Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2015

David Nicholls: "Jeden dzień"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 11, 2015 3 komentarze

David Nicholls: "Jeden dzień"
Świat Książki
446 str.



Parę lat temu oglądałam film „Jeden dzień” - przyjemną komedię romantyczną na jeden wieczór, z przejmującym zakończeniem. Gdy więc upolowałam na promocji książkę Davida Nichollsa za kilka złotych stwierdziłam, że czemu nie. Wprawdzie ostatnio rzadko sięgam po ten gatunek, ale chciałam zobaczyć, czy książka przywoła wspomnienie filmu.

Opowieść oparta jest na utartym schemacie. Ona – inteligentna, szara myszka o wielkim sercu i on – pewny siebie podrywacz z wysoko notowanej rodziny. Woda i ogień. Jeden dzień, jedna wspólnie spędzona noc, łączy ich na zawsze. Śledzimy losy tej pary przyjaciół, zastanawiając się, co właściwie ich łączy, jak znajdują wspólny język? Wydaje się, że nie pasują do siebie ani trochę. Nawet nie kibicujemy, by zostali parą. Emma zasługuje na kogoś lepszego, kto ją doceni, kto będzie wierny i uporządkowany. Dex chyba nigdy się nie zmieni – pieniądze, sława i piękne kobiety, żyje dla tych trzech. Mijają lata i każde z nich układa sobie swoje życie. Przypomina wam „Love, Rosie”? Może coś w tym jest. Tylko zakończenie ratuje tę książkę – bo niezwykle silnie oddziałuje na czytającego. Można to nazwać sztampowym chwytem, a można podziwiać odwagę autora. Podobał mi się zwłaszcza ten zwrot akcji, cofnięcie w przeszłość. Myślę, że wiele osób zna tę historię, jednak nie chcę zdradzać zakończenia. 
 
Podsumowując – książka jakich wiele, ale wielu bardzo się spodoba. Mimo wszystko, bohaterowie filmu wzbudzili we mnie większą sympatię, niż ci książkowi.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Priscille Sibley: "Obietnica gwiezdnego pyłu"

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 13, 2014 4 komentarze



Autor: Priscille Sibley
Tytuł: "Obietnica gwiezdnego pyłu"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 416






Znali się od zawsze. Dorastali razem, przyjaźnili się, wkrótce pojawiło się uczucie. Nawet gdy czas rozdzielił ich drogi, wciąż coś pchało ich ku sobie. Czasem ludzie są naprawdę sobie pisani – tak było w przypadku Matta i Elle. Gdy w końcu stanęli na ślubnym kobiercu, zapragnęli stworzyć rodzinę. Ale Elle nie mogła donosić ciąży. Najbardziej na świecie pragnęła dziecka, lecz wydawało się, że to niemożliwe. Wtedy zdarzył się straszny wypadek – Elle spadła z drabiny, uderzając się niefortunnie w głowę. Stwierdzono śmierć mózgową, nie było dla niej ratunku. Wtedy nastąpił cud – okazało się, że w łonie kobiety rozwija się dziecko...

Trudno dokonać wyboru takiego, przed jakim stanął Matt i cała jego rodzina. Z jednej strony Elle nie życzyła sobie sztucznego podtrzymywania przy życiu, gdyby kiedykolwiek doszło do takiej sytuacji. W dzieciństwie obserwowała powolne umieranie swojej matki, która bardzo cierpiała, i panicznie bała się takiej śmierci. Z drugiej strony, choć Elle odeszła, żyło w niej dziecko. To prawda, że trzeba by sztucznie podtrzymywać przy życiu matkę przez wiele tygodni, nie mając gwarancji, że dziecko przeżyje. Ale jeśli istniał choć cień szansy, że marzenie kobiety się ziści, że zostawi po sobie potomstwo, to może warto? Rodzina stoczy trudną batalię. Po jednej stronie szali pojawi się prawo do życia nienarodzonego dziecka, po drugiej godna śmierć i uszanowanie woli Elle.

piątek, 10 stycznia 2014

Matthew Quick: "Poradnik pozytywnego myślenia"

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 10, 2014 10 komentarze





Autor: Matthew Quick
Tytuł: "Poradnik pozytywnego myślenia"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 376




„Dobrze, że rozpłakałeś się przy tej piosence. Teraz musimy tylko przekształcić łzy w ruch. Musisz płakać przez taniec, rozumiesz?”


Pewnie wiele/u z Was widziało nominowany do Oscara aż w 8 kategoriach film „Poradnik pozytywnego myślenia”. Mniej więcej w tym samym czasie pojawiło się polskie wydanie książki, na której oparte jest to dzieło. Na okładce główni bohaterowie – Bradley Cooper i Jennifer Lawrence. Trudno więc nie utożsamiać ich z miejsca z bohaterami Matthewa Quick’a, choć książka i film zdecydowanie różnią się od siebie.

Pat to trzydziestopięciolatek, który właśnie wyszedł z „niedobrego miejsca”. Nie do końca ma świadomość dlaczego przebywał na oddziale zamkniętym, i że spędził tam… cztery lata. Początkowo Pat czuje, że rozłąka z Nikki, jego żoną, trwała chwilę, najwyżej kilka miesięcy. Jest przerażony i totalnie zagubiony, gdy odkrywa, że jego najbliżsi mają kilkuletnie dzieci, jego ulubiony stadion zburzono i wybudowano nowy, a brat jest żonaty. Chwilę trwa, nim Pat przyswoi te informacje i odkryje co tak naprawdę dzieje się w jego głowie. Pomocna w odnalezieniu stabilizacji okaże się Tiffany – dziewczyna równie ”skrzywiona” jak on. Ich znajomość początkowo cechuje spory dystans, ale wkrótce połączy ich skomplikowana, pełna temperamentu zażyłość. Bo nic tak nie zbliża jak… taniec.

niedziela, 15 grudnia 2013

David Mitchell: "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 15, 2013 8 komentarze





Autor: David Mitchell
Tytuł: "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta"
Wydawnictwo: Mag
Stron: 624





Autor „Atlasu chmur” powrócił – z dziełem równie wyrafinowanym, zarówno objętościowo (624 str.), jak i tematycznie. Akcja książki rozgrywa się na przełomie XVIII/XIX wieku. Przedstawia zarówno losy wyspy Dejima, odciętej od świata, jak i zróżnicowane warstwy społeczne jej mieszkańców: rdzennych Japończyków i przybyłych tam kupców, handlowców, urzędników, tłumaczy. Prezentuje rozwój medycyny, nauki, polityki. Zgłębia działanie sieci handlowych, kontaktów między Holandia i Japonią, dzięki którym wyspa żyje, konfrontuje Wschód i Zachód. Dotyka tez problematyki sakralnej w dość kontrowersyjny sposób – dostajemy się razem z porwaną akuszerką Aibagawą za mury tajemniczego klasztoru, gdzie dokonuje się okrutnych praktyk. Kolejne z ważnych tematów to niewolnictwo, władza, nieśmiertelność, rola kobiet. Wszystkie te historie spaja osoba tytułowego bohatera – Jacoba, przybywającego do Japonii by zapracować na rękę ukochanej kobiety. Holenderski urzędnik zostaje wplątany w świat pełen intryg, zawiści, zbrodni i obłudy. Ale doświadczenia ukształtują Jacoba i doprowadzą go na wyżyny, by zaraz potem znów cisnąć go w dół. Jacob to postać kryształowa: człowiek dobroduszny i uczciwy – wciągnięty w wir układów, podstępów i oszustw próbuje zachować swoje wartości, co nie zawsze przysparza mu przyjaciół. Czy uda mu się pozostać sobą, czy też Dejima zepsuje jego serce? Jednak oceniając całą powieść, Jacoba nie można tak do końca uznać za bohatera głównego. Mamy tu wiele innych, wyraźnych, charyzmatycznych postaci. Czasem na kilka długich rozdziałów akcja przenosi się w nowe miejsca, a uczestnikami wydarzeń zostają zupełnie inne osoby. 

Książka porusza tyle zagadnień, wątków i tematów, przez jej karty przewija się tylu bohaterów, że trudno w paru słowach zarysować jej fabułę, opowiedzieć o walorach. Trzeba jednak przyznać, że ta panoramiczna powieść zadziwia, zaskakuje, porusza, wywołuje przygnębienie, radość, wprawia w zadumę. Jestem pod wrażeniem ogromu pracy, jaki włożył autor, by przedstawić właśnie to miejsce i ten czas historyczny w tak autentyczny, drobiazgowy sposób. Jestem olśniona jego wyobraźnią i kreatywnością. Doceniam jego wrażliwość, wiedzę i kunszt literacki. W tej książce każdy znajdzie coś dla siebie – jedni będą z zapartym tchem śledzić perypetie sercowe głównego bohatera, innych zafascynuje motyw handlowy, jeszcze inni ze skupieniem wczytają się w strony poświęcone zwyczajom, mentalności i hierarchii japońskiej. Jest tu także coś dla fanów opowieści z dreszczykiem, wielbicieli spisków i czarnych charakterów. Mamy także wątki nadprzyrodzone, magiczne. Jest i wielka polityka, i religia i nauka. Wszystkiego po trochu, co nie znaczy, że ta powieść to chaotyczny miszmasz. Wbrew pozorom konstrukcja jest bardzo logiczna, przemyślana i wyważona. Autor umiejętnie steruje emocjami czytelnika, buduje napięcie, podsuwa nam nowe tematy w ciekawy sposób, podtrzymuje nasze zainteresowanie, nie przynudza. Nie dziwię się, że książka zbiera tak dobre recenzje.

Polecam, zachęcam :)

wtorek, 10 września 2013

Dodie Smith: "Zdobywam zamek"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 10, 2013 7 komentarze


Autor: Dodie Smith
Tytuł: "Zdobywam zamek"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 352





„Dla wszystkich, którzy pokochali powieść L.M. Montgomety Błękitny zamek” - ten wstęp krzyczy do nas z okładki książki D. Smith „Zdobywam zamek”. A ja się na Montgomery wychowałam, połykając wszystkie „Anie” i ubóstwiając wspomnianą wcześniej powieść – tak na marginesie, leży u mnie na półce,w kolejce do „odświeżenia”, bo minęło tyle lat i ciekawa jestem, jak odbiorę ją teraz, powoli dobiegając trzydziestki (heh :P).

Powieść Dodie Smith z Montgomery ma z cech wspólnych chyba tylko zamek w tytule i czas, w którym rozgrywa się akcja. Jak żartobliwie określono książkę, można ją nazwać „blogiem nastolatki z epoki przedkomputerowej”. Książka miała premierę w Anglii w 1948 roku, polskie wydanie ukazało się na rynku po raz pierwszy. Czy warto „odkurzać” takie starocie, ups, klasyki, co myślicie? Czy to zbyt ryzykowne?


niedziela, 8 września 2013

Haruki Murakami: "1Q84", t. 1

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 08, 2013 7 komentarze



Autor: Haruki Murakam
Tytuł: "1Q84", t.1
Wydawnictwo: Muza
Stron: 480


Za lubimyczytac.pl, bo nie ma sensu się powtarzać, a ujęto tu istotę:

„...tytuł nawiązuje do "1984" George'a Orwella; po japońsku wyraz "dziewięć" wymawia się jak angielskie Q, a q nawiązuje do słowa "question" - pytanie".

I ostrzegam, że mogłam się dać w tej recenzji ponieść na tyle, że zdradziłam trochę za dużo ze swoich domysłów, więc nieznający jeszcze tej trylogii proszę niech czytają baardzo pobieżnie :)

Aomame to niespełniona życiowo instruktorka sztuk walki, darząca uczuciem wspomnienie chłopca poznanego w dzieciństwie. Po pracy morderczyni na zlecenie, w której krzywdy innych kobiet wyzwalają chęć zemsty. Tengo wykłada matematykę, a w wolnym czasie pracuje jako redaktor, stara się też napisać własną powieść. Jak szybko się domyślimy – tych dwóch bohaterów, których losy poznajemy naprzemiennie, już kiedyś się spotkało. Choć ich ścieżki dawno się rozłączyły (i to w osobliwy sposób), można odnieść wrażenie, że wszystko zmierza ku temu, by połączyć je znowu. Tylko, że gdy w grę wchodzi realizm magiczny, rzeczy najprostsze okazują się najbardziej skomplikowane.

piątek, 29 marca 2013

David Mitchell: "Atlas chmur"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 29, 2013 16 komentarze


Autor: David Mitchell
Tytuł: ”Atlas chmur”
Wydawnictwo: Bellona
Stron: 512



„Byliśmy tacy, jacy wy jesteście.”


„Atlas chmur” – przy tym tytule popełniłam kardynalny błąd; najpierw obejrzałam film w kinie, dopiero w ostatnich tygodniach udało mi się przeczytać książkę. Trafiłam na wcześniejsze wydanie (z 2006 r.).

Najpierw zachwycił mnie zwiastun filmu, i ta jedyna w swoim rodzaju melodia „Atlasu chmur na sekstet”, którą wciąż odsłuchuję sobie w wolnych chwilach. Zwiastun, który notabene równie dobrze mógłby być streszczeniem filmu, bo odsłania najcenniejsze konkluzje. Te prawdy o tym, że wszystko jest połączone, nasze życiorysy splatają się z dziejami innych, miłości, rozstania, zdrady – to wszystko przydarza się od wieków, wciąż tylko dotyka ludzi w innej formie, prawdy o reinkarnacji i odnajdywaniu w sobie pozostałości innych biografii. To chyba najważniejsze wnioski, które można wyciągnąć zarówno po lekturze ksiązki, jak i po zapoznaniu się z filmem. Piękne, ale oczywiście nie rewolucyjne. Podane jednak w nieszablonowy sposób, który zaważył o popularności dzieła Mitchella. I, jeśli chodzi o książkę, nie jedyne. Film pozostaje pod tym względem pusty.

Film w porównaniu z ksiązką został trochę spłycony. Doszło do wielu nieuniknionych skróceń i zmian, ale również wielu dla mnie niezrozumiałych (takich jak np. zupełnie inny wiek niektórych postaci). Nie chcę jednak pisać o filmie, który co prawda urzekł mnie wizualnie, w podsumowaniu jest tylko ładnym obrazkiem, bez większego przekazu. Wątki poszatkowano, wymieszano, by dodać w ten sposób trochę „ambitnego polotu”, ale do ksiązki mu daleko.

„Tylko trzy albo cztery razy, kiedy byłem młody, ujrzałem przelotnie Wyspy Radości, nim zniknęły we mgłach, niskich ciśnieniach, szybkich frontach, przeciwnych prądach i niesprzyjających wiatrach… Wziąłem je za dorosłość zakładając, że były stałym punktem krajobrazowym w podróży mojego życia, zaniedbałem zapisanie, na jakiej szerokości i długości leżą, którędy wiedzie do nich droga. Młody byłem i głupi. Czego bym teraz nie oddał za niezmienną mapę tego, co stale nieuchwytne? Za swego rodzaju atlas chmur.”

Dzieło Mitchella bywa niejasne. Niektóre z postaci posługują się specyficznym, archaicznym językiem (Zachariasz, Adam Ewing) – dlatego, przynajmniej w moim wydaniu, odczytanie tekstu - zwłaszcza w pierwszym przypadku, bo mamy tu do czynienia z językiem ubogim, zacofanym – bywało zadaniem karkołomnym. Jednak wiadomo, że był to celowy zabieg i patrząc na dzieło jako na całość, jestem zachwycona umiejętnościami autora – w jednej powieści stworzył tyle odmiennych światów i bohaterów, a każdemu z nich nadał wyraziste, indywidualne cechy. I chociaż to ksiązka, która skupia w sobie kilka zupełnie różnych historii, bardzo szybko zauważamy wszystkie smaczki – subtelne powiązania. Historie rozgrywają się w różnych epokach, w różnych wymiarach czasowych, może też w różnych światach? Trudno dookreślić czasem czas konkretnych wydarzeń, trudno wskazać miejsca akcji na mapie. Mitchell przedstawia zarówno czasy zamierzchłe, odległe, jak również futurystyczną przyszłość. Jednak w każdym z tych miejsc, w każdej z postaci możemy dostrzec echa współczesności.

Mitchell pokazuje zarówno okrucieństwo ludzi w dążeniu do władzy i zaspokajania własnych popędów i pragnień, ale również piękno – jednostki samotnie walczące z systemem, niosące nadzieję, piękno miłości, nawet tej tragicznej. W tych sześciu historiach każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Myślę jednak, że „Atlas chmur” to ksiązka do której trzeba wrócić – przy pierwszym odczytaniu pewnie zatraca się wiele cennych elementów. Jej niejednorodna, eksperymentalna budowa na pewno nie ułatwia interpretacji. Ale czy nie chodzi tu właśnie o to, by o tej książce myśleć?

I najpiękniejszy zwiastun: klik

środa, 10 października 2012

E L James: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 10, 2012 29 komentarze



Autor: E L James
Tytuł: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"
Wydawnictwo: Sonia Draga
Stron: 608



„O tym mówią wszyscy” – tak przekonują nas już nawet slogany na billboardach. Dawno nie widziałam takiej promocji książki. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” – ten tytuł jest wszędzie. Raczej nie spodziewałam się wiele po tej książce, jednak tak jak pewnie wiele z Was chciałam na własnej skórze przekonać się, o co tyle szumu. Swój egzemplarz nabyłam jeszcze na katowickich Targach Książki i trochę odstał w kolejce, ale przyszła kolej i na Greya :)

E L James wzorowała swoją powieść na „Zmierzchu” S. Meyer i rzeczywiście te wpływy są widoczne. Choć w końcowej wersji rolę kochanka-wampira zastąpił piekielnie przystojny bogacz o perwersyjnych seksualnych skłonnościach, bohaterów obu powieści wiele łączy. Ona, Anastasia, to młoda, niewinna i naiwna dziewczyna, która zakochuje się (?) w niedostępnym, tajemniczym mężczyźnie „nie z tego świata”. On nosi w sobie mroczny sekret i mało mówi o przeszłości. Mimo młodego wieku, niewiarygodnie wiele osiągnął. Jego nazwisko jest powszechnie znane i szanowane, a on sam jest wpływowym, zaradnym biznesmenem. Ona lubi przygryzać dolną wargę. On gra na pianinie. Kojarzycie to skądś?

Nikt nie ukrywa, że mamy przed sobą erotyk. Seks pojawia się, i to w dużych, czy nawet bardzo dużych ilościach, jak kto uważa. Nasi kochankowie przedkładają go nad rozmowę czy jakąkolwiek czynność. Oni po prostu nie potrafią przebywać razem i tego nie robić. James nie poskąpiła nam pikantnych opisów. W którymś momencie fabuła jakby schodzi na dalszy plan, zupełnie znika. Jest tylko seks. Czy, jakby określił to Grey, pieprzenie. I chociaż obiecywanych wątków sado-maso jak na mój gust i tak jest niewiele, a relacja Pan-uległa rozwija się niespiesznie, książka jest kontrowersyjna i trzeba mieć mocne nerwy, by ją przetrawić.

Co mi się nie podobało? Zupełnie nieprzystające do okoliczności wykrzyknienia Anastasii typu: Rany Julek, Święty Barnabo, czy opisy poczynań jej wiecznie roztańczonej wewnętrznej bogini. Chcę wierzyć, że to tylko wina tłumaczenia. Powtarzające się zwroty, słówka czy flirty, które z biegiem czasu stają się nudne („Dojdź dla mnie, maleńka” –sić!). Prymitywizm i śmieszność wielu scen. Czasami to, co miało podniecać, po prostu odpycha. Poza tym książka wydana jest niestarannie, a jakość papieru po prostu odstrasza. Bałam się, że kartki rozsypią mi się w rękach, takie są cienkie.

Plus za pogłębienie portretów psychologicznych postaci (o tyle, o ile, ale jednak). Całość mimo wszystko ma ręce i nogi. Bohaterowie mają swoje charaktery, cięty język i bywają zabawni. Ona zaczyna coś czuć do tego niebezpiecznego faceta, który tyle razy ją ostrzegał, by trzymała się z daleka. Gdy poznaje jednak prawdę o jego preferencjach, toczy w sobie wewnętrzną walkę. Christian zaś ma powody, by lubować się w takiej, a nie innej formie miłości. Choć zaczyna o nich mówić, wiele pozostaje wciąż jeszcze ukrytych.

Nie wiem jaki jest pomysł na zekranizowanie tego dzieła, bo przychodzi mi na myśl tylko film pornograficzny.

Pewnie nie przeczytam kolejnych tomów, choć patrząc na ich tytuły można się mniej więcej domyślić jaki będzie finał. Myślę, że patrzę na tę powieść trochę inaczej, przez pryzmat własnych doświadczeń. Tacy Grey’owie istnieją obok nas, a podobne sytuacje się zdarzają. Zachowanie bohaterki może wydawać się dziecinne i ślepe, dopóki sami nie doświadczymy czegoś podobnego. No ale oczywiście nie ratuje to książki, która w mojej ogólnej ocenie wypada raczej słabo.

Ocena: 2,5/6

środa, 3 października 2012

Lauren Oliver: "Pandemonium"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 03, 2012 26 komentarze



Autor: Lauren Oliver
Tytuł: "Pandemonium"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 376

Świat wykreowany w „Delirium” Lauren Oliver zaciekawił mnie, ale jednak nie zafascynował. Nie zżyłam się z bohaterami, nie wyglądałam niecierpliwie kontynuacji. Jednak gdy zaproponowano mi zmierzenie się z „Pandemonium” postanowiłam dać tej serii jeszcze jedną szansę. I nie żałuję, gdyż część druga przypadła mi do gustu o wiele bardziej niż pierwsza, a nowa, powstająca z popiołów Lena Morgan Jones, okazała się bohaterką o wiele wyrazistszą, interesującą.

W „Pandemonium” powracamy do świata, w którym zakazano miłości, uznając ją za śmiertelną chorobę. Lena, przekroczywszy granicę, trafia do Głuszy, wyrywa się spod jurysdykcji surowego prawa. W pierwszym tomie opuściliśmy ją w momencie, gdy ciemny dym oddzielał ją od ukochanego, postrzelonego Alexa. Można było mieć nadzieję, że bohater się odrodzi, że stanie się cud. Jednak rzeczywistość jest bezlitosna. Lena na własnej skórze poznaje jakie są konsekwencje posiadania uczuć – musi zmierzyć się z niewyobrażalnym cierpieniem po stracie miłości swojego życia. Ale musi otrząsnąć się szybko – życie w Głuszy to nie przelewki. Trzeba o siebie zadbać, jeśli chce się przeżyć. Lena dołącza do grupy i poddaje się jej prawom. Wkrótce dołącza do ruchu oporu – organizacji nieleczonych, którzy starają się walczyć o przywilej miłości. Podczas wykonywania jednego z tajnych zadań Lena poznaje Juliana – swojego największego wroga…

„Pandemonium” składa się z dwóch, naprzemiennie występujących części. Rozdziały zatytułowane „Wtedy” opowiadają o życiu Leny po rozstaniu z Alexem, jej przystosowywaniu się do warunków Głuszy i nawiązywaniu pierwszych bliskich, uczuciowych kontaktów z ludźmi. Część druga dotyczy tego, co dzieje się „Teraz”. Wyłania się z niej wizerunek nowej Leny – dziewczyny, silnej, butnej i odważnej. Tej, która pogrzebała swoją przeszłość i choć wciąż nosi żałobę, chce walczyć o swoje prawa. Bardzo podobał mi się pomysł takiego wyboru narracji, zamiast chronologicznego układu. Na pewno jest ciekawiej. Akcja książki jest dynamiczna, przyciąga, czyta się z wielkim przejęciem. Bohaterowie są sprawnie nakreśleni, mają indywidualne cechy, nie są tak bezosobowi jak w pierwszym tomie. Tom drugi sprawił, że przekonałam się do trylogii i wyczekuję na część trzecią, kto by pomyślał.

No właśnie! Już na kilku blogach spotkałam się z recenzjami „Pandemonium” i wiele osób narzekało na zakończenie równie nieprzewidywalne jak przy „Delirium”, jakby urwane, drażniące. Byłam pełna obaw, zmierzając do końca. Niektóre konkluzje mnie nie zaskoczyły, można było się ich domyślić, jednak zakończenie… Jak dla mnie bomba i wcale nie uważam, że jest złe. Nawet cieszę się, że jest takie, a nie inne. I chcę więcej! Czekam na ostatni tom!

"Pandemonium" można czytać bez znajomości "Delirium", jednak sięgając po obie książki ma się na pewno lepszy obraz i lektura dostarcza większych emocji. Polecam!

Ocena: 5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

czwartek, 20 września 2012

Alfonso Signorini: "Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 20, 2012 12 komentarze
Autor: Alfonso Signorini
Tytuł: "Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 224


Marilyn Monroe to legenda. Piękna, niezwykła, kusząca uwielbiana. Amerykańska modelka i aktorka, gwiazda kina lat 50. i 60. XX wieku. Pożądana przez mężczyzn. Wielbiona przez tłumy. Ikona kobiecego piękna. A jednak… jej historia jest tragiczna. Umarła zbyt młodo. Nie urodziła wymarzonego dziecka. Nie zdobyła mężczyzny, którego kochała. Wciąż czuła niedosyt, brak. Zbeletryzowana biografia cudownej Marilyn, autorstwa włoskiego dziennikarza i pisarza, Alfonso Signorini’ego, sugeruje dlaczego.

Tak naprawdę nazywała się Norma Jeane. Nowe nazwisko przybrała wspinając się po szczeblach kariery. Dzieciństwo Marilyn nie należało do szczęśliwych. Wychowywana przez neurotyczną, szaloną matkę, dręczona przez babkę, trafiała pod skrzydła kolejnych opiekunów. Czuła się niekochana, nieakceptowana, zupełnie niepotrzebna. To właśnie wtedy zrodziły się jej sny, sny o sławie, sny o wielkiej karierze. Przeczuwała, że zostanie gwiazdą, pragnęła tego. Miała w sobie wiele samozaparcia i samodyscypliny. Nieugięcie dążyła do celu. Osiągnęła niebywały sukces, to prawda. Ale jej życie prywatne nie było usłane różami. Koszmary dzieciństwa ciągnęły się za nią do końca…

Nie mam zamiaru oceniać historii Marilyn, chcę się skupić na sposobie jej podania. Trzeba przyznać, że chociaż Signorini oddaje istotę życia Marilyn, przedstawia autentyczny życiorys, biografię czyta się jak powieść. Bardzo szybko. Nie wiadomo jednak do jakich źródeł dotarł pisarz, zbierając materiały do swojej książki, na jakich przesłankach oparł konkretne rozdziały, ponieważ nie padają tu żadne przypisy czy bibliografia. To daje trochę do myślenia i zastanawia ile prawdy jest w tym, co pisze włoski autor, a co jest po prostu jego fantazją. Dlatego całość trzeba brać z przymrużeniem oka.

Autor nie zasypuje nas suchymi faktami, wręcz przeciwnie. Opisuje życie kobiety, kobiety prawdziwej, z krwi i kości, poszukującej miłości. i to właśnie ta sfera – związki, uczucia, miłostki Marilyn najbardziej interesują autora. Biografia jest wybiórcza - choć wspomniano o jej rolach, pracy na planie i stosunkach w branży, są to kwestie marginalne. To, co nie interesuje Signorini’ego traktowane jest przez niego powierzchownie. Biografia nie jest bezstronna – autor stawia tezę, dla której każdy rozdział ma być już tylko dobitniejszym potwierdzeniem. Czy słusznie?

Ogromny plus za wklejki ze zdjęciami!

Treści zawarte w książce warto zweryfikować. Na pewno sięgnę po inną, fachową literaturę na temat aktorki. Wiele z sugerowanych przez pisarza kwestii wydaje się przesadzonych, niekompletnych, czy też zbyt ckliwych. Niemniej książka wydaje się dobra na start – rzuca pewne światło na sylwetkę ikony tamtych lat. Nie można jednak bazować tylko na niej.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild




/kolejny raz automatycznie ustawił mi się nowy wygląd bloga i tym razem nie ma tego magicznego przycisku, żeby przywrócić stary. czy ktoś może pomóc?

wtorek, 11 września 2012

Lauren Oliver: "Delirium"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 11, 2012 22 komentarze


Autor: Lauren Oliver
Tytuł: "Delirium"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 360


„Mówili, że bez miłości będę szczęśliwa.
Mówili, że lekarstwo na miłość sprawi, że będę bezpieczna.
I zawsze im wierzyłam.
Do dziś.
Teraz wszystko się zmieniło.
Teraz wolę zachorować i kochać choćby przez ułamek sekundy, niż żyć setki lat w kłamstwie”.

Dawniej wierzono, że miłość jest najważniejszą rzeczą pod słońcem.
W imię miłości ludzie byli w stanie zrobić wszystko, nawet zabić.
Potem wynaleziono lekarstwo na miłość.
Czy gdyby miłość była chorobą, chciałbyś się wyleczyć?”



Większość z Was na pewno czytała albo chociaż słyszała o „Delirium” bo o tej książce było głośno na blogach. W pewnym momencie po prostu roiło się od recenzji, a w każdej zjawiskowa okładka przykuwała na nowo mój wzrok. I wreszcie i ja sięgnęłam po „Delirium”. Czy się „zaraziłam”? :)

„Delirium” to antyutopijna wizja świata przyszłości, której akcja toczy się w miejscowości Portland, w Ameryce. Narratorką powieści jest Lena, która czeka na swoje osiemnaste urodziny. Podda się wtedy zabiegowi, mającemu wyleczyć ją z najgorszej choroby pod słońcem - miłości. Zabieg jest zbawiennym remedium, któremu poddaje się wszystkich bez wyjątku. Minęły 64 lata od kiedy zaklasyfikowano miłość jako chorobę. Niebezpieczną, doprowadzającą do śmierci, której trzeba się wystrzegać ze wszystkich sił. Lena słyszy pogłoski o Odmieńcach, ukrywających się w Głuszy. Oni sprzeciwili się prawu, uciekli, roznosząc zarazę. Lena nigdy nie pozwoliłaby sobie na podobne zachowania. Do czasu, aż poznaje Aleksa… W jego obecności doktryny, wpajane jej od maleńkości, tracą sens, okazują się kłamstwem. I choć Lena początkowo nie ufa chłopakowi, obstając przy własnych prawdach, będzie miała okazję przekonać się na własnej skórze co to znaczy kochać…

To prawda, że książkę czyta się dobrze, jednak peany na jej cześć, z którymi dotąd się spotykałam, są trochę przesadzone. Koncept z jakim spotykamy się w tej powieści nie jest nawet oryginalny – przyszłość bez uczuć jest motywem powielonym. Ja spotkałam się z nim w świetnym filmie „Equilibrium” z Christianem Bale’m („Batman”) w roli głównej. Z miejsca polecam go wszystkim fanom książki. Film ukazuje wizję przyszłości po III wojnie światowej, gdzie – dla dobra ludzkości – wyeliminowano uczucia. Jednak to, co miało chronić, okazuje się śmiercionośną bronią. Zarówno książka jak i film pokazują jak wielkie znaczenie dla ludzkości mają uczucia i do czego może prowadzić wyzbycie się ich. Powtarzalne są również kreacje głównych bohaterów – Lena to dziewczyna niepozorna, przeciętna, wręcz nijaka. Dopiero pod skrzydłami Aleksa dziewczyna pokazuje nam drugą twarz, nabiera odwagi i dystansu do siebie, ewoluuje. Młodzi zakochują się bez pamięci. Skądś to znamy? Oczywiście.

Zakończenie książki jest otwarte i jak możemy się od razu zorientować, nastawione na kontynuację. ”Delirium” okazuje się trylogią.
Choć książka szczególnie mnie nie zachwyciła, będę czekać na jej dalszy ciąg, gdyż ciekawią mnie dalsze losy bohaterów.

Ocena: 4/6


środa, 18 lipca 2012

Chang-Rae Lee: "Kiedy ulegnę"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 18, 2012 13 komentarze



Autor: Chang-Rae Lee
Tytuł: "Kiedy ulegnę"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 502



Co jesteśmy w stanie zrobić, do czego się posunąć, by w godzinie śmierci zaznać odkupienia? W jakie rejony własnej przeszłości się cofnąć, jakich ludzi odnaleźć, do jakich win się przyznać, jakie sekrety ujawnić…? June Han, główna bohaterka powieści „Kiedy ulegnę” autorstwa koreańskiego pisarza Chang-Rae Lee, będzie musiała skonfrontować się z tymi pytaniami. Kobieta wie, że jej walka z rakiem jest z góry skazana na niepowodzenie. Zdając sobie sprawę z nieubłaganego upływu czasu, wpędza w ruch machinę, która przyniesie nieprawdopodobne konsekwencje – nie tylko oddziałujące na jej życie, ale także na osoby kiedyś jej biskie, a także całkiem nieznane.

Bohaterów tej niezwykłej książki jest wielu – autor zagina czasoprzestrzeń, mieszając wątki, czas i chronologię wydarzeń. Mała June, która w koreańskiej wojnie traci rodziców i rodzeństwo, kilka stron dalej jest zniedołężniałą kobietą, cierpiącą na nieuleczalnego raka żołądka. Hectora Brennana, towarzyszącego jej w poszukiwaniu syna, odnajdujemy wkrótce w jego własnych wspomnieniach z czasów, gdy znalazł umierającą June i doprowadził ją do sierocińca, gdzie spędzili wiele czasu. Śliczna Sylvie Tanner, żona amerykańskiego misjonarza, pojawia się w murach sierocińca, by za chwilę stać się dorastającą dziewczynką, a nieco później kobietą, która już odeszła. Mnogość scenerii, wydarzeń i retrospekcji wcale jednak nie zaciemnia fabuły. Książka skonstruowana jest w sposób, który bardzo lubię – poznajemy życiorysy różnych ludzi, pełne luk, które stopniowo się zapełniają. Mamy okazję najpierw poznać zachowanie różnych osób, a dopiero później zrozumieć, dlaczego działają tak, a nie inaczej. Jesteśmy obok każdego z bohaterów, niemal namacalnie, bardzo blisko. A jednocześnie z tych poskręcanych, powiązanych ze sobą historii, wyłania się jeden, silnie oddziałujący na wyobraźnię obraz wojny i spustoszenia, jakie konflikt zbrojny ze sobą niesie.

Każdy z bohaterów zostaje naznaczony wojną. Każdy coś traci, każdy zmienia się pod jej wpływem. Książka bywa brutalna i bazuje na naturalistycznych opisach. Wojna to bezmyślna przemoc, śmierć, krzywda i zadry, pozostające głęboko w sercu. To widok umierających z głodu dzieci, poturbowanych ciał żołnierzy, rozczłonkowanych zwłok. Chang-Rae Lee nie boi się prawdy, nie uładza jej. Przedstawia rzeczy takimi, jakimi były. Jakimi są. Dlatego stalowe nerwy są niezbędne, by przebrnąć przez niektóre strony. Dużo tu też aktów seksualnych, w najróżniejszych konfiguracjach. Bo nieszczęścia, uczucie pustki i beznadziei potęgują głód. Każdy radzi sobie z nim po swojemu…

Największym mankamentem w książce były dla mnie powtórzenia – zbyt częste używanie konstrukcji opartej na zdaniu współrzędnie złożonym wynikowym (spójnik „toteż”). Pojawiało się ono niemal na każdej stronie, i skoro tak natrętnie rzucało mi się w oczy, coś mus być na rzeczy. Poza tym nie mam większych uwag. Książka po prostu trafiła w mój czytelniczy gust, ale zdaję sobie sprawę, że ze względu na jej niejednorodność i drastyczną tematykę wojenną, nie każdemu może się spodobać. Ach, i uwielbiam tę okładkę!

Książka „Kiedy ulegnę” nie była dla mnie łatwą lekturą. Niejednokrotnie wzdrygałam się, dochodząc do pewnych opisów. W innych momentach wzruszałam się, cierpiałam razem z bohaterami, ale też śmiałam się i wierzyłam, że zaznają spokoju. Upragnionego odkupienia. Czy im się udało? Czy to w ogóle możliwe, zaznawszy w życiu tyle bestialstwa, bólu i strat? Zachęcam do samodzielnych poszukiwań odpowiedzi na te pytania :)


Ocena: 4/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Aubrey Flegg: "Skrzydła nad Delf"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 09, 2012 9 komentarze


Autor: Aubrey Flegg
Tytuł: "Skrzydła nad Delf"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 256



Z tego co widzę wiele osób miało już okazję poznać bliżej książkę A. Flegga „Skrzydła nad Delf”. Ja też skusiłam się na tę nastrojową opowieść. Trzeba przyznać, że jej wydanie jest śliczne. Najpierw okładka – mocne żywe barwy i poruszająca twarz portretowanej dziewczyny: wyrażająca jednocześnie jakby wahanie, smutek, niepewność, ale i pewien rodzaj zaciekawienia. W środku również jest ładnie – rozdziały kończą się szkicami, a na skrzydełkach okładki również mamy obrazy. Kim jest zatem dziewczyna z okładki?

To szesnastoletnia Louise Eeden, dziedziczka fortuny, córka uznanego projektanta porcelany. Akcja toczy się w holenderskim mieście Delf, w połowie XVII wieku. Ojciec dziewczyny zleca cenionemu malarzowi wykonanie portretu córki. Codzienne wizyty dziewczyny u Mistrza, któremu w pracy towarzyszy czeladnik, Pieter, sprawiają, że między młodymi zaczyna snuć się nić porozumienia i sympatii. Plotki jednak głoszą, że ręka Louise przeznaczona jest już innemu, a małżeństwo zapewni połączenia dwóch wpływowych firm, umożliwiając ojcu dziewczyny spełnienie życiowego marzenia. Rozpoczyna się odwieczna walka między sercem a obowiązkiem…

To zadziwiające, że autorem tej historii jest mężczyzna. Narracja przypomina malowanie obrazu: autor delikatnymi pociągnięciami pędzla starannie nakłada farbę na płótno, odmierza składniki, miesza farby. Obserwujemy proces powstawania portretu, ale nie jest to ten obraz, który widzimy na okładce – różnią je znaczące szczegóły. Opowieść przepełniona jest romantyzmem i uczuciowością. A główną bohaterką jest delikatna, dorastająca dziewczyna – autor dokonał nie lada sztuki, wcielając się w tę postać i sprawiając, że jest bardzo wiarygodna.

Książka skierowana jest głównie do młodzieży, choć dla współczesnych nastolatków może wydawać się czasem archaiczna. Przebrzmiały świat konwenansów, gdzie odprowadzający dziewczynę młodzieniec musi podążać kilka kroków za nią, gdzie młodej damie zawsze musi towarzyszyć przyzwoitka, a ogłoszenie zaręczyn wiąże się z zakazem kontaktów z płcią przeciwną, wydaje się nam zupełnie odległy. Dlatego trudniej utożsamić się z bohaterką, dla której w miłości barierą jest inne wyznanie wiary albo status społeczny. Bohaterowie są raczej schematyczni i przewidywalni, czarno-biali. Autor nie uniknął stereotypowego spojrzenia na relacje między zakochanymi. Pojedynek toczy się między miłym, pociesznym ale fajtłapowatym i biednym chłopakiem, a pewnym siebie, przystojnym, ale egocentrycznym bogaczem. To szablonowy, oklepany trójkąt. Oliwy do ognia dokładają rodzinne interesy, które mieszają szyki Louise. Głowna bohaterka pozostaje raczej mdła: choć operuje dużą wiedzą i w krytycznym momencie wykazuje się determinacją godną pozazdroszczenia, (choć scena, w której dziewczyna staje w obronie uciskanego chłopaka sprawia, że traci on trochę w naszych oczach - bo przecież powinno być odwrotnie) najczęściej jednak pozostaje bierna, słaba i uległa.

Podobało mi się natomiast ukazanie konfliktu pomiędzy protestantami a katolikami, nowinki w dziedzinach astronomii czy filozofii, przywołanie sylwetki Spinozy oraz zgłębianie tajemnic fachu malarskiego. A przede wszystkim subtelność, która bije z każdej karty tej powieści.

Książka nie spełniła moich oczekiwań, ale to może dlatego, że spodziewałam się bardziej czegoś w klimatach „Dziewczyny z perłą” (z którą jest zestawiana) – dostałam jednak powieść typowo młodzieżową, prostą i przewidywalną. Ogromnym minusem było dla mnie zakończenie – jeśli autor chciał widowiskowego finału to cóż, trochę przekombinował. Zastanawia mnie o czym będą traktować kolejne części – bo „Skrzydła…” są pomyślane jako trylogia – zwłaszcza, że mamy tu rozwiązanie akcji i epilog. Być może skuszę się na kontynuację, ale książkę oceniam raczej jako przeciętną.

Ocena: 4/6



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Esprit.


niedziela, 3 czerwca 2012

Melanie Benjamin: "Alicja w krainie rzeczywistości"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 03, 2012 19 komentarze

Autor: Melanie Benjamin
Tytuł: "Alicja w krainie rzeczywistości"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 328



Każdy zna historię dziewczynki, która wpadła do króliczej nory, odkrywając tam po drugiej strony niesamowitą Krainę Czarów. Mało kto wie jednak, że autor „Alicji w Krainie Czarów”, baśni, która weszła już do kanonu klasyki, doczekała się wielu wznowień, przekładów i ekranizacji, swoją opowieść zadedykował rzeczywistej Alicji – dziewczynce, której był wielkim przyjacielem. Alicja Liddell, bo tak nazywała się naprawdę, dorastała w dystyngowanym świecie oksfordzkich wykładowców. Jej ojciec był dziekanem, a matka najważniejszą osobą w towarzystwie. Ona i jej siostry miały być damami, jednak mała Alicja dalece odbiegała od narzuconego przez normy ideału. Wciąż brudziła swoje śnieżnobiałe, drogie sukienki, kaleczyła kolana, chodziła z potarganymi włosami. Miała naturę urwisa, pragnęła swobody, jak każde dziecko. Jednak elitarne środowisko, z którego się wywodziła, narzucało surowe reguły. Świat konwenansów, wytwornych strojów, powściągliwości – dziś wydający się nam czymś dziwnym, trudnym do pojęcia. Uroczyste bale, spotkania w obecności przyzwoitki, surowa etykieta… - dzięki tej książce możemy przenieść się do XIX wieku i naprawdę na własnej skórze odczuć tamtą atmosferę.

Pan Dodgson był znajomym ojca dziewczynek, mieszkał w sąsiedztwie i wykładał matematykę. Lubił zabierać dziewczynki na spacery, opowiadał im historie, fotografował. Szczególnie upodobał sobie siedmioletnią Alicję, która wkrótce stała się jego muzą. Gdy miała dziesięć lat, pierwszy raz opowiedział historię o Krainie Czarów. Nękany jej prośbami, zaczął spisywać historię, która tuż po wydaniu (pod pseudonimem) okazała się bestsellerem. To dziewczynce podarował manuskrypt z dedykacją, to jej cechy nadał swojej bohaterce. Tych dwoje łączyła szczególna fascynacja. Jednak gdy Alicja miała jedenaście lat stało się coś, co raz na zawsze pogrzebało ich przyjaźń. W atmosferze skandalu dom państwa Liddell zatrzasnął raz na zawsze drzwi przed starszym, jąkającym się dziwakiem, który za bardzo zbliżył się do jednej z ich córek.

Powieść „Alicja w krainie rzeczywistości” M. Benjamin chociaż jest fikcją literacką, bazuje na tamtych wydarzeniach. Bohaterką i zarazem narratorką jest Alicja – poznajemy ją u kresu życia, gdy pamięcią raz jeszcze wraca do swojej młodości – wspomnień dotąd odtrącanych, zagłuszanych i wciąż nie do końca zrozumianych. Benjamin wprawdzie opiera się na faktach historycznych, ale sama przyznaje, że prawdę o związku Alicji i Lewisa Carrolla znała tylko ta dwójka. Ona spróbowała złożyć w całość kawałki, do których udało się dotrzeć z własnymi przypuszczeniami, podejrzeniami. Trzeba jednak przyznać, że udało jej się to wybornie – powieść czyta się z przejęciem, jednocześnie ze świadomością, że choć to tylko wariacja na temat losów prawdziwej Alicji, wiele z przedstawionych tu zdarzeń mogłoby mieć miejsce. Historia wydaje się autentyczna, żywa i jak najbardziej prawdopodobna. Autorce świetnie udało się wczuć w bohaterkę, oddać targające nią emocje.



Do napisania książki autorkę skłoniła oglądana niegdyś skandalizująca wystawa fotografii Lewissa Carrola. Pisarz uwieczniał na zdjęciach małe dziewczynki, często w prowokacyjnych pozach. Wśród zdjęć można odnaleźć i fotografię samej Alicji Liddell, w podartej, obnażającej ciało sukience. Co musiał czuć, o czym myśleć i czego pragnąć człowiek, który oglądał dzieci w podobny sposób? Te pytania intrygowały od zawsze. Powieść stara się nie tyle pogrążyć Dodgsona, co zrozumieć naturę jego relacji z Alicji i tego, jak owe przeżycia wpłynęły na jej późniejsze życie. Bo bez wątpienia widmo bajkowej Alicji towarzyszyło jej przez całe życie, bez względu na to jak usilnie próbowała się wyrwać z Krainy Czarów.

Wielką gratką są zamieszczone w książce trzy fotografie – wspomniane wcześniej, kontrowersyjne zdjęcie z wystawy, oraz przedstawiające Alicję jako młodą kobietę i staruszkę. Książka podzielona jest właśnie w taki sposób – na trzy części: dzieciństwo, młodość i starość. Jednak bez względu na to, o którym etapie życia powieść traktuje, Kraina Czarów zawsze odgrywa tu fundamentalną rolę. I choć świat odebrał „Alicję w Krainie Czarów” jako bajkową i sielankową, tak naprawdę życie zarówno Alicji, jak i Carrolla, utwór naznaczył piętnem nieszczęścia.

Warto przeczytać. Powieść stymuluje do dalszych poszukiwań. A ponieważ historia kulisów powstania „Alicji” frapowała mnie już od paru lat, na pewno nie jest to ostatnia książka, jaką na ten temat przeczytam. No i mam ochotę zwrócić się po samą "Alicję w Krainie Czarów", która wcale nie jest tylko bajką dla dzieci...

Ocena: 5/6

wtorek, 22 maja 2012

Miguel de Cervantes: "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 22, 2012 10 komentarze


Autor: Miguel de Cervantes
Tytuł: "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"
Stron: 436
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy




„Don Kichota” Cervantesa wypada znać, choćby tylko we fragmentach, które gdzieś tam na którymś etapie edukacji raczej się pojawiają. Powieść, której bohaterem jest owładnięty urojeniami szlachcic, przyniosła autorowi wielką sławę i do dziś uznawana jest za jedno z najoryginalniejszych dzieł wszech czasów.

Akcja toczy się w Manczy XVII wieku. Don Kichot to pilny czytelnik średniowiecznych romansów, święcie wierzący w każde zapisane w nich słowo, co sprawia, że któregoś dnia miesza mu się w głowie. Szlachcic postanawia stać się jednym z osławionych rycerzy i szybko wciela ów plan w życie. Nadaje sobie wytworne imię, dosiada mizernego konia i opuszcza dom, by szukać przygód. Towarzyszy mu dzielny giermek Sanczo Pansa na swoim niezawodnym ośle. Za swoją damę serca uznaje wieśniaczkę, nie wiedzącą o jego istnieniu, z miejsca pałąjąc do niej gorącą, acz platoniczną miłością. Odtąd każdy waleczny czyn dedykuje ukochanej, prosząc ludzi, którym rzekomo pomaga, by donieśli jej o jego zasługach. W rzeczywistości Don Kichote odbierany jest przez rodaków jako kompletny szaleniec. Jego urojenia tylko narastają – potrafi bukłaki wina wziąć za straszliwego potwora, a karczmę za potężny zamek. Nie trafiają do niego żadne racjonalne argumenty tych, którzy starają się go wyrwać z szaleństwa. Zadziwiający jest też sposób, w jaki Don Kichote potrafi wytłumaczyć sobie każde zjawisko. Choć zalicza kolejne porażki, nigdy się nie poddaje. Wierzy, że odnalazł swoje powołanie.

Powieść Cervantesa jest krytyką literatury rycerskiej, uznawaną za szkodliwą (podobnie jak setki lat później działo się to w odniesieniu do ksiąg zbójeckich). Cervantes wyśmiewa przymioty idealnego rycerza, jego ideały, waleczność, a nade wszystko przygody, jakie przed swoimi bohaterami stawiali twórcy. Bardzo ważna jest przedmowa do utworu, dzięki której dowiadujemy się wiele o charakterze powieści i celach autora. Wyśmiewa on praktyki średniowiecznych autorów, ich przebiegłe sztuczki i fałszerstwa. Cervantes odwołuje się do wielu dzieł, nawet z tytułu, parodiując je i wyszydzając.

Książka pisana jest językiem dla nas współczesnych już archaicznym, czasem nieprzystępnym, przez co czytanie nie zawsze należy do przyjemności. Swoje dodają także rozwlekłe monologi, ciągnące się nawet przez parę stron. Gdy już na dobre rozsmakujemy się w stylu autora, bez problemu potrafimy podążyć jego tokiem myślowym i zgadnąć jak potoczą się konkretne przygody. Choć dzieło to pełne humoru, dobrego smaku i akcji, czasem nuży. Książka jest dosyć obszerna, zapisana małą czcionką. W dodatku mój egzemplarz dosłownie rozsypywał mi się w rękach, co też nie ułatwiało czytania. Szkoda także, że obecnie nie mamy już takiego oczytania w średniowiecznych etosach, by móc tym bardziej docenić doskonałe obeznanie i kunszt Cervantesa – na pewno wiele przez to umyka i nie wszystkie aluzje są jasne.

Książka jest także kopalnią wiedzy o mentalności ludzi tamtych czasów, o kolorycie lokalnym, porządkach i hierarchii. Piętnuje wady, wytyka problemy, uderza zarówno w tych maluczkich, jak i w najwyższe stany.

Don Kichot jest dla jednych postacią śmieszną, absurdalną, dla innych godną litości, ale przede wszystkim jest on bohaterem tragicznym, który wpadł w pułapkę własnej wyobraźni. Choć wierzył, że dokonuje wielkich rzeczy, że jego sława sięga coraz dalej w Hiszpanię, tak naprawdę postrzegany był nie jako błędny, ale obłędny rycerz, któremu brak piątej klepki. Mimo wszystko jednak, jego sława przetrwała do dziś, a kolejne pokolenia poznają historię szalonego rycerza, który walczył z wiatrakami.

A mnie czeka jeszcze drugi tom przygód Rycerza Smętnego Oblicza.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Maggie Stiefvater: "Ukojenie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 24, 2012 16 komentarze





Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Ukojenie"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 520


"Prosiłaś, bym cię obudził, ale ja też spałem - głęboko jak kamień... Jednak teraz jestem na granicy przebudzenia, widzę już blask wschodzącego słońca."

No i stało się: ostatni tom trylogii z Mercy Falls, miasta, którego – notabene – nie można znaleźć na mapie, właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa Wilga. Tym samym opowieść o ludziach zaklętych w wilki, wrażliwych na każdy podmuch zimna, dobiega końca. Grace i Sama, głównych bohaterów tej historii, poznałam w „Drżeniu”, gdzie ich miłość się narodziła. To Sam walczył wtedy o to, by odzyskać ludzką skórę i móc dzielić dni ze swoją wybranką. W „Niepokoju” nareszcie są razem, jednak to pozorne szczęście nie mogło trwać wiecznie – los kolejny raz z nich kpi, skazując na rozłąkę. Para wraca w „Ukojeniu” – zbliża się wiosna, a wraz z nią wilki przeistaczają się na powrót w ludzi. Tym razem czyha jednak na nie jeszcze jedno niebezpieczeństwo – po kolejnym śmiertelnym ataku wilków na ludzi (jak się wydaje mieszkańcom) zapada decyzja o odstrzale zwierząt. Czy ktoś uratuje wilki…?

Przede wszystkim niezwykłe jest to, że choć minęło parę miesięcy odkąd miałam w rękach poprzednią część trylogii, odnalazłam tamten klimat już po przeczytaniu pierwszych stron „Ukojenia”.
Nasi bohaterowie pozostali tacy sami, wiarygodni i bliscy, jakby zawsze tam byli – czekali na kartach książki, aż znowu ich odnajdziemy. Znów poznajemy ich myśli – Sama, Grace, Cole’a i Isabel – naprzemiennie stają się oni narratorami, by móc pokazać nam toczącą się akcję ze swojego punktu obserwacyjnego. Miłość Sama i Grace jest delikatna i zarazem absolutna – nikt nie ma wątpliwości (no może poza rodzicami Grace), że są dla siebie stworzeni. Jednocześnie mimo młodego wieku zdają się bardzo poważni i pewni w tym, co robią i co ich łączy. Zupełnie inaczej rzecz ma się z Isabel i Cole’m – niewątpliwie iskrzy między tą parą wybuchowych charakterów, ale trudno tu mówić o partnerstwie. Dziewczyna i chłopak działają na siebie jak płachta na byka – kochają się i nienawidzą. Czy mają więc szansę na szczęście?

Cole jest taką postacią, która w końcu wnosi do książki trochę świeżości. W trzecim tomie jego postać nareszcie się rozwija, możemy się o nim więcej dowiedzieć. Jego charyzmatyczna osobowość i cięty język bardzo dobrze robią fabule – wprowadzają naprawdę ciekawe kombinacje i przyprawiają o uśmiech. Cieszę się, że autorka stworzyła taką postać, która jest przeciwwagą dla poważnego i rozsądnego Sama.

Natomiast karykaturalnie zostali przedstawieni rodzice Grace, co można było zauważyć już w pierwszym tomie. Tutaj jednak wydaje mi się ten wątek trochę przerysowany, jednak nie od dziś wiadomo, że nastolatki wyolbrzymiają, a to przecież im oddano głos. Sztuczne też wydają mi się niektóre zachowania naszych bohaterów – w tej części kilka postaci ginie, ale reakcje na wieść o tym wydają mi się nietrafione, pozbawione emocji. Jakby z czyjąś stratą od razu przechodziło się do porządku dziennego.

Tym razem żegnamy się już ostatecznie… Choć autorka zostawia znów otwarte zakończenie, pozostawiając jednego z bohaterów z życiowym dylematem. Jeśli mam spojrzeć na trylogię jako na całość, to mimo wszystko najbardziej podobała mi się pierwsza część. Jak dla mnie była domknięta, skończyła się w idealnym momencie i nie potrzebowała dopowiedzeń. Pojawiła się jednak część druga, która zweryfikowała przysłowiowe „i żyli długo i szczęśliwie”. Druga i trzecia część, choć oparte na spójnych i logicznych przesłankach, tak właściwie momentami wydają się jednak pisane dla samego pisania. Brak im już tej energii, konceptu, rozwiązań. Idąc tą drogą bez problemu można by tworzyć kolejne tomy, gdyż autorka dała do tego pretekst. A że wcześniej na podobnych sygnalizowanych wcześniej aluzjach budowała kolejne tomy, dlaczego nie znowu? Decyzja jednak wydaje się nieodwołalna, ale na pocieszenie wydawnictwo zapowiedziało już publikację zupełnie nowej, magicznej powieści Stiefvater.

I na koniec jeszcze plusik za szatę graficzną, korespondującą z poprzednimi wydaniami oraz za tytuły wszystkich trzech części – „Drżenie”, „Niepokój” i „Ukojenie” – świetnie się komponują i tworzą spójną całość.

A Wy, co sądzicie o tej serii?

Ocena 4/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Wilga






PS Nowy wygląd edycji bloggera jest straszny - czy Wy też nie potraficie się w tym wszystkim połapać, czy tylko u mnie to tak świruje?

PS 2 Zapraszam wciąż do mojej rozdawajki - info po kliknięciu w banner w lewym górnym rogu strony :)

poniedziałek, 19 marca 2012

Ronlyn Domingue: "W zbawiennej próżni"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 19, 2012 11 komentarze

Autor: Ronlyn Domingue
Tytuł: "W zbawiennej próżni"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 352



"On nadal cię ma, chociaż nie żyje."



Do przeczytania „Zbawiennej próżni” R. Domingue przekonało mnie jedno – porównanie klimatu tej książki do „Nostalgii anioła” A. Sebold. I choć zwykle traktuję podobne zestawienia z przymrużeniem oka, bo bywają na wyrost, tu jednak dałam się przekupić. „Nostalgia…” jest jedną z moich ulubionych pozycji (ktoś czytał?) i cieszyłam się na myśl, że znów będę mogła zanurzyć się w podobny, nostalgiczny świat. Tym razem udało się, jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana.

Razi nie żyje od kilkudziesięciu lat. Jej duch jednak pozostaje na Ziemi – tkwi pomiędzy, pozwalając na obserwowanie życia innych ludzi, uniemożliwiając jednak uczestniczenia w nim w sposób namacalny. Kobieta nie może przebywać w pobliżu swojego grobu, opuściła też rodzinę, przyjaciół i ukochanego – przebywanie w ich pobliżu działa bowiem destrukcyjnie zarówno na ducha, jak i na ludzi, ale nie znaczy to, że zapomniała. Każdy dzień, każdą minutę poświęca na rozpamiętywanie swojej przeszłości, na opłakiwanie życia, które zostało jej odebrane w młodości, w najlepszym momencie. Wciąż zastanawia się co stało się z jej ukochanym i ta obsesja wyniszcza ją. Nieoczekiwanie pewna biblioteczka pełna wspomnień splata losy Razi z młodą parą – Amy i Scottem. Duch dziewczyny uzależnia się od ich towarzystwa, odnajdując w ich historii echa własnej. Towarzyszy im, odkrywając sekrety nie tylko z ich życia, ale również ze swojego…

„W zbawiennej próżni” jest książką specyficzną, którą albo odłoży się ze zniechęceniem po kilku stornach, albo będzie się czytać z wielkim zaangażowaniem. Należę do tych, którzy tę książkę po prostu czują.

Dwie przeplatające się ze sobą historie – ta sprzed lat, której bohaterką jest Razi i ta dziejąca się tu i teraz, w której śledzimy udręki młodej żony, Amy, mają wiele cech wspólnych. Jedna prowokuje drugą, pewne wydarzenia wywołują wspomnienia o innych. Na końcu okaże się, że ta więź zacieśni się jeszcze bardziej. Sposób, w jaki wszystko nagle się tłumaczy i uzupełnia jest bardzo ciekawie pomyślany. Ale wszystkie puzzle układanki dopasują się dopiero na końcu. Wcześniej mamy tylko poszlaki, domniemania, intuicyjne powiązania.

Książka R. Domingue to opowieść o dramacie. O życiu, które zostaje zakończone w najmniej spodziewanym momencie i wszystkich tych szansach, których nie zdołało się wykorzystać. Ale przede wszystkim książka pokazuje jak trudno jest tym, którzy pozostają. Jak bardzo boli śmierć osoby, którą się kochało. I ile można stracić pogrążając się w niekończącej się żałobie. Jak śmierć jednostki wpływa na losy innych. Jest to też opowieść o poszukiwaniu siebie, odnajdywaniu sensu w życiu, odbudowywaniu z popiołów. Czasem daje nadzieję, innym razem ją pogrąża. I wreszcie – historia miłości silniejszej niż śmierć. Tak pięknej, że wyciska z oczu łzy. I niejednej…

To powieść przede wszystkim prawdziwa, zaciskająca gardło. Książka, która aż krzyczy do czytelnika. Niełatwa i niewesoła, ale dla sympatyków nostalgicznych opowieści z pewnością lektura niezapomniana.

Ocena: 5/6

sobota, 4 lutego 2012

Ali Shaw: "Dziewczyna o szklanych stopach"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 04, 2012 23 komentarze



Autor:
Ali Shaw
Tytuł: "Dziewczyna o szklanych stopach"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 296


"Jak to było, kiedy miało się kości i mięśnie, pięty i podeszwy? Nie pamiętała. Teraz chodzenie przypominało lewitację, zawsze dwa centymetry nad ziemią."


Są książki, które chce się przeczytać odkąd tylko zobaczy się ich tytuł. Tak było w moim przypadku z „Dziewczyną o szklanych stopach”, odszukaną szczęśliwym trafem na promocyjnym stoisku. Nie tylko tytuł tej książki jest magiczny – również okładka ma w sobie jakiś nieodgadniony, ezoteryczny urok. Czas więc zajrzeć do środka :)

Midas Crook stroni od ludzi – to zamknięty w sobie, obarczony trudną przeszłością aspołeczny chłopak, ukrywający się za obiektywem nieodłącznego aparatu. Midas ze światem zewnętrznym komunikuje się poprzez zdjęcia. Nie potrafi rozmawiać z ludźmi, a sama myśl o czyimś dotyku jeży mu włosy na głowie. Tym ciekawsza staje się obserwacja jego zachowania, gdy w pobliżu pojawia się niezwykła dziewczyna – Ida. Losy tej dwójki splatają się pewnego zimowego wieczoru, a wkrótce migawka aparatu Midasa uwieczni coś zatrważającego – stopy dziewczyny bowiem zmieniły się w szkło, a nienaturalna przemiana w lód najwyraźniej wciąż postępuje....

Powieść debiutującego Ali Shawa zachwyca z kilku względów. Jest to po pierwsze niekonwencjonalna historia miłosna, w którą warto się zagłębić. Chłopak bojący się własnych uczuć i dziewczyna krucha jak szło – czy coś dobrego może wyjść z takiego połączenia? Czy owa dwójka ma szanse na szczęście? Następnie na wyróżnienie zasługuje nastrojowy, osobliwy klimat opowieści. Daleki archipelag, skąpany w śniegu, gdzie pośród drzew ukrywa się dziwne stworzenie, zamieniające żywe organizmy w szkło. Nie brak tu fantazyjnych postaci, takich jak malutkie byczki ze skrzydłami ciem czy albinosy. Chłodny, czarno-biały klimat podkreśla zimową aurę. Na uwagę zasługują też inne postacie, obdarzone głębokim rysem psychologicznym. Bo opowieść Ali Shawa to nie tylko historia miłosna, ale coś więcej. Autor prezentuje nam ludzi, a raczej ludzkie wraki, nieszczęśliwe i zagubione, nie mogące ułożyć sobie życia. Pokazuje jak łatwo przekreślić swoje życie, zaprzepaścić życiowe szanse i jak podobne nietrafione decyzje rzutują na dalsze życie. To ludzka kruchość jest główną bohaterką tej powieści – uosobiona najczytelniej w postaci Idy, cierpiącej wskutek okrutnej przypadłości, ale nie tylko. Bo ból, rozstania, przegrane miłości i śmierć są nieobce kartom tej powieści. Czy wobec tego można mówić o jakiejkolwiek nadziei? Czy bohaterowie są z góry straceni? Zobaczcie… Wreszcie – język powieści – subtelny, oniryczny, nastrojowy. Ta powieść jest jak mgiełka – balansuje gdzieś na granicy jawy i snu, prawdy i fikcji.

"Midasie. Pamiętasz? Kiedy byłeś u mnie w domku Carla, słyszeliśmy, jak pohukuje sowa. Zapytałeś, czy chcę pochodzić po lesie. Żeby jej poszukać. A ja stwierdziłam, że nie, bo boję się przewrócić. Hm... powiedziałam tak, ponieważ mało cię znałam. Nie wiedziałam, czy będę z tobą bezpieczna. Teraz wiem, że się o mnie troszczysz. Wyjdźmy, popatrzmy na te światła."


Nie jest to historia, która spodoba się wszystkim. Akcja biegnie tu wolno, wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych, a zakończenie nie każdemu może przypaść do gustu. Jednak ja jestem oczarowana światem stworzonym przez tego brytyjskiego pisarza i jak najbardziej zadowolona z lektury. Książka o nauce kochania, o bolesnych cieniach przeszłości, metaforyczna i ekscentryczna. Dodatkowo - pisarza porównuje się do Haruki Murakamiego, choć ja raczej jestem ostrożna w przypadku podobnych zestawień i nie lubię takiej promocji. Co prawda nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z książkami tego popularnego japońskiego twórcy, ale na moim biurku już czeka w kolejce jedna z jego książek, więc mam nadzieję odnaleźć tam podobną magię. Tymczasem polecam „Dziewczynę o szklanych stopach” wszystkim, którzy mają już ciarki na samą myśl o dziewczynie niebezpiecznie zamieniającej się w szkło…

Ocena: 5/6

wtorek, 31 stycznia 2012

Audrey Niffenegger: "Zaklęci w czasie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 31, 2012 21 komentarze



Autor: Audrey Niffenegger
Tytuł: "Zaklęci w czasie"
Wydawnictwo: Nowa Proza
Stron: 640



"Ulotna, niemal przezroczysta chwila. Nic nie rozumiałem, aż wszystko stało się jasne. Patrzę, jak do tego doszło. Chcę być nami oboma naraz, poczuć raz jeszcze, jak po raz pierwszy przyszłość miesza się z teraźniejszością. Ja zdążyłem się jednak już do tego przyzwyczaić, jest mi z tym dobrze, więc pozostaję z boku, przypominając sobie, jak cudownie było mieć dziewięć lat i jak nagle dowiedziałem się, że mój przyjaciel, przewodnik, brat tak naprawdę jest mną. Mną, tylko mną. I wynikająca z tego samotność."


Parę tygodni temu na którymś z blogów natrafiłam na recenzję książki „Żona podróżnika w czasie”. Ta notka otwarła w mojej głowie wspomnienia: migawki scen z filmu lub zwiastunu, który musiałam w całości lub fragmentach oglądać parę lat temu, nakręconego na podstawie owej książki. Ponieważ tematyka jest tu niebanalna, od razu było jasne, że powieść muszę przeczytać. Do mnie książka trafiła pod innym tytułem – „Zaklęci w czasie” – jednak chodzi cały czas o tę samą pozycję.

Clare i Henry spotkali się po raz pierwszy, gdy ona miała sześć, a on trzydzieści sześć lat. Wiele lat później odnaleźli się w Chicago – ona, dwudziestoletnia studentka sztuk pięknych i on, dwudziestoośmioletni bibliotekarz. Trzy lata później zostali małżeństwem. Niemożliwe? Nic bardziej mylnego, bowiem Henry cierpi na intrygującą, niezdiagnozowaną wcześniej chorobę – przenosi się w czasie. Jego rozregulowany zegar biologiczny rzuca go w przeszłość bądź przyszłość w sposób niekontrolowany – Henry nigdy nie wie kiedy i gdzie się przeniesie, po prostu nagle znika, zostawiając po sobie kupkę ubrań. W nowym miejscu pojawia się kompletnie nagi, zdezorientowany i potwornie głodny. Miłość tej dwójki zostaje więc wystawiona na najcięższą z prób – uczucie odmierzane kolejnymi spotkaniami, niepewność jutra. Henry jest niewolnikiem swojego ciała i nikt nie potrafi go wyleczyć, a Clare nie może mu pomóc – może tylko biernie obserwować swojego męża i czekać, aż znów do niej wróci.

Książka Audrey Niffenegger jest niesamowita i na długo zapada w pamięć. Muszę chyba dopisać ją do listy moich ulubionych powieści, gdyż wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Co prawda mam trochę zastrzeżeń co do stylu, ale przymykam już na niego oko. To historia trudnej miłości, rodzącej się w niewytłumaczalnych okolicznościach. Henry i Clare zdają się być sobie pisani – gdy dziewczynka dorasta Henry wielokrotnie ląduje na Łące, zbliżając się do niej i powoli odkrywając przed nią sekrety ich przeznaczenia. Nastoletnia Clare jest coraz bardziej pewna uczuć żywionych do przybysza z przyszłości. Z utęsknieniem wyczekuje dat kolejnych spotkań, jakie podyktował jej kiedyś Henry. Jednocześnie boi się zbliżającej się dwuletniej przerwy, jaka czeka ich przed właściwym spotkaniem w teraźniejszości. Bo nie tylko miłość, ale właśnie czekanie i wiążąca się z tym niepewność i tęsknota są wiodącym tematem tej książki. Ile jesteśmy w stanie wytrwać, by być z drugą osobą? Ile poświęcić? Jak długo czekać? Małżeństwo z Henrym dla Clare wiąże się bowiem nie tylko ze spełnieniem najskrytszych marzeń, ale i z nigdy nieustającym lękiem o kolejny dzień. I wreszcie sytuacja Henry’ego – jak to jest być człowiekiem, który może spotykać swoje inne wersje? Wyskakującym od czasu do czasu do przeszłości? Powracającym do pewnych chwil z przeszłości? Zlęknionym, zdesperowanym, zmuszonym do kradzieży ubrań czy jedzenia, do przemocy?

Autorka oddaje głos zarówno Clare jak i Henry’emu, przez co możemy obserwować rozterki tej pary z każdej perspektywy. Narracja jest płynna, a przeskoki czasowe nie utrudniają lektury – dzięki umieszczaniu daty i wskazówek o aktualnym wieku bohaterów. Książka jest magiczna, naprawdę warta uwagi. Bardzo mi się podobała i serdecznie polecam wszystkim lubiącym takie klimaty. Historii miłosnych literatura napisała już wiele, ale ta wymyka się wszelkim schematom. No i muszę odświeżyć sobie film :)

Ocena: 5/6

niedziela, 1 stycznia 2012

Ina Knobloch: "Perfumiarz"

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 01, 2012 17 komentarze

Autor: Ina Knobloch
Tytuł: "Perfumiarz"
Wydawnictwo: Telbit
Stron: 350




„… w rodzinie Farinów wszystko oceniano na podstawie woni. To nos decydował, czy ziemia była gotowa na siew, czy nadawała się na założenie winnicy, sadu owocowego czy tylko na łąkę, do wypasu bydła, czy kogoś trawiła choroba albo jaki miał charakter – członkowie rodziny Farinów nosem rozpoznawali więcej niż oczyma.”


Giovannni Maria Farina jest chłopcem szczególnym – wywodzi się z rodziny, chłonącej świat zmysłem powonienia. Obdarzony wybitnym węchem chłopak już od najmłodszych lat zdradza talent, którym przerasta domowników. Wychowuje się w zamożnej rodzinie, w bajecznej okolicy, pachnącej poranną rosą i wypełnionej górskim aromatem. Wkrótce pod okiem opiekuńczej babki, Cateriny, Giovanni opuszcza rodzinne strony, by pobierać nauki w Wenecji. W obcym kraju młodzieńca uderzają ostre i nieprzyjemne zapachy ludzkiego potu, zanieczyszczeń i grzechu. Marzy więc o wynalezieniu orzeźwiającego olejku, mogącego zagłuszyć naturalny ludzki odór. Ponadto, poznaje piękną, niewinną Antonię, dla której traci głowę. Pochłonięty jednak światem zapachów i marzeniem o stworzeniu najdoskonalszego aromatu Giovanni nie zauważa chytrego rywala…

Porównanie „Perfumiarza” I. Knobloch do owianego już legendą „Pachnidła” jest intratne, bowiem obie książki traktują o ezoterycznym, nieuchwytnym świecie delikatnych woni, aromatów, olejków eterycznych i esencji. W obu powieściach mamy do czynienia z wrażliwym męskim bohaterem, który odbiera świat zmysłem węchu i jest w tym nieprzeciętny – Giovanni potrafi odgadnąć tożsamość klienta sklepiku jeszcze zanim zobaczy jego twarz, sugerując się zapachem, w pamięci przechowuje wszystkie poznane dotąd zapachy i potrafi je bezbłędnie łączyć. Obaj bohaterowie ulegają też fanatycznej wręcz pożądliwości wobec młodych, niewinnych kobiet, wydzielających niepowtarzalną woń. Oprócz tego kierują się w życiu obsesją, chcąc stworzyć dzieło doskonałe, jednak podejmują się tego wyzwania w zupełnie inny sposób i z innych pobudek. Na tym porównania się kończą, gdyż książka I. Knobloch opowiada całkiem inną historię.

Giovanni jest postacią historyczną – żył i tworzył na przełomie XVII i XVII wieku. Znany jest przede wszystkim jako twórca Eau de Cologne – wody kolońskiej. Pisarka oparła więc swoje dzieło na faktach autentycznych, co z jednej strony było sporym ograniczeniem – choć wplotła w powieść fikcyjne postacie i wątki, sam obraz mistrza nie mógł ulec wielkim przeobrażeniom, z drugiej – jest znakomitym punktem wyjścia dla historii. Z ciekawostek – w powieści pojawia się młody Vivaldi, pracujący nad kompozycją o czterech porach roku. Przyjaźń obu panów nie jest potwierdzona w żadnych źródłach, jednak prawdopodobieństwo ich spotkania jest realne, co Knobloch wykorzystała, wyciągając z owej znajomości ciekawe możliwości.

Klimat tej książki jest zachwycający, a wszyscy ci, którzy czytali „Pachnidło”, wiedzą, o czym mówię. Choć wydaje się niemożliwe, by oddać słowami zapachy, niektórzy autorzy pokazują, że nic bardziej mylnego – dokonują tego w zachwycający sposób. Złożony świat perfumiarzy, cieszące się sławą sklepiki wypełnione zapachowymi flakonami, tygielkami, buteleczkami i puzderkami, świat ekstraktów – wszystko to uwodzi czytelnika i chociaż nie możemy poczuć tego, co nasi bohaterowie, z zazdrością czytamy o najróżniejszych aromatach, poznając ich dodatkowe właściwości.

Książka Knobloch na pewno jest dziełem subtelniejszym od „Pachnidła”. Giovanni jest człowiekiem skrytym i czystym – bezpruderyjność wielkiego miasta na początku jest czymś, co nie mieści mu się w głowie, dopiero później młody mężczyzna poddaje się temu, nie widząc innej możliwości. Giovanni jest bohaterem raczej nieszczęśliwym – różni się od innych ludzi, a jego nietypowy talent czasem przeradza się w przekleństwo, uniemożliwiając mu normalne funkcjonowanie. Miłość do Antonii również jest uczuciem złożonym – czy Giovanni kocha naprawdę tę piękną kobietę, czy raczej chodzi tylko i wyłącznie o jej wyszukany zapach? Nie można jednak zaprzeczyć, że podporządkowuje tej kobiecie swoje dalsze losy z nadzieją, że będzie godny jej ręki. I jeszcze postać Bernarda – zapalonego wroga perfumiarza z dzieciństwa, które to uczucie zdominuje dalsze życie antagonisty i wykluje w jego głowie perfidny plan zemsty.

Odbiór książki utrudniały mi tylko skomplikowane nazwiska i zdublowane imiona bohaterów, przez co początkowo miewałam problemy z domyśleniem się o którą postać chodzi w danej chwili, jednak po czasie wszystkie wątpliwości zostają rozwiane, a każdy z bohaterów zyskuje jakieś charakterystyczne cechy, dzięki czemu można uniknąć tego kłopotu.

Kiedy sięgałam po „Perfumiarza”, urzeczona okładką tej książki, trochę się obawiałam, że mam przed sobą powieloną historię rodem z „Pachnidła”. I choć nie da się uniknąć powiązań, myślę, że warto poznać obie książki, gdyż choć ukazują ulotny świat zapachów, robią to w zupełnie inny sposób. Mimo drobnych niedociągnięć, czyta się świetnie i naprawdę polecam, bo mało jest takich książek!


Ocena: 4/6
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon