Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2014

Ilsa J. Bick: "Prochy"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 25, 2014 2 komentarze



Autor: Ilsa J. Bick
Tytuł: "Prochy"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 432

Świat się przekształca. Elektrouderzenie zmienia Ziemię i jej mieszkańców. Martwe ptaki spadają z nieba. Elektronika wysiada. Ludzie w średnim wieku giną na miejscu. Nastolatki zmieniają się w dzikie istoty, napadając na ocalałych. To dopiero początek...

Alex ma siedemnaście lat i jest nieuleczalnie chora. Jednak wbrew wszelkiej logice, dziewczyna przeżyje katastrofę bez szwanku. Co więcej, odzyska utracone zmysły węchu i smaku. W nowej rzeczywistości czekają na nią niebezpieczeństwa groźniejsze niż rak... Razem z ośmioletnią Emmą i Tomem, młodym żołnierzem, wyrusza w drogę, by odnaleźć ostatki cywilizacji.

Wow. Ta książka jest dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem. Wypożyczyłam ją z biblioteki bez większych oczekiwań, a tymczasem... To takie połączenie „The Walking Dead”, klimatu niczym z książki „Droga” Cormaca McCarthy'ego i wszelkich apokaliptycznych wizji, tym razem w wersji dla młodzieży. Nawiązania, podobieństwa, inspiracje - w ogóle mi to nie przeszkadzało. Na okładce „Prochów” mamy porównanie do „Igrzysk śmierci” i też w tym trochę racji – silna bohaterka, walcząca o przeżycie. Jednak ta powieść jest zdecydowanie mocniejsza, pełna grozy i prawdy o ludzkiej naturze. Jest tu wiele mrocznych scen, nie mówiąc o samej końcówce... Alex trafia do miasteczka, gdzie rządzi Rada Pięciu – przebywają tam ludzie tacy jak ona, którym udało się przetrwać. Ale czy idealne schronienie nietrudno pomylić z więzieniem?

Polecam. Zwłaszcza fanom tytułów, o których wspomniałam. Książka naprawdę jest warta uwagi. Pełna ważnych treści, dojrzała, odważna i wciągająca. Bohaterowie, których nie sposób nie polubić i ich dramatyczne losy. Będą kolejne części – umieram z niecierpliwości :)

niedziela, 3 czerwca 2012

Melanie Benjamin: "Alicja w krainie rzeczywistości"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 03, 2012 19 komentarze

Autor: Melanie Benjamin
Tytuł: "Alicja w krainie rzeczywistości"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 328



Każdy zna historię dziewczynki, która wpadła do króliczej nory, odkrywając tam po drugiej strony niesamowitą Krainę Czarów. Mało kto wie jednak, że autor „Alicji w Krainie Czarów”, baśni, która weszła już do kanonu klasyki, doczekała się wielu wznowień, przekładów i ekranizacji, swoją opowieść zadedykował rzeczywistej Alicji – dziewczynce, której był wielkim przyjacielem. Alicja Liddell, bo tak nazywała się naprawdę, dorastała w dystyngowanym świecie oksfordzkich wykładowców. Jej ojciec był dziekanem, a matka najważniejszą osobą w towarzystwie. Ona i jej siostry miały być damami, jednak mała Alicja dalece odbiegała od narzuconego przez normy ideału. Wciąż brudziła swoje śnieżnobiałe, drogie sukienki, kaleczyła kolana, chodziła z potarganymi włosami. Miała naturę urwisa, pragnęła swobody, jak każde dziecko. Jednak elitarne środowisko, z którego się wywodziła, narzucało surowe reguły. Świat konwenansów, wytwornych strojów, powściągliwości – dziś wydający się nam czymś dziwnym, trudnym do pojęcia. Uroczyste bale, spotkania w obecności przyzwoitki, surowa etykieta… - dzięki tej książce możemy przenieść się do XIX wieku i naprawdę na własnej skórze odczuć tamtą atmosferę.

Pan Dodgson był znajomym ojca dziewczynek, mieszkał w sąsiedztwie i wykładał matematykę. Lubił zabierać dziewczynki na spacery, opowiadał im historie, fotografował. Szczególnie upodobał sobie siedmioletnią Alicję, która wkrótce stała się jego muzą. Gdy miała dziesięć lat, pierwszy raz opowiedział historię o Krainie Czarów. Nękany jej prośbami, zaczął spisywać historię, która tuż po wydaniu (pod pseudonimem) okazała się bestsellerem. To dziewczynce podarował manuskrypt z dedykacją, to jej cechy nadał swojej bohaterce. Tych dwoje łączyła szczególna fascynacja. Jednak gdy Alicja miała jedenaście lat stało się coś, co raz na zawsze pogrzebało ich przyjaźń. W atmosferze skandalu dom państwa Liddell zatrzasnął raz na zawsze drzwi przed starszym, jąkającym się dziwakiem, który za bardzo zbliżył się do jednej z ich córek.

Powieść „Alicja w krainie rzeczywistości” M. Benjamin chociaż jest fikcją literacką, bazuje na tamtych wydarzeniach. Bohaterką i zarazem narratorką jest Alicja – poznajemy ją u kresu życia, gdy pamięcią raz jeszcze wraca do swojej młodości – wspomnień dotąd odtrącanych, zagłuszanych i wciąż nie do końca zrozumianych. Benjamin wprawdzie opiera się na faktach historycznych, ale sama przyznaje, że prawdę o związku Alicji i Lewisa Carrolla znała tylko ta dwójka. Ona spróbowała złożyć w całość kawałki, do których udało się dotrzeć z własnymi przypuszczeniami, podejrzeniami. Trzeba jednak przyznać, że udało jej się to wybornie – powieść czyta się z przejęciem, jednocześnie ze świadomością, że choć to tylko wariacja na temat losów prawdziwej Alicji, wiele z przedstawionych tu zdarzeń mogłoby mieć miejsce. Historia wydaje się autentyczna, żywa i jak najbardziej prawdopodobna. Autorce świetnie udało się wczuć w bohaterkę, oddać targające nią emocje.



Do napisania książki autorkę skłoniła oglądana niegdyś skandalizująca wystawa fotografii Lewissa Carrola. Pisarz uwieczniał na zdjęciach małe dziewczynki, często w prowokacyjnych pozach. Wśród zdjęć można odnaleźć i fotografię samej Alicji Liddell, w podartej, obnażającej ciało sukience. Co musiał czuć, o czym myśleć i czego pragnąć człowiek, który oglądał dzieci w podobny sposób? Te pytania intrygowały od zawsze. Powieść stara się nie tyle pogrążyć Dodgsona, co zrozumieć naturę jego relacji z Alicji i tego, jak owe przeżycia wpłynęły na jej późniejsze życie. Bo bez wątpienia widmo bajkowej Alicji towarzyszyło jej przez całe życie, bez względu na to jak usilnie próbowała się wyrwać z Krainy Czarów.

Wielką gratką są zamieszczone w książce trzy fotografie – wspomniane wcześniej, kontrowersyjne zdjęcie z wystawy, oraz przedstawiające Alicję jako młodą kobietę i staruszkę. Książka podzielona jest właśnie w taki sposób – na trzy części: dzieciństwo, młodość i starość. Jednak bez względu na to, o którym etapie życia powieść traktuje, Kraina Czarów zawsze odgrywa tu fundamentalną rolę. I choć świat odebrał „Alicję w Krainie Czarów” jako bajkową i sielankową, tak naprawdę życie zarówno Alicji, jak i Carrolla, utwór naznaczył piętnem nieszczęścia.

Warto przeczytać. Powieść stymuluje do dalszych poszukiwań. A ponieważ historia kulisów powstania „Alicji” frapowała mnie już od paru lat, na pewno nie jest to ostatnia książka, jaką na ten temat przeczytam. No i mam ochotę zwrócić się po samą "Alicję w Krainie Czarów", która wcale nie jest tylko bajką dla dzieci...

Ocena: 5/6

sobota, 4 lutego 2012

Ali Shaw: "Dziewczyna o szklanych stopach"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 04, 2012 23 komentarze



Autor:
Ali Shaw
Tytuł: "Dziewczyna o szklanych stopach"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 296


"Jak to było, kiedy miało się kości i mięśnie, pięty i podeszwy? Nie pamiętała. Teraz chodzenie przypominało lewitację, zawsze dwa centymetry nad ziemią."


Są książki, które chce się przeczytać odkąd tylko zobaczy się ich tytuł. Tak było w moim przypadku z „Dziewczyną o szklanych stopach”, odszukaną szczęśliwym trafem na promocyjnym stoisku. Nie tylko tytuł tej książki jest magiczny – również okładka ma w sobie jakiś nieodgadniony, ezoteryczny urok. Czas więc zajrzeć do środka :)

Midas Crook stroni od ludzi – to zamknięty w sobie, obarczony trudną przeszłością aspołeczny chłopak, ukrywający się za obiektywem nieodłącznego aparatu. Midas ze światem zewnętrznym komunikuje się poprzez zdjęcia. Nie potrafi rozmawiać z ludźmi, a sama myśl o czyimś dotyku jeży mu włosy na głowie. Tym ciekawsza staje się obserwacja jego zachowania, gdy w pobliżu pojawia się niezwykła dziewczyna – Ida. Losy tej dwójki splatają się pewnego zimowego wieczoru, a wkrótce migawka aparatu Midasa uwieczni coś zatrważającego – stopy dziewczyny bowiem zmieniły się w szkło, a nienaturalna przemiana w lód najwyraźniej wciąż postępuje....

Powieść debiutującego Ali Shawa zachwyca z kilku względów. Jest to po pierwsze niekonwencjonalna historia miłosna, w którą warto się zagłębić. Chłopak bojący się własnych uczuć i dziewczyna krucha jak szło – czy coś dobrego może wyjść z takiego połączenia? Czy owa dwójka ma szanse na szczęście? Następnie na wyróżnienie zasługuje nastrojowy, osobliwy klimat opowieści. Daleki archipelag, skąpany w śniegu, gdzie pośród drzew ukrywa się dziwne stworzenie, zamieniające żywe organizmy w szkło. Nie brak tu fantazyjnych postaci, takich jak malutkie byczki ze skrzydłami ciem czy albinosy. Chłodny, czarno-biały klimat podkreśla zimową aurę. Na uwagę zasługują też inne postacie, obdarzone głębokim rysem psychologicznym. Bo opowieść Ali Shawa to nie tylko historia miłosna, ale coś więcej. Autor prezentuje nam ludzi, a raczej ludzkie wraki, nieszczęśliwe i zagubione, nie mogące ułożyć sobie życia. Pokazuje jak łatwo przekreślić swoje życie, zaprzepaścić życiowe szanse i jak podobne nietrafione decyzje rzutują na dalsze życie. To ludzka kruchość jest główną bohaterką tej powieści – uosobiona najczytelniej w postaci Idy, cierpiącej wskutek okrutnej przypadłości, ale nie tylko. Bo ból, rozstania, przegrane miłości i śmierć są nieobce kartom tej powieści. Czy wobec tego można mówić o jakiejkolwiek nadziei? Czy bohaterowie są z góry straceni? Zobaczcie… Wreszcie – język powieści – subtelny, oniryczny, nastrojowy. Ta powieść jest jak mgiełka – balansuje gdzieś na granicy jawy i snu, prawdy i fikcji.

"Midasie. Pamiętasz? Kiedy byłeś u mnie w domku Carla, słyszeliśmy, jak pohukuje sowa. Zapytałeś, czy chcę pochodzić po lesie. Żeby jej poszukać. A ja stwierdziłam, że nie, bo boję się przewrócić. Hm... powiedziałam tak, ponieważ mało cię znałam. Nie wiedziałam, czy będę z tobą bezpieczna. Teraz wiem, że się o mnie troszczysz. Wyjdźmy, popatrzmy na te światła."


Nie jest to historia, która spodoba się wszystkim. Akcja biegnie tu wolno, wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych, a zakończenie nie każdemu może przypaść do gustu. Jednak ja jestem oczarowana światem stworzonym przez tego brytyjskiego pisarza i jak najbardziej zadowolona z lektury. Książka o nauce kochania, o bolesnych cieniach przeszłości, metaforyczna i ekscentryczna. Dodatkowo - pisarza porównuje się do Haruki Murakamiego, choć ja raczej jestem ostrożna w przypadku podobnych zestawień i nie lubię takiej promocji. Co prawda nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z książkami tego popularnego japońskiego twórcy, ale na moim biurku już czeka w kolejce jedna z jego książek, więc mam nadzieję odnaleźć tam podobną magię. Tymczasem polecam „Dziewczynę o szklanych stopach” wszystkim, którzy mają już ciarki na samą myśl o dziewczynie niebezpiecznie zamieniającej się w szkło…

Ocena: 5/6

niedziela, 22 stycznia 2012

Gordon Reece: "Myszy i koty"

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 22, 2012 14 komentarze



Autor: Gordon Reece
Tytuł: "Myszy i koty"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 272


„Bazgrałam coś odruchowo, międląc w myślach kolejne beznadziejne zdania, a kiedy spojrzałam na kartkę, nie mogłam powstrzymać gorzkiego uśmiechu na widok rysunku, który na niej powstał. Narysowałam mysz. Mysz z pętlą na szyi.”


Według Shelley ludzie dzielą się na dwie podgrupy: na myszy i koty. Grupa kotów reprezentowana jest przez osoby pewne siebie, dające sobie świetnie radę w życiu, przekonane o własnej wartości, nie bojące się ryzyka. To często także ludzie podstępni, sprytni i przede wszystkim odważni. Shelley, tak samo jak jej matka, należy niestety do tej gorszej kategorii, jest myszą. Charakteryzuje się uległością, tchórzostwem i ustępowaniem innym na każdym kroku. Dziewczyna poddaje się bez walki, jest niewyrazista, podporządkowuje się silniejszym. Cechuje ją pokorność i strach. Właśnie takich cech poszukują potencjalni kaci, nic więc dziwnego, że dziewczynka pada ofiarą przemocy w szkole, która z dnia na dzień przybiera na sile.

Kiedy wydaje się, że Shelly wreszcie ma szansę na wyrwanie się z piekła i ułożenie swojego życia od nowa, w drobiazgowo układany przez nią i jej mamę bezpieczny świat, znów wtargnie okrutna przemoc. Jednak owo zajście wyzwala w nastolatce pokłady siły, o jakie wcześniej siebie nie podejrzewała i sprawia, że potulna mysz przemienia się w drapieżnika. Odtąd już nic nie będzie takie, jak wcześniej, a każdy ruch będzie miał swoje gorzkie konsekwencje.

Powieść G. Reece’a, australijskiego pisarza, określa się jako kontrowersyjny thriller psychologiczny nie bez przyczyny – książka ta porusza wiele delikatnych kwestii, a umieszczenie w centrum akcji szesnastoletniej dziewczyny na pewno potęguje wymowę utworu. Relacje kat-ofiara, kwestie zadawania bólu, a nawet śmierci i późniejsze „naznaczenie”, jakie wiąże się z owymi dramatycznymi decyzjami, są motorem napędowym tej książki. Trudno obok niej przejść obojętnie. Książka jest dynamiczna, pełna zwrotów akcji i zaskakujących punktów, ale nie to jest jej największym walorem. Najciekawsze jest to, jak autor podszedł do temu prześladowania, do bezkarności tych, którzy zadają rany i niebezpiecznej pętli przemocy, mającej poważne konsekwencje. Reece porusza również dylematy związane ze zbrodnią – czy w niektórych przypadkach można ją usprawiedliwić? Jak morderstwo wpływa na tego, kto go dokonał? Czy można dalej żyć ze świadomością, że jest się mordercą? Jak odzyskać wewnętrzny spokój? I ile matka jest w stanie poświęcić dla własnego dziecka?

Książka jest świetna przede wszystkim dla młodzieży, choć wydawca sugeruje także jej przeznaczenie dla dorosłych. Jest dobrym materiałem do dyskusji, gdyż prezentuje skrajne postawy. Możemy sami zastanowić się nad postępowaniem Shelly i jej matki i rozważyć jakie są granice samoobrony. Jedni mogą całkowicie usprawiedliwić ich czyny, drudzy oburzyć się i wskazać inne wyjście. Autor oddając narrację dziewczynce nie udziela gotowej odpowiedzi – pozostawia nas z jej odczuciami, ale wrażenia czytelnika mogą być przecież odmienne. Można im kibicować, współczuć, a nawet potępiać. To do nas należy ostateczna ocena.

Na koniec pozostaje jeszcze odpowiedź na pytanie: jesteście myszą czy kotem?


Ocena: 4/6

sobota, 15 października 2011

Jandy Nelson: "Niebo jest wszędzie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 15, 2011 18 komentarze
Autor: Jandy Nelson
Tytuł: "Niebo jest wszędzie"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 368

Jandy Nelson jest agentką literacką i poetką, mieszka w San Francisco. Jej wydana w 2010 roku powieść „Niebo jest wszędzie” od razu zyskała rzesze fanów wśród młodych czytelniczek, zdobywając również cenne wyróżnienia literackie. To książka obok której trudno przejść obojętnie, wyjątkowa i z dużym ładunkiem emocjonalnym.

Lennie przeżywa żałobę – zmarła jej starsza siostra i dziewczyna nie potrafi sobie poradzić z tą stratą. Zwłaszcza, że były z Bailey nierozłączne, mówiły sobie o wszystkim, dzieliły pokój. Dziewczyny były zżyte także dlatego, że oprócz siebie, nie miały nikogo, nie licząc babci Gram i wujka Big’a z którymi mieszkają. Matka dziewczynek porzuciła je, gdy miały po kilka lat i zniknęła, nie pozostawiając po sobie śladu. Dziewczyny nie znają też swojego ojca, bądź ojców. Rodzina tłumaczy, że to przez tajemniczy „gen wędrowca” ich matka miała niespokojną duszę i nie potrafiła żyć w jednym miejscu. Ta nieznana kobieta, tajemnicza matka, której dziewczyny nie miały okazji poznać, spędzała im sen z powiek. Często fantazjowały o tym, gdzie właśnie jest i kiedy wróci. A teraz wszystko się zmieniło – Bailey umarła, nigdy jej nie poznawszy, a Lennie została sama.

„Mój pierwszy dzień po powrocie do szkoły wygląda tak, jak się spodziewałam: kiedy wchodzę, korytarz udaje Morze Czerwone, rozmowy cichną, oczy rozpływają się od nerwowego współczucia i wszyscy gapią się na mnie, jakbym trzymała na rękach martwe ciało Bailey – i pewnie je trzymam. Jej śmierć oblepia mnie całą, czuję ją i wszyscy ją widzą…”

Próbując oswoić swoje cierpienie, dziewczyna zapisuje wszędzie słowa, wiersze, wspomnienia o siostrze, dialogi. Naznacza swoimi myślami strony książek, papierki, korę drzew, kubki i pojedyncze karteczki – rozrzuca je w lesie, na drodze, nad wodą. Wylewa z siebie swój żal, ale nie chce się nim z nikim dzielić. Tęsknotę za siostrą dzieli z jej chłopakiem – Toby’m, aż w pewnym momencie oboje z zatrwożeniem stwierdzają, że coś ich do siebie przyciąga jak magnes. Jest jeszcze Joe, nowy uczeń w szkole, również rozpalający serce Lennie. Dziewczyna czuje się omotana, zdezorientowana i zagubiona. Nie wie, jak ułożyć swój świat po śmierci najbliższej osoby.

„na naszych wspólnych zdjęciach
ona zawsze patrzy w obiektyw
a ja zawsze patrzę w nią”


Książka „Niebo jest wszędzie” porusza jeden z najboleśniejszych tematów – śmierć osoby, którą się kocha i nowe realia bez jej obecności. Tym trudniejsze, gdy historia ta dotyka nastoletniej dziewczyny. Książka tchnie bólem, ale w sposób poetycki, magiczny, nieszablonowy. Słowa, którymi Lennie opisuje swoje cierpienie, ujawniają jej najgłębsze emocje, płyną prosto z serca, są zarazem hołdem złożonym siostrze. Autorce udało uniknąć się tonu sztuczności, użalania się nad sobą, przygnębiających monologów. Nie, jest wprost przeciwnie. Lennie bowiem żyje i odczuwa, jak każda nastolatka, pierwszą miłość, pożądanie, rozkosz. Ona została, i choć ma wyrzuty sumienia względem zmarłej, potrafi też się uśmiechać, czuć się dobrze, grać na klarnecie, cieszyć się życiem. Miłości i rozstania, życie i śmierć, radości i smutki – to wszystko przeplata się w tej książce, krzyżuje, następuje jedno po drugim.

„Żałoba to dom, gdzie nikt cię nie chroni
gdzie młodsza siostra
będzie starsza od starszej”

Nie sposób nie wspomnieć o pięknej oprawie wydania, dopiętej na ostatni guzik. Okładka książki jest miła w dotyku, kojarzyła mi się z czymś delikatnym, puchowym, jak obłok. Czcionka książki jest niebieska, a wszystkie zamieszczone wewnątrz obrazki z zapiskami Lennie, odnalezionymi w różnych miejscach miasta, również mają tę błękitną, dopasowaną do całości barwę. Przeszkadzały mi jedynie pojedyncze literówki i zły zapis nawiasów – brak ich otwarcia. Dodatkowo, każdy rozdział oznakowany jest cyfrą, uwiecznioną na tle nieba. Czytając, mamy wrażenie, że niebo naprawdę jest wszędzie. I że bohaterka w końcu odnajdzie swoje.

Autorce udało się dokonać niemożliwego: nagle uzmysławiamy sobie, że rozumiemy tę smutną dziewczynkę. Że przeżywamy razem z nią, czujemy jej ból i żałość. Choć Lenny twierdzi, że „nikt jej nie rozumie”, to nieprawda. Nawet, jeśli nie przeżyliśmy takiego dramatu, możemy odnaleźć w jej refleksjach cząstkę siebie.

I tak, znowu to się stało. Gdy kończyłam książkę, rozpłakałam się. Ze wzruszenia, ze szczęścia. Takie chwile przypominają mi, dlaczego lubię taką literaturę. Bo wyzwala emocje, których nie trzeba kryć. Jest niesamowitym przeżyciem, polecam ją każdemu. Po prostu mnie oczarowała.

Ocena 6/6
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon