piątek, 9 sierpnia 2019

Tom O'Neill "Manson"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 10:53:00 1 komentarze


Wyobraź sobie, że dostajesz zlecenie na artykuł o wstrząsającej zbrodni, która tak właściwie nigdy bardzo cię nie interesowała, choć swego czasu żył nią cały Hollywood. Prawie odmawiasz, ale jednak decydujesz się i zaczynasz pracę. Mijają miesiące, termin oddania artykułu wciąż się przesuwa, a ty natrafiasz wciąż na nowe tropy, i to, co miało być zwykłą wzmianką z okazji trzydziestej rocznicy tych wydarzeń, staje się prywatnym dziennikarskim śledztwem. Codziennie przeprowadzasz wywiady ze świadkami tamtych wydarzeń, ślęczysz w archiwach, przeglądasz prasę sprzed lat, próbujesz uzyskać dostęp do akt sprawy, a wszystko to pochłania cię tak bardzo, że zajmujesz się już tylko tym, tracąc kontakt z bliskimi. Ta sprawa cię pochłania. W końcu tracisz zlecenie, ale nie poddajesz się, materiału jest tak dużo, że mógłbyś wydać książkę, szukasz więc wydawcy, a potem kontynuujesz swoje śledztwo, żyjąc z honorarium na książkę, która wciąż nie powstaje. Badasz tyle różnych wątków, docierasz do tylu zatajonych historii, że sam już nie wiesz, czy to wszystko jest naprawdę możliwe. Tak właśnie wyglądało 20 lat poszukiwań prawdy przez Toma O’Neilla, których efektem jest publikacja „Manson”. Myślę, że warto nakreślić ten proces, żeby uświadomić, jak wiele swojego życia włożył autor w zebranie informacji i napisanie tej książki. Historia brutalnego mordu, dokonanego w 1969 roku przez członków sekty, zwanej Rodziną, na której czele stał tajemniczy Charles Manson, zupełnie zdominowała życie dziennikarza. Choć wydawało się, że o sprawie wiadomo już wszystko, w końcu winnych skazano, dotarł on do nieupublicznionych nigdy faktów, które rzucają nowe światło na te wydarzenia. 

Autor nie zaprzecza, że winni zostali ukarani, dowody są wystarczające by potwierdzić rzeź i udział członków sekty w tym, co stało się w willi reżysera Romana Polańskiego. To był brutalny atak, nie mieszczący się w głowie. Ale O’Neill rzuca nowe światło na sam proces i na ludzi zaangażowanych w sprawę. Oficjalna wersja, jakoby ataki były zainspirowane piosenkami Beatlesów i miały podłoże rasowe, nie do końca przekonuje w obliczy faktów, które przedstawia dziennikarz. Ujawnia tuszowane powiązania i fakty, zmieniające się wersje wydarzeń i przemilczenia. W jaki sposób Manson potrafił kontrolować umysły swoich wyznawców, czy mógł zmusić ich do morderstwa? Im dalej, tym coraz demoniczniejsze okazują się fakty: sprawa ma powiązania z gwiazdami Hollywood, z byłymi agentami służb specjalnych, z eksperymentami na zwierzętach i ludziach przy użyciu np. LSD. 

Książka na pewno nie jest dla każdego, ale uważam, że warto po nią sięgnąć, zwłaszcza jeśli lubicie tematykę kryminalną, śledczą i procesową. Podziwiam autora, którym sprawa mordu dokonanego przez sektę owładnęła tak, że podporządkował jej całe swoje życie. To ogromna praca, zamknięta w książce, za którą wielu mu groziło. On jednak odważył się podzielić tym, co udało mu się ustalić, nie bacząc na konsekwencje. Wreszcie, książka pokazuje jak zakłamane i skorumpowane jest środowisko, które powinno nas chronić. Ale wiadomo to nie od dziś… 

Polecam tę pozycję, kawał świetnej roboty. Mimo, że książka nie odpowiada na wszystkie pytania, pokazuje po prostu ukryte fakty i rzuca nowe pytania na sprawę sprzed pięćdziesięciu lat.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Bernard Cornwell: "Pusty tron"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:06:00 0 komentarze


Tom VIII „Wojen Wikingów” Bernarda Cornwella zaczyna się niestandardowo. Z jednej strony wita się z nami Uhtred z Bebbanburga, przypominając kim jest i skąd pochodzi, z drugiej strony czytamy to… i coś tu jest nie tak… I olśnienie, po raz pierwszy w rolę narratora wciela się nie waleczny wojownik, którego opowieść towarzyszyła nam przez siedem poprzednich tomów, ale jego syn, który wyrósł na równie silnego wojownika. Co się więc stało z Uhtredem, czy kolejne pokolenie przejęło pałeczkę? Czy mężny Sas, wychowany przez Duńczyków, zginął od poważnych ran, zadanych mu w ostatnim pojedynku? Cały pierwszy rozdział pełen jest takich pytań i wątpliwości. I szczerze mówiąc wprowadza do nowe tchnienie do opowieści, dodaje dreszczyku emocji i pozwala na nowo uświadomić sobie, jak bardzo chcemy słuchać opowieści, snutej przez Uhtreda już od tak długiego czasu. 

Przeżył, to jest najlepsza wiadomość tej części opowieści. I chociaż wyszedł z licznymi obrażeniami, chociaż nie jest już tak silny jak kiedyś, nadal ma w sobie tę iskrę i odwagę. W ósmym tomie dojdzie do podjęcia ważnych decyzji – władca Mercji umiera, nie pozostawiwszy następcy. W mieście zbiera się witan, który ma zadecydować o sukcesji. Uhtred widziałby w tej roli swoją ukochaną Aethelflaed – córkę Alfreda Wielkiego, siostrę króla Wessexu i wdowę po władcy, Aethelredzie. Według reszty kobieta nie nadaje się jednak na władcę, a jej miejsce po śmierci męża czeka w klasztorze. Uhtred będzie musiał użyć podstępu, by utorować jej drogę do upragnionego tytułu. 

Klimat powieści wciąż pozostaje taki sam, a na pewno jest to sztuka, biorąc pod uwagę jak bardzo rozrosła się ta seria. Podoba mi się to, że oprócz głównego bohatera, który zawsze będzie bliski czytelnikowi, mimo swojej porywczości i naiwności, coraz więcej możemy dowiedzieć się też o jego dzieciach, wchodzących już w dorosłość. Syn Uhtreda stara się być godnym noszenia jego imienia, sprawdza się na polu walki, za to jego córka ma zarówno wiele z ojca, jak i z zadziornej matki – potrafi postawić na swoim, nie boi się zbrodni, i mimo surowego wychowania oddaje cześć bogom ojca, na przekór obyczajom. Podoba mi się ta bohaterka i dobrze, że postacie kobiece rosną tutaj w siłę, pokazując, że płeć piękna również potrafi walczyć o swoje. 

Co przyniesie kolejna część tej opowieści? Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że nadal będzie trzymać poziom i stanowić tak dobrą rozrywkę, jak dotychczas.


piątek, 2 sierpnia 2019

Joanne MacGregor: „Za głosem serca”

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:55:00 1 komentarze


"Za głosem serca" to nowość wydawnicza z gatunku young adult, inspirowana klasyczną baśnią o Małej Syrence. A kto uwielbia syreny i zbiera różne wydania właśnie tej opowieści? No tak, mowa o mnie. Choć sceptycznie podchodzę do takich typowo romansowych młodzieżowek, skusiłam się, a co. Z samej czystej ciekawości na ile motywy z baśni mogły wpłynąć na współczesną love story. 

Romy Morgan ma osiemnaście lat i jedną obsesję: Logana, wschodzącą gwiazdę kina, grającego główną rolę w adaptacji bestsellerowego cyklu powieści. Tak się składa, że zdjęcia do najnowszego filmu są kręcone w rodzinnych stronach dziewczyny, ona sama zaś śledzi swojego idola podczas imprezy na luksusowym jachcie. W wyniku niefortunnych zdarzeń, gwiazda ląduje w odmętach oceanu, i tylko Romy jest świadkiem tego zdarzenia. Płynie na swojej desce surfingowej na pomoc, dzięki czemu spełnia się jej największe marzenie: poznaje swój ideał ze snów. W ramach podziękowania zostaje zatrudniona jako jego osobista asystentka, co bardzo zbliża młodych. Jednak świat show biznesu ma wiele cieni, a dziewczyna odkrywa, że powoli zmienia się w kogoś, kim nigdy nie chciała być… 

Nie spodziewałam się niczego wielkiego po tej książce, bo to „romansidło” dla nastolatek, ale myślałam że jednak trochę wyróżnia się z tłumu. Piękna okładka przyciąga wzrok, wydanie też jest bardzo ładne – pojawiają się tam np. małe grafiki morskich stworzeń po każdym rozdziale. Szkoda tylko, że sama opowieść jest dosyć płytka i przewidywalna. Głównej bohaterce blisko chociażby do Belli ze „Zmierzchu” – wystarczy, że amant ma ładne oczy i już jest miłość. Cały wątek związany z ekologią, ochroną środowiska, troską o planetę – też jest dosyć naciągany i wpisany jakby na siłę. Cieszę się, że jest – to temat bardzo na czasie, warto na niego uwrażliwiać, jesteśmy przecież świadkami zmian klimatycznych i tego, co ze sobą niosą. Dobrze więc, że temat się pojawia, to na pewno jest walorem tej opowieści, nawet jeśli nie do końca przekonuje mnie sposób podania. 

Generalnie sam cykl powieści „Bestia”, gdzie postać w którą później wcieli się Logan, lekceważy świat przyrody, a więc w ramach kary rzuconej przez szamana, zmienia się kolejno w zagrożone, dzikie zwierzęta i ucieka przed kłusownikami… A potem zakochuje się w pięknej aktywistce... Międzygatunkowa historia miłosna? Miałam ochotę przerwać lekturę właśnie w tym miejscu. Myślicie, że gdyby taki cykl naprawdę powstał, byłby popularny? Coś mi się wydaje, że tak, mimo tego jak to brzmi. 

Książkę czyta się szybko, jest to bardzo lekka lektura, taka na jeden, dwa wieczory. Na pewno przypadnie do gustu młodszej młodzieży, starsza jest już bardziej wymagająca. Słodko, naiwnie i bardzo stereotypowo, tak bym to określiła w kilku słowach. Ale taka rozrywka w sam raz na popołudnie na plaży, gdy nie ma się ochoty na wielki wysiłek intelektualny :)

czwartek, 18 lipca 2019

"Człowiek. Istota kosmiczna"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 19:31:00 1 komentarze


Lubię kosmos, tak po prostu, odkąd pamiętam. Kocham błękit nieba, może to dlatego? Od zawsze ciągnęło mnie do poznania co jest tam, ukryte nad naszymi głowami, zupełnie dla nas nieosiągalne. Lubię zdjęcia z kosmicznych wypraw, lubię filmy, których akcja dzieje się w kosmosie. Można wtedy choć trochę poczuć, choć trochę zaznać tego ogromu, tej nieskończoności. 

50 la temu człowiek postawił swoją stopę na Księżycu po raz pierwszy. Mały krok dla człowieka, wielki dla ludzkości. Każdy z nas zna tę historię, ale co dalej? Minęło pól wieku. Co może stać się za kolejne 50 lat, gdzie będziemy, co osiągniemy? Czy możemy mówić o podboju kosmosu, czy póki co to wszystko jest tylko maleńką skalą w porównaniu do tego, co jeszcze przed nami? 

Książka „Człowiek. Istota kosmiczna” to zapis wywiadu pomiędzy dziennikarką Eweliną Zambrzycką a Grzegorzem Broną, byłym szefem Polskiej Agencji Kosmicznej. Jej forma jest więc bardzo uporządkowana: pytanie, odpowiedź, czasem przerwane jakąś ciekawostką, ważniejszą informacją. Rozmowa jest prowadzona w serdecznej atmosferze, a my możemy po prostu dosiąść się do tej dwójki, w dowolnie wybranym przez siebie momencie i czytać. A jest o czym, bo dosyć poważny i skomplikowany naukowo temat przedstawiono w całkiem przystępnej, wciągającej formie. Pełno tu ciekawych odniesień, anegdot, faktów historycznych. Ten eksperyment z formą bardzo się udał – książkę czyta się dużo lepiej niż jakąś naukową rozprawę. A wiedza i informacje same wchodzą do głowy. Ja jestem bardzo na tak ;) 

Czy wiedzieliście, że czwartym narodem, który zdobył Księżyc, była Polska? W zeszłym roku miałam okazję posłuchać na żywo prelekcji Mirosława Hermaszewskiego i to było coś niesamowitego. W książce oczywiście poświęcono mu trochę uwagi, i naprawdę warto zapoznać się z jego życiorysem. 

Polecam! A i jeszcze – w środku są wklejki ze zdjęciami. Bardzo dobra rzecz :)

Bernard Cornwell: "Pogański Pan"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 19:12:00 0 komentarze


Aż trudno w to uwierzyć, ale to już siódmy tom „Wojen Wikingów”, opowieści o dziejach mężnego Uhtreda, który choć urodził się jako Sas, został wychowany przez Duńczyków i to ścieżka wikinga prowadzi go przez życie. Bohater z każdym tomem starzeje się coraz bardziej, osiągnął już pięćdziesiątkę, ale czytając o jego bohaterstwie i niezłomnym charakterze ma się wrażenie, że to wciąż ten sam młodzieniec, który dopiero uczył się sztuki walki w murze tarcz i starał się przetrwać swoją pierwszą bitwę. 

Uhtred nie ma szczęścia do kobiet, które albo go opuszczają, albo tragicznie giną lub zostają porywane, ale siódmy ton przynosi nowe przekleństwo – Uhtred musi się wyrzec swojego pierworodnego syna. Młody Uhtred obrał bowiem chrześcijańską drogę i zamierza zostać mnichem. Wojownik, który swoje serce oddał Thorowi i wyśmiewa chrześcijan, nie może się z tym pogodzić. Dla niego syn przestaje istnieć, odbiera mu imię i mianuje nim swoje drugie dziecko. W wyniku kłótni, spotęgowanej gniewem, Uhtred zabija ważnego, szanowanego opata, a to sprowadza na niego klątwę i wygnanie. Najnowszy tom o przygodach sędziwego wojownika rozpoczyna się więc tragicznie, ale przecież Uhtred od zawsze miał smykałkę do pakowania się w kłopoty, dalej nie będzie wcale łatwiej, 

Podczas czytania powieści dosyć wyraźnie rzuca się w oczy, że bohater powoli zmierza do kresu swoich dni. Wcześniej tylko wspominano o jego potomkach, teraz synowie są już starsi, wchodzą w dorosłość i wydaje się, że mogą stać się kolejnymi bohaterami tej opowieści. Z jednej strony trudno pogodzić się z upływającym czasem, z drugiej Uhtred powoli musi ustąpić młodszym. Ale nim to nastąpi, wojownik ma jeszcze wiele do zrobienia. Wciąż przecież nie odbił należnych mu ziem i tym razem po raz pierwszy poważnie się do tego zabiera, organizując wyprawę i spotkanie ze swoim niedołężnym już wujem i jego synem. 

Powieść pełna jest forteli i podstępów, co wiernemu czytelnikowi sagi Cornwella na pewno nie jest już obce, ale mimo wszystko autor wciąż potrafi zaciekawić, skupić uwagę i zaskoczyć, kiedy trzeba. I jak zawsze, w finale dostajemy piękną bitwę i starcie dwóch antagonistów, bo w tym świecie zawsze znajdzie się ktoś, kto zajdzie za skórę głównemu bohaterowi. Tylko czy tym razem uda się wyjść zwycięsko z tego pojedynku? 

Jeśli jeszcze nie czytaliście, pora nadrobić 😊

niedziela, 14 lipca 2019

„Ciemność nad miastem” Adam Christopher

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:57:00 0 komentarze



Serialu „Stranger Things” chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Tytuł, który można oglądać na Netflixie, narobił wielkiego zamieszania już przy pierwszym sezonie, i z każdym kolejnym zdobywa rzesze oddanych fanów. Kampania reklamowa trzeciego sezonu, który wszedł na platformę w lipcu, przybrała taki rozmiar, że trudno znaleźć kogoś, kto nie zetknąłby się z tym tytułem, nie obejrzał chociaż kilku odcinków – sama mam znajomych, którzy dopiero zaczynają. Ale jak poradzić sobie z pustką po obejrzeniu ostatniego odcinka? Jak wypełnić czas oczekiwania na kontynuację? Najlepszym rozwiązaniem będzie sięgnięcie po książkę ze świata serialu: "Ciemność nad miastem" Adama Christophera. 



Książka jest oficjalną powieścią, powstałą za zgodą twórców serialu, ale opowiada zupełnie inną historię. Jej akcja rozpoczyna się w 1984 roku, podczas pierwszych wspólnych świąt Hoopera i Jedenastki – jest to więc czas między drugim a trzecim sezonem. Przyjaciele wyjechali, a ojciec z przybraną córką spędzają czas w domku jego dziadka, gdy wokół szaleje śnieżyca. Nastka znajduje pudełko opisane „Nowy Jork” i zaczyna zadawać mnóstwo pytań o dawne życie Hoopera. Naczelnik policji w Hawkins ulega jej prośbom i zaczyna snuć opowieść o tym, jak po powrocie z Wietnamu osiadł ze swoją żoną i córką w Nowym Jorku i zaczął tam pracę jako detektyw w wydziale zabójstw. Wspomina trudne śledztwo i próbę schwytania seryjnego mordercy. Sprawa jest dosyć brutalna, dlatego Hooper stara się pomijać pewne kwestie, ale z drugiej strony wie, że ma w Nastce wyjątkowego słuchacza, dotkniętego różnymi traumami. 



Opowieść Hoopera pozwala lepiej poznać przeszłość tego bohatera. Znany nam dotąd jako trochę niechlujny i porywczy, ale oddany sprawie policjant o dobrym sercu, złamanym jednak przez los, ukazuje swoje drugie oblicze – wspomina czasy, gdy był szczęśliwy, gdy miał wspaniałą rodzinę i dopiero zaczynał rozwijać swoją karierę. Skupienie się na tej postaci to był strzał w dziesiątkę, zwłaszcza biorąc pod uwagę zakończenie trzeciego sezonu – ale tutaj oczywiście bez spoilerów. Sama historia jest wciągająca jak dobry kryminał, czyta się ją jednym tchem. Może być udaną lekturą także dla osób, które z serialem styczności nie miały, chociaż uważam, że stworzono ją jednak dla fanów, jako taki dodatek, prezent w podziękowaniu za bycie fanem tego niesamowitego świata. 



Nastka i Hooper spędzają cały wieczór na rozmowie i przywoływaniu wspomnień. Policjant co jakiś czas przerywa swoją opowieść i możemy wtedy obserwować ich relację, a to naprawdę piękne – dopiero się siebie uczą, oboje pokrzywdzeni przez los, a już jest między nimi ogromna nić zrozumienia i sympatii. Sam Hooper jest dosyć kontrowersyjną postacią, ale znając jego historię, nie sposób go nie lubić. Życie go nie rozpieszczało, ale on stara się pozostać sobą, po prostu pomagać innym. 



Pochłonęłam tę powieść w dwa dni i Wy również spędzicie z nią parę miłych popołudni, jestem tego pewna. Nie muszę chyba więcej przekonywać, jeśli lubicie „Stranger Things”, to po prostu lektura obowiązkowa. Nie wątpię, że to będzie bestseller.

Zapraszam też na IG: https://www.instagram.com/p/Bz48Om2lWw1/?igshid=18wjid0d6edb4

sobota, 29 czerwca 2019

"Genialne dziewczyny" Vichi de March, Roberta Fulci

Autor: Po drugiej stronie... dnia 16:56:00 0 komentarze


Genialna książka o genialnych dziewczynach - żeby żadna z nas nie bała się marzyć i osiągać swoich celów. Świetna lektura dla młodszych dziewczynek, ale oczywiście nie tylko. Opowieści pisane z pasją, z punktu widzenia każdej z tych zaprezentowanych w książce barwnych postaci. Jeśli szukacie czegoś na prezent dla młodszej siostry, córki czy innej dziewczynki z rodziny, to już macie gotowy, naprawdę wartościowy prezent.

Ale po kolei.

 "Genialne dziewczyny" to 15 historii niezwykłych kobiet, które przyczyniły się do rozwoju nauki, a przede wszystkim nie bały się marzyć, nie bały się pokonywać trudności, nie bały się pójść własną drogą, na przekór temu, co wmawiało im otoczenia. Bo chcieć to móc. Kobiety z różnych okresów historii, każda wspaniała, każda wytrwała w swoich dążeniach. Piętnaście opowieści, każda inna, każda jedyna w swoim rodzaju. Historie pisane przystępnym, alei pasjonującym językiem, z punktu widzenia bohaterek – trochę na kształt pogadanki z dobrą koleżanką, która krok po kroku przedstawia przełomowe wydarzenia ze swojego życia i to jak wpłynęły na jej późniejszą pracę i osiągnięcia. Wszystko to ubrane w przepiękną szatę graficzną – bo książka ta jest naprawdę fantastycznie wydana. Duży, ale wygodny format, twarda okładka, i ilustracje, zresztą sam sposób kompozycji tekstu z grafiką – to wszystko zasługuje również na słowa pochwały. Przeglądając tę książkę naprawdę widać, ile pracy w nią włożono i z jak dobrą, a przede wszystkim pouczającą, pozycją ma się tu do czynienia. 

Walentina Tierieszkowa, dziewczyna która wyruszyła na podbój kosmosu. Tu Youyou, laureatka Nagrody Nobla. Sophie Germain, matematyczka ukrywająca się pod męskim przydomkiem. Maria Sybylla Merian, artystka i przyrodniczka. To tylko niektóre z zaprezentowanych w książce genialnych kobiet. 

Moja ulubiona to oczywiście opowieść o Walentinie, która miłość do skoków spadochronowych przekuła w pragnienie zdobycia kosmosu. Sama uwielbiam myśleć o tym, co znajduje się poza Ziemią, o magicznym świecie, niedostępnym dla większości z nas. Czytanie o radzieckiej kosmonautce, pierwszej kobiecie w kosmosie, było czymś niepowtarzalnym. Zazdroszczę jej, choć to naprawdę okupione wieloma trudnościami i lękami osiągnięcie. 

Wiele z nich stało się wręcz symbolem kobiecej emancypacji. Swoją determinacją i inteligencją, talentem i pracą udowadniały, że kobieta nie jest w niczym gorsza od mężczyzny. Nawet dziś, mimo równouprawnienia, wciąż jeszcze można spotkać się z krzywdzącymi opiniami na temat słabszej płci, wciąż jesteśmy postrzegane trochę inaczej. Ja mam na ten temat dosyć złożone zdanie, nie uważam że kobieta musi za wszelką cenę udowadniać, ile potrafi, że nasza wrażliwość również jest atutem, że to nic złego, gdy czasem zwracamy się o pomoc. Skrajność, w jakąkolwiek stronę, jest zła. Ale ta książka powstała po to, by dodawać odwagi, a to największa wartość.

Myślicie, że ta książka ma szansę stać się bestsellerem?

niedziela, 23 czerwca 2019

"Dzień za dniem" David Levithan

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:47:00 0 komentarze


Odkąd A sięga pamięcią, jego życie sprowadza się do tego, że codziennie budzi się w ciele innej osoby i musi w nim dotrwać do końca dnia. A święcie wierzy, że jest jedyną osobą na świecie obdarzoną taką przypadłością. Myli się jednak. Nie jest sam.
Od zawsze zmagał się z wszechogarniającą go samotnością, teraz dochodzi do tego zrozumienie, do czego mogą prowadzić miłość i samotność - oraz odkrycie, jak to jest, gdy się okazuje, że są jednak inni, tacy sami jak A.

"Dzień za dniem" to trzecia część serii stworzonej przez Davida Levithana. Książki opowiadają historię A – tak sam siebie nazwał – który codziennie budzi się w innym ciele. Wybór ciała jest totalnie przypadkowy -to zawsze nastolatek w jego wieku, różne płci i pochodzenia, zwykle z najbliższej okolicy – w związku z tym każda dalsza podróż powoduje ryzyko, że A nigdy już nie wróci w znane miejsce. Chłopak, bo chociaż budzi się czasem w ciele dziewczyny, czuje jednak że jego płeć jest męska, prowadzi takie trudne życie od zawsze, i wydaje się już pogodzony ze swoim losem, do czasu aż się zakochuje… Poznanie Rhiannon i chęć bycia z nią, niezależnie od tego kim w danej chwili się staje, jest silniejsza niż wszystko inne. Tylko czy taki związek ma w ogóle szanse trwać dłużej? 

Trafiłam na trzeci tom, nie znając dwóch pozostałych, oglądałam tylko film „Każdego dnia” na podstawie pierwszej części i stąd znałam zarys fabuły i niesamowite uczucie, jakie połączyło dwoje młodych ludzi. Nieznajomość poprzednich części zupełnie nie przeszkadza w lekturze, wiele faktów jest tam po prostu przypomnianych, choć oczywiście dla kogoś, kto czytał poprzednie tomy, lektura będzie pewnie jeszcze bogatsza. „Dzień za dniem” zastaje nas w czasie, gdzie A i Rhiannon próbują wieść swoje życia oddzielnie, ale nie bardzo im to wychodzi. Opowieść oddaje też głos innym bohaterom, mającym podobną przypadłość. Niektórzy są do cna źli, jak X, i wykorzystują swoje zdolności przeciwko ludziom, których ciała zasiedlają. Inni starają się żyć normalnie, obarczeni czasem wyrzutami sumienia – gdy zniewalają gospodarza ciała i zostają w nim na długie lata. Pojawia się tu też krótka opowieść, mająca swój finał w zakończeniu książki, która totalnie skradła moje serce. Choćby dla niej warto przeczytać ten tom ;) 

Różnie to bywa z kontynuacjami, ciężko im dorównać wcześniejszym tomom, czasem wydają się pisane zupełnie niepotrzebnie. Opowieść o A i Rhiannon jest jednak inna, pozwala lepiej poznać bohaterów i pokazać co dzieje się, gdy opada kurtyna. Bardzo podobała mi się ta książka, mimo kilku niedociągnięć i słabszych momentów – jak zakończenie wątku X, które dla mnie było zbyt ckliwe. Podoba mi się dojrzałość bohaterów, dylematy przed jakimi zostają postawieni i sposób, w jaki usiłują z nich wybrnąć. Niesamowite jest też uczucie, które łamie wszelkie bariery – naprawdę można kochać kogoś za to, jaki jest, niezależnie kim danego dnia się staje. Jak na powieść młodzieżową, książka nosi w sobie wiele ważnych prawd i sygnalizuje sporo problemów, o których można by długo dyskutować. 


Polecam tym, którzy znają wcześniejsze tomy i tym, którzy zupełnie nie – i tak pochłoniecie ją w okamgnieniu 😊

piątek, 31 maja 2019

Bernard Cornwell: "Śmierć królów"

Autor: Po drugiej stronie... dnia 15:34:00 1 komentarze


Szósty tom „Wojen Wikingów” bardzo mile mnie zaskoczył. Wydawało mi się, że w którymś momencie odczuję już znużenie – ileż można czytać o jednym bohaterze, który z tomu na tom co prawda wciąż ma pełno nowych przygód, ale miotają nim jednocześnie te same rozterki, mimo upływu czasu i mijających lat. Jednak szósty tom przynosi świeżość i czyta się go naprawdę dobrze, wciąż dobrze. Ta część jest chyba jedną z moich ulubionych – biorąc oczywiście pod uwagę tylko te dotychczasowo wydane, bo nie wiem co jeszcze przede mną. 

Tytuł „Śmierć królów” sugeruje już, że w powieści rozegra się pewien dramat, a jednocześnie będzie to coś, co zbliżało się nieuchronnie. Król Alfred był ukazywany jako postać niejednoznaczna – z jednej strony polegał na Uhtredzie, zgadzał się z jego osądami i podziwiał męstwo na polu walki, z drugiej niejednokrotnie po prostu się nim wysługiwał, nigdy nie honorując odpowiednio. Uczucia Uhtreda wobec króla też były ambiwalentne – czasem po prostu twierdził, że go nienawidzi, a mimo to przysięgał mu wierność i dotrzymywał swojego słowa. Nie da się też pominąć faktu, że z córki króla zrobił sobie kochankę… Czas jednak na podsumowanie tej trudnej relacji, czas na zawieszenie broni. Alfred, mizerny, nękany chorobami, chrześcijański król, jednoczył jednak Anglię, miał bystry umysł i przebiegły plan. Co może stać się, gdy odejdzie? 

Tak jak wspominała, tę część czytałam jednym tchem. Może dlatego, że jest w pewien sposób przełomowa, pokazuje koniec pewnej epoki i początek nowej. Powoli ze świata odchodzą bohaterowie, których znaliśmy tak długo, na ich miejsca przyjdą nowi. Czas nie jest dla nikogo łaskawy, każdy nosi w sobie jakąś stratę. Mam wrażenie, jakbym poznawała tę serię na nowo, powieść tak bardzo różni się od poprzednich. Zmienia się podejście do świata - autor nie skupia się już tak bardzo na konfliktach i bitwach, ale na zażyłościach między bohaterami, na ich doświadczeniach. Uhtred jest już dojrzałym mężczyzną, uspokoił się i wyciszył. Nadal ma w sobie wiele z walecznego wikinga, ale też potrafi myśleć, przewidywać, planować. Stał się sympatyczniejszym bohaterem, wzbudza szacunek, a kiedy wpada w tarapaty - współczucie. Jeszcze wiele przed nim, mamy tego świadomość. I jeszcze wiele przed nami, Czytelnikami tej wciągającej serii 😉

poniedziałek, 13 maja 2019

"Płonące ziemie" Bernard Cornwell

Autor: Po drugiej stronie... dnia 19:14:00 4 komentarze


Jestem właśnie po lekturze piątego tomu „Wojen Wikingów” Bernarda Cornwella, pod tytułem ”Płonące ziemie”. Można by zapytać – ile można czytać o tym samym, ile można recenzować to samo, ale jednak każda z książek autora opowiada oddzielną historię, spleconą dzięki postaci wojowniczego Uhtreda. 

Bohater, który dorastał na naszych oczach, dobiega już czterdziestki, co jak na tamte czasy jest całkiem przyzwoitym wiekiem, zważywszy na ilość walk, jakie stoczył i niebezpieczeństw, które na niego czyhały. Uhtred żyje i ma się dobrze, wiele wyniósł z życiowych doświadczeń, a jednak posiada pewne słabe punkty, przez które wciąż popada w kłopoty. Wojownik wciąż jest na usługach Alfreda, którego wręcz nie znosi, ale raz dane słowo jest dla niego ważniejsze niż osobiste sympatie. Duńczycy zagrażają królestwu Alfreda, do wybrzeży Wessexu przybija osiemdziesiąt okrętów, oddziały pustoszą też okolicę. Wykonując po kolei rozkazy króla, Uhtred rozbija oddział dowodzony przez piękną Skade, kochankę Heralda. Kobieta jest najbardziej tajemniczą postacią tej części opowieści – jest niezwykle piękna, przez co stanowi pokusę i zagrożenie, a do tego jest wieszczką, rzucającą przerażające klątwy. Uhtred, który przeżywa osobisty dramat, łatwo jej ulega. Już w poprzednich tomach dał się poznać jako mężczyzna, nie mogący się oprzeć pięknym, silnym kobietom. To właśnie jego relacje z płcią piękną napędzają historię, dodają smaczku i pokazują, jak silny wojownik może być tak naprawdę słaby i podatny. Co też kobieta potrafi zrobić z mężczyzną. 

Zestawiając wydane dotąd pięć tomów „Wojen wikingów” możemy już powoli cieszyć się pięknym obrazem, jaki tworzy się po zestawieniu wszystkich brzegów książki ze sobą. Wizualnie wygląda to naprawdę fantastycznie, to nowe wydanie zostało dopracowane w każdym najmniejszym punkcie. Poza przydatnymi wklejkami z rycinami map i notą historyczną, brzeg każdego tomu to mój ulubiony ukłon w stronę czytelnika. Aż ciekawość mnie zżera, jak to będzie prezentować się na regale w całości. Oczywiście, widziałam wizualizacje w internecie, ale jednak widok na żywo musi być zdecydowanie lepszy. 

Piąty tom pełen jest batalistycznych, bardzo plastycznych opisów, starć mniejszych i większych, potyczek i prawdziwych bitew. Los nie oszczędza głównego bohatera, raz po raz odbiera mu ludzi, których kocha i dobra, które do niego należą, ale Uhtred się nie poddaje. Idzie po swoje, nawet jeśli ograniczają go złożone przysięgi i trudne sploty okoliczności. Wszystko jeszcze przed nim.

niedziela, 5 maja 2019

Zapiski o końcu świata

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:04:00 0 komentarze


Pamiętasz jak to było, gdy ktoś cię kochał. Pamiętasz, jak to było, gdy on cię kochał. Myślałaś, że wszystko ma jakieś granice – limit bólu i pustki przeznaczony na jedną osobę w twoim przypadku już się wypełnił. Wiedziałaś, jak to jest, mieć wszystko i wszystko stracić. Przeszłaś najboleśniejsze lekcje i musiałaś wyjść z tego cało. A potem przydarzyło ci się szczęście, tak całkiem niespodziewanie. Przydarzył ci się On. Nie mogłaś w to uwierzyć, ale to się wydarzało, doświadczałaś tego i mogłaś zaznać uczuć, mogłaś zaznać dobroci, większej niż kiedykolwiek byłaś sobie w stanie wyobrazić, że cię spotka. Nie rozumiałaś, co w tobie widzi, nie pojmowałaś, jak może tak bardzo cię chcieć, ale to było naprawdę, to miało swoje miejsce i zmieniało cię w kogoś lepszego. Teraz znów masz wrażenie, że los jest okrutny. Że dostałaś coś na kredyt i każdą chwilę, którą pamiętasz, musisz spłacać; z bólu aż zgina cię na pół. Nie mogłaś zrozumieć, jak może kochać, ciebie – taką niedoskonałą, a teraz nie masz jak walczyć, bo co poza tą skrzywdzoną sobą, byłabyś w stanie zaoferować? Masz wrażenie, że nigdy nie dostrzegał tej ciebie prawdziwej – tej poranionej, tej z zadrapaniami i poharatanej przez tyle sytuacji, że stworzył sobie obraz ciebie innej, odpowiadającej jego potrzebom, i dopiero teraz zrozumiał, kim byłaś przez cały ten czas. Dopiero teraz widzi tą ciebie, którą zawsze byłaś, która nie dowierzała, że może tyle mieć. Nie możesz przepraszać za to, kim jesteś, to nie twoja wina, to nie jest nic złego. Uwierz znów w to, że nie jesteś niczym złym. Jesteś sobą, człowiekiem mającym swoje miejsce w tej całej machinie. Nie gorszą i nie lepszą od innych. Tylko dlaczego znów czujesz, że wszystko wydarza się zawsze przeciwko tobie, że każdy początek od razu w zamyśle ma koniec, że z tobą musi coś nie grać. Oni zawsze odchodzą. Nie znają cię, żyją z iluzją ciebie. Nie potrafią zrozumieć, jak rozdarte jest to serce, które im dajesz. 

Jesteś sama. Znów jesteś po prostu sama. Nie zasłużyłaś na to, czym żyłaś przez ostatnie lata i teraz będziesz musiała oddać to z nawiązką. Nie wytrzymasz tego. Nie jesteś w stanie tego zrozumieć. Nie masz w sobie nic, poza bólem. Wtłoczył się w twoje żyły i paraliżuje serce. Nie chcesz pamiętać. Pamiętasz. Nie chcesz już kochać. Kochasz tylko mocniej. Nie chcesz zostawać i nie chcesz odchodzić. Nie wiesz już kim jesteś. Na pewno nie czyjąś, na pewno nie ważną. Chciałabyś wpaść w ciemną, głęboką studnię i aby dosięgnął cię tam kres. Nie masz już w sobie ducha walki. Nie po to chciałaś żyć, by siłą wydzierać te drobniaki dla siebie. Nie tak to miało wyglądać. Nie obiecuj, jeżeli nie możesz dotrzymać słowa. Nie mów, że kochasz, jeśli masz wątpliwości. Nie wchodź w czyjeś życie, jeśli nie wiesz, czy w nim zostaniesz. Nie każ mnie za swoje błędy. 

Ty też się co do niego pomyliłaś. Myślałaś, że jest najwspanialszym człowiekiem na ziemi. Poszłabyś za nim w ciemność, oddałabyś mu wszystko. Dałaś jednak za dużo – swoją gorszą stronę powinnaś zachować w ukryciu. Można kochać w tobie tylko to, co dobre. Reszta zasługuje na śmietnik. Nie wiem, czy skleisz się jeszcze w jakąś całość. Jesteś brakiem – patrzy na ciebie i widzi tylko to, czego nie masz. Zawsze już będziesz to pamiętać. Myślałaś, że on jeden cię rozumie. Widziałaś, jak rozumiał. Straciłaś grunt pod nogami. Jakby to wszystko było kłamstwem. Co zrobiłaś źle? Wszystko zrobiłaś źle. Byłaś sobą, a to najgorsza zbrodnia. 

To nie jest sen i nie obudzisz się z niego. I nikt ci nie powie, co zrobić. 

Już nie umiesz czekać.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Kampania żelu do skóry suchej Bio-Oil®

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:01:00 1 komentarze
Hej!

Po dość długiej przerwie w kampaniach na portalu Streetcom w końcu zostałam wybrana do udziału w kampanii żelu do skóry suchej Bio-Oil®. Z niecierpliwością wyczekiwałam więc paczki z kosmetykiem i próbkami dla znajomych oraz informacji, jakie będą moje zadania w tym projekcie :)

A tak prezentowała się paczka ambasadorska:



Opis produktu:

Powierzchnia naskórka ma niewidoczną warstwę tłuszczu, która stanowi naturalną barierę zapobiegającą utracie wilgoci przez skórę. W bardzo suchym klimacie taka warstwa często nie wystarcza i skóra traci zbyt dużo wilgoci. Codzienne kąpiele lub prysznic mogą to jeszcze nasilać poprzez zmywanie warstwy lipidowej, związane ze ściągającym działaniem mydła i wody. Bio-Oil uzupełnia naturalną barierę lipidową skóry pomagając przywrócić jej funkcję ochronną, którą jest zatrzymywanie wilgoci.

W żelu Bio-Oil znajdują się naturalne olejki, dzięki temu produkt niemalże w całości działa aktywnie na skórę, zapewniając jej odpowiedni poziom nawilżenia.

Do testów otrzymałam produkt o pojemności 50 ml, który w sprzedaży kosztuje ok 25 zł. Żel ma miękką, lekko galaretowatą konsystencję, jest przezroczysty, z delikatnym odcieniem różu. Ma też miły, delikatny zapach. Jeżeli chodzi o stosowanie, jest bardzo wygodne, dzięki plastikowemu słoiczkowi z wygodną nakrętką. Dobrze się wchłania, pozostawiając na skórze uczucie nawilżenia. 



Co do efektów, już po kilku zastosowaniach zauważyłam, że skóra rzeczywiście odżyła i jest lepiej nawilżona. Stosuję go wieczorem, po kąpieli i głównie na najbardziej suche partie ciała, z którymi miałam największe problemy: dłonie i nogi. Jeżeli chodzi o twarz, również próbowałam go używać, ale jednak jest trochę za ciężki, jestem przyzwyczajona do lekkich kremów, które w ogóle nie obciążają, jeśli chodzi o pielęgnację mojej skóry.

Kampania trwa, rozmawiam o produkcie ze znajomymi. A czy Wy znacie tę markę?

#BioOilPL #ŻelDoSkórySuchej

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Bernard Cornwell: Wojny Wikingów, tom 4

Autor: Po drugiej stronie... dnia 13:43:00 0 komentarze



„Pieśń miecza” to czwarta część serii Bernarda Cornwella z cyklu „Wojny Wikingów”. Seria porównywana do „Gry o tron”, tylko takiej prawdziwej, opartej na legendach i wydarzeniach historycznych, którą poleca sam G. R. R. Martin. Całość w końcu w tym roku doczeka się przetłumaczenia na język polski, a my możemy z miesiąca na miesiąc przyglądać się losom dzielnego Uhtreda. 

Tym razem przenosimy się do roku 885. Między Sasami a Duńczykami panuje tak zwany pokój, choć obie strony stoją w gotowości i przeganiają się w knuciu podstępnych forteli. Uhtred strzeże granicy Wessexu i wiedzie spokojne życie u boku ukochanej Giseli, która obdarzyła go już potomstwem. Jest to jednak cisza przed burzą. Gdy Uhtred na polecenie króla Alfreda próbuje odbić miasto zajęte przez najeźdźców, dostaje od wikingów ciekawą propozycję – za dołączenie do nich i zdradę króla obiecują mu tron Mercji. Ciemną nocą prowadzą go do miejsca, gdzie jest świadkiem przepowiedni umarłego, powstałego z grobu – zjawa potwierdza, że czeka na niego tron. Uhtred mimo błyskotliwego umysłu już nie raz pokazał, jak skłonny jest do ulegania manipulacji. Przez pewien czas dogłębnie rozważa propozycję, wierząc w moc przeznaczenia. 

Świat wikingów pełen jest wierzeń i wiary w znaki, przesądy i objawienia. Wojownicy powierzają całe swoje życie bóstwom, które strzegą ich w walce. To niezwykły świat, i za sprawą powieści Cornwella możemy poczuć go na własnej skórze. To samo tyczy się opisu scen batalistycznych, ale o tym można wspominać przy okazji każdego nowego tomu. Fani tego typu rozrywki będą usatysfakcjonowani. 

Mnie osobiście w czwartym tomie najbardziej podobał się wątek dotyczący córki króla Alfreda. Jej postać była przywoływana wcześniej już kilka razy, właściwie odkąd dziewczynka przyszła na świat – sugerowano, że ją i Uhtreda w przyszłości połączy jakaś ważna więź. Teraz Aethelflaed liczy sobie już trzynaście lat i jest gotowa do zamążpójścia. Niestety, nie będzie to romantyczna miłość, o jakiej marzyła. Uhtred traktuje ją trochę jak córkę, dlatego ciężko mu pojąć, że to dziecko, które znał od maleńkości, wkrótce samo będzie wydawać na świat potomstwo. I rzeczywiście ich relacja w tym tomie zacieśni się, a ja zastanawiam się, co przyniosą kolejne wydarzenia i jak długo Uhtred będzie zaznawał szczęścia u boku Giseli – bo przyzwyczaił nas przecież do tego, że długie, szczęśliwe związki nie są mu pisane. 

Po czwarty tom sięgną raczej osoby, które miały styczność z poprzednimi, częściami, więc dobrze już znają świat ukształtowany przez autora i sposób snucia opowieści przez osobliwego narratora – Uhtreda u kresu swoich dni. Mniej więcej wiecie więc czego się spodziewać i dokładnie to dostaniecie w tym tomie😉


sobota, 6 kwietnia 2019

Kosmetyki Hydra Plants marki Herla

Autor: Po drugiej stronie... dnia 14:52:00 0 komentarze


Maska do twarzy Hydra Plants to kosmetyk, który przede wszystkim ma intensywnie nawilżać skórę twarzy. Czy rzeczywiście tak jest i jak przebiegły moje testy tego kosmetyku? Zapraszam na wpis 😊 

Najpierw kilka słów o składzie, z opisu producenta: 

Zawiera kwas hialuronowy, który zatrzymuje wodę w skórze, zapobiegając jest przesuszeniu. Substancja roślinna AquaxylTM zwiększa syntezę kwasu hialuronowego w skórze właściwej, poprawia poziom jej nawilżenia. Polyplant Fruits – kompleks ekstraktów z maliny, jabłka, brzoskwini, kiwi, papai i truskawki odżywia skórę i chroni przed działaniem wolnych rodników. Naturalne oleje z baobabu, jojoba i marula chronią skórę przed starzeniem, nawilżają i ujędrniają. Maska bogata w roślinny kompleks Anti- Wrinkle Herbal Complex (ekstrakty z: aloesu, wąkroty azjatyckiej, wiesiołka, migdała oraz chmielu) o działaniu nawilżającym, przeciwzmarszczkowym oraz przeciwstarzeniowym. Maska doskonale nawilża, wygładza, odżywia i regeneruje skórę. 

Maska zamknięta jest w szklanym słoiczku, który wygląda bardzo profesjonalnie i przywodzi na myśl kosmetyki z wyższej półki, można powiedzieć luksusowe. Lubię kremy i maski zamknięte w takich wygodnych opakowaniach, gdyż dzięki temu aplikacja jest prosta i wygodna. Opakowanie zawiera też małą łopatkę do nakładania kosmetyku, co również jest miłym dodatkiem. Maska ma postać żelowego kremu, o jasnym, właśnie kremowym kolorze. Ma dosyć intensywny zapach, ale jest on przyjemny i nie przeszkadza podczas stosowania. 





Maskę nakładamy na twarz, szyję i dekolt na ok. 20 minut. Pierwsze wrażenie jest takie, że skóra trochę szczypie, piecze, ale później to ustępuje. Przez ten czas produkt powoli się wchłania, a po upływie wyznaczonego czasu należy nadmiar kosmetyku albo usunąć przy użyciu płatka kosmetycznego, albo pozostawić do całkowitego wchłonięcia – np. gdy stosujemy produkt na noc. Ja wybieram tę drugą opcję, pozwalam masce się wchłonąć, a że tworzy ona na skórze delikatną warstwę, stosuję ją po prostu przed snem. Jeśli chodzi o konsystencję, jest ona dosyć lekka. Nie obciąża skóry i nie zapycha. Nie miałam też po niej żadnych problemów z podrażnianiami.

Czuję, że moja skóra po stosowaniu kosmetyku jest nawilżona, ale czy maska daje spektakularne efekty – trudno mi to jeszcze oceniać, nie zauważyłam póki co bardzo dużych zmian. Na pewno na plus zasługuje jej opakowanie i skład, z minusów cena – w regularnej sprzedaży maska kosztuje ponad 100 zł. Jak na taką kwotę, spodziewałam się większego efektu wow.

Za możliwość testowania bardzo dziękuję portalowi Trustedcosmetics.pl :)

#herla #profesjonalnekosmetyki #trustedcosmetics #klubtesterekkosmetycznych

niedziela, 24 marca 2019

"Niewyjaśnione tajemnice"Joel Levy

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:47:00 3 komentarze


Jako nastolatkę fascynowały mnie zjawiska nadprzyrodzone. UFO, Trójkąt Bermudzki, potwór z Loch Ness, tajemnicze budowle i artefakty, zaginione miasta, niewyjaśnione przypadki. O tym właśnie jest książka "Niewyjaśnione tajemnice", której autorem jest Joel Levy i pisarz i dziennikarz, specjalizujący się w historii i nauce. Publikacja zbiera takie przedziwne historie, próbuje je usystematyzować, podzielić na pewne kategorie, przybliżyć i objaśnić na tyle, na ile jesteśmy w stanie na dzień dzisiejszy. Chociaż takie publikacje zwykle idą za bardzo w stronę sensacyjności, za mało skupiając się na faktach, dla miłośników tematu są zawsze dobrym źródłem bazowym dla dalszych poszukiwań. A jak jest w tym przypadku? 

Podoba mi się próba usystematyzowania niewyjaśnionych zjawisk. Mamy więc konkretne rozdziały: Tajemnicze Miejsca, Tajemnicze Zdarzenia, Dziwne Doniesienia, Zagadkowe Artefakty. Łatwiej dzięki temu poruszać się po książce. Można ją czytać wyrywkowo – sięgnąć akurat po ten artykuł, który przykuwa naszą uwagę. Znajdziemy tu naprawdę pokaźną kolekcję, jeśli chodzi o wszelkie zjawiska paranienormalne. Od tych starożytnych zagadek, nierozwikłanych od lat, po współczesne tajemnice. Wszystko to w całkiem przyjemnej szacie graficznej, z kolorowymi ilustracjami i oddzielnym miejscem na „Odlotowe teorie”. 

Książka na pewno przypadnie do gustu osobom, lubiącym podobną tematykę, wszystkim ciekawym świata. Autor stara się zamieszczać możliwe wyjaśnienia, ale nie zawsze jest to możliwe. Daje raczej bazę do poszukiwań, nie wyczerpuje tematu, raczej dopiero go nakreśla. W związku z dużą ilością opisanych zjawisk można się domyślić, że książka przedstawia raczej skrótowy zarys, podstawowe informacje. Jest jednak ciekawa i zdecydowanie daje do myślenia, 

Lubicie takie historie? Szukacie wyjaśnienia dla zjawisk paranienormalnych? Jesteście raczej sceptyczni? Ja wychodzę z założenia, że na pewne pytania pewnie nigdy nie poznamy odpowiedzi. Większość może jest dziełem przypadku i wymysłów. Ale może cześć z nich skrywa coś więcej... . .

„Sztuka słyszenia bicia serca” Jan-Philipp Sendker

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:34:00 1 komentarze




„Sztuka słyszenia bicia serca”  J.P. Sendkrea to książka, która bardzo mnie zaskoczyła, pozytywnie oczywiście. Przed lekturą nie wiedziałam o niej prawie nic, gdyż opis wydawcy jest dosyć ogólnikowy. Światowy bestseller tłumaczony na 35 języków – akurat na takie fakty spoglądam z przymrużeniem oka. Ale sięgnęłam po nią, bez właściwie szczególnych oczekiwań. I z miejsca mnie urzekła. 

Julia opuszcza Amerykę w poszukiwaniu ojca, który zniknął bez słowa. Trop wiedzie ją do Tajlandii, do Birmy, a w końcu do maleńkiej wioski o nazwie Rangun. To prawdopodobnie tam wychował się jej ojciec, ale nigdy nikomu nie opowiedział o dwudziestu pierwszych latach swojego życia. Jego przeszłość była wielką zagadką dla całej rodziny. Matka twierdziła, że ojciec nigdy jej nie kochał, a swoje serce oddał tajemniczej kobiecie z przeszłości. Po odnalezieniu w rzeczach ojca listu, adresowanego do niejakiej Mi Mi, dziewczyna rusza na poszukiwania prawdy. 

„Sztuka słyszenia bicia serca” to opowieść, jaką przed bohaterką snuje poznany w kawiarni starszy mężczyzna. Opowieść o dzieciństwie jej ojca, naznaczonym piętnem, o postrzeganiu świata za pomocą dźwięków, nie wzroku. Opowieść tak piękna i wzruszająca, o wielkim ładunku emocjonalnym. Może momentami zbyt ckliwa, ale biorąc pod uwagę jej wymiar, całkowicie mi to nie przeszkadzało. Granica pomiędzy przesadnym filozofowaniem a opowieścią moim zdaniem zostaje zachowana. Dawno nie czytałam takiej historii, o miłości totalnej, o uczuciu, które przetrwa wszystko. Piękna, bo pokazuje przyjaźń dwojga młodych ludzi, sponiewieranych przez życie. To nie jest bajka o pięknej, biednej księżniczce, która spotyka wpływowego księcia. Nie, to historia ludzi skreślonych przez społeczeństwo, odnajdujących w sobie siłę do pokonywania przeszkód. Razem można więcej. 

Nic by nie dodała, nic bym nie odjęła. Opowieść zaczyna się i kończy we właściwym momencie. Jeśli lubicie wzruszyć się nad książką, to pozycja zdecydowanie dla Was. Delikatna, poruszająca i magiczna. Warto przysiąść nad nią i zwolnić. Brakuje nam we współczesnym świecie takiego wsłuchania się w serce drugiej osoby. Dostrzegania małych rzeczy.

Polecam Wam tę wydawniczą nowość.

sobota, 16 marca 2019

"Weź się ogarnij" Pani Bukowa

Autor: Po drugiej stronie... dnia 15:45:00 1 komentarze



Znacie Panią Bukową? Ja swego czasu bardzo lubiłam sobie poprawiać humor memami z „bukowego” profilu na Facebooku, zresztą czasem jeszcze tam zaglądam. Wokół tej zabawnej postaci powstało też parę zbiorów książkowych, a w moje ręce trafił poradnik "Weź się ogarnij". Pani Bukowa i jej kontrowersyjne porady, prędzej czy później taka książeczka musiała więc powstać. Ma fajne, kieszonkowe wydanie, które zmieści się wszędzie, a szata graficzna doskonale komponuje się z tym, co znamy z internetu. 

Ta pozycja to raczej taka satyra na wszelkie poważnie traktujące o życiu poradniki, więc bardzo mi się to podoba. Myśl o sobie, zadbaj o swoją strefę komfortu i rób tak, by tobie było dobrze. Złote rady Pani Bukowej to zbiór różnych śmiesznych ćwiczeń i porad z przymrużeniem oka. Taki dziennik, w którym możemy trochę porysować czy powycinać. Już sam podtytuł „Ćwiczenia dla ogarniętych inaczej” sugeruje z jaką książeczką mamy do czynienia. Nie można brać treści tego poradnika do siebie, to raczej przedłużenie znanych z internetu memów, próba wykorzystania ich w inny sposób. 

Jak scharakteryzować tę wymyśloną postać, która wciela się jakby w autorkę poradnika? To wyzwolona, współczesna kobieta, która gdzieś ma opinię innych, a na smutki poleca dobre wino albo mnóstwo czekolady. To rodzaj leniwca – zawsze znajdzie sposób, by odwlec obowiązki i zbytnio się nie przemęczać. Trochę niezdarna, ale w tym wszystkim urocza. Taka właśnie jest Pani Bukowa, i mądrości bardzo w jej stylu można znaleźć w tym małym zeszyciku. 

Pamiętajcie, gdy ktoś będzie się Was czepiał, zawsze możecie powtórzyć za nią: „Nie śpię więcej niż inni. Po prostu śpię wolniej”. :) 

„Weź się ogarnij” to fajny pomysł na zabawny prezent :) I na poprawę humoru.

środa, 13 marca 2019

Bernard Cornwell "Wojny Wikingów" tom 3

Autor: Po drugiej stronie... dnia 18:47:00 1 komentarze


To już trzeci tom „Wojen Wikingów” Bernarda Cornwella. Kolejny raz powracamy więc do historii śmiałego Uhtreda z Bebbanburga. Akcja „Panów Północy” dzieje się bezpośrednio po wydarzeniach z poprzedniego tomu – Uhtred decyduje się opuścić króla Alfreda, którego uważa za człowieka słabego i podąża w swojej sprawie. Wydaje mu się, że ma wszystko: jest wielkim, okrytym sławą wojownikiem, który mimo młodego wieku stoczył już parę potężnych bitew i wyszedł z nich zwycięsko, zgładził też potężnego Ubbę. Coraz śmielej myśli o odzyskaniu należnych mu po ojcu ziem, pragnie zemsty na swoich wrogach. Podczas wędrówki spotyka trzymanego w niewoli duńskiego króla i po jego oswobodzeniu, decyduje mu się towarzyszyć. Niestety, choć Uhtred ma wielkie plany, kolejny raz gubi go pewność siebie. Przeznaczenie jest wszystkim. Prządki mają swój zamysł na jego los. Wielki wojownik zazna niewoli i poniżenia, kolejny raz zostanie mu odebrane wszystko. Czy pasmo nieszczęść kiedyś zostanie przerwane? 

Wciąż jestem pod wrażeniem z jaką swobodą Bernard Cornwell kreuje swój świat, ile przygód dla swoich bohaterów ma w zapasie. Co prawda trzeci tom póki co wypada nieco blado na tle dwóch pierwszych, ale to nadal wciągająca historia, która tak naprawdę dopiero się rozpoczęła – wszak Uhtred ma wciąż dopiero dwadzieścia parę lat na karku, a swoją opowieść snuje z perspektywy starca – wiemy więc, że przed nami jeszcze całkiem dużo zaskakujących splotów losu. W tej części natomiast trochę za mało było faktycznych bitew, a opisy walk są przecież specjalnością pisarza. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i tutaj mój własny do końca nie został zaspokojony. Ale może to cisza przed burzą. 

Walka, wiara i kobiety, te trzy kategorie zdają się być głównym sensem życia Uhtreda. Trzeci tom przynosi kolejne ciekawe postaci kobiece – najpierw Hildę, byłą zakonnicę, która staje się z jednej strony towarzyszką Uhtreda, z drugiej wciąż czuje powołanie i zastanawia się nad powrotem do zakonu. Później Giselę – piękną siostrę króla Guthreda, mogącą czytać przepowiednie z run. Każda z tych kobiet pozostawia ślad na życiu wojownika, ale przeczuwamy, że na prawdziwą miłość musi jeszcze poczekać. Jaka będzie ta kolejna wybranka jego serca? Czy Uhtred kiedykolwiek zostanie usidlony już tak ostatecznie? Nie wiem, ale obserwowanie jego poczynań w tym względzie jest, z punktu widzenia czytelnika-kobiety, świetną rozrywką. 

Kończę czytać tom trzeci, wertuję ostatnie strony, wreszcie zamykam książkę. Na szczęście wiem, że to nie koniec, to tak naprawdę dopiero początek. Ta myśl dodaje otuchy. Czekam z niecierpliwością na kontynuację 😊

niedziela, 10 marca 2019

"Dziewczyna z wieży" Katherine Arden

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:22:00 2 komentarze


Ruska baśń, o dziewczynie odkrywającej, że widzi rzeczy i stworzenia, których nikt inny nie widzi, małych opiekunów domów, stajni czy lasu, powraca w drugim tomie pt. „Dziewczyna z wieży”. Książka po raz kolejny zachwyca już od pierwszego wejrzenia, bardzo klimatyczną okładką i tytułem. A co w środku? Wasia powraca, i chyba wszyscy za nią tęskniliśmy.

Zostawiliśmy ją w momencie, gdy musiała uciekać ze swojej wioski – jej macocha i ojciec zginęli, obarczono ją za śmierć ojca i okrzyknięto czarownicą. Wasia mogłaby pozostać w bezpiecznym świecie króla śniegów i śmierci, Morozko chce ją przy sobie, ale dziewczyna pragnie innego życia. Udaje się w drogę na swoim olbrzymim koniu, Słowiku, nie wiedząc tak naprawdę co ze sobą począć. Pod przebraniem chłopca przemierza wsie, i jak to ona, wplątuje się w nowe kłopoty, które doprowadzą ją aż na dwój Wielkiego Księcia Moskiewskiego. Tam wreszcie będzie mogła spotkać swoich bliskich: brata Saszę, cenionego mnicha i siostrę Olgę, księżną. Wspólnymi siłami będą starali się zdemaskować intrygę, knutą na dworze i uratować kolejne wioski przed napadami bandytów. 

Druga część zasadniczo różni się od tomu pierwszego. Nadal mamy tu ten niepowtarzalny zimowy klimat starej Rusi, czary, podania i legendy, ale akcja jest bardziej wartka, można powiedzieć że jest to książka przygodowa, w której naprawdę dużo się dzieje. Miło ponownie było wejść w ten świat, odnaleźć tu poznanych wcześniej bohaterów, poznać ich drugie oblicze. Moim ulubionym motywem jest dziwna zażyłość między Wasią i Morozko – za sprawą dziewczyny nieśmiertelny zaczyna odczuwać ludzkie emocje. Podoba mi się postać samej Wasi, zbuntowanej dziewczyny, której pragnienia wyprzedzają epokę – nie chce ona być potulną żoną i matką, bez prawa do własnego życia. Pragnie przygód, jest dzika i nieokiełznana, nie może nigdzie dłużej zagrzać miejsca. Nie jest idealna, jej czasem porywcze decyzje mają różne skutki, ale i tak nie sposób jej nie polubić. 

Książka podobała mi się, jednak gdybym miała ją porównywać z pierwszym tomem, chyba bardziej zachwycił mnie tamten. Dobrze jednak było znów tu wrócić, pogrążyć się w nieznanym, mrocznym świecie. Polecam Wam tę serię 😊

niedziela, 24 lutego 2019

„Dom tajemnic” Ned Vizzini, Chris Columbus

Autor: Po drugiej stronie... dnia 19:31:00 0 komentarze


"Dom tajemnic" to książka napisana przez dwóch panów, z których jeden pracował m.in. przy powstawaniu filmu o Harrym Potterze, a drugi jest autorem powieści dla młodzieży. Porównanie z serią o małym czarodzieju jest nieprzypadkowe, bo książkę promuje sama J.K.Rowling – jej słowa zachęty znajdziemy na okładce. Odniosę się więc do tego porównania pokrótce również w recenzji. 

Książka opowiada o trójce rodzeństwa: Eleanor, Kordelii i Brendanie. W wyniku osobliwego „wypadku”, jaki dotknął ich rodzinę, ich rodzice są zmuszeni znaleźć nowy dom, nie mając na to zbyt wielu środków. Nieoczekiwanie na horyzoncie pojawia się wspaniałą rezydencja, z antycznymi meblami i pokaźną biblioteką, w bardzo atrakcyjnej cenie. Rodzina wprowadza się do domu po zmarłym pisarzu, nie przeczuwając konsekwencji. 

„Dom tajemnic” jest książką przygodową, skierowaną do młodszego odbiorcy, celuję tu mniej więcej w szkołę podstawową, i dla ewentualnie młodszej młodzieży. Ja już nie bawiłam się przy lekturze tak dobrze, jak np. przy wspomnianym wyżej „Harrym Potterze”, który jest serią bardziej uniwersalną, dla każdego. Tutaj mamy do czynienia z powieścią dynamiczną, opartą na krótkich rozdziałach, przynoszących coraz to nowsze przygody, zagadki i wydarzenia. Język jest bardzo prosty, oparty przede wszystkim na dialogach. W powieści mało jest miejsca na przemyślenia i refleksję – mamy tu do czynienia z prostymi morałami, które mają trafić do dorastającego czytelnika. Nie ma tu miejsca na skomplikowane wywody. Z drugiej strony w książce obecna jest przemoc i zło – pojawiają się wręcz odrażające postacie, które mogą wywołać ciarki na plecach. Książka zawiera też czarno-białe ilustracje, dzięki którym czyta się ją szybciej. 

Jak dla mnie nie ma porównania z serią o Potterze. To zupełnie inna skala, inny typ budowania napięcia, kreowania bohaterów i świata.  Wszystko jest takie spłaszczone, prostsze, w pigułce. Brakuje głębi, brakuje wyrazistości.  

Podoba mi się główne założenie opowieści – rodzeństwo, trafiające do świata z książek pisarza, który wybudował i zamieszkiwał przed laty dom, w którym teraz zamieszkała ich rodzina. Ciekawe jest przeplatanie się światów – bohaterowie książek zasiedlają ten niezwykły świat i odgrywają przeróżne role. Podoba mi się relacja między rodzeństwem – dzieci są w różnym wieku, co powoduje typowe konflikty, ale potrafią stanąć za sobą murem. Mają do wykonania zadanie, i nie spoczną, póki go nie wykonają, aby odnaleźć swoich rodziców. Czyta się to szybko i przyjemnie. 

Ja jednak miałam trochę inne oczekiwania, myślałam że książka będzie w stanie porwać również starszego czytelnika, a tak się niestety nie stało. Polecam więc tę nowość młodszym, z zastrzeżeniem że momentami bywa strasznie, ale też i zabawnie. Jest to pierwsza część serii, więc jeśli polubicie głównych bohaterów nie ma obaw – powrócą na kartach kolejnych tomów 😊

„Dziewczyna z atramentu i gwiazd” Kiran Millwood Hargrave

Autor: Po drugiej stronie... dnia 09:58:00 0 komentarze




Wracam jeszcze raz ze zdjęciem książki „Dziewczyna z atramentu i gwiazd”, ale tym razem już z recenzją po lekturze. 

Książka jest bardzo dopracowana pod każdym względem, grafika spójna jest z tekstem. Historia opowiada o trzynastoletniej Isabelle, którą wychowuje tylko Ta, bo jej matka i brat nie żyją. Dziewczynka uwielbia słuchać legend, które opowiada jej ojciec, a także uczyć się od niego kartografii, razem studiują i tworzą mapy. Mieszkają na wyspie Moya, otoczonej przez Zapomniane Ziemie. W mieście zaczyna się dziać coś dziwnego, ginie dziewczynka, zwierzęta ze strachu uciekają, mieszkańcy są niespokojni. Isabella, na wzór odważnej bohaterki z legend Arinty, chce stawić czoło złu. 

Książka być może jest skierowana do młodszego czytelnika, zważywszy na wiek bohaterki, ale trafi również do tych starszych, ja dobrze bawiłam się przy lekturze. Opowieść jest magiczna, urzekająca, przepełniona symbolami. Z wielką przyjemnością podążamy śladem małej, dzielnej dziewczynki, poruszającej się po krainie jak ze snu. Podoba mi się bardzo niezwykły świat wykreowany przez autorkę, tak niepodobny do współczesnego. 

Sam proces czytania jest ciekawym zjawiskiem, trochę tak jakbyśmy przeglądali stare mapy i razem z Isabellą szukali jej zaginionej przyjaciółki. Każda strona poprzecinana jest liniami i znakami, fragmentami krajobrazu, więc kartkując kolejne strony mamy wrażenie, że naprawdę wędrujemy, że posuwamy się dalej, a rozwiązanie wszystkich zagadek jest coraz bliżej. Dawno nie spotkałam się z tak pięknie wydaną książką, tak zmyślnie zaplanowaną. 

Polecam fanom przygód i magii w literaturze. Tak jak wspomniałam, książka jest jak baśń, z założenia więc przeznaczona dla tych młodszych nastolatków, ale nas starszych na pewno też nie zawiedzie. Fabuła nie jest bardzo skomplikowana, książka jest dosyć cienka, ale na pewno pozostaje w pamięci. 

wtorek, 19 lutego 2019

"Muza Koszmarów", Laini Taylor

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:44:00 3 komentarze


Wielu czekało na drugi tom „Marzyciela” Laini Taylor, ja oczywiście należałam do tej grupy. „Muza Koszmarów” premierę ma 27 lutego, czyli już całkiem niedługo, na szczęście udało mi się przeczytać wersję przedpremierową i mogę już z całą pewnością powiedzieć, że lubię całą tę serię, że drugi tom spełnił oczekiwania.

Lazla i Sarai, tę niecodzienną parę poznającą się we śnie, poznaliśmy w poprzednim tomie. Z uwagą mogliśmy śledzić ich rodzące się uczucie, ale gdy wreszcie doszło do spotkania, Sarai straciła życie, spadając z cytadeli przypominającej wyglądem serafina. Człowiek, marzyciel, bibliotekarz, zakochany w niebieskoskórej dziewczynie, boskim pomiocie, astralnej. Sarai jednak nie znika, choć jej ciało umiera, jej dusza zostaje schwytana przez Minyę i dostaje drugą szansę od losu – jako duch może wreszcie połączyć się z ukochanym. Ale oczywiście nic nie jest takie proste, jak powinno..

W drugim tomie do grona znanych nam, polubionych postaci, dołącza wiele nowych. Wspaniała jest historia dwóch sióstr, Kory i Novy, która otwiera ten tom i przeplata się z wydarzeniami głównymi. Autorka robi coś zaskakującego – przybliża nam sylwetkę postaci, która później stanie się największym wrogiem naszych ulubionych bohaterów, z takiej perspektywy, że nie przeczuwając, co zaraz się stanie, współczujemy jej, kibicujemy, z zapartym tchem śledzimy jej losy. Bohaterowie, ani cały wykreowany świat, nie są czarno-biali. W każdym tkwi ziarnko dobra albo zła. Każdy medal ma dwie strony. Myślę, że to jedno z przesłań tej opowieści – by nie osądzać człowieka na podstawie pierwszego wrażenia. Choć tytuł książki przywołuje postać Sarai, bardzo ważną rolę w całej opowieści odgrywa Minya. Boski pomiot uwięziony w ciele dziewczynki, o straszliwej mocy i przepełniony żądzą zemsty. Dowiadujemy się dzięki tej postaci wiele o samej Rzezi, o bólu i odwadze, o koszmarach nękających nie tylko mieszkańców Szlochu, ale i bękartach bogów, którym udało się przeżyć. To wielki plus tej opowieści – możliwość patrzenia na rozgrywające się wydarzenia oczami wielu postaci, co czasem zupełnie zmienia kontekst, pozwala zrozumieć każdą ze stron.

Na osobne słowa uznania zasługuje wydanie obu powieści. Choć sama miałam do czynienia z prebookiem, wiem że wydanie końcowe ma przypominać to pierwsze, a poza tym książkę można kupić w magicznym pakiecie z gadżetami z serii. To naprawdę fajny pomysł, bo nam, fanom Lazla i Sarai, radość sprawia każdy przedmiot związany z ulubionymi książkami, prawda? 😊

Link do boxa >>tutaj<<

Piękna jest ta opowieść. Bardzo podoba mi się sposób prowadzenia narracji przez autorkę, zdania jakie wychodzą spod jej palców, bohaterowie których wyczarowała. Jeśli jeszcze nie znacie tej historii, czym prędzej sięgajcie po tom 1. A jeśli znacie, myślę że sami już nie możecie doczekać się lektury.

czwartek, 14 lutego 2019

Zakupy w sklepie bee.pl

Autor: Po drugiej stronie... dnia 12:49:00 4 komentarze
Ostatnio miałam okazję robić zakupy w internetowym sklepie bee.pl. Sklep ma w ofercie produkty z takich kategorii jak zdrowa żywność, kosmetyki, chemia, artykuły do domu, produkty dla dzieci i wiele, wiele więcej. 

Poruszanie się po stronie sklepu jest bardzo proste i intuicyjne, gdyż produkty podzielone są na jasne kategorie, a strona każdego produktu jest przejrzysta, bogata w najważniejsze informacje. Dodawanie produktów do koszyka, cały proces poruszania się między produktami i proces składania zamówienia są proste i czytelne. 



A jest w czym wybierać, spójrzcie tylko za moje łowy i to wszystko zakupy do 100 zł 😉 Jak pszczółka z nazwy sklepu wskazuje są to najczęściej produkty zdrowe i na bazie naturalnych składników. Ja postawiłam na dwie kategorie – produkty spożywcze i kosmetyki. 

I oto co znalazło się w moim koszyku 😊 



Jeśli chodzi o kosmetyki to postawiłam głównie na markę Organic Shop i wybrałam dwa żele pod prysznic, peeling do ciała i maskę do włosów. Wszystko pachnie pięknie i wygląda jeszcze lepiej 😉 Mam też malutkie arabskie perfumy, żel do mycia twarzy od Himalaya i mydełko od Babuszka Agafia. Większość tych marek znałam i używałam już podobnych produktów, więc myślę, że ze wszystkiego będę zadowolona. 

Lubicie kosmetyki naturalne? Ja bardzo :)

Póki co testuję maskę do włosów i jestem zadowolona z tego kosmetyku. Opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, a moje włosy łagodnie po niej falują, czuję że są odżywione. Za to żel pod prysznic o zapachu lawendy to także strzał w dziesiątkę – jego zapach naprawdę pozwala się zrelaksować pod prysznicem. 

Ale i tak wszystko bije na głowę zapach peelingu do ciała z papają. Jest bardzo intensywny, owocowy, pełen energii. Opakowanie jest identyczne jak te od maski do twarzy, łatwo też aplikuje się go na skórę np. podczas prysznica. Bardzo lubię peelingi cukrowe, a najbardziej takie o mocnym zapachu - więc ten trafił w mój gust idealnie. 



Jeżeli chodzi o część spożywczą, to też skusiłam się na parę produktów. Kawa zbożowa Inka z figami – jestem ciekawa jej smaku, chyba niedługo ją sobie zaparzę. Krem orzechowy wybrałam dla siostry, która za parę dni wpada do mnie na ferie. Są też herbatki, dostałam też próbki herbatek w prezencie. Woda kokosowa w butelce – trochę się wahałam, nigdy wcześniej nie pisałam tego specjału, ale ma dosyć miły smak, najlepsza jest taka na zimno, wyjęta prosto z lodówki. 

A patrzcie jaki prezencik dołączono do całego zamówienia – to balsamy do ust o zapachu miodu i wanilii. Pszczółka otwiera się od dołu, a miodek przy podniesieniu zakrętki – naprawdę fajne gadżety, związane tematycznie ze sklepem 😉


Znacie sklep bee.pl? Jeśli nie, polecam Wam zajrzenie na ich stronę :)


"Do wszystkich chłopców, których kochałam, "P.S. Wciąż cię kocham" Jenny Han

Autor: Po drugiej stronie... dnia 11:10:00 2 komentarze


Długo nie sięgałam po książkę Jenny Han, bo wciąż miałam w głowie film Netflixa „Do wszystkich chłopców, których kochałam” na podstawie jej opowieści. Film tak na marginesie słodki i uroczy, w sam raz na walentynki. Ale gdy okazało się, że wychodzi druga część, stwierdziłam że czas najwyższy nadrobić zaległości i w sumie „połknęłam” oba tomy w kilka dni. Książki są tak samo urocze, a może jeszcze bardziej. Czasem, w tej ponurej szarości dnia codziennego, miło oderwać się na moment i zatopić w lekturze, od której dostaje się wypieków. Bycie nastolatkiem to przeżywanie wszystkiego sto razy mocniej, a więc każda pierwsza miłość opisana jest z taką pasją i uczuciem, jakby była najbardziej wyjątkową, jaka tylko może się zdarzyć. Nie przeszkadza mi to w niczym, cieszę się, że takie książki pozwalają po prostu się rozmarzyć. 

W pierwszym tomie obserwowaliśmy zmagania 16-letniej Lary Jean, która wpadła w nie lada kłopoty. Jako młoda dziewczyna o romantycznej duszy przeżyła w swoim życiu kilka zauroczeń i do każdego chłopaka, którego na jakimś etapie swojego życia kochała – czy po prostu podobał jej się, bo uczucia te były całkiem platoniczne – pisała list miłosny, którego nigdy nie zamierzała wysłać. Listy przechowywała, jak najdroższe skarby, w pudełku po kapeluszu. Niestety, któregoś dnia pudełko znika, a listy trafiają do adresatów. To powoduje lawinę katastrof, zważywszy na to, że Lara Jean to raczej nieśmiałą, cicha dziewczyna, a jej obiektami okazują się m.in. najpopularniejszy sportowiec w szkole czy…. chłopak jej siostry. 



Drugi tom zaczyna się dokładnie tam, gdzie pierwszy się skończył. Lara Jean i Peter Kavinsky, mimo że pierwotnie zdecydowali się być tylko parą na niby, z czasem poczuli do siebie coś prawdziwego i próbują być parą na poważnie. Przechodzą jednak kłótnię, po której wszystko się kończy. Lara Jean decyduje się więc zrobić to, co wychodzi jej najlepiej – pisze do Petera kolejny list z przeprosinami. I to właśnie ten list rozpoczyna akcję powieści „P.S. Wciąż cię kocham”. 

Kontynuacja jest równie przyjemna w odbiorze, lekka i dziewczęca. Oczywiście, żeby akcja biegła dalej, na horyzoncie musi pojawić się ten trzeci – przyjaciel z dzieciństwa, John. Lara Jean jest szczęśliwa z Peterem, ale jego zażyłość z byłą dziewczyną kładzie się cieniem na ich związku. Dla niej to pierwszy w życiu związek, pierwsza rzeczywista miłość, wszystko jest więc nowe i jeszcze nieznane, on natomiast ma już całkiem pokaźny, jak na chłopca w tym wieku, bagaż. To nie ułatwia sprawy. Tymczasem John wydaje się pasować do Lary Jean idealnie – rozumieją się bez słów, podobnie postrzegają świat. Podobało mi się to, że fakt kogo ostatecznie wybierze Lara Jean jest tak nieoczywisty. Są momenty, kiedy naprawdę sami nie wiemy, komu kibicować. Każdy z chłopaków przedstawia inne wartości, są jak biel i czerń. 

W książce ponownie bardzo wyeksponowany jest też wątek rodzinny, co bardzo mi się podobało. Ważną rolę odgrywają tu też zajęcia dodatkowe Lary Jean, jej wolontariat w domu spokojnej starości. Co prawda, w książce zastosowano wiele prostych rozwiązań – wciąż te idealnie się składające „przypadki”, ale w ogóle nie przeszkadza to w odbiorze. To po prosu tego rodzaju literatura – ma się czytać dobrze, ma nas wprawiać w dobry, romantyczny nastrój. Nie oczekiwałam po niej niczego więcej. 

Pakiet książek Jenny Han to fajny pomysł na walentynkowy prezent. W przygotowaniu część 3 – i po nią również pewnie sięgnę. Może nie jest to literatura wysokich lotów, ale też nigdy nie starała się nią być. Porcja lukru w naprawdę fajnym wydaniu, nic tylko czytać!
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon