Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

13 powodów, Oto jestem, Płyń z tonącymi...

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 28, 2017 0 komentarze
Bywa różnie. Nie umiem pisać o tym co siedzi teraz wewnątrz mnie, a tym bardziej mówić. Słowa ulotniły się z mojej głowy, więc pozostałam milcząca i zupełnie zobojętniała. Wiem, czego bym chciała, ale albo nie mam ku temu narzędzi, albo zupełnie nie wiem jak mogłabym to osiągnąć. Ja – zawsze inna, zawsze z boku. 



Przeczytałam ebooka „13 powodów” Jaya Ashera zachęcona serialem. Serial nie jest wierną kopią książki, rozwija pewne wątki, dodaje nowe i pogłębia wszystkie relacje, jakie zostają zarysowane w opowieści. Ostatecznie muszę stwierdzić, że serial jest lepszy, ale to książka była pierwsza, więc oddaję jej honor. Gdyby nie książka, pomysł całej historii, nigdy nie zrodziłby się pomysł na serial, w którym wystąpiło tak wiele utalentowanych młodych ludzi. Czytając słyszałam ich głosy. Mówi Hannah Baker. Na żywo i w stereo. Nie regulujcie odbiorników. Kilka fraz, które już zawsze będą mnie wzruszać. Zauważyłam też, jak wiele wydarzeń zostało w serialu podkoloryzowanych, dodanych – czasem niepotrzebnie, czasem wprost przeciwnie. Akcja całej książki praktycznie dzieje się w jeden wieczór, a akcja serialu to długie tygodnie, więc nic dziwnego że różnice są ogromne. Niemniej, oba dzieła mają coś w sobie. Książka kończy się wywiadem autora z osobami pracującymi nad serialem i aktorami. Niesamowite spotkanie i nadzwyczajna relacja. Połączyła ich smutna opowieść, i nic już nie będzie takie jak przedtem.



Jeszcze o dwóch książkach muszę wspomnieć.  „Oto jestem” Jonathana Safran Foer’a to pozycja, na którą czekałam długie lata. Autor moich ulubionych „Wszystko jest iluminacją” czy „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” powrócił po 11 latach ciszy. Kupiłam książkę w ciemno, a potem bałam się zacząć czytać. Bałam się zawieść. Dziś, kilka tygodni po lekturze, mam mieszane uczucia. Na pewno – dla mnie osobiście – powieść wypada słabiej od poprzednich. Przez jakiś czas brakowało mi tej typowej dla pisarza wrażliwości słowa, tych porównań od których jeży się włos, tych zdań trafiających prosto w serce. Ale im dalej, tym książka nabierała rytmu, można było odnaleźć dawnego Foera. W skrócie jest to historia rozpadającego się małżeństwa, relacji między partnerami, a także między rodzicami a dziećmi i to na przestrzeni kilku pokoleń. Mamy tu obraz żydowskiej rodziny,  ich wartości, tradycji i poczucia braku przynależności. Temat bliski pisarzowi, który sam urodził się w Waszyngtonie w takiej właśnie rodzinie. Historia Jacoba i Julii poruszyła mnie najbardziej. Ich szesnastoletni staż nie jest w stanie przetrwać kryzysu, których nadchodzi. Jak bardzo mogą się od siebie oddalić ludzie, będący kiedyś dla siebie wszystkim? Foer zajmuje się jeszcze w książce polityką i wątkiem żydowskim – opisuje Izrael upadły po trzęsieniu ziemi i jego walkę z krajami ościennymi. Bardzo mocny nacisk kładzie na ten temat – jak żyją w XXI wieku żydzi, jak radzą sobie z przeszłością, ze swoimi dziwacznymi obrzędami, z brakiem właściwego miejsca na ziemi?



Książka wydaje się nierówna, jakby pisana fragmentami, niejednorodna. Autor z jednej strony umieszcza w niej tematy na właściwie kilka oddzielnych powieści i upycha w jedno, z drugiej książka bywa przegadana i można by wyciąć wiele elementów. Podsumowując, choć w końcowych wersach podziałała na mnie magia stylu Foer’a, którego tak mi brakowało, to powieści wiele brakuje do powtórzenia sukcesu poprzednich.


I na koniec „Płyń z tonącymi” Larsa Myttinga. Autor, który o drewnie wie chyba wszystko i w tej powieści daje tylko mały obraz tego, jak pięknie można o tym pisać. Pozytywnie zaskoczyła mnie ta książka, bo właściwie nie wiedziałam czego się spodziewać – ot, skusiła mnie przepiękna szata graficzna. Jest to historia młodego mężczyzny, Edvarda, szukającego prawdy o swoich korzeniach, pragnącego rozwikłać rodzinne zagadki. Edvard był wychowywany przez dziadka, gdyż jego rodzice zginęli w tragicznych okolicznościach na polu minowym. On sam był wtedy z nimi, ale zniknął, został odnaleziony po kilku dniach, cały i zdrowy, ale z wielką dziurą w pamięci. Po śmierci dziadka nadszedł czas, by Edvard wyruszył śladami swoich krewnych i poznał prawdę. Urywane dotąd wspomnienia, strzępy zdarzeń znane z opowieści w końcu układają się w jedną całość. A przy tym Edvard poznaje intrygującą Gwen, bliższą mu bardziej niż mogłoby się początkowo wydawać. I chociaż sami możemy domyślić się końca tej historii jeszcze zanim Edvard zbierze wszystko w jedną całość, opowieść ta jest magiczna, ma w sobie coś nostalgicznego, co sprawia, że po prostu chce się ją odkrywać.





Wszystkie zdjęcia pochodzą z mojego Instagrama. Muszę poszukać jak dodać odnośnik na bloga, bo na razie nie mam pojęcia :) Więcej tam działam więc serdecznie zapraszam do odszukania mojego profilu „Keskese87”.



Co poza tym u mnie? Ostatnio z seriali na tapecie „Orange is the new Black”, aktualnie drugi sezon. Dziś obejrzymy z Mężem pewnie finał „Gry o tron”, w międzyczasie oglądamy też trzeci sezon serialu „Flash”. Mam jeszcze jakieś zaległe recenzje i powoli umykają mi te tytuły, ale prędzej czy później skrobnę parę słów. Po fali konkursowych zwycięstw i paczek, przyszła chwila ciszy, ale co jakiś czas znów wpada jakaś drobna rzecz (dziś np. krem przeciwsłoneczny) więc taka zbiorcza notka też powinna się niedługo pojawić. Jak się do tego zbiorę, a to wielka sztuka. Zmieniłam telefon, żeby bardziej „wyżyć” się artystycznie na Instargramie, bo jakość aparatu w poprzednim pozostawiała wiele do życzenia. Tęsknię za spokojnymi czasami w mniejszym mieście, za praca która nie wyciskała ze mnie tyle sił. Mam wrażenie, że z niej nie wychodzę, zwłaszcza że ostatni zwiększony ruch obrócił się w szał nadgodzin. Jak dostanę wypłatę ekstra, to chyba szybko coś z nią zrobię. Poza tym – urlop. Mamy prawie wrzesień, a ja nadal nie byłam na wakacjach. Wskutek różnych firmowych nieporozumień nie dostałam urlopu we wrześniu, a bardzo na niego liczyłam. Co mi pozostaje? Przeglądać wakacyjne oferty z naciskiem na miejsca, gdzie pod koniec roku jeszcze można ujrzeć słońce ;) Po całym weekendzie w pracy robię sobie dziś dzień luzu dla siebie.

wtorek, 4 lipca 2017

Seriale: 13 powodów i Riverdale

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 04, 2017 1 komentarze
Za oknem buro i ponuro, a ja przychodzę do Was z recenzją dwóch mrocznych seriali dla młodzieży. Chciałabym je zestawić, ponieważ mają ze sobą wiele wspólnego, a poza tym oba są ostatnio na topie.

Chyba mało kto nie słyszał o głośnym „13 powodów”. Głównie za sprawą tematyki – serial o młodzieży i głównie do młodzieży skierowany, za jedną z głównych postaci obiera sobie nastolatkę, która popełniła samobójstwo. Konstrukcja poszczególnych odcinków jest o tyle ciekawa, że narratorką jest tu zmarła dziewczyna, o czym wiemy już na wstępie, pragnąca przybliżyć nam powody, tytułowe trzynaście, przez które zdecydowała się targnąć na swoje życie. Drugim narratorem jest Clay, kolega Hannah ze szkoły i pracy, nieśmiało w niej zakochany. To jego kolej na odsłuchanie kaset, jakie pozostawiła po sobie dziewczyna. Odcinki są zbudowane właśnie w ten sposób – strona każdej kasety (A lub B) kierowana jest do konkretnej osoby ze szkoły, która świadomie lub nie, ale skrzywdziła Hannah. Każdy kto dostaje przesyłkę może się spodziewać, że gdzieś wśród nagrań natrafi i na swoje nazwisko.

Najpierw o plusach serialu. Generalnie dość autentycznie oddaje klimat małomiasteczkowego środowiska amerykańskich licealistów. Mamy tu wszystko, co znamy z produkcji tego typu: podział na popularnych (sportowców i cheerleaderki) oraz tych „gorszych” – dziwaków z nosem w książkach. Dążenie do zdobycia jak najlepszych ocen, udział w zajęciach pozalekcyjnych, wszystko po to by zdobyć stypendium na upragnione studia. Szkolne szafki uczniów, skrywające skarby. Ci idealni, ukrywający swój ból. Pastwienie się nad słabszymi. I w tym otoczeniu dochodzi do największej z tragedii. Wszyscy pytają: jak to się mogło stać? Dlaczego? Jak mogliśmy nic nie zauważyć? Hannah cierpiała po cichu, uważano że jest przewrażliwiona, że za bardzo przeżywa (i po części tak było, ale to domena nastolatek). Pytanie czy mimo wskazanych przez nią powodów, można kogokolwiek obarczać za tę śmierć? Czy nie sama podjęła decyzję?

Uwaga, jeśli ktoś nie oglądał, teraz będą małe spoilery.

Do mniej więcej połowy serial mnie oczarował, gdyż bardzo realistycznie i z pomysłem przedstawiał wydarzenia. Jednak później nagromadziło się zbyt wiele krzywd – przestępstwa, łącznie z gwałtem. Od takich pozornie błahych problemów, jak wyzwiska, opublikowanie krępującego zdjęcia, doszliśmy do kulminacji zła. Dla mnie tego było za dużo, historia stała się mało wiarygodna, szokująca na siłę. Do sceny samobójstwa włącznie – czy konieczne było pokazywanie tego?

Serial naprawdę dobrze się zapowiadał, potrafił przykuć uwagę, wciągnąć, zainteresować. Siedziałam czasem wieczorem i pochłaniałam jeden odcinek za drugim, zastanawiając się czyje nazwisko będzie kolejne na liście i kiedy pojawi się tam Clay. Z drugiej strony rozczarowała mnie wydumana końcówka. Wstrząsnęło mną to, że w szkole doszło do jeszcze jednej tragicznej śmierci, o które praktycznie się nie mówiło. To Hannah dostała pamiątkowy ołtarzyk i o niej mówiła cała szkoła. To co zrobiła, było jednak tchórzostwem, ucieczką przynoszącą ból wielu ludziom wokół niej. Serial wybitnie pokazuje jaki to rodzaj samolubstwa, więc raczej nie zgadzam się z opinią że promuje zachowania samobójcze. Dla mnie dużo bardziej bolesna była śmierć chłopaka, który zginął przez przypadek, który był oddanym kumplem i bardzo pozytywną postacią, choć ciągle gdzieś w cieniu. To był dramat, któremu można było zapobiec.


Dawno żaden serial nie przepełnił mnie tyloma pytaniami. Choć typowo młodzieżowy, wiem że sięgają po niego starsi widzowie i wywołuje podobne refleksje. Zresztą, ma ograniczenia wiekowe i z racji na brutalność niektórych scen, nie jest dla wszystkich. Zdania krytyków są podzielone, i moje tak samo. Wciąż nie wiem, jak ocenić ten serial. Jak wspomniałam początkowo mnie porwał, fabuła oparta na nagraniach z kaset i udzielenie głosu nieżyjącej bohaterce to absolutne strzały w dziesiątkę, z drugiej narastające zło i przemoc, które miały  jeszcze bardziej poruszyć, a zamiast tego zabiły historię, działają raczej na minus. Niemniej, serial doceniam za szczegółową analizę licealnego środowiska, za ukazanie niuansów rodzących się przyjaźni, pierwszych miłości i ich rozpadów.

Czas na książkę, która podobno rozgrywa się w ciągu jednej nocy – serial został mocno rozbudowany i podkoloryzowany pod tym względem. A może Wy mieliście już okazję przeczytać? Co sądzicie?

Notka wyszła dłuższa niż przypuszczałam, także o „Riverdale”, drugim ciekawym tytule, wspomnę tylko po krótce.

Skończyłam go oglądać wczoraj w nocy. Tło serialu jest podobne – małe miasteczko, gdzie osią wydarzeń staje się społeczność liceum. Serial również zaczyna się śmiercią – tym razem popularnego dzieciaka z bogatego domu.  Jason i Cheryl to płomiennorudzi bliźniacy. Latem wybierają się na łódkę, ale żywe wraca tylko jedno z nich. Śmierć chłopaka wstrząsa miasteczkiem. Początkowo wydaje się, że to nieszczęśliwy wypadek, ale parę tygodni później zostaje znalezione jego ciało, z raną postrzałową na środku czoła. Od tej chwili akcja nabiera tempa. Toczy się kilka równoległych śledztw: to prawomocne, które prowadzi szeryf, jak i kilka nieoficjalnych. Grupka przyjaciół: Betty, Archie, Veronica i Jughead  również przyglądają się sprawie. Ten ostatni jest narratorem całej opowieści, ale takim niejednoznacznym, wtopionym w tło. Pisze powieść o śmierci Jasona, i to jej urywki składają się na całą  historię.

Do wspomnianych w „13 powodach” oczywistości dorzucę jeszcze scenę sekcji żaby, i mamy już stuprocentowy klasyk jeśli chodzi o tło. Nieskazitelny makijaż każdej z uczennic również powala, w obu serialach. Wszyscy są tu tacy piękni. Mamy buntowników gorszego pochodzenia i gwiazdy z biznesowych rodzin. Dzieje się wiele wątków pobocznych (romans z nauczycielką? Rozwód rodziców? Związki homoseksualne? Zmiana szkoły i bycie nowym? Szukanie własnej drogi? Znajdziemy tutaj to wszystko), jednak najistotniejszym pytaniem jest w odróżnieniu od „13 powodów” (tam: dlaczego?) tutaj jest ‘kto zabił”?

Końcówka nie pozostawia złudzeń, że musi powstać kontynuacja.



Serial również ogląda się przyjemnie, gdyż nasączony jest emocjami, od których nastolatki aż kipią. A to przecież zawsze angażuje widza. Jest mniej brutalny, ale podobnie jak „13 powodów” nie boi się pokazywać skrajności. Fanów jednego tytułu odsyłam do drugiego, gdyż nie sposób ich nie porównywać. Trudno mi wybrać, który jest lepszy, gdyż w każdym pojawiają się bohaterowie bliscy mojemu sercu. Nie są to seriale wybitne, ale takie, przy których dobrze spędzimy popołudnie. Jest dynamizm, akcja i tajemnica w tle. Czego chcieć więcej?

środa, 21 czerwca 2017

"The Path", serial, sezon 1

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 21, 2017 0 komentarze


"The Path", serial, sezon 1

Nie wstydzę się tego, że często oglądam serial dla jakiegoś męskiego bohatera (oczywiście nie jest to główny powód, ale jeden z wielu), i tym też m.in. kierowałam się przy wyborze serialu „The Path”. W obsadzie znalazł się bowiem Aaron Paul, czyli mój ulubiony Jessie z „Breaking Bad”. Miło było go zobaczyć w nowej odsłonie – tam grał młodego buntownika, obdarzonego soczystym językiem dilera, tutaj szanowanego ojca rodziny. Ciekawy kontrast. W obsadzie mamy też Hugha Dancy’ego, ale ja dopiero przeglądając recenzje zorientowałam się że to przecież Will z „Hannibala”. Fryzura robi swoje i z całym szacunkiem dla aktora – niech się tak więcej nie ścina :) Z kolei Michelle Monaghan widzieliśmy w „Detektywie” – ale szczerze mówiąc nie mam pamięci do kobiecych twarzy i w ogóle jej nie kojarzę…

Serial opowiada z jednej strony o kryzysie w związku małżeńskim Eddiego i Sarah i o tym jak to wpływa na otoczenie, z drugiej ukazuje kulisy sekty, do której należy rodzina. Mejeryści nie lubią tego określenia, uważają że tworzą kult, religię, są grupa wsparcia. Słowo „sekta” ich nie dotyczy. Zbudowali małą społeczność i szukają nowych członków – wyłapują ludzi potrzebujących pomocy, zniszczonych psychicznie, ofiar różnego rodzaju klęsk żywiołowych. Kolejne odcinki ujawniają ich techniki manipulacji i ukryte zamiary. Kolejne szczeble Drabiny, jakie starają się pokonać, w drodze ku doskonałości, to tylko przykrywka.

Serial może nie jest jakimś wielkim odkryciem, ale bardzo mnie wciągnął. Nie tylko dlatego, że oglądanie Aarona na ekranie było cudownie nostalgiczne, a cała jego postać robiła na mnie takie wrażenie, i w ogóle jego… No dobra. Serial jest ciekawy z tego względu, że możemy zatracić się w sekcie trochę tak jak jej członkowie – na początku wszystko wydaje się takie idealne, dobre i bezpieczne, dopiero później okazuje się, że wyjście z sekty nie jest takie proste, a jej główne założenia są po prostu bajeczką.

No i cóż, polecam jeśli lubicie mgliste opowieści, skoncentrowane na wąskiej, zamkniętej grupie. Dobrze opowiada też o potrzebie wiary w jakąś wyższą siłę sprawczą, o szukaniu sensu i odpowiedzi na pytania egzystencjonalne.

niedziela, 18 czerwca 2017

"The Expanse", , "Belfer" i krótko o "The 100"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 18, 2017 2 komentarze


Dziś inaczej niż zwykle – będzie o kilku serialach, które w ogóle do mnie nie trafiły, rozczarowały, które oglądałam z nadzieją, że może jeszcze się coś zmieni, ale ostatecznie są to tytuły na listę „już do nich nie wrócę”.



"The Expanse", serial, sezon 1


Pierwszym z takich seriali jest „The Expanse”. Wybrałam go dlatego, że miał dosyć mocne recenzje, z opinią, że to najlepsza opera kosmiczna ostatnuch lat. Uwielbiam wszystko, co dzieje się w kosmosie, i przyznam że serial pod tym względem dostarczał naprawdę dobrych wrażeń – akcja toczyła się na odległych planetach, we wnętrzu statków kosmicznych i bazach, zbudowanych przez ludzi lub tych, których ludźmi trudno już nazywać – wychowanych na Pasie czy Marsie. Widowiskowo, pierwsza klasa. Niestety jakość serialu mierzona jest czymś więcej. Chwilę zastanawiałam się nad tym, czego mi tu brakowało, co się stało, i wiem. W moim przypadku był to brak przekonującego głównego bohatera – wystarczyłby chociaż jeden jedyny, którego losy chciałabym śledzić z napięciem. Niestety wśród wszystkich pojawiających się – detektywa Joe Millera, dowódcy statku Jima i jego załogi, czy Chrisjen – pani polityk z drażniącym tonem głosu, nie ma ani jednej postaci, wywołującej we mnie jakiekolwiek emocje. Wszyscy są mdli, nudni, zarysowani dość enigmatycznie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Sama fabuła też jest dosyć słaba. Z jednej strony obserwujemy zmagania detektywa, któremu powierzono odnalezienie dziewczyny wplątanej w spisek, z drugiej bohaterów wplątanych w narastający konflikt, mogący doprowadzić do wojny w Układzie Słonecznym.

Serial ma oczywiście swoje momenty, ale jest ich niewiele. Jest dosyć ciemny, ponury i zimny. Ten serial nie angażuje. Słyszymy o konfliktach, o trudnej sytuacji tych, którzy musza żyć poza Ziemią, o buntach i ciemiężeniu, ale… Niewiele z tego widać, niewiele udało się zobrazować. Samym mówieniem o krzywdzie nie da się wywołać współczucia.

"The 100", serial


Kolejnym z takich seriali jest „The 100”. Gdy widzę taki plakat reklamowy jak tutaj – czuję się poruszona. Ale gdy zaczynam oglądać serial, który kierowany jest chyba do widzów młodszych ode mnie o dekadę, niee, o jeszcze więcej, to mam zgrzyt. Historia opowiada o grupie nastolatków, nieletnich przestępców, wysłanych w ramach kary na Ziemię w celu kolonizacji. Nuklearna wojna zniszczyła naszą planetę, ludzie żyją na statku kosmicznym. Co dalej? Trudno mi powiedzieć, bo chociaż zwykle gdy zaczynam jakiś serial, staram się dać mu szansę i obejrzeć chociaż jeden sezon, to tutaj wytrwałam jakieś 15-20 minut. Adresowany jest do młodszych nastolatków i chyba przypadnie im do gustu, starszym może wydać się zbyt prosty, kiczowaty, „dziecinny”. Nie będę pisać nic więcej, bo po prostu nie wytrwałam. A może ktoś z Was go zna i ma odmienne zdanie, może warto było poczekać na rozwój akcji? 



„Belfer” , serial, sezon 1




„Belfer” nie był specjalnie złym serialem, a fakt że jest to produkcja polska oczywiście trochę podnosi jego rangę - w końcu udało nam się nakręcić coś, co ludzie oglądają, o czym rozmawiają w pracy. Ale nie jest to też serial wybitnie dobry – ogląda się go miło do pewnego momentu, ale później jest coraz gorzej. Nauczyciel języka polskiego, Paweł Zawadzki (Maciej Stuhr), przyjeżdża do maleńkiego miasteczka na rozpoczęcie roku szkolnego. Trafia w sam środek tragicznych wydarzeń – w niewyjaśnionych okolicznościach zginęła jedna z uczennic. Jako osoba z zewnątrz nauczyciel traktowany jest jak osoba obca, niedopuszczana do lokalnych tajemnic i układów. Jednak detektywistyczna żyłka, a także pewne osobiste powiązanie (o czym dowiadujemy się później) sprawiają, że bohater obieca sobie za cel wyjaśnienie sprawy i odnalezienia zabójcy. Każdy z bohaterów ma trochę za uszami, więc pojawia się parę błędnych tropów. Sama ofiara również nie była kryształowa – świadczyć ma o tym m.in. jej romans z żonatym mężczyzną. Ale gdy w historię zostają jeszcze wmieszane gangsterskie porachunki, wydaje się już tego za dużo. Rozwinięcie całej zagadki jest dosyć abstrakcyjne, uszyte na siłę. Jakby ktoś naoglądał się za dużo amerykańskich seriali kryminalnych i chciał je przenieść w realia polskie, które po prostu są inne. Za dużo tej brawury i sensacyjności, która daje efekty przeciwne do zamierzonych. Właściwie oprócz pytania „kto zabił”, nie pojawiają się żadne inne. Brak wątków pobocznych, mogących uratować ten serial. Wydaje mi się, że twórcy tak bardzo bali się, że ich historia będzie zwyczajna, że podkolorowali ją za bardzo. Dramaturgię w kryminałach podnosi jednak sam sposób prowadzenia śledztwa, odkrywania kart, zadawania pytań, a nie sensacja, bliska kiczu.

Plusem jest fakt, że serial mimo wszystko ogląda się dobrze i jak na naszą rodzimą produkcję trzyma poziom. W porównaniu do przecenionego „Belle Epoque” (dałam radę obejrzeć tylko 1 odcinek i nawet nie chcę tego komentować) nie jest źle. Wydaje mi się nawet, że sięgnę po kolejny sezon.

A czy Wy trafiliście ostatnio na jakieś seriale, przez które trudno było Wam przebrnąć?

czwartek, 8 czerwca 2017

"Sense8", serial, sezon 2

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 08, 2017 1 komentarze



"Sense8", serial, sezon 2

Smutna wiadomość z ostatnich dni, że Netflix anulował serial “Sense8”, nie dostaniemy już kontynuacji. Przykre to tym bardziej, że niedawno skończyłam oglądać drugi sezon, równie emocjonujący jak pierwszy. Dla mnie „Sense8” jest jednym z oryginalniejszych seriali, jakie oglądałam. To jak oglądanie filmu „Atlas chmur” w nowych realiach, rozwiniętego pod względem koncepcyjnym i wizualnym. Ogromna szkoda. Zwłaszcza, że dostaliśmy otwarte zakończenie, które wprost wymaga dopowiedzenia. Pojawiły się wątki, które już nigdy nie zostaną domknięte, bohaterowie pozostali zawieszeni w próżni i ciężko pogodzić się z myślą, że na zawsze musimy opuścić ten świat.

Na usta ciśnie się pytanie: dlaczego? Serial był dosyć niszowy, kontrowersyjny, zbierał skrajne recenzje, ale miał też oddaną rzeszę fanów, i wielki potencjał. Kasa jednak musi się zgadzać, i jeśli cos jest nieopłacalne, to znika z anteny. Uważam, że to błędna decyzja, że można mu było dać jeszcze szansę. Dla mnie wielki zawód.

Drugi sezon podobał mi się podobnie jak pierwszy. Był bardziej dynamiczny, rozwinięty o wątki sensacyjne. Ósemka ludzi, których losy zostały splecione dzięki magicznemu połączeniu, stara się pozostać w bezpiecznym ukryciu, walcząc o przetrwanie. Ich istnieje jest zagrożone, ściga ich potężna organizacja. Poznajemy inne gromady, które dają naszym bohaterom cenne lekcje, ale czasami zażyłość z innymi sensatami doprowadzić może do katastrofy. W świecie, gdzie najważniejsze jest to, by przeżyć, każdy chwyt zdaje się dozwolony.

Serial określa się jako manifestację środowiska LGBT, wszak reżyserował go kontrowersyjny duet Wachowskich: Lena (wcześniej Larry) i Lilly (Andy). Czasami rzeczywiście odnosi się wrażenie, że tych wątków jest w serialu za dużo – tolerancja tolerancją, ale sceny obściskujących się mężczyzn na piaszczystej plaży, ubranych jedynie w stringi budzi różne odruchy. Różnorodności jest tu wiele i właściwie przekroczone są chyba wszystkie granice. Mimo tego, można przymknąć oko na mocne sceny i po prostu delektować się serialem i przepiękną scenerią - co umożliwiają podróże między kontynentami, dla bohaterów wykonalne w ciągu paru minut.

Nie myślcie, że to obraz który ma na celu tylko szokowanie. Pojawia się tu też wiele delikatnych scen, wiele trudnych, wzruszających, chwytających za serce. Wielokulturowość bohaterów jest doskonałym ptetekstem do poruszenia wielu egzystencjonalnych problemów.

Oglądaliście ten serial? Co myślicie? Mnie bardzo będzie go brakowało.

czwartek, 1 czerwca 2017

"Westworld" i "Humans" - seriale o sztucznej inteligencji

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 01, 2017 3 komentarze

Temat sztucznej inteligencji jest bardzo chwytliwy, więc dziś nadmienię nieco o dwóch serialach, które podjęły tę tematykę w nieco inny sposób.



Pierwszy to głośny serial, jeden z lepszych 2016 roku, czyli „Westworld”. Ogłaszany następcą „Gry o tron”, choć w związku z tym, że prowadzony jest nieco inaczej zbiera raczej skrajne opinie. Jednym, jak ja, bardzo się podoba, wręcz oszałamia, inni uważają że jest przesadzony i nudny. Ja osobiście lubię takie niespieszne tempo i uważam że nie zawsze dynamizm i wartka akcja są dla serialu dobre. Czasem fajnie obejrzeć coś, gdzie więcej dzieje się w duszach bohaterów, gdzie obserwujemy po prostu ich przemiany.

Westworld to świat stworzony sztucznie przez człowieka. To park rozrywki, wzorowany na Dziki Zachód, gdzie urzędują Gospodarze – boty stworzone na kształt i podobieństwo człowieka. My, zwykli śmiertelnicy, możemy wykupić pobyt w tym parku za krocie i zrobić wszystko. Wszystko, w ludzkim wydaniu, sprowadza się do mordowania i współżycia, bo po te dwie główne „przyjemności” kierują się tu zwiedzający.

Co się dzieje? Otóż kilku z Gospodarzy zyskuje świadomość – dzieje się to powoli, wskutek wprowadzenia zmian w ich kodach. Boty orientują się, że służą tylko rozrywce, że nie są ludźmi, że ich wspomnienia, historia, bliscy – to wszystko jest zmyślone, stworzone na potrzeby programu. Bunt postępuje stopniowo, bo przecież twórcy parku nie mogą się w niczym połapać. Obserwowanie, jak boty uświadamiają sobie czym są jest fascynujące – najpierw zaprzeczenie, bo to przecież niemożliwe, a później chęć wyrwania się, ucieczki, zemsty.

Równolegle toczy się kilka wątków. Jeden z nich opowiada o twórcy parku, Fordzie, którego partner zginął w parku w tajemniczych okolicznościach. Ten starszy pan (w tej roli Hopkins) czuje, że nastała era młodych i powoli staje się zbędny. Nie zgadza się z tym, robi wszystko by nie oddać swojego stołka. Tworzy pewien misterny plan, i właściwie to on zapoczątkowuje chaos, jaki nastaje w parku.

Mój ulubiony watek to historia Dolores – pięknej, łagodnej dziewczyny, która od lat odgrywa w parku rolę niewinnej dziewczyny, w której łatwo się zakochać. W niej też coś się burzy, w jej głowie pojawiają się głosy, których jeszcze nie rozumie. Zauroczenie, jakiemu się poddaje, gdy poznaje Willa, przyspiesza ten proces. Will jest jedną z ciekawszych postaci, ale o tym przekonamy się dopiero w finałowych odcinkach. Chłopak z dobrego domu, który przed swoim ślubem zostaje zaproszony do parku, początkowo nie zgadza się z terrorem jaki tam panuje, a później sam mu się poddaje. Człowiek może się zmienić, całkowicie.




Najdynamiczniejszy wątek dotyczy Maeve, pracującej w domu publicznym. Jej postać skrywa ogromny potencjał – nikt nie spodziewałby się, że kobieta lekkich obyczajów jako pierwsza zyska pełną świadomość i przeciwstawi się swojemu losowi. Tylko czy jej bunt naprawdę jest czynem niezależnym, oznaką wolnej woli, czy tylko kolejnym scenariuszem?

Inna ważna postać to Bernard, pracujący przy tworzeniu botów. Dla mnie bohater tragiczny, ale to pokażą dopiero dalsze odcinki.

Oczywiście to nie wszystko, ale nie mam zamiaru streszczać Wam serialu, chcę tylko trochę przybliżyć jego istotę. Polecam, uprzedzając zarazem że serial płynie wolno i nie chodzi w nim o to, by stale zaskakiwać, szokować i wprawiać w zdumienie. Spodoba się osobom, które lubią obserwować metamorfozy bohaterów, rozwiązywać zagadki i dociekać kto jest kim…




Drugi serial o sztucznej inteligencji to „Humans”. Tutaj roboty wprost przeciwnie – wiedzą, że zostały stworzone przez człowieka i mają mu służyć. Ludzie kupują maszyny w celach praktycznych – jako pomoce domowe czy tanią siłę roboczą w przedsiębiorstwach. W taki oto sposób Anita zjawia się w domu głównych bohaterów – Joe kupuje ją, aby odciążyć żonę w obowiązkach domowych. Laura nie jest zadowolona, uważa że to zbyt wielki wydatek i zupełnie niepotrzebny. Zaczyna czuć się zbędna, gdy domownicy zachwycają się Anitą, gdy okazuje się że robot we wszystkim jest perfekcyjny. Roboty z założenia nie powinny mieć uczuć, jednak szybko okazuje się, że to nieprawda. Anita nie jest zwykłą maszyną – posiadała pełną świadomość, czuła, przeżywała, kochała… Została jednak schwytana, wymazano jej pamięć, zresetowano jej system i teraz robot nie pamięta nic ze swojego wcześniejszego życia. Jej przyjaciele próbują jednak ją odnaleźć, co nie jest łatwe, gdyż sami muszą się ukrywać. Świat nie jest gotowy by wiedzieć, że roboty mają więcej z ludzi, niż mogłoby się wydawać. One również zaczynają się „psuć”, to znaczy buntować i wykazywać oznaki człowieczeństwa.

W „Humans” również pojawia się wątek wykorzystywania. Maszyny nie tylko zastępują ludzi jako pomoc domowa, jako pracownicy w fabrykach, firmach – stanowią nawet zagrożenie, są lepsze i wydajniejsze niż człowiek, co skutkuje zwolnieniami… Ludzie posuwają się dalej – roboty wykorzystywane są w domach publicznych, a czasem po prostu gwałcone żeby zobaczyć „jak to jest”. Przecież to nie zdrada, przecież to nie jest prawdziwy seks. Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek w swoim pragnieniu wszechwładzy? Jak daleko posunie się robot, by się zrewanżować?


Nie jestem dobra w recenzowaniu seriali, nie znam w ogóle wszystkich tych technicznych pojęć, totalny ze mnie laik, ale oglądam coraz więcej i chętnie dzielę się swoimi wrażeniami. Mam nadzieję, że dzięki podobnym wpisom ktoś z Was może odnajdzie swoją serialową perełkę. :)

niedziela, 21 maja 2017

"Jessica Jones", serial, sezon 1

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 21, 2017 0 komentarze

"Jessica Jones", serial, sezon 1

Kolejnym serialem, który bardzo mnie zaskoczył i chciałabym go polecić jest Jessica Jones. Postać z Marvelowskich komiksów, wreszcie kobieta grająca główne skrzypce i to w dodatku całkowicie odmienna od tych, jakie zazwyczaj spotykamy w produkcjach tego typu. Jessica jest postacią mroczną, neurotyczną – pije ogromne ilości alkoholu, ma niewyparzony język, nie dba o swoje zdrowie, sypia z kim popadnie i trudni się jako prywatny detektyw, co sprowadza się do przyłapywania niewiernych partnerów na gorącym uczynku. Jessica nie dba o to, jak postrzegają ja inni, pędzi raczej samotnicze życie, choć jest kilka osób dla których zrobiłaby wszystko. Raczej nie lubi przyznawać się do swoich uczuć, udaje zimną i nieczułą. Ma też supermoce – jest bystra, niezwykle silna i… lata, choć to raczej namiastka tego, co potrafi np. Superman :)

Serial rozpędza się bardzo powoli i początkowo, dla osoby która komiksu nie zna, większość wydarzeń bywa niejasna. Na szczęście stopniowo dzięki retrospekcjom poznajemy przeszłość bohaterki i poszczególne trybiki zaczynają się zazębiać. Najważniejsze postacie tego sezonu to oprócz samej Jessici m.in. jej najlepsza przyjaciółka Trish, Luke Cage czyli kolejny metaczłowiek obdarzony nadnaturaną mocą oraz czarny charakter… Kilgrave. Dawno nie spotkałam się z tak fascynującym bohaterem, istnym wcieleniem zła. Kilgrave wpływa na ludkzie umysły – potrafi zmusić swoją ofiarę do wszystkiego, w tym do samobójstwa. Jest absolutnie fenomenalną postacią, bezbłędnie zagraną. Ma się wrażenie, że jego siłę perswazji odczuwamy nawet przez szklany ekran. Przez jakiś czas Jessica była pod jego wpływem, ale udało jej się uciec. Teraz Kilgrave wraca, zarzucając sidła na jej bliskich. Ta chorobliwa zależność, jaka rodzi się między nimi, staje się najważniejszym tematem tego serialu. Świetnie się to ogląda. A obserwowanie, do czego zdolny jest Kilgrave, zapiera dech. Zdarzało mi się krzyczeć: o nie, o nie!, gdy oglądałam niektóre ze scen. Porażają zwłaszcza te, gdy mężczyzna zostaje schwytany, i wydaje się, że wszystko już będzie dobrze, że bohaterowie mają go pod kontrolą. Tymczasem jak to w kinie akcji bywa, nic bardziej mylnego…





Przyjemny serial, któremu trzeba dać szansę – wciąga dopiero po kilku odcinkach. Świetna, pełnokrwista główna bohaterka, której nie da się nie lubić, mimo że jest ciężka w obyciu. Doskonałe role aktorskie i sceny mrożące krew w żyłach. Jest tu dużo brutalności i erotyki, więc serial zdecydowanie nie dla wszystkich. Na mnie zrobił duże wrażenie.

A, i mały smaczek dla fanów „Daredevila”. Akcja obu serii dzieje się w tym samym czasie, w tym samym mieście, w tym samym uniwersum, co daje ciekawe możliwości. Jessica poznaje lekarkę, którą dobrze znamy z serialu o niewidomym superbohaterze. Claire nawet proponuje pomoc swojego zamaskowanego przyjaciela, ale Jessica ja odrzuca. Woli działać w pojedynkę. Czuje, że to ona jest winna śmierci kolejnych ofiar Kilgrave’a i tylko ona może się mu przeciwstawić…

piątek, 17 marca 2017

"Sense8", serial, sezon 1

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 17, 2017 1 komentarze


"Sense8", serial, sezon 1
To niesamowite jak opinia o serialu może się zmienić w trakcie oglądania kolejnych odcinków. Przez pierwsze trzy odcinki „Sense8” zastanawiałam się czy sobie nie odpuścić i nie przerwać, ale staram się być wyrozumiała i jak coś zacznę, serial musi być naprawdę zły, bym go odłożyła. A później – przełom nastąpił właśnie gdzieś przy czwartym odcinku. Jakie to jest dobre. Jaki to świetny serial. Jaki inny, niesamowity, zupełnie nowa jakość.

Historia opowiada o ośmiu osobach z różnych zakątków świata, połączonych w nadzwyczajny sposób. Bohaterowie potrafią przenosić się między kontynentami, rozmawiać ze sobą tak, jakby znajdowali się w tym samym miejscu, mimo że dzielą ich kilometry. To coś więcej niż zamienianie się ciałami, odczuwanie tego samego, choć i to przydarza się naszym bohaterom. „Sense 8” pokazuje osiem dusz zamkniętych w jednej jaźni, jedną dusze rozbitą na osiem ciał, wreszcie tyleż ciał stających się momentami jednym. Oglądanie tego zapiera dech. To jak jedna rozmowa może rozgrywać się w dwóch, trzech miejscach równolegle sprawia, że można tylko przecierać oczy ze zdumienia. Oglądaliście film „Atlas chmur”? To tylko namiastka…

Policjant – wzór cnót. Buntownicza DJ-ka. Pokorna, wierząca Hinduska. Bezkompromisowy, przystojny rabuś. Afrykańczyk o złotym sercu. Aktor – homoseksualista. Lesbijka, która urodziła się w ciele chłopca. Business-woman obyta w sztukach walki. Będą dla siebie oparciem, jakiego można tylko pozazdrościć. Mam ciarki kiedy myślę o wszystkich tych scenach, które w normalnym świecie nigdy nie będą miały miejsca.


Zimna Islandia, piękne Indie, uboga Afryka, pełne niebezpieczeństwa Niemcy, kolorowy Meksyk… I tak dalej, i tak dalej. Splot różnych charakterów, miejsc, wydarzeń, kultur, tradycji. Każdy bohater ma swoją historię, ale wszystkie one zaczynają być do siebie podobne. Minie trochę czasu nim zaczniemy z tego pozornego chaosu wyłaniać spójną całość. Uwielbiam ich wszystkich i bardzo żałuję, że na sezon drugi muszę czekać aż do maja. Póki co Netflix zafundował małą namiastkę, dwugodzinny odcinek który jest wstępem do kolejnego sezonu. I tam niespodzianka, rolę jednego z bohaterów zaczyna grać inny aktor. Przyznaję że trochę zbiło mnie to z tropu i nie było zbyt przyjemne, ale sposób w jaki nawiązuje się do tej zamiany jest dosyć zaskakujący i niespotykany w tego typu produkcjach.

Lubię gdy w serialach pojawiają się aktorzy, których znam z innych produkcji. Tutaj mamy Jonasa, który jest kimś w rodzaju mentora grupy, tłumaczy im istotę działania tej zależności. Znamy go z serialu „Lost” – równie zagadkowego, pełnego niespodziewanych przypadków. Nieprzypadkowe nawiązanie.




Podoba mi się. Serial jest czymś nowym, świeżym. Może dla wielbicieli dynamicznej akcji wydawać się zbyt nudny, choć także ma swoje momenty. Dotyka bardziej psychiki, życia wewnętrznego, emocji które mogą ogarniać kilka osób jednocześnie. Serial Wachowskich, więc nastawcie się na sceny kontrowersyjne, manifestację seksualności i inności. Ale wszystko to opakowane jest w piękny sposób.

Ah i… Po tym serialu mam nowy obiekt westchnień. Wolfgang!

środa, 4 stycznia 2017

„Fargo", sezon 2, „Pozostawieni”, sezon 1,

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 04, 2017 0 komentarze



„Fargo", sezon 2, serial

O ile pierwszy sezon serialu „Fargo” przykuł moją uwagę i naprawdę zaskoczył mnie w pozytywnym sensie, o tyle o drugim sezonie chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Moja opinia może być odosobniona, bo wiem że jest dobrze oceniany, ale… No właśnie, kilka takich „ale” by się znalazło.

Co ciekawe, akcja sezonu drugiego rozgrywa się przed wydarzeniami z serii pierwszej. Pojawiają się jednak oczywiste nawiązania, jak choćby osoba detektywa Lou Solverson’a, który w pierwszym sezonie dał się poznać jako ojciec policjantki Molly, emeryturę spędzający za ladą lokalnego baru. Był taki moment w S01, że Lou wspominał nietuzinkowe śledztwo pełne trupów, które prowadził lata temu. To właśnie ta historia stała się podwaliną do poprowadzenia kontynuacji serialu.

Może chodzi o to, że nie przepadam za stylistyką lat 70.? Spodnie dzwony, lokówka do włosów i telefony na korbkę? Nie, zdecydowanie wolę seriale, gdzie akcja dzieje się współcześnie, albo sci-fi, gdzie wybiega dziesiątki lat wprzód. Choć fabuła jest ciekawa i rozwija się stopniowo – pozornie niegroźna stłuczka lokalnej fryzjerki wciąga jej rodzinę w porachunki z mafią, a w to wszystko wplątane jest jeszcze UFO… - nie, to zdecydowanie nie mój klimat, nie moja bajka. Jak już zaczęłam, to postanowiłam obejrzeć do końca, ale niektóre odcinki dłużyły mi się niesamowicie, miałam poczucie straconego czasu. Serial w ogóle mnie nie porwał, nie zaangażował, nie zaczarował.

Mimo tego, że obsada jest wyśmienita, koloryt tamtych lat oddany z wielką klasą, fani czarnego humoru, komedii pomyłek i pokręconych twistów będą piać z zachwytu, ja jednak odpadam.

Nie trzeba znać jedynki, by obejrzeć sezon drugi, aczkolwiek obserwowanie odniesień i odnajdowanie poszczególnych smaczków stanowi fajną rozrywkę. Dla mnie jednak to za mało.




„Pozostawieni”, sezon 1, serial

Gdzieś rok-dwa lata temu czytałam książkę Toma Perrotta „Pozostawieni”. Książka stanowi punkt wyjścia dla serialu o tym samym tytule. Serialu, nad którym pracował zarówno autor wspomnianej książki, jak i twórca innego znanego tytułu – serialu „Lost. Zagubieni”. To chyba brzmi obiecująco? 

Serial dla osób, które przedkładają analizę ludzkich uczuć, stadium ludzkiej psychiki nad tempo akcji. Opowiada o świecie po 14 października – tego dnia w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło ok 2 proc. populacji ludzi. Minęły trzy lata i nic nie jest takie, jak dawniej. Większość kogoś straciła – czasem jedną ukochaną osobę, zdarza się, że i całą rodzinę – jak jedna z bohaterek, Nora. Jak żyć obok tego, jak zapomnieć, albo jak stale pamiętać? Każdy próbuje przepracować stratę w inny sposób. Jedni starają się żyć dalej, jak gdyby nigdy nic. Inni dołączają do tajemniczych kultów – wyznawców Weyna, który wyciąga z ludzi ból, albo sekty Winni Pozostali, której członkowie nie mówią, ubierają się na biało i palą, by nie marnować żadnego oddechu. Jak dziwne, nielogiczne, czy wręcz chore mogą wydawać się wybory niektórych członków małego miasteczka Mapelton, to ich sposób na zrozumienie, na upamiętnienie zaginionych, na pójście do przodu.

Na mnie serial działał bardzo sugestywnie. Wbrew pozorom nie ma on na celu rozwikłania zagadki zniknięć, snucia teorii na temat tego co się mogło wydarzyć, szukania ewentualnych rozwiązań. Nie, on skupia się na przysłowiowym „tu i teraz”. Mówi o smutku, bólu i żalu. O utracie, której w różnym stopniu doświadczył każdy. Serial jest bardzo oniryczny, nostalgiczny, choć nie brak w nim mocnych scen.

Już zaczęłam oglądać 2 sezon, a w planach jest też trzeci, finałowy.

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon