Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.K. Rowling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.K. Rowling. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 października 2016

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny", wersja ilustrowana

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 21, 2016 1 komentarze
Dziś recenzja trochę nietypowa, bo zdjęciowa. Jestem pewna, że wielu z Was, tak jak i ja z niecierpliwością wyczekiwało tej daty: 21//22 października, premiera książki "Harry Potter i Przeklęte Dziecko". Wszyscy zastanawiamy się jaka będzie, czy odnajdziemy tam czar poprzednich części Harry'ego, smak dzieciństwa, magii i przygody. Książka trochę błędnie nazywana jest kolejnym tomem, gdyż jest to dzieło całkiem inne, oparte na sztuce, eksperyment. Oczywiście promuje się je nazwiskiem Rowling, ale ile ze stylu pisarki odnajdziemy wewnątrz?

Zanim książka trafi do moich rąk, mam dla Was recenzję pokrewną. Jakiś czas temu zakupiłam pięknie ilustrowane wydanie Harrego Pottera, a obecnie zmierza już do mnie tom drugi - mam nadzieję, że równie piękny.

I co tu dużo mówić - historia znana, tylko w nowej szacie graficznej. Niekoniecznie dla młodszych czytelników, gdyż ilustracje Jima Kay bywają mroczne, nostalgiczne. Bardzo podoba mi się całe wydanie w twardej oprawie, z obwolutą, dobrej jakości papier i bogate ilustracje. Książka jest wydawniczym majstersztykiem i warto ją mieć w swoich zbiorach. Nie będę się rozpisywać, bo przy tym wydaniu najważniejszy jest zmysł wzroku. Mam dla Was kilka zdjęć wnętrza, a zapewniam, że jest tego dużo, dużo więcej :)

Do zdjęć pozowały moje figurki z kolekcji Funko POP :) 





Harry Potter i Kamień Filozoficzny" 
J. K. Rowling
Ilustracje: Jim Kay
Media Rodzina
250 str.

sobota, 14 listopada 2015

Robert Galbraith (J. K. Rowling): Wołanie kukułki

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 14, 2015 4 komentarze

Robert Galbraith (J. K. Rowling): Wołanie kukułki

audiobook (Audioteka.pl)
Wydawnictwo Dolnośląskie

Czyta: Maciej Stuhr

Długość: 16 godz. 18 min.


Nadrabiam zaległości. Osoba, która na „Harrym Potterze” praktycznie się wychowała, musiała w końcu sięgnąć po kryminał J.K. Rowling, wydany pod pseudonimem. Tym razem znów sięgnęłam po audiobook, w genialnej interpretacji Macieja Stuhra.

Cormoran Strike to prywatny detektyw któremu kiepsko się wiedzie. Właśnie rozstał się z kobietą, jego agencja od dawna nie ma poważnych klientów, zalega też z opłatami. Wskutek błędu, zostaje mu przysłana nowa sekretarka, Robin. Strike'a nie stać na taki luksus, ale nie potrafi odmówić dziewczynie, która okazuje się bardzo schludna i pomocna. Zwłaszcza, że pojawia się majętny klient. Detektyw ma raz jeszcze zbadać tajemniczą śmierć siostry klienta, supermodelki Luli. Parę miesięcy wcześniej świat obiegła wstrząsająca informacja, że Lula popełniła samobójstwo, wyskakując z balkonu swojego apartamentowca. Strike przyjmuje zlecenie tylko dlatego, że potrzebuje pieniędzy, a także przez wzgląd na pamięć o przyjacielu z dzieciństwa, który był adoptowanym bratem nowego klienta. Wkrótce okazuje się, że śledztwo było niedokładne i rzeczywiście, Strike łapie pewien trop.

Podoba mi się postać głównego bohatera właśnie dlatego, że całkowicie odbiega od wizerunku prywatnego detektywa, jakie spotykamy w innych kryminałach. Strike to postać szorstka i chłodna, raczej nieprzyjemna. Jego zachowanie jest grubiańskie, źle traktuje swoją sekretarkę i nie ma przyjaciół,ale wkrótce okazuje się, że to tylko pozory, że w głebi serca jest dobrym człowiekiem. Strike wiele w życiu przeszedł, był kiedyś cenionym wojskowym, teraz ledwo wiąże koniec z końcem. W wypadku stracił stopę, kryje się ze swoją niepełnosprawnością, mimo że początkowo odpycha, nie można zaprzeczyć, że jest bystrym i rzetelnym detektywem. Jego poszukiwania są bardzo przemyślane i solidne. Szybko okazuje się, że potrafi dokonać niemożliwego.

Może historia nie trzyma w ogromnym napięciu i na pewno nie powtórzy sukcesu „Harry'ego”, ale jest sprawnie napisana i ma swoje zalety. Kryminał to średni, zakończenie – takie sobie (czy tylko ja mam wrażenie, że działania mordercy są trochę nielogiczne?), ale dobrze bawiłam się przy słuchaniu i polecam. Rowling kolejny raz pokazała, że potrafi świetnie portretować bohaterów oraz lubi zawiłości, które w końcowych scenach zostają rozwiązane.

Nawiasem jeszcze dodam, że Maciej Stuhr w roli lektora sprawdza się znakomicie, ale oczywiście można się było tego spodziewać. Każdemu z bohaterów nadal inny ton głosu, bardzo wczuwa się w postaci. Mogę powiedzieć, że żałuję, że się skończyło :)

piątek, 14 grudnia 2012

J. K. Rowling: "Trafny wybór"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 14, 2012 31 komentarze


Autor: J. K. Rowling
Tytuł: "Trafny wybór"
Wydawnictwo: Znak
Stron: 512


J. K. Rowling to dziś chyba najbardziej rozpoznawalna współczesna pisarka. Jej nazwisko od razu wywołuje jedno skojarzenie - matka "Harry'ego Pottera", cyklu dla dzieci, który swego czasu wywrócił rynek wydawniczy do góry nogami. Fenomen, który udowodnił, że można oderwać dzieci i młodzież od komputerów, dając im książkę. Ba, że na pisaniu wciąż jeszcze można zarobić. Po wydaniu siedmiu tomów cyklu i kilku dodatkach do serii, Rowling zamilkła. Nie musiała już więcej pisać. "Harry Potter" przyniósł jej niewyobrażalne bogactwo. A jednak obserwujemy właśnie medialny szum wokół jej najnowszej powieści.

Jej życie przypomina współczesną opowieść o Kopciuszku. Rowling zawsze chciała pisać, ale gdy już stworzyła świat Hogwartu, kilka lat zmagała się z próbą wydania pierwszego tomu "Harry'ego". Nie porzuciła jednak swojego marzenia, a książka zrobiła furorę. Jej życie osobiste również nie należało do udanych. Pierwsze małżeństwo, z którego ma córkę, zakończyło się szybkim rozwodem. Mąż pisarki znęcał się nad nią, a awantury czasem kończyły się ucieczką Rowling z domu z maleńkim dzieckiem. Los jednak bywa łaskawy. Dziś pisarka jest jedną z najbogatszych kobiet w Wielkiej Brytanii. A może i na świecie...

"Trafny wybór" (z oryginału "Tymczasowy wakat") jest pierwszą powieścią Rowling dla dorosłych. Przynajmniej tak się ją określa, choć nie do końca się z tym zgadzam. Owszem, powieść zdecydowanie różni się od opowieści o małym czarodzieju, zarówno tematyką, jak i językiem, jednak wydaje mi się, że ze względu na kontrowersje, jakie wprowadza, najlepszymi jej odbiorcami jest starsza młodzież odraz osoby w wieku 20-30 lat. Oczywiście, starsi również mogą ją czytać a nawet być bardzo zadowoleni z lektury (o czym za chwilę), jednak wydaje mi się, że grupa docelowa usytuowana jest właśnie w tym przedziale.

Barry nie żyje. Śmierć członka rady kładzie się cieniem na wszystkich mieszkańców Pagford. Leniwie na światło dzienne zaczynają wychodzić wewnętrzne konflikty, tajemnice, niesnaski i chęć przejęcia władzy. Jedni wspominają najszlachetniejszego mieszkańca miasteczka z tkliwością i sentymentem. Inni już zacierają ręce w walce o jego stołek. Są tacy, którzy tracą nadzieję na poprawę swojego losu, bo wiązali ją z jego osobą. Jeszcze inni obserwują to wszystko z boku, wyciągając własne wnioski. Jedna śmierć, mająca dalekosiężne konsekwencje. Pagford nie będzie już nigdy takie, jak przedtem.



Nie chcę powtarzać wniosków, które nasunęły się już wielu recenzentom. "Trany wybór" rzeczywiście jest napisaną z rozmachem panoramą współczesnego miasteczka, bardzo uniwersalną. Portrety bohaterów wręcz zachwycają, są oddane z dużą wrażliwością i drobiazgowością. Język jest niezwykle plastyczny. Rowling nareszcie pokazuje, że potrafi też pisać dojrzale, kunsztownie, zagłębiać się w psychologię postaci. To chyba jeden z głównych zarzutów stawianych "Harry'emu" - tam język był prosty, dynamiczny, wydarzenie goniło wydarzenie, brakowało opisów i refleksji. Tu wprost odwrotnie. Nasi bohaterowie głównie... myślą - poznajemy ich rozterki, dylematy, które nimi miotają, ich najciemniejsze strony. A akcja? Gdzieś się zatraca. W odróżnieniu do klasycznych powieści, w "Trafnym wyborze" właściwie nie wyczekuje się na finał. Nie ma tu postawionego problemu, który wymaga rozwiązania. Pojawia się wiele pomniejszych znaków zapytania, wyłaniających się z historii poszczególnych osób. Każdy z bohaterów ma swój życiorys, swój rozkład dnia, swoje cechy charakterystyczne, pragnienia i dążenia. To wokół nich Rowling osnuwa cieniutką nić fabuły, której głównym założeniem jest wyłonienie następcy po Barrym. Ale mnogość wątków i postaci sprawia, że zatrzymujemy się na innych scenach, że żyjemy z wybraną przez siebie postacią i to na jej losach się skupiamy.

"Trafny wybór" przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. 12 grudnia kluby w całym kraju spotkały się, by w tym samym czasie dyskutować o debiucie Rowling dla dorosłych. A wszystko to dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak i Instytutu Książki. Pierwszy raz uczestniczyłam w takim spotkaniu i jestem pod ogromnym wrażeniem. Dzięki temu mogę podzielić się nie tylko moimi wrażeniami z lektury, ale również reszty uczestników dyskusji.

Zdania na temat książki są podzielone. Jedno jest pewne - gdyby nie nazwisko Rowling powieść mogłaby przejść bez echa. Nie jest ona niczym nowym, nie stanowi przełomu. Wielka kampania marketingowa sprawiła jednak, że na "Trafny wybór" natykamy się wszędzie. Czy to źle? Nie wiem. Nawet jeśli nie jest to powieść wybitna, na pewno też nie jest zła. Rowling chciała pokazać coś innego i udało jej się. Choć świat, jaki stworzyła, wręcz kipi od frustracji, pozorów, złości, niespełnienia i brudu, wywołuje żywe emocje. Podczas naszego spotkania pojawiły się głosy zarówno za jak i przeciw. Niektóre panie były wręcz urzeczone powieścią i jej bohaterami. Podobało mi się to jak można opowiadać o przeczytanej książce, jak się nią emocjonować. Pojawiły się też głosy, że książka jest nudna, że język jest zbyt wulgarny, wydarzenia dołujące, czasem wręcz obrzydliwe. Myślę, że Pagford to takie miasteczko ukazane trochę w krzywym zwierciadle, przerysowane. Skumulowano w nim tyle zazdrości, podejrzliwości, cierpienia i zła, że trzeba do lektury odpowiednio się przygotować, wybrać właściwy czas. Nie będzie różowo. Nie będzie wesoło, choć tyle mówi się o autoironii autorki i czarnym humorze. Nie, ja tego humoru tu po prostu nie widzę. To miasteczko jest złe. Nie chcielibyśmy w nim zamieszkać. Każdy bohater ma jakąś skazę. Wydaje się, że jedynym aniołem był nieżyjący Barry. Stawia się go na piedestale, urasta do rangi symbolu ideału. Ale może właśnie dlatego, że już nie żyje i nie możemy poznać jego prawdziwego oblicza. Przecież tu każdy skrywa swoje grzeszki... A jednak, zło bywa pociągające. Dlatego czytamy dalej.



Mogłabym dużo mówić o bohaterach tej powieści. Początkowo miałam problem z połapaniem się kto jest kim, ze względu na ich mnogość, jednak Rowling zawsze wplata w tekst jakieś szczegóły, przyspieszające identyfikację. Plus za ogromną staranność i drobiazgowość w kreowaniu postaci. Za ich niepowtarzalność i oryginalność. To naprawdę coś. I chociaż ich losy są dramatyczne, ich przewinienia drastyczne, chyba każdy znajdzie coś z siebie w którymś z tych bohaterów. Autorka chciała chyba rozprawić się ze swoimi traumatycznymi doświadczeniami, ze środowiskiem, w którym się wychowała, z pierwszym nieszczęśliwym małżeństwem. Stad tyle bólu i niesprawiedliwości. Obserwując, jak życiorysy poszczególnych bohaterów splatają się ze sobą, czekamy na tragiczny finał. I on nadchodzi...

Książkę polecam, mając w pamięci wszystkie jej wady i zalety. Wydaje mi się, że każdy fan "Harry'ego" powinien zmierzyć się z "doroślejszą" wersją Rowling. Książka na pewno nie dorównała magicznemu cyklowi, ale nie takie było jej zadanie. Pokazała raczej, że Rowling nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Że jej wyobraźnia jest nieposkromiona.

Ocena: 4/6
Pozdrowienia dla wszystkich uczestników spotkania DKK!

Żałuję, że nie byłam w stanie oddać w recenzji wszystkich myśli, jakie pojawiły się podczas dyskusji, ale bardzo się starałam.

środa, 1 sierpnia 2012

J. K. Rowling: "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 01, 2012 10 komentarze

Autor: J. K. Rowling & Newt Skamander
Tytuł: "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 72



Recenzję miałam napisać jeszcze przed urlopem, ale oczywiście nie zdążyłam ;) Będzie krótka, jak sama książeczka, o której mam zamiar napisać. A chodzi o poradnik „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” Newta Skamandera, który mugolom przybliża… J.K. Rowling ( w tłumaczeniu niezastąpionego A. Polkowskiego). Potterowcy zapewne już wiedzą o czym mówię :)

Niewielkich rozmiarów i o skromnej objętości książeczka, która bardziej przypomina notesik (ma 72 str., z czego 48 stanowi właściwy bestiariusz), w Hogwarcie służy młodym adeptom sztuki czarodziejskiej za podręcznik do Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Książkę można spotkać w domu każdej szanującej się czarodziejskiej rodziny, jako obowiązkową pozycję w domowej biblioteczce. Nasze wydanie jest stylizowane właśnie na taki szkolny podręcznik (choć z racji swojej objętości w szkole by się nie sprawdził), z dopiskami samego Harry’ego i Rona. Spis poprzedzony jest przedmową samego Albusa Dumbledora oraz szerokim wstępem autora, który tłumaczy czym są fantastyczne zwierzęta, jak wygląda ich klasyfikacja, a także w jaki sposób udaje się ukrywać ich obecność przed mugolami. Dalej mamy już właściwy bestiariusz, ułożony alfabetycznie, opisujący siedemdziesiąt pięć gatunków.

Niektóre z opisywanych przez Skamandera (vel. Rowling) gatunki zwierząt są nam doskonale znane z serii o Harrym Potterze czy z mitologii - mamy tu m.in. bazyliszka, centaury, druzgotki, hipogryfy czy jednorożce - ale pojawiają się też zupełne anomalie, jak np. skrzyżowanie małpy z żabą (żabert). Niektóre z gatunków ilustrowane są szkicami autorstwa Rowling i to bardzo ułatwia wyobrażenie sobie tych wymyślonych zwierząt. Jednak takich rysunków jest stanowczo zbyt mało. Opisy również są krótkie, bardzo zwięzłe. Podają tylko kilka najcharakterystyczniejszych cech. Wiadomo, że stworzenie podobnego fikcyjnego spisu jest pracochłonne i wymaga nie lada wyobraźni, więc nie należy się tu spodziewać wielkich rewelacji – zwłaszcza że jest to tylko niewielki dodatek do serii o Harrym, ciekawostka wydawnicza.

Co znamienne, wystarczy odczytać kilka wersów przedmowy, by zanurzyć się znów w tak dobrze znanym czarodziejskim świecie wykreowanym przez Rowling. Jej charakterystyczny styl, wyobraźnia i poczucie humoru, często bardzo dosadne, są niepodrabialne. I choć ta maleńka książeczka trafi raczej tylko do tych, którzy umiłowali świat Harry’ego Pottera, dla reszty pozostając niezrozumiała i niepotrzebna, przyjemnie jest mieć w swojej biblioteczce magiczny „podręcznik”.

Ja kupiłam książkę za grosze w pakiecie z „Quidditchem przez wieki”, o którym też niebawem skrobnę parę słów. Możecie ją nabyć również w księgarni na ulicy Pokątnej za 9 sykli i 7 knutów :)


Ocena: 5/6

niedziela, 11 grudnia 2011

J.K. Rowling: "Baśnie Barda Beedle'a"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 11, 2011 28 komentarze



Autor: J.K. Rowling
Tytuł: "Baśnie Barda Beedle'a"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 112


„Baśnie Barda Beedle’a to zbiór opowieści dla młodych czarodziejów i czarownic. Rodzice czytają im je na dobranoc od wielu stuleci, więc trudno się dziwić, że baśnie o skaczącym garnku czy o Fontannie Szczęśliwego Losu są uczniom Hogwartu znane równie dobrze jak dzieciom mugoli bajki o Kopciuszku czy o Śpiącej Królewnie.”

J.K. Rowling zrobiła parę lat temu świetny prezent wszystkim fanom „Harry’ego Pottera”, a ja dostałam ową książeczkę w swoje łapki właśnie teraz. Mowa tu oczywiście o „Baśniach Barda Beedle’a”, z którym to tytułem mieliśmy do czynienia w ostatnim tomie serii. Owa książeczka to zbiór baśni, jakie małym czarodziejom opowiadają ich rodzice. Harry, Ron i Hermiona zetknęli się z jedną z nich – „Opowieścią o trzech braciach” – bliżej przy okazji poszukiwania Insygniów Śmierci.

Bard Beedle żył w XV wieku, ale o nim samym wiemy niewiele – jak we wstępie pisze Rowling. Czarodziej darzył mugoli sympatią, czego odzwierciedlenie odnajdujemy w jego utworach. Jego bohaterowie to przeciętni ludzie, odznaczający się jednak pomysłowością i szlachetnością. Pomysł z opublikowaniem baśni, o których mamy wzmianki w tomach o „Harrym” był strzałem w dziesiątkę, a postać stworzona przez Rowling wydaje nam się dzięki temu autentyczna.

Niewielkiej objętości książeczka zawiera wspomnianą wcześniej baśń, a także cztery inne. Całość uzupełniona jest o odnalezione pośmiertnie komentarze Albusa Dumbledora, interpretujące każdą z opowieści. Niektóre z tych komentarzy zanudzają faktografią, inne – jak w przypadku ostatniej baśni – są bardzo interesujące. Oprócz tego mamy tu wstęp napisany przez autorkę, która wyjaśnia powody wydania książki i jej historię. I to nie jedyna gratka – Rowling dodatkowo ilustrowała cały zbiór, i choć jej rysunki to tylko czarno-białe szkice, świetnie komponują się z utworami. A żeby było wiarygodniej – książka opatrzona jest notką, że przekładu z run na język angielski dokonała Hermiona Granger, a na język polski całość przełożył znakomity Andrzej Polkowski, znany z tłumaczenia całego cyklu opowieści o Harrym.

Książka stanowi osobliwą ciekawostkę kolekcjonerską dla zapalonych miłośników „Harry’ego Pottera”, do których należę. Jest stosunkowo prosta, ale mimo wszystko urocza. Baśnie czarodziejów znacząco różnią się od tych, jakie opowiada się mugolskim dzieciom, ale tradycyjnie zawierają morał i ważne prawdy. Najbardziej podobała mi się oczywiście „Opowieść o trzech braciach”, ale pozostałe historie również zasługują na uwagę. Książkę pochłania się w godzinę, bo baśnie są krótkie, ale stanowią miłe uzupełnienie serii, która została już nieodwołalnie zakończona. Myślę, że dalsze komentarze są zbędne - do tej książeczki po prostu ma się sentyment za sprawą "Harry'ego" i to wystarcza za rekomendację.

Podsumowując, polecam miłośnikom Harry’ego, bo to kolejna okazja, by na chwilę znów zatopić się w czarodziejskim świecie. Nie można wiele oczekiwać po tej szczupłej książeczce, ale mimo to warto mieć ją na swojej półce jako odnośnik do serii. A może ktoś spróbuje czytać ją swoim dzieciom?

Ocena: 5/6

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Harry Potter i Insygnia Śmierci cz. 2

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 08, 2011 3 komentarze


            Długo zastanawiałam się nad obecnością tej recenzji na blogu, wszak minęło już parę tygodni odkąd ostatnia część „Harry’ego Pottera” weszła do kin, jednak ostatecznie uległam i chciałam podzielić się swoimi refleksjami na temat tego kultowego dzieła.
            Seria o Harrym Potterze to książki, na których dorastałam, a później pojawiły się filmy. Mimo wielu niedoróbek, potknięć czy początkowo wręcz sztucznej gry głównej trójki aktorów, wyznawałam zawsze zasadę, że „Harry to Harry” i bez względu na to, jaki by nie był – będzie mi się podobał, z sentymentu. Wyrobiłam sobie nawyk chodzenia do kina na każdą z ekranizacji i z napięciem śledziłam wizję reżysera na temat mojej, co tu ukrywać, ulubionej serii. To zrozumiałe, że NIGDY nie uda się w pełni przenieść na ekran wizji autora, że pewne drugorzędne wątki zostają pominięte w natłoku innych, koniecznych dla zrozumienia, że książka i film to zawsze będą dwa odrębne istnienia, co prawda połączone jakąś wspólną fabułą, ale równocześnie niezależne od siebie. To wszystko można odnieść do serii filmów o Harrym, z których każdy kolejny wnosił jakieś nowe wątki, smaczki, czy też pomijał niektóre elementy, ku uciesze bądź zgorszeniu oddanych fanów. Nigdy nie rozumiałam tych dyskusji w stylu „Dlaczego wycięto tamto?”. „Nie wspomniano o tym”, „To wcale nie było tak”, ponieważ logiczne były dla mnie wszelkie uproszczenia. Ale dość już o oczywistościach, pora przejść do sedna.
            Finał opowieści o małym czarodzieju trafił do kin w technologii 3D. To była pierwsza okoliczność, która podzieliła fanów. Nie od dziś wiadomo, że kinowe wersje filmów w 3D niewiele z imponującymi efektami mają wspólnego, że raczej chodzi o wrażenie głębi ekranu, niż wyskakujące z niego postacie czy przedmioty. Było, nie było, fani stroniący od niewygodnych okularów 3D musieli to jakoś przełknąć, gdyż analogowa wersja trafiła, z tego co mi wiadomo, tylko do niewielu małych kin. Kolejna kwestia to dubbing vs. napisy – tu na szczęście widzowie mieli pełne pole do popisu, gdyż umożliwiono im wybór. Osobiście miałam możliwość porównania obu wersji i w dalszym ciągu nie jestem pewna ku której się przychylam. Co prawda dubbing nie zawsze był dopasowany – przykładem tegoż jest sam Voldemort, którzy skrzeczy zabawnym głosikiem i różne dziwne konstrukcje, uzależnione od ruchu warg aktorów, mimo wszystko nietrafione („Chłopiec, który niegdyś przeżył” z niepotrzebnym wtrąceniem, które mi przeszkadzało, czy „Tylko ja mogę żyć do końca świata” zamiast „wiecznie”, z jaką to wersją oswoił mnie trailer i inne) – ale myślę, że ma on też swoje plusy – w końcu skupiając się na napisach wiele traci się z obrazu, który w filmach 3D powinien być priorytetem. Zawsze w tych momentach zazdroszczę ludziom, posługującym się biegle angielskim ;)
            Ostatnia część „Pottera” a właściwie część druga ostatniej części, odpowiada na nagromadzone wcześniej pytania, rozstrzyga ostatecznie spór Dobra ze Złem i niepodważalnie zamyka całą serię. Fakt podzielenia fabuły książki na dwie części filmu nieco irytował, zwłaszcza, że część pierwsza momentami była nudna, zakończyła się w beznadziejnym momencie, jakby zawieszona w próżni i wymuszała jak najszybszą kontynuację, ale z drugiej strony trudno byłoby umieścić w jednym filmie wszystkie potrzebne wydarzenia, czego dowodzi sam fakt, że ostatnia część trwa ponad dwie godziny.
            Aktorzy, którzy zaczynali swoją przygodę z magiczną sagą, dorośli i przeszli metamorfozę. Daniel Radcliffe, Emma Watson i Rupert Grint zdążyli przez ten czas podreperować warsztat, wczuć się w rolę i uwiarygodnić ją. Wspominając pierwsze części i przywołując obraz trójki słodkich dzieciaków aż trudno uwierzyć, że ci młodzi, dorośli już aktorzy, to właśnie oni. Ponadto w ostatniej części bez wątpienia bryluje Severus Snape, ujawniając swoje prawdziwe „ja”. Nie obywa się tu także bez śmierci sympatycznych bohaterów, bliższych i dalszych Harry’emu, oddających życie w imię dobra. Wszyscy zżyliśmy się z tymi kreacjami i trudno uwierzyć w to, że to rzeczywiście koniec, jak głosi hasło reklamowe filmu.
            Akcja filmu jest wartka, efekty specjalne bardzo dobre – zwłaszcza sceny w Banku Gringotta, widok spustoszenia, jaki sieje Szatańska Pożoga czy ostateczna walka w Hogwarcie. Trochę irytował mnie finałowy pojedynek Harry’ego z Voldemortem oraz sama osoba tego ostatniego – potężny czarnoksiężnik zła, który w filmie tylko śmieje się niepewnie, skrzeczy i zachowuje się jakby nie wiedział, co ma robić. Podczas pojedynku Voldemort boksuje Harry’ego, jakby zapomniał o swojej mocy, a końcowa scena czołgania się ku różdżkom również wyprowadzała z równowagi – wystarczyło przecież zawołać: Accio różdżka! Jeszcze jedna scena wywołała u mnie salwę śmiechu: „19 lat później”. Postacie są tam przedstawione wprost komicznie, charakteryzacja nie sprostała: trudno uwierzyć, że uśmiechający się do nas z ekranu bohaterowie dobiegają czterdziestki i odprowadzają na dworzec własne dzieci. Miło jednak, że ten wątek nie został pominięty i znalazł swoje odbicie w filmie.  
            Harry Potter i Insygnia Śmierci cz. 2 to film, którego żaden fan Rowling nie może przepuścić. Tłumy, jakie przybyły na niego do kina, już w samą premierę nocną, świadczą same za siebie. Kończy się jakaś era, era Pottera, na którym wielu z nas dorastało, w którym zaczytywaliśmy się, odkrywając magię książek. Trudno opisać wszystkie uczucia związane z lekturą, poszczególnymi bohaterami, całością. Rowling stworzyła niesamowity świat, który być może u wielu zapoczątkował modę na czytanie, a teraz jedyną obroną przed faktycznym „końcem” jest sięgnięcie od nowa po któryś z siedmiu tomów…
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon