Świat przyszłości. Silna dziewczyna, buntująca się zastanemu porządkowi. Rebelia. Sztucznie wprowadzony brak uczuć kontra miłość zmieniająca wszystko. A mimo to książka była po prostu nudna. Miejscami żenująca. A to przecież dopiero pierwsza część serii.

wtorek, 2 września 2014

Irvin D. Yalom: "Kat miłości"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 02, 2014 2 komentarze

Autor: Irvin D. Yalom
Tytuł: "Kat miłości"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 308

Na studiach jednymi z najciekawszych zajęć były dla mnie ćwiczenia z psychologii. Oczywiście nie nadawałabym się do tej roli, ale zawsze interesował mnie zawód psychologa/psychiatry, sam proces terapii i to co może z człowieka wyciągnąć i jak mu pomóc. Dlatego lubię książki, filmy czy seriale, w których pojawiają się psychologiczne wątki. Pozycja „Kat miłości” pod tym względem była dla mnie idealna – pozwoliła mi zajrzeć do gabinetu terapeuty, uchylić drzwi i zobaczyć co się za nimi skrywa.

Profesor Irvin D. Yalom przybliża nam kilka przypadków ze swojej pracy zawodowej, kilka historii, a każda z nich dotyczy czegoś innego. Bohaterowie są różni, ich problemy wydają się czasem drobne, innym razem znów kolosalne i trudne do rozwiązania. Historii jest dziesięć – każda porusza jakiś rodzaj bólu, mówi o pragnieniach, obawach, niespełnieniu. Opisując kolejne sesje, przywołując dialogi i własne przemyślenia profesor wprowadza nas w tajniki swojej pracy z pacjentem, prezentuje najlepsze metody i sposoby porozumienia się z drugą osobą. 

Książka jest świetnie napisana. Czasem styl Yaloma jest może zbyt rzeczowy czy chłodny, ale takim po prostu jest człowiekiem, podchodzi do swojej pracy z profesjonalizmem. Używa zawodowego żargonu, ale tłumaczy każde zjawisko w sposób przystępny. Nie boi się mówić o porażkach. Poza tym dzięki książce można przekonać się, że „psycholog też człowiek” i zdarza mu się utożsamiać z pacjentem i jego kłopotami, że niektórzy lekarze w trakcie sesji szukają rozwiązań także dla siebie i swoich problemów. Psychiatra pisze o swoich kolegach po fachu, często bez sentymentu. Nie każdy psycholog jest fair w stosunku do klientów, nie każdemu można ufać. To bardzo ważne, by między pacjentem a lekarzem nawiązała się nić porozumienia, jakaś zażyłość. Wtedy terapia ma szanse na powodzenie. Jeśli tego nie ma – należy zrezygnować i poszukać innego psychiatry. 

Z minusów – czcionka mogłaby być ciut większa.

Książkę polecam wszystkim zainteresowanym tematyką lub szukającym ukojenia dla własnych życiowych rozterek. Ja sięgnęłam po nią z obu powodów. Może nie znalazłam recept, ale zrozumiałam, że tak naprawdę każdy z nas cierpi, przeżywa i miewa gorsze okresy. Grunt to wziąć sprawy w swoje ręce, przemyśleć problemy na spokojnie, wygadać się, wyjść do ludzi by szukać rozwiązań, nie zamykać się w sobie. Z każdego dołka jest jakieś wyjście. Wartościowa pozycja.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Christina Baker Kline: "Sieroce pociągi"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 28, 2014 5 komentarze
Autor: Christina Baker Kline
Tytuł: "Sieroce pociągi"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 370

 "- Co najlepszego przytrafiło ci się przez te dziesięć lat? - pytam.
- Spotkanie cię po raz drugi.
Uśmiecham się, opierając się o jego klatkę piersiową.
- A poza tym?
- Spotkanie cię po raz pierwszy".


"Sieroce pociągi” nie wciągnęły mnie od pierwszej strony i początkowo nie mogłam sobie wyrobić zdania co do tej książki, ale w miarę upływu lektury byłam coraz bardziej oczarowana. Nie powiem, że jestem nią zachwycona, że wywróciła moje życie do góry nogami, ale przyznam, że czyta się ją naprawdę dobrze i można całkowicie wsiąknąć w świat wykreowany przez Christinę Baker Kline.

Bohaterki mamy tu dwie. Jedną z nich jest Molly, dziewczyna tułająca się po domach zastępczych. Butna i charyzmatyczna wegetarianka z dużą ilością kolczyków w różnych częściach ciała. W ramach wymierzonych jej prac społecznych dziewczyna zaczyna porządkować strych pewnej starszej pani. Vivian to dziewięćdziesięcioletnia urocza staruszka, która tak naprawdę nie chce wyrzucać starych rzeczy, a jedynie spojrzeć na nie ostatni raz i przypomnieć sobie kim była. W miarę postępów prac dwie kobiety odkrywają, że mają ze sobą dużo wspólnego - tak rodzi się między nimi przyjaźń, a Vivian odkrywa przed nastolatką swoją mroczną przeszłość.

Lubię takie połączenia, gdy bohaterem jest dziecko bądź nastolatek, zaprzyjaźniający się ze starszą osobą. W takich relacjach jest coś zjawiskowego, niosą wiele nieszablonowych sytuacji, dużo ciepła, zrozumienia i mądrości. Zmieniają obie strony i dają nowe spojrzenie na świat. Tak jest i tutaj. Dodatkowo, razem z Vivian wracamy do jej lat dziecięcych, do trudnych czasów, gdy z grupką innych dzieci została wywieziona z ojczyzny tzw. sierocym pociągiem. Mamy okazję dowiedzieć się więcej na temat zjawiska, które jest ciemną kartą historii USA. Wspomnienia staruszki prowadzone są narracją pierwszoosobową, co bardzo mi się podobało - ułatwiło to odczucie na własnej skórze niedoli dziewczynki, pozwoliło się z nią zżyć. Osobiście najbardziej podobała mi się ta partia książki, gdy poznajemy dorosłe już życie Vivian, gdy z pokrzywdzonej, bezradnej dziewczynki zaczyna wyrastać na piękną, szczęśliwą kobietę. Kiedy akcja wraca do współczesności pojawia się narracja trzecioosobowa -wtedy główną bohaterką staje się Molly i jej również niełatwe wkraczanie w dorosłość.


Książka zaopatrzona jest w wywiad z autorką, która opowiedziała skąd pomysł na fabułę i jak wyglądały jej badania, poszukiwania i rozmowy ze świadkami i  krewnymi bohaterów tamtejszych zdarzeń. Dostajemy tu także informacje historyczne na temat tułaczki, jaką odbywały porzucone, bezdomne dzieci w Stanach Zjednoczonych w latach 1854-1929. Szacuje się, że "sieroce pociągi" przewiozły ok. dwieście tysięcy dzieci. Miały znaleźć nowy dom, schronienie i opiekę, ale często czekał je los najgorszy z możliwych - były tanią siłą roboczą, wykorzystywaną przez opiekunów, trafiały do rodzin patologicznych czy ubogich, gdzie często padały ofiarą przemocy czy wykorzystywania na tle seksualnym. Dobrze, że to co kiedyś zatajano, dziś może ujrzeć światło dzienne.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Kate Atkinson: "Jej wszystkie życia"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 07, 2014 6 komentarze



Autor: Kate Atkinson
Tytuł: "Jej wszystkie życia"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 568

„A gdybyśmy tak mogli przeżywać nasze życie raz za razem, żeby wreszcie zrobić to jak należy? Czy to nie byłoby wspaniałe?”.



W 1910 roku, podczas szalejącej w Anglii śnieżycy, przychodzi na świat dziewczynka. I umiera, zanim zdąży zaczerpnąć pierwszy oddech. W 1910 roku, podczas szalejącej w Anglii śnieżycy, rodzi się ta sama dziewczynka. I żyje, snując swoją opowieść.


Mój stosunek do książek jest dwojaki: albo do mnie trafiają, rozbudzając wiele emocji, albo nie. Przytoczone przeze mnie zdanie z opisu wydawcy powieści Kate Atkinson „Jej wszystkie życia” podziałało właśnie tak – wbiło się we mnie i czułam, że pokocham tę opowieść, że spędzę z nią kilka fascynujących popołudni. Czy się udało?

Ursula Todd dostaje od losu coś, co można uznać zarówno za najwyższą nagrodę, jak i przekleństwo. To możliwość powtórnego przeżywania swoich dni, raz za razem. W momencie gdy Ursula umiera („zapada w ciemność”) - jako niemowlę, dziewczynka, dorosła kobita, staruszka - dzieje się coś niesłychanego. Czas zatacza koło, bohaterka jest sprowadzana powtórnie na świat i ma szansę naprawić błędy, pokierować życiem tak, by uchronić siebie lub bliskich. Ursula nie jest świadoma mocy, jaką jej dano. Co prawda nachodzą ją dziwne przeczucia, deja vu, posiada jakby wrodzony szósty zmysł i często bezwiednie robi coś, by zmienić bieg wydarzeń, ale nie jest do końca świadoma roli, jaką może odegrać. Czasem wydaje jej się, że wiodła już takie życie, że doświadczała podobnych sytuacji albo znała ludzi, którzy w nowej teraźniejszości są jej obcy, ale pozostaje z tym zupełnie sama, nie ma u kogo szukać pomocy.

Jednak to, co ją spotyka, musi dokądś prowadzić. W trakcie lektury można zadać sobie wiele ważnych pytań – czy ingerencja w przeszłość ma sens? Czy jest dobra? Czy może powinniśmy pozostawić dzieje własnemu losowi? Wybory Ursuli często mają tragiczny finał. Zdarza się, że dziewczyna przychodzi na świat parokrotnie by utknąć w tym samym punkcie, nim uda jej się osiągnąć sukces. Ścieżki jej życia również biegną w różnorakie strony. Może zostać starszą, samotną kobietą, opłakującą śmierć brata, może też wychowywać córkę pod nosem samego Hitlera u progu II wojny światowej. Wyobraźnia Atkinson nie zna granic. Tu może zdarzyć się wszystko.

Pomysł jest genialny. Co prawda nie jest niczym oryginalnym – mieliśmy już podobne przypadki w literaturze czy kinie („Dzień świstaka”, „Efekt motyla”), jednak pisarka poprowadziła swoją historię w mistrzowski sposób. Całość nie nuży, choć historia często wraca do początku. Jest spójna, drobiazgowa, warto zwrócić uwagę na detale. Czegoś jednak mi zabrakło. Narracja trzecioosobowa odsunęła nieco główną bohaterkę na bok. Zabrakło mi głębokich emocji i pokazania tego, co działo się we wnętrzu Ursuli, o czym myślała, jaka była. Paradoksalnie wiem o niej wciąż za mało. Ten drobiazg przyćmił trochę moją ocenę, nie zdołałam się zżyć z bohaterką, a przez to jej losy nie poruszyły mnie tak, jak powinny. Potencjał był naprawdę duży, jednak pozostał niedosyt.

czwartek, 6 marca 2014

Mantak Chia, Maneewan Chia: "Miłosny potencjał kobiety"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 06, 2014 2 komentarze

 

Autor: Mantak Chia, Maneewan Chia
Tytuł: "Miłosny potencjał kobiety"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 328







Mantak Chia jest nauczycielem taoizmu, wspólnie z żoną prowadzi seminaria na temat ezoterycznej seksuologii, medycyny i filozofii życia, efektem których jest książka „Miłosny potencjał kobiety”. Książka zdradza tajniki filozofii Wschodu i tamtejsze, niezwykle czułe i świadome podejście do ludzkiej seksualności. Jak mówią autorzy, skierowana jest do wszystkich, którzy chcą wstąpić na drogę prawdziwej świętej miłości i zwiększyć swój potencjał seksualny. A czym właściwie jest taoizm?

Taoizm filozoficzny to jeden z głównych (obok konfucjanizmu i buddyzmu) kierunków klasycznej filozofii chińskiej. Związany jest nierozerwalnie z pojęciem dao. Dao jest esencją wszechświata, stanowiącą podłoże wszelkich zmian. Nie może być opisane słowami (a jeżeli – jak głosił Zhuangzi – to tylko za pomocą paradoksów), gdyż ciągle się zmienia, ponadto każdy opis jest jedynie przybliżeniem rzeczywistości. Można jednak poprzez rozwój duchowy osiągnąć stan mędrca taoistycznego i tym samym harmonię z dao. [za: Wikipedia]

Piszę o tym, bo sama nie zagłębiałam się w szczegóły, gdy wybierałam tę książkę, a powinnam. Przytoczone powyżej informacje już mniej więcej obrazują co znajdziemy w środku. Przyznam, że jestem totalnym laikiem jeśli chodzi o wizję ludzkiego ciała – świątyni ducha, która poprzez różnego rodzaju praktyki łączy się z boskim absolutem. Szczerze mówiąc, wszystkie te fragmenty o poszukiwaniu w sobie energii, medytacjach, ćwiczeniach oddechowych i innych działaniach, mających na celu samopoznanie i osiągnięcie mistycznych przeżyć, w ogóle mnie nie porwały, bo tego nie czuję. Jeśli ktoś z góry jest nastawiony tak pasywnie jak ja, to na pewno nie jest książka dla niego. Jeśli jednak jest zainteresowany filozofią Wschodu i ma za sobą jakieś pierwsze ćwiczenia w tym zakresie, na pewno będzie zadowolony z przybliżonych tu porad, technik i przykładów.

Książka jest adresowana do kobiet, ale ponieważ znajdują się tu też ćwiczenia dla dwojga, może być wykorzystywana również przez mężczyzn. W końcu ma służyć spełnieniu obojga partnerów. Oprócz w miarę szczegółowych opisów różnych ćwiczeń i medytacji znajdują się tu też praktyczne szkice (budowa anatomiczna narządów, pozycje, obszary energetyczne itp.).

Kilkanaście, myślę, że nawet jeszcze kilka lat temu, podobne książki były pewnie skrzętnie ukrywane, czytane gdzieś pod biurkiem, w samotności. To dobrze, że coraz więcej mówi się o ludzkiej seksualności, kształci w tym zakresie, proponuje metody, które rozwijają nas w tym zakresie. I dobrze, że są to publikacje różnego typu, dzięki czemu jest w czym wybierać. Choć „Miłosny potencjał kobiety” nie trafia do mnie w ogóle jestem pewna, że są pary, które dzięki podobnym lekcjom osiągnęły Orgazm Głębinowy czy inne tego typu rzeczy. Ale myślę, że najważniejsze wnioski, jakie płyną z lektur tego pokroju są takie, że seks jest wspaniałą formą miłości, oddania i czułości, które skutkują doznaniem intensywnych przeżyć. Warto poszukiwać :)

piątek, 15 listopada 2013

Naomi Wolf: "Wagina. Nowa biografia"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 15, 2013 4 komentarze





Autor: Naomi Wolf
Tytuł: "Wagina. Nowa biografia"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 344




Wyobrażacie sobie jak nasze babcie albo matki trzymają taką książkę w pokoju na biurku, frontem okładki, i podczytują w wolnej chwili? Myślę, że takie ostentacyjne czytanie o waginie nieodzownie budziłoby zgorszenie, nawet jeszcze kilka lat temu. Podobne książki owszem pojawiały się, ale zawsze zabierano się do nich gdzieś cichaczem, w wielkiej tajemnicy, a rozmawiać otwarcie, dyskutować – było to raczej nie do pomyślenia. Czasy się zmieniają, feministki wkraczają do boju, a kobiety już nie tylko przyznają się do swoich seksualnych potrzeb, ale coraz śmielej o tym mówią, szukają inspiracji, zdobywają wiedzę w tym zakresie, manifestują swoje pożądanie i oczekują doświadczonego w tym kierunku partnera, który będzie w stanie sprostać ich pragnieniom. Tabu się gdzieś zaciera, wyzbywamy się wstydu i bardzo dobrze. Wokół waginy przez lata narosła pewna nieznośna otoczka, jaką należy przełamać. O kobiecych narządach płciowych nie mówiło się, a jeśli już, to w sposób bardzo pobieżny, mechaniczny. Albo w innym kontekście – wulgarnym, tłamszącym, prowokującym. To wszystko wywołało trwałe ślady w psychikach dojrzewających kobiet, sprawiło że wiele z nas ma problemy ze swoją seksualnością, nie potrafi się otworzyć. Ale zmiany są postępowe, a takie publikacje są doskonałym wsparciem. O czym więc jest książka Naomi Wolf i kto powinien po nią sięgnąć?

Autorka przeżyła uraz kręgosłupa, po którym jej doznania erotyczne znacznie się osłabiły. Szukając ratunku, zaczęła zgłębiać temat kobiecej seksualności, a wkrótce otrzymała zlecenie na napisanie książki. Pracowała nad nią parę lat, konsultując się z lekarzami, terapeutami, masażystami, a także przeprowadzając rozmowy i ankiety wśród kobiet i mężczyzn. Jej publikacja obejmuje kilka tematów. Wolf nie tylko skupia się na fizycznych aspektach kobiecych narządów – na tym jak jesteśmy zbudowane, gdzie osadzone są główne ośrodki „rozkoszy” i jak je stymulować, ale pisze również jak kształtowało się podejście do kobiety w różnych kulturach, skąd bierze się kobieca oziębłość i niezdolność (tylko pozorna) do przeżywania orgazmów oraz co zrobić, by odnaleźć swoją „Boginię” i czerpać z seksu pełną rozkosz.

czwartek, 8 marca 2012

Stieg Larsson: "Zamek z piasku, który runął"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 08, 2012 10 komentarze

Autor: Stieg Larsson
Tytuł: "Zamek z piasku, który runął"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 784







"- Ale dlaczego nie doniosła pani na policję o gwałcie ze szczególnym okrucieństwem, kiedy ma pani… tak przekonujący dowód?
- Nie rozmawiam z policją – odparła Lisbeth Salander beznamiętnie."




I stało się – właśnie zakończyłam swoją przygodę z „Millenium” Larssona.
Trzecia część trylogii jest kontynuacją zdarzeń, zapoczątkowanych w poprzednim tomie. Lisbeth przez większość czasu przebywa w zamknięciu – najpierw po ciężkich obrażeniach i skomplikowanej operacji zostaje zamknięta w szpitalnej sali, gdzie może odwiedzać ją tylko jej adwokat, następnie zostaje przeniesiona do aresztu, gdzie oczekuje na proces. Zarzuty wobec Salander są bardzo poważne, jednak jej przyjaciele zrobią wszystko, by uniewinnić dziewczynę, wykazać spisek, jakiemu padła w dzieciństwie, a także ujawnić wieloletnią działalność przestępczą organizacji zakamuflowanej w rządzie.

Muszę przyznać, że kolejny raz z niecierpliwością pochłaniałam strony, czekając na rozwiązanie, a jednocześnie chciałam jak najbardziej przedłużyć ten moment, mając świadomość, że już więcej nie będę mogła przeczytać książek tego utalentowanego, tragicznie zmarłego pisarza. Jeżeli chodzi o ostatnią część trylogii, to jest bardzo dynamiczna i przynosi wiele odpowiedzi. Większość akcji kręci się wokół zbierania materiałów na rozprawę sądową i do specjalnego wydania „Millenium”, także dużo tu prywatnych śledztw, researchu, spekulacji, kompletowania dokumentów, polityki i składania układanki z porozrzucanych w różnych miejscach puzzli. Ważne jest to, że w powieści wszystko się ze sobą zazębia, dopasowuje, tłumaczy. Autor naprawdę dopracował intrygę i stworzył kryminalny majstersztyk. Trzeba mieć zacięcie, by panować nad taką ilością szczegółów. I wreszcie – sama rozprawa sądowa, poprowadzona przez siostrę Mikaela. Coś niesamowitego, czyta się z ogromną satysfakcją.

Książka opowiada o bezprawiu, którego ofiarą w tym wypadku padła niewinna nastolatka. I konsekwencjach. Obnaża niesprawiedliwość, jakiej Lisbeth doznała ze strony państwa, które powinno ją chronić. Aspołeczność dziewczyny wynikła właśnie z tego – przez lata wszyscy, do których się kierowała ze swoim dramatem, lekceważyli ją. Policja, lekarze, rząd – tylko dlatego, że była córką chronionego klauzulą tajności szpiega. Teraz wreszcie prawda wychodzi na jaw, a Lisbeth może uzyskać zadośćuczynienia za krzywdy. Ponadto powieść wzorem zapoczątkowanego w pierwszej części problemu, nadal podkreśla jak wiele zła kobiety codziennie zaznają z rąk mężczyzn. Larsson napisał trylogię jakby ku pochwale kobiet – stworzył wyrazistą bohaterkę z ciętym językiem, która mimo przeciwności losu wychodzi na prostą, dając tym samym motywację wszystkim innym, cierpiącym, wykorzystywanym przedstawicielkom płci pięknej. To bardzo ważne, że owo zagadnienie zostało zaakcentowane z taką mocą. Po trzecie zaś, jest to historia przyjaźni, której nic nie może złamać.

Polecam cała serię.

Ocena: 5/6

sobota, 25 lutego 2012

Stieg Larsson: "Dziewczyna, która igrała z ogniem"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 25, 2012 16 komentarze

Autor: Stieg Larsson
Tytuł: "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 704




"Miałam cholernie paskudny tydzień i jestem w cholernie kiepskim humorze. A wiesz, co w tym wszystkim najgorsze? Gdzie się nie obrócę, wszędzie jakiś zasrany dupek stoi mi na drodze i szpanuje obwisłym brzuchem. Idę stąd, więc się przesuń."



Po przeczytaniu pierwszej części trylogii „Millenium” S. Larsson’a, wielkim zachwycie, świetnym filmie na podstawie powieści i ogólnie pojętym entuzjazmie dla tej serii, zrobiłam sobie mały prezent, a mianowicie, zakupiłam cały pakiet książek szwedzkiego pisarza. Niestety nie mogłam zabrać się do czytania od razu, ale właśnie nadrabiam zaległości – jestem świeżo po przeczytaniu „Dziewczyny, która igrała z ogniem”.

Trudno mówić cokolwiek o fabule, w przypadku książki gdzie wydarzenia z noty wydawcy rozgrywają się dopiero około 200-300 strony. Ale Larsson ma to do siebie, że z niczym się nie spieszy, książka długo się rozkręca. Paradoksalnie jednak, jego kryminały mają zgrabną intrygę i trzymają w napięciu.

Lisbeth ma tendencje do pakowania się w kłopoty, tym razem jednak przeszła samą siebie. Policja w całym kraju mobilizuje siły, by ją złapać. Dziewczyna podejrzana jest o straszliwe przestępstwo, a mocne dowody zdają się niepodważalnie potwierdzać owe przypuszczenia. Mikael Blomkovist, który nie miał z Lisbeth kontaktu od roku, postanawia wkroczyć do akcji. Nie wierzy w zarzuty wobec przyjaciółki, co więcej, jego gazeta również zostaje wplątana w śledztwo. Również były pracodawca Lisbeth dorzuca swoje trzy grosze i wspiera działanie policji, z zamiarem odkrycia prawdy. Problem w tym, że dziewczyna przepadła bez wieści i choć jest poszukiwaną listem gończym niebezpieczną psychopatką, nie da się jej złapać…

To bardzo fajne uczucie znów spotkać się z ulubionymi bohaterami i móc odkryć wiele faktów z zagadkowej przeszłości Lisbeth, bo druga część tej kryminalnej serii dostarcza nam sporo sensacji. Całość utrzymana jest w podobnym stylu jak poprzednia – każda pojawiająca się w historii osoba ma szczegółowo dopracowaną przeszłość, wydarzenia są powiązane ze sobą w sposób prawdopodobny i wiarygodny, trudno w tej skomplikowanej konstrukcji doszukać się błędów, mamy tu dużo zawiłych opisów i wyjaśnień, a także kryptoreklam (opisy zakupów, wystroju wnętrz, sprzętu komputerowego), jednak są one tak wkomponowane w tekst, że o ile irytowały w pierwszym tomie, teraz można się już z nimi oswoić i po czasie nawet nie zwraca się już na nie większej uwagi. Są raczej charakterystyczną manierą pisarza. W odróżnieniu jednak od poprzedniej części, ta urywa się w momencie, który wymaga kontynuacji – część trzecia będzie zatem swoistym uzupełnieniem i najlepiej czytać je od razu jedna po drugiej.




No i Lisbeth… Samotna dziewczyna o niepozornym wyglądzie, z którą lepiej nie zadzierać. Stojąca na straży dobra kobiet, szaleńczo broniąca własnej niezależności. Trudna, nieobliczalna, ponadprzeciętnie inteligentna i definitywnie sprawiedliwa. W jej świecie za zło trzeba karać, każdą krzywdę pomścić. Wyrazista do bólu.


Po przeczytaniu drugiego tomu nie można zaprzestać lektury, tylko jak najszybciej brać się za trzeci, bowiem druga część kończy się w najciekawszym momencie (uprzedzam) – także niewątpliwie wkrótce pojawi się tu recenzja ostatniego tomu.

Ocena: 5/6

niedziela, 18 grudnia 2011

Stieg Larsson: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 18, 2011 20 komentarze

Autor: Stieg Larsson
Tytuł: "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 640



"Myślę, że nie masz racji. To nie jest jakiś seryjny morderca, który naczytał się za dużo biblijnych tekstów. To tylko zwykły łajdak, który nienawidzi kobiet."


Trylogię „Millenium” szwedzkiego pisarza, Stiega Larssona, znają chyba wszyscy, przynajmniej ze słyszenia. Długo uważałam, że są to powieści dla mężczyzn i trzymałam się od nich z daleka, ale na szczęście przełamałam tę przypadkową i niczym nie potwierdzoną opinię. Ponieważ już w styczniu do kin wchodzi ekranizacja pierwszej części – książki „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” i jej zwiastun mnie zaintrygował, postanowiłam zmierzyć się z książką i była to trafna decyzja.

Sting Larsson był szwedzkim dziennikarzem, który zmarł niespodziewanie w 2004 roku, tuż przed premierą pierwszej części trylogii, a więc nie dożył jej błyskotliwego sukcesu. Najprawdopodobniej pisarz złożył w wydawnictwie od razu manuskrypt wszystkich trzech części. Ciekawostką jest również nazwisko tłumacza cyklu, Beaty Walczak-Larrson. Postanowiłam wykryć czy jest to zbieżność przypadkowa i okazuje się, że jednak tak. Tłumaczka nigdy nie poznała pisarza.

Fabuła książki oscyluje wokół tragedii sprzed lat. Dziennikarz i wydawca „Millenium”, Mikael Blomkvist, zostaje powołany przez seniora rodu Vanger, Henrika, do wykrycia mordercy jego krewnej, Harriet. Dziewczynka zaginęła czterdzieści lat wcześniej w nigdy nie wyjaśnionych okolicznościach, choć sprawą bardzo długo zajmowała się policja, a i sam Henrik poświęcił śledztwu całe życie. Mikael bierze sobie do pomocy utalentowaną Lisbeth Salander, mistrzynię researchu. Wydaje się, że przedawniona sprawa jest niemożliwa do rozszyfrowania, jednak dzięki pracy zgranego teamu wychodzą na jaw pomijane dotąd poszlaki.

O tej książce napisano już wiele, więc nie zamierzam powielać tych opinii. Mogę z ręku na sercu przyznać, że książka jest dobra i mimo znacznej ilości stron, czyta się ją wybornie i szybko. Larssonowi udało się ukuć wciągającą, wieloaspektową intrygę, a taka zagadka jest przecież podstawą dobrego kryminału. To niesamowite, że każdy, nawet drobny przypadkowy ślad może okazać się kluczem do odnalezienia prawdy. Okazuje się, że mimo czasowego dystansu sprawa nie jest beznadziejna, a dzięki głębokiemu zaangażowaniu bohaterów, można doświadczyć cudu. Na pochwałę zasługują też sylwetki dwójki głównych bohaterów i ich miażdżąca inteligencja. Na tym tle wybija się zwłaszcza aspołeczna Lisbeth – nietuzinkowa młoda kobieta, o prowokującym wyglądzie – jej ciało zdobią tatuaże i kolczyki, a ona sama jest wątłej budowy, wygląda na bardzo kruchą. Nic jednak bardziej mylnego – kiedy trzeba, z wystraszonej owieczki zamienia się w żądnego zemsty wilka. Jej geniusz i ponadprzeciętne zdolności znacznie przyspieszają tempo poszukiwań. W pierwszym tomie jej postać jest trochę zdominowana przez dziennikarza, mam jednak nadzieję, że w kolejnych sytuacja się zmieni, bowiem z pewnością sięgnę po resztę części.

Książka zaskakuje rozwiązaniem, a to w takich powieściach podstawa sukcesu. Z dobrych stron – autor złożył w niej hołd kobietom, ukazując brutalny i cyniczny świat mężczyzn, wykorzystujących słabszą płeć. Larsson skrupulatnie odnotowuje jak wiele kobiet cierpi i milczy, ile krzywd, przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej odbierają z męskich rąk. Nie boi się mówić o seksualnych dewiacjach, makabrycznych morderstwach i gwałtach. Przerywa milczenie pokazując, jak wiele złego mogą wyrządzić mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. To dobra lekcja i ostrzeżenie. Za ten gest w stronę ofiar należy mu się wielki plus.

Z minusów – książka długo się rozkręca, bowiem nasza dwójka zaczyna pracować razem dopiero gdzieś około trzysetnej strony. Także po rozwiązaniu intrygi autor ciągnie jeszcze jeden wątek, który może też nudzić. Punkt kulminacyjny mamy za sobą, emocje opadły, a wciąż pozostaje przed nami kilkadziesiąt stron. Mogą irytować też zawarte w tekście kryptoreklamy sprzętu komputerowego, którymi co rusz raczy nas autor. Prawdopodobnie pobieżna redakcja i korekta książki mogła być wywołana przedwczesną śmiercią autora, który nie zdążył dopracować swojego dzieła. Dlatego wszelkie uchybienia należy traktować z przymrużeniem oka.

Podsumowując: tak, zasiliłam grono entuzjastów tej pozycji i gdy tylko wywiążę się ze wszystkich zaległych lektur, sięgnę po więcej. No i oczywiście film obowiązkowo! Polecam, choć pewnie większość z was ma już „Millenium” za sobą ;) A może się mylę?

Ocena: 5/6
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon