środa, 6 listopada 2013
John Green: "Papierowe miasta"
Autor: John Green
Tytuł: "Papierowe miasta"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 400
"Gdyby nie ona, nie ginąłbym teraz. Zostałbym w domu, tak jak zawsze zostawałem w domu, i byłbym bezpieczny, i zrobiłbym tę jedną rzecz, którą zawsze chciałem zrobić, czyli dorosnąć."
Chciałabym, żeby powstawało jak najwięcej takich książek dla młodzieży. Żeby omawiano je w szkołach na lekcjach polskiego, bo poznając takie pozycje ma się ochotę czytać więcej. Chciałabym, żeby John Green pisał i pisał, bo to druga ksiązka w jego dorobku, po którą sięgnęłam, i na pewno na tym nie poprzestanę. Opowieść naprawdę fascynująca – głęboka, mądra, z silnym przesłaniem, wielowarstwowa. Wiele jest książek o dorastaniu, o odkrywaniu siebie, ale nie zawsze jest to zrobione tak umiejętnie, jak tu. Ja jestem pod wrażeniem kolejny raz. I dla stylu autora, bo nad każdym jego zdaniem rozczulam się po stokroć, rozkoszując się każdym słowem. I nad kreacjami bohaterów, i nad pomysłową fabułą, i nad potężną dawką wartości, które przekazywane są jakby mimochodem. Taką literaturę chcę właśnie czytać – przyjemną i przejrzystą, oczywiście, ale przy tym wysublimowaną, wartościową i bogatą.
czwartek, 4 lipca 2013
John Green: „Gwiazd naszych wina”
Autor: John Green
Tytuł: „Gwiazd naszych wina”
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 312
„-Tak to jest z bólem – odpowiedział Augustus, a potem spojrzał na mnie. - Domaga się, byśmy go odczuwali.”
„To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.” - pisał Szekspir. John Green traktuje ten cytat dość przewrotnie. Bohaterami swojej książki czyni parę nastolatków Hazel i Augustusa, oraz ich przyjaciół z grupy wsparcia. Wszyscy oni, mimo młodego wieku, zaznali niczym nieusprawiedliwionego cierpienia – chorują na raka, i bez względu na to czy jest on w stanie remisji czy nie, stykają się z problemem nieuchronności śmierci. W wieku, kiedy powinni przeżywać pierwsze zauroczenia, cieszyć się życiem, poznawać, odkrywać, kontemplować ich świat wygląda zgoła inaczej niż reszty rówieśników.
Hazel ma szesnaście lat a jej nieodłącznym „towarzyszem” jest aparat tlenowy, który musi wozić ze sobą – inaczej nie może oddychać. Augustus w walce o zdrowie poświęcił nogę, przekreślając karierę sportową. Isaac zdaje sobie sprawę jak kruche może być wyznanie „na zawsze”. I on również, ulegając chorobie, traci – wzrok. Jednak choć tak poruszająca, książka Greena tchnie również pozytywnymi emocjami. Choć pełni skaz, bohaterowie dają sobie radę – nawiązuję się między nimi silne relacje, przyjaźnią się, kochają, wspierają, a nawet są gotowi na realizację zupełnie szalonych pomysłów – jak np. podróż do Amsterdamu w poszukiwaniu autora ulubionej powieści Hazel.
„Gwiazd naszych wina” to książka magiczna. Choć kierowana do młodzieży, niezwykle dojrzała i doszlifowana pod względem językowym – o co ostatnio coraz trudniej. Klimatyczna, niebanalna, wywołująca drżenie, czy nawet łzy. Jasne, że jej czytanie miejscami boli. Ale czasami również przyprawia o salwy śmiechu. I o to w literaturze chodzi.
„... nie chcę oglądać świata bez niego.”
Podobał mi się sposób podejścia do choroby – bohaterowie nie zamykają się w sobie, nie separują, nie pogrążają w rozpaczy i biadoleniu. Pozostają sobą, mimo przeciwności losu. Starają się żyć jak inni nastolatkowie – spotykają się, grają w gry komputerowe, umawiają na randki. Różnica polega na tym, że co jakiś czas pojawia się atak, że trafiają na oddział szpitalny, że próbują kolejnych terapii w walce o cud, faszerując swoje ciała chemią, że czują jak rodzice drżą o nich, trzymają pod kloszem. Ale żyją, łapiąc każdą chwilę. I co należy podkreślić, bohaterowie są wyraziści i od razu ich polubicie, a flirt, jaki nawiązuje się pomiędzy Hazel i Augustusem przyprawia o uśmiech – ta para wydaje się być dla siebie stworzona a ich dialogi... cudo: błyskotliwe, inteligentne, dowcipne.
Polecam. I chcę do niej wrócić, zdecydowanie. I jeszcze jedno - po przeczytaniu tej książki zwykłe słówko "okay" nigdy nie będzie już dla Was takie samo ;)
wtorek, 12 marca 2013
Styczeń-luty zaległości!
Długo nie pisałam z różnych powodów, więc teraz trudno mi zebrać wszystkie przeczytane w tym czasie książki. Nie będę więc silić się na recenzje, tylko podzielę się z Wami najważniejszymi przemyśleniami o danych tytułach. Braki uzupełnię, bo zgubiłam gdzieś karteczki z notatkami.
Mam też pytanie - jak sobie radzicie z edycją w nowym blogspocie, bo mnie to przeraża. Edytuję te notkę chyba od 30 min i ciągle nie jest tak, jak powinno. Macie jakiś łatwiejszy sposób na przechodzenie do nowych akapitów, wytłuszczanie czcionki itp., bez używania kodów?
Autor: Jacques Pradel, Luc Vanrell
Tytuł: „Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica”
Wydawnictwo: Znak
Stron: 246
Autor poczytnego „Małego Księcia” naprawdę był pilotem wojskowym. Zginął młodo, w tajemniczych okolicznościach w 1944 r. Wrak samolotu Exuperego zostaje odnaleziony dopiero po blisko 50 latach, a tajemnica jego śmierci znajduje rozwiązanie na kartach tej książki.
Szkoda, że biografia pisarza zostaje przedstawiona w tej książce w sposób bardzo uproszczony. Dowiemy się niewiele więcej niż np. z Wikipedii. Autorzy ogniskują akcję głównie wokół tajemniczego zniknięcia pilota i poszukiwania rozwiązania zagadki. Dla kogoś, jak ja nieobytego z terminologią lotniczą, wiele spraw pozostaje niejasnych. Myślę, że książka wymaga uzupełnień, ale autorzy zawarli w niej to, do czego dążyli. Na końcu uchylają rąbka tajemnicy i relacjonują jak przebiegał ostatni lot Exuperego. To niesamowite i tragiczne zarazem. W książce znajduje się wkładka ze zdjęciami, która potęguje emocje.
Od dawna chciałam dowiedzieć się więcej człowieku, który stworzył Małego Księcia, postać tak bliską mojemu sercu. W kolejce już czekają na mnie opowiadania pisarza. Na pewno przeczytam. Polecam „Ostatnią tajemnicę”, ale zaznaczam, że książka ma wiele niedociągnięć.
"Saint-Ex sprawia na mnie wrażenie umysłu, który n i e m o ż e przestać myśleć" - Rougemont o Antoine de Saint-Exupery'm.
Autor: Paula McLain
Tytuł: „Madame Hemingway”
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 400
Idąc dalej tropem wielkich nazwisk, sięgnęłam po powieść na motywach biografii Ernesta Hemingwaya i jego żony. Z kart książki wyłania nam się postać kobiety raczej naiwnej, prostej, która właściwie nie wiadomo czym zauroczyła mistrza. Ale Hadley jest przy nim, gdy nazwisko Hemingway jeszcze nikomu nic nie mówi. Obserwuje, jak rodzi się gwiazda. Wspiera w walce o sławę. A droga na szczyt była bardzo wyboista. Szkoda tylko, że im dalej, tym Hemingway wydaje się coraz mniej sympatyczną osobą. Jednak zaciekawiona życiorysem twórcy również mam ochotę przeczytać coś więcej niż opowiadanie „Stary człowiek i morze”, do którego też, rzecz jasna, chciałabym wrócić.
Autor: Edmund White
Tytuł: „Zuch”
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Stron:
Ta kontrowersyjna książka podobno zapoczątkowała nurt gejowski w literaturze. Wcześniej mówiono o tym nieśmiało, teraz tematyka homoseksualna przeżywa rozkwit. Co znaczące, nastoletni bohater powieści nie tylko nie radzi sobie ze swoją seksualnością, ale i jest przekonany o własnej chorobie. Nie akceptuje odmienności, szuka metody, która raz na zawsze mogłaby wykorzenić z niego zło. Jednak kolejne próby nie przynoszą efektów.
Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, jednak bardzo dojrzałe przemyślenia świadczą o perspektywie czasowej, z której przemawia do nas mówiący. Styl, który może wielu zniechęcić czy znużyć – tutaj nie dzieje się zbyt wiele, a większość opisów koncentruje się na przemyśleniach głównego bohatera.
Przyznam, że książkę czyta się raczej wolno i potrzeba oddechu, krótkich przerw od jej treści. Niemniej warto przyjrzeć się jej bliżej.
Autor: Haruki Murakami
Tytuł: „Sputnik Sweetheart”
Wydawnictwo:Muza
Stron:
„I wtedy przyszło mi coś do głowy. Co prawda jesteśmy dla siebie nawzajem doskonałymi towarzyszami podróży, lecz ostatecznie przypominamy samotne bryły metalu krążące po osobnych orbitach. Z oddali wyglądamy jak piękne spadające gwiazdy, które jednak w rzeczywistości są więzieniami, gdzie każda z nas tkwi zamknięta samotnie, zmierzając donikąd. Kiedy przecinają się orbity tych satelitów, możemy się spotkać. Może nawet otworzyć przed sobą serca. Ale tylko na krótką chwilę. Już w następnej pogrążamy się w absolutnej samotności. Dopóki nie spłoniemy i nie obrócimy w nicość.”
Murakami po prostu. Niech cytat wystarczy za recenzję.
Dla ludzi, których nie irytują niejasne czy otwarte zakończenia. Lubiących mgiełkę tajemnicy, która już zawsze nas osnuwa, gdy wracamy pamięcią do tego tytułu.
I pojęcie Doppelganera. Nie znałam go wcześniej. To jak zobaczyć nagle samego siebie. Żyć jednocześnie dwoma życiami, w dwóch światach. Interesująca koncepcja, warto poszperać w Internecie.

Autor: Justyna Bargielska
Tytuł: „Obsoletki”
Stron:
Wydawnictwo: Czarne
Autorką jest poetką. To już wiele mówi o tej prozie. Delikatnej, wrażliwej, wyrazistej. Słowo jest tu kluczem. A temat? Tak kobiecy, tak bolesny, a przy tym autorka dokonała czegoś, wydawać by się mogło, niemożliwego. Potrafi pisać o nim bez patosu, wtłaczać go w formę anegdoty. Pojawia się nawet humor. A jednak wciąż krążymy wokół straty. O poronieniach, w tak dotkliwej liczbie mnogiej. Trzeba jednak odpowiednio nastawić się przed tą lekturą. Z początku spodziewałam się czegoś innego. Szukałam smutku i bólu, nie znalazłam go na pierwszych stronach. To, co bolesne, przychodzi z czasem. Może zaskoczyć, wyrosnąć nagle, niespodziewanie, miażdżyć. To książka, która jeszcze długo potem siedzi w głowie. I w sercu.
„Przeczytałam wtedy siedmiutsetstronicowy kryminał w miękkiej okładce w jedną noc, czekając na wypis, zamiast się zastanawiać, czy jeśli ewentualnie moje dziecko składało się z większej liczby elementów, dołożyli po zabiegu te brakujące elementy do słoika. Kiedy po jakimś czasie odebrałam wyniki badań jego zawartości, nie dowiedziałam się z nich niczego ponadto, że przez jakiś czas byłam grobem. Według mnie to się nie nadawało na terapię.”
Autor: Suzanne Collins
Tytuł: „Igrzyska śmierci”, „W pierścieniu ognia”, „Kosogłos”
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron:
I ja się w końcu doczekałam i pochłonęłam trylogię. Może jestem jednak już trochę za „stara”, bo nie uległam ogólnym zachwytom. Jedynkę czytało mi się dość ciężko, gdyż wciąż miałam w głowie obrazy z filmu, które przeganiały wydarzenia. Nikt nie lubi czytać książki po obejrzeniu ekranizacji, to zdecydowanie zła kolejność. Jednak niezrażona brnęłam dalej.
Dwójka nudziła mnie raczej... Do momentu, gdy ogłoszono zasady kolejnych Igrzysk i sposób wybierania trybutów. Tu Collins rzeczywiście się popisała, fantastyczny zwrot akcji. Bardzo spodobało mi się to rozwiązanie, wniosło emocje, których zaczynało już brakować.
Trójka.... Jakoś inaczej wyobrażałam sobie walkę o wyzwolenie. Tę część czytało mi się chyba najtrudniej. Pomijając już niedoróbki językowe, wciąż brakowało mi jednego: dlaczego mimo że spędzamy z bohaterami już tyle czasu, nadal tak mało o nich wiemy? Katniss wydaje się osoba zimną, nieczułą, wręcz egoistyczną. Owszem, tyle robi dla ludzi wokół, dla swoich bliskich, ale brakuje tu gdzieś wiarygodności, przekonania. Bohaterka bardziej przypomina zmiecha niż człowieka. Collins stworzyła dobre sytuacje, tragiczny trójkąt miłosny, a jednak nie wyciągnęła z owych powiązań tyle, ile się dało. Skupiła się raczej na przemocy, na walce, na ciągłym głodzie. Nie satysfakcjonuje mnie to. No i zakończenie również nie wywołało we mnie głośnego „ach!”.
Postaram się teraz pisać na bieżąco, gdyż trudno przygotowuje się takie zbiorcze notki.


