Autor: David B.
Tytuł: "Rycerze świętego Wita"
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Stron: 392
to, co moje.
„-Tak to jest z bólem – odpowiedział Augustus, a potem spojrzał na mnie. - Domaga się, byśmy go odczuwali.”
„To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.” - pisał Szekspir. John Green traktuje ten cytat dość przewrotnie. Bohaterami swojej książki czyni parę nastolatków Hazel i Augustusa, oraz ich przyjaciół z grupy wsparcia. Wszyscy oni, mimo młodego wieku, zaznali niczym nieusprawiedliwionego cierpienia – chorują na raka, i bez względu na to czy jest on w stanie remisji czy nie, stykają się z problemem nieuchronności śmierci. W wieku, kiedy powinni przeżywać pierwsze zauroczenia, cieszyć się życiem, poznawać, odkrywać, kontemplować ich świat wygląda zgoła inaczej niż reszty rówieśników.
Hazel ma szesnaście lat a jej nieodłącznym „towarzyszem” jest aparat tlenowy, który musi wozić ze sobą – inaczej nie może oddychać. Augustus w walce o zdrowie poświęcił nogę, przekreślając karierę sportową. Isaac zdaje sobie sprawę jak kruche może być wyznanie „na zawsze”. I on również, ulegając chorobie, traci – wzrok. Jednak choć tak poruszająca, książka Greena tchnie również pozytywnymi emocjami. Choć pełni skaz, bohaterowie dają sobie radę – nawiązuję się między nimi silne relacje, przyjaźnią się, kochają, wspierają, a nawet są gotowi na realizację zupełnie szalonych pomysłów – jak np. podróż do Amsterdamu w poszukiwaniu autora ulubionej powieści Hazel.
„Gwiazd naszych wina” to książka magiczna. Choć kierowana do młodzieży, niezwykle dojrzała i doszlifowana pod względem językowym – o co ostatnio coraz trudniej. Klimatyczna, niebanalna, wywołująca drżenie, czy nawet łzy. Jasne, że jej czytanie miejscami boli. Ale czasami również przyprawia o salwy śmiechu. I o to w literaturze chodzi.
„... nie chcę oglądać świata bez niego.”
Podobał mi się sposób podejścia do choroby – bohaterowie nie zamykają się w sobie, nie separują, nie pogrążają w rozpaczy i biadoleniu. Pozostają sobą, mimo przeciwności losu. Starają się żyć jak inni nastolatkowie – spotykają się, grają w gry komputerowe, umawiają na randki. Różnica polega na tym, że co jakiś czas pojawia się atak, że trafiają na oddział szpitalny, że próbują kolejnych terapii w walce o cud, faszerując swoje ciała chemią, że czują jak rodzice drżą o nich, trzymają pod kloszem. Ale żyją, łapiąc każdą chwilę. I co należy podkreślić, bohaterowie są wyraziści i od razu ich polubicie, a flirt, jaki nawiązuje się pomiędzy Hazel i Augustusem przyprawia o uśmiech – ta para wydaje się być dla siebie stworzona a ich dialogi... cudo: błyskotliwe, inteligentne, dowcipne.
Polecam. I chcę do niej wrócić, zdecydowanie. I jeszcze jedno - po przeczytaniu tej książki zwykłe słówko "okay" nigdy nie będzie już dla Was takie samo ;)