Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci i młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci i młodzieży. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2012

Sharon Creech: "Dwa obroty księżyca"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 20, 2012 7 komentarze





Autor: Sharon Creech
Tytuł: "Dwa obroty księżyca"
Wydawnictwo: Novus Orbis
Stron: 206




Kiedy byłam na poziomie podstawówka/gimnazjum zaczytywałam się w "Jeżycjadzie" M. Musierowicz, "Panu Samochodziku" Z. Nienackiego czy "Krainie kolorów" B. Ostrowickiej. Z sentymentem wspominam dziś te serie, które choć ciągle cieszą się popularnością, powoli - zdaje się - odchodzą do lamusa. Teraz młodzi zaczytują się w paranormal romance, wszystkich tych "zmierzchopodobnych" tworach. Nijakie, zakompleksione dziewczyny rozkwitają u boku przystojnych, błyskotliwych facetów innej rasy. Cóż, może taka jest kolej rzeczy... Ostatnio przypomniałam sobie o jeszcze jednej perełce z lat dziecinnych i udało mi się wrócić do tej książki. Chciałabym dziś napisać kilka słów o "Dwóch obrotach księżyca" S. Creech.

"Nie osądzaj drugiego człowieka, dopóki nie pochodzisz w jego mokasynach przez dwa obroty księżyca". Liścik z ową frapującą sentencją znajdują dwie przyjaciółki - Salamanka i Phoebe - na progu domu jednej z nich. Kolejne wiadomości zaczynają przychodzić regularnie, zawierając niemniej enigmatyczne treści. To nie wszystkie osobliwości, jakie czekają na dziewczynki. Salamanka stara się przystosować do nowego miejsca, po wymuszonej przez ojca przeprowadzce. Dziewczynka, która dotąd wychowywała się na wsi, w dużym gospodarstwie, czuje się w mieście odcięta od natury. Jednak tak trzeba. Dom przypominał im mamę, która odeszła... Salamanka stopniowo poznaje rodziny swoich kolegów ze szkoły, wchodzi w ich domy, obserwuje. Widzi to, czego oni nie zauważają. Tym silniej odczuwa brak matki i postanawia wyruszyć w podróż jej śladami. Wierzy, że to jedyny sposób, aby wróciła...

Trudno w kilku zdaniach oddać o czym jest ta książka. Przede wszystkim mieści w sobie ogromne pokłady wzruszeń. To było niesamowite uczucie - przypomnieć sobie po latach całe fragmenty, odnaleźć te ulubione, wciąż przechowywane w pamięci, wzruszać się na nowo. Książka jest dobra dla dzieci i młodzieży, ale mogą do niej zajrzeć także dorośli. Mnie powaliła na kolana kolejny raz. Może nie była już tak zaskakująca i świeża jak przy pierwszym czytaniu, ale nadal się broni.

"Dwa obroty księżyca" to opowieść o wielkiej podróży, mającej przynieść ulgę i zrozumienie. To próba zmierzenia się z samym sobą i z przerastającymi nas doświadczeniami. Odbudowywanie rozsypanego domku z kart. To mądra powieść, która uwrażliwia na świat innych. Pomaga zobaczyć to, co w codziennym pędzie gdzieś nam umyka. Wczuć się w drugiego człowieka, w jego sytuację. A przy tym to piękna historia o dorastaniu, o przyjaźniach, pierwszych miłościach. O silnej więzi rodzinnej. I o rozdźwiękach, które prędzej czy później wypływają w każdym związku. Nie brakuje tu też dziecięcego humoru i wyobraźni, prowadzących do nieprawdopodobnych sytuacji. Każdy - czy to dorosły, czy dziecko, czy nastolatek - powinien znaleźć tu naukę dla siebie.

Oby więcej takich książek.

Książkę znalazłam na allegro. Na pewno jest też w bibliotekach.

Ocena: 5/6

wtorek, 17 lipca 2012

Uri Orlev: "Babcia robi na drutach"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 17, 2012 9 komentarze






Autor: Uri Orlev
Tytuł: "Babcia robi na drutach"
Wydawnictwo: Wytwórnia
Stron: 50



„Babcia robi na drutach” to niepozorna bajka dla dzieci, autorstwa Uri Orleva, izraelskiego prozaika polskiego pochodzenia. Gdy wziąć ją do reki po raz pierwszy – może wywołać mieszane odczucia. Z jednej strony jej adresatem jest dziecko, świadczy o tym wydanie, rymowane wierszyki, prosty język i ilustracje, z drugiej książka jest wielowarstwowa i rodzic bardzo szybko odkrywa, że jest w niej coś więcej – coś niepokojącego, ale ważnego. Z tego właśnie powodu warto zatrzymać się przy niej dłużej, nawet jeśli pierwszy kontakt z jej kartami budzi zdziwienie, niezrozumienie czy wręcz zniechęca.

Historia jest magiczna: do pewnego miasteczka przybywa samotna babcia, która dzierga na drutach wszystko to, co w danej chwili jest jej potrzebne. Tak powstają wygodne kapcie, podłoga, wreszcie całe sprzęty, tworzące w akcie finalnym przytulny domek. Babcia robi na drutach dalej – jej dom wkrótce rozwesela obecność dwóch wnucząt, dziewczynki i chłopca. Cali są z poskręcanej włóczki. Początkowa euforia szybko jednak ustępuje miejsca przygaszeniu – dzieci chcą iść do szkoły, ale spotykają się tam z całkowitym brakiem tolerancji. Są inne, z dziureczkami, a więc padają ofiarą szykanowania i odrzucania… Bajka ta uwydatnia problem nietolerancji, ksenofobii i nieufności wobec różnic. Uczy wrażliwości, oswaja (ale nieagresywnie) oraz prowokuje dziecko do pytań i do dyskusji. Można z niej bardzo dużo „wyciągnąć”.

Nie sposób nie wspomnieć też o groteskowych ilustracjach Marty Nigerskiej, co do których opinie są podzielone (wyróżnienie w Konkursie Polskiej Sekcji Ibby "Książka Roku 2009" w kategorii ILUSTRACJE). Surowe, awangardowe ilustracje, w których właściwie dominuje jeden kolor – grafit ołówka, rzeczywiście są kontrowersyjne. Przywykliśmy do ładnych, kolorowych ilustracji książek dla dzieci, tu jednak spotykamy się z czymś zgoła innym. To już swoisty nurt, moda na artystyczną ilustrację książek dla dzieci, które czasem bywają bardzo trafione, innym razem wydają się jednak za trudne dla dziecka, „przekombinowane”. Nie chcę wchodzić w to zagadnienie, gdyż jest ono bardzo złożone, ale chciałam zasygnalizować zjawisko, z którym - jeśli ktoś wcześniej nie obcował – może spotkać się tutaj. Przedstawiam parę wybranych stron:



Co o nich myślicie? Czy faktycznie nadają się do książki dla dzieci? Czy dziecko jest w stanie je rozszyfrować, prawidłowo odebrać? I skąd taki, a nie inny, sposób postrzegania rzeczywistości?

Ilustracje sprawiają wrażenie, że wykonało je dziecko – są jakby niestaranne, dziecinne, bardzo proste, wręcz szkicowe. Dzięki temu dziecko może poczuć się tak, jakby dostosowano je właśnie dla niego, a także samemu zacząć naśladować czy też narysować własną wersję ilustracji do wierszyków. Z drugiej strony potrzebna jest odpowiednia wiedza merytoryczna, wrażliwość na sztukę i chwila refleksji, by móc wytłumaczyć dziecku „dlaczego tak, a nie inaczej” i „co autor miał na myśli”. Nie jest to książka, z która możemy zostawić malca samego. Potrzebne jest wsparcie dorosłego.

Moja ocena plasuje się gdzieś pośrodku. Nie do końca przekonałam się jeszcze do kompilacji współczesnej sztuki i ilustracji książki dziecięcej, aczkolwiek są tytuły, które wprost mnie oczarowały. „Babcia robi na drutach” jest pozycją wartą uwagi, kształtującą świadomość młodego człowieka. Może też być inspirującym punktem wyjścia do kolejnych poszukiwań u dorosłego. Poza tym historia samego autora, który przeżył wojnę (więziony m.in. w getcie warszawskim i w obozie w Bergen-Belsen) nadaje całej historii drugie dno.

Ocena: 4/6

sobota, 14 kwietnia 2012

"Album małego dziecka", "Album naszego dziecka", "Album pamiątka maluszka"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 14, 2012 24 komentarze
Tytuł: "Album małego dziecka", "Album naszego dziecka", "Album pamiątka maluszka"
Wydawnictwo: Wilga



Moja siostra przyszła na świat, kiedy miałam dwanaście lat. To ten wiek, kiedy dziewczynki uwielbiają zajmować się niemowlakami, traktując je jako troszkę większe lalki. Założyłam wtedy zeszyt, w którym notowałam zmiany, jakie w niej zachodziły przez kolejne miesiące, nowe umiejętności, wklejałam wydruki zdjęć czy inne pamiątki. Zeszycik przetrwał do dziś i jest miłą pamiątką, ale oczywiście z racji mojego młodego wieku i materiałów pozostawia wiele do życzenia. Ten unikalny czas, a szczególnie pierwszy rok życia dziecka, zasługuje na upamiętnienie. W dzisiejszych czasach jest to o tyle prostsze, że rynek oferuje całą gamę ślicznych, trwałych albumów, w których rodzice mogą zapisywać podstawowe informacje o poczynaniach maleństwa, ale też gromadzić pamiątki.

Postanowiłam dziś zrecenzować kilka takich albumów. Mogą po nie sięgnąć zarówno sami świeżo upieczeni rodzice, ale przede wszystkim są one doskonałym pomysłem na prezent z okazji narodzin, chrztu czy pierwszych odwiedzin maleństwa.
Wybrałam trzy typy takich albumów, wszystkie wydawnictwa Wilga, ale oczywiście jest ich dużo, dużo więcej. Sądzę jednak, że warto zwrócić uwagę na zawartość niż kupować na łapu capu, bo skoro już decydujemy się upamiętniać dzieciństwo naszego brzdąca, warto zadbać o to, by zrobić to starannie.

Pierwszy z wybranych przeze mnie albumów nosi tytuł „Album małego dziecka”. Nie zawiera on rozróżnienia płciowego, dlatego można się nim zainteresować jeszcze zanim maleństwo przyjdzie na świat. Bardzo często ostatnie miesiące ciąży są takim okresem, kiedy chce się już mieć dziecko przy sobie i wręcz przesiaduje się w sklepach, kolekcjonując ubranka i zabawki. Dla takich niecierpliwych rodziców, nie znających płci dziecka,, ten album jest wprost idealny. Poniżej zdjęcie okładki:













Jak widać, album schowany jest w specjalnym tekturowym pudełku, co dodatkowo go zabezpiecza na przyszłość. Ponadto wszystkie prezentowane przeze mnie albumy mają ładne wiązania i masywne okładki.

Jest to album nastawiony przede wszystkim na wklejanie zdjęć – przeznaczono na nie wiele miejsca. Strony są sztywne, a zdjęcia wkładamy od góry, przez specjalnie do tego przygotowane nacięcia. Myślę, że w dzisiejszych czasach będą to przede wszystkim wydruki i chyba nie powinno być problemów z prawidłowym ułożeniem obrazków.

Na poszczególnych stronach możemy uzupełniać zarówno podstawowe informacje o narodzinach, imieniu, „pierwszych razach” dziecka, pierwszych świętach, urodzinach czy wakacjach, ale także inne. Mamy tu drzewo genealogiczne (opisowe, bez miejsca na zdjęcia), tabelę przyrostu wagi dla chłopców i dziewczynek, możemy zanotować terminy wizyt u lekarza.




Na ostatniej stronie znajduje się kalendarium „Kilka ważnych chwil”, w którym można zanotować to, co w albumie zostało pominięte. Jest też miejsce na odciski rączki i stópki albo schowanie pukla włosów. No i ilustracje ze zwierzęcymi bohaterami są naprawdę słodkie. Na każdej stronie odnajdujemy inne gatunki zwierząt – autorzy pewnie w ten sposób próbowali sobie radzić z tym, że album ma uniwersalnego odbiorcę. Nie mogli faworyzować żadnej z płci, gdyż trafi on w ręce rodziców zarówno dziewczynek, jak i chłopców.

Są też elementy moim zdaniem zbędne (np. „Jestem podobny do…”) i można by je zastąpić innymi, nie ujętymi w całości.

Kolejny album, który postaram się Wam przybliżyć, to „Album naszego dziecka”.
Tu już dostępne są dwie wersje – różowa, dla dziewczynek, i niebieska – dla chłopców. Miałam przyjemność zapoznać się z ta drugą: poniżej okładki obu.




I tutaj, jak w poprzednim przypadku, mamy przede wszystkim do czynienia z trwałym wykonaniem – elegancka okładka, sztywne strony, między które wkładamy zdjęcia i wiązanie. Analogii jest więcej, gdyż większość informacji zawiera każdy album – informacje o narodzinach, „pierwszych razach”, imieniu, wakacjach, świętach, ulubionych rzeczach, miejsce na zdjęcie lub odcisk rączki i stópki. Jest i drzewo genealogiczne w formie rysunku faktycznego drzewa, z miejscem na zdjęcia krewnych. Zabrakło mi kalendarium, jak w przypadku poprzedniego albumu. Ilustracje są za to ładniejsze: przedstawiają rodzinę zajączków z małym synkiem. Są też adekwatne do sytuacji – przy pierwszych urodzinach mamy rodzinkę zgromadzoną wokół tortu itp. Album jest bardzo kolorowy.




Trzeci „Album Pamiątka Maluszka” również dostępny jest w dwóch odsłonach z bucikami na okładce – pokażę wam wersję różową, dla dziewczynek. Oto zdjęcia:



Kartkując album (posiadający spis treści, co ułatwia poszukiwanie konkretnych stron), od razu można zauważyć znaczące różnice, jeśli zestawić go z poprzednimi. I pewnie ma na to wpływ cena – album ten jest stosunkowo tańszy od dwóch poprzednich. Strony są cienkie i bardziej podatne na uszkodzenia. Ilustracji jest mniej, są bardzo ubogie, ale za to pojawiają się rymowanki, które można czytać wspólnie z dzieckiem, uczącym się mówić. No i miejsca na własne notatki jest zdecydowanie więcej. Jeśli jesteśmy zdecydowanie nastawieni na gromadzenie faktów, wnikliwą obserwację dziecka i odnotowywanie wszystkich, nawet najdrobniejszych jego sukcesów, to coś zdecydowanie dla nas.


Oprócz tradycyjnych stron tematycznych – takich jak narodziny, pierwsze urodziny, wakacje, święta, drzewo genealogiczne (opisowe), album umożliwia systematyczniejsze gromadzenie informacji o rozwoju – pojawiają się karty 2, 4, 6, 8… miesięcy. Oprócz zwyczajowych notatek (wzrost, waga, pierwsze słowo, pierwszy krok, karmienie) pojawiają się też ciekawostki np. aktualna cena chleba czy znaczka – po latach takie wzmianki nabiorą dla dorosłego już dziecka dużego znaczenia. W albumie możemy zawrzeć o wiele więcej szczegółów niż w przywoływanych wyżej – nazwisko lekarza odbierającego poród, położnej, godziny zasypiania, pierwsza przespana noc, chwytanie grzechotki – to tylko niektóre z przykładów.

Jest i tabela szczepień i wizyt u lekarza oraz rubryka „Najpiękniejsze wspomnienia”. Zdjęcia można wklejać w wyznaczonych do tego ramkach. Za mało jednak jak dla mnie akcentów żeńskich, bo poza okładką i pastelową kolorystyką trudno wyczuć, że jest to album przeznaczony wyłącznie dla dziewczynek.

Podsumowując – jeśli ważna jest dla nas oprawa graficzna zdecydowanie polecam drugi z albumów. Właściwie oceniam go najwyżej ze wszystkich tu wymienionych, gdyż stanowi tzw. złoty środek. Piękne ilustracje, podstawowe informacje do wypełnienia, zgrabna i trwała oprawa. Jeśli chcemy jak najwięcej zanotować, prowadzić bardziej dziennik, niż album, warto skusić się na opcję numer trzy. Co prawda ten album nie jest już tak solidny, ale ma swoje zalety. No i został jeszcze „Album małego dziecka”. Podoba mi się to, że można go schować w pudełku i że można go kupić zanim urodzi się dziecko, bez ryzyka, że nie trafimy z płcią maluszka, jednak pod względem zarówno treściowym jak i wizualnym nie dorównuje pozostałym.

Tworzenie albumu i obserwacja dziecka jest przyjemnością dla rodziców, a po latach może stanowić bezcenną pamiątkę nie tylko dla nich, ale przede wszystkim dla dorosłego już bohatera albumu, który z jego kart może dowiedzieć się tak wiele o swoim dzieciństwie. Warto zainwestować w taką pamiątkę.


Za egzemplarze recenzenckie dziękuję wydawnictwu
Wilga


czwartek, 23 lutego 2012

Agnieszka Frączek: "Nie bój się misiu!"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 23, 2012 12 komentarze

Autor: Agnieszka Frączek
Tytuł: "Nie bój się misiu!"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 20


Kolejna przepiękna książeczka dla dzieci wydawnictwa Wilga, która podbiła moje serce. Tym razem mowa o „Nie bój się misiu!”.

Bo dzieci się boją i to naprawdę różnych strachów. A to że coś wyjdzie spod ich łóżka, a to potwora chowającego się w szafie, a to burzy, duchów czy wizyty u dentysty. Boją się też ciemności i właśnie ten lęk próbuje oswoić i wyeliminować książeczka, którą dziś recenzuję. Jej bohaterem jest malutki miś polarny, który poza tym, że jest bardzo wesoły i rozbrykany, ma jeden problem – gdy nadchodzi noc wyolbrzymia wszystkie obrazy i dźwięki, których jest świadkiem. Tym sposobem każdy podejrzany cień czy świst wiatru przyprawia go o drżenie. Co zrobić w takiej sytuacji? Tata naszego miśka znajduje rozwiązanie, możemy więc mieć nadzieję, że i nasze dziecko podąży za tym tokiem rozumowania i pozbędzie się swoich strachów.



Tekst bajeczki rymuje się – wierszyk na pewno szybciej zapadnie każdemu dziecku w pamięć. Można nawet ćwiczyć ze swoją pociechą kolejne wersy, pozwolić, by zapamiętało mądre porady. Czcionka jest różnorodna – czasem pojawiają się większe litery, by zaakcentować jakieś słowa. Osobiście bardzo lubię taką zabawę drukiem, odchodzenie od schematyczności i prostych układów. Czcionka współgra z tekstem, występuje nie tylko na górze czy dole strony w grzecznych linijkach, ale czasem litery układają się np. na kształt wiejącego wiatru. Myślę, że zwracając uwagę dziecka już na sam druk można objaśnić mu pewne sprawy.

Oprócz funkcji dydaktycznej, jaką niewątpliwie spełnia ta książka, ma jeszcze inne zalety, jakie docenią nasi milusińscy. Bardzo ładna oprawa graficzna, kolorowe ilustracje, duży format i twarda okładka to nie wszystko. Jak ujawnia już informacja z okładki w książce znajdziemy inne małe cuda: futerka, rozkładanki i błyszczące folie. No właśnie! Głaskanie naszego miśka po miękkim futerku czy zakamuflowana na końcu książki duża rozkładanka na pewno wywołają uśmiech u każdego brzdąca, będą godną atrakcją. Bardzo podobają mi się możliwości, z których skorzystało wydawnictwo w tym przypadku. Takie urozmaicenia sprawiają frajdę dzieciakom i zachęcają ich do kolejnej lektury, bo przecież za każdym razem może mieć ona inny przebieg, mogą odkryć coś nowego. To ważne, by poprzez zabawę oswajać dzieci z książkami, pokazywać im ich różnorodne funkcje, wpływać na najmłodszych, by wyrobili sobie nawyk czytania. Polecam!

Ocena: 6/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Wilga


poniedziałek, 13 lutego 2012

"Powiastki Beatrix Potter"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 13, 2012 13 komentarze




Autor: Beatrix Potter
Tytuł: "Powiastki Beatrix Potter"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 400



W książkach dla dzieci ważna jest zarówno warstwa tekstowa, jak i wizualna – i trudno stwierdzić w zasadzie, która ważniejsza, choć często nacisk kładzie się przede wszystkim na ilustracje, na drugim planie jest sama treść (ileż ostatnio powstaje świetnych książek, gdzie na stronie pojawia się jedna czy dwie linijki tekstu, wkomponowanego w zachwycające rysunki?). Dzieje się tak dlatego, że młody czytelnik, nie radzący sobie jeszcze przecież często z samodzielnym czytaniem, książki przede wszystkim ogląda. Czytanie to zadanie rodziców, a co więcej – dobre, barwne ilustracje są doskonałym punktem wyjścia do zabawy z dzieckiem, rozwijania wyobraźni – można przecież zadawać pytania do grafiki, zwracać uwagę na szczegóły, charakteryzować postaci. Z tych wszystkich powodów książki dla dzieci ocenia się trochę inaczej niż te dla dorosłych i chyba pierwszy raz przypada mi w udziale recenzować właśnie taką pozycję.

Ekskluzywne wydanie „Powiastek Beatrix Potter” urzekło mnie już od pierwszego wejrzenia i spełnia wszelkie konieczne wymogi, jakimi powinny wyróżniać się dobre książki dla dzieci, o których wspomniałam we wstępie.
Po pierwsze książka umieszczona jest w tekturowym etui, które chroni ją przed nie zawsze bezpiecznymi rączkami małego dziecka. Książka oczywiście w dużym formacie, z twardą okładką, a dodatkową z obwolutą. Również papier zasługuje na plusik – strony są sztywne i gładkie. Tak więc wydanie jest naprawdę dopracowane z myślą o najmłodszych.





Beatrix Potter urodziła się w Londynie w 1866 r. Swoje zainteresowania przyrodą i wnikliwe studia nad zachowaniem zwierząt przekładała na rysunki i opowiadania. Jej książeczki zyskały spore grono oddanych czytelników, do dziś nie tracąc na popularności. Wydawnictwo Wilga postanowiło zebrać wszystkie powiastki Potter, łącznie z czterema utworami niepublikowanymi za jej życia i wydać je w tej przepięknej formie. Wszystkie bajeczki są oczywiście opatrzone oryginalnymi ilustracjami samej autorki. Co więcej, każdą z bajek poprzedza komentarz, wyjaśniający ich genezę i prezentujący ciekawostki z biografii autorki.

Na pewno każde dziecko polubi zwariowane przygody zwierzęcych bohaterów powiastek i wierszyków Beatrix Potter, a niektóre tytuły takie jak np. „Piotruś Królik”, przypomną ich rodzicom własne dzieciństwo, bo każdy z nas, tak myślę, zetknął się już gdzieś z tymi utworami. Utwory te nie tylko bawią, ale i uczą – tego, że należy słuchać starszych, że to, co atrakcyjne, nie zawsze jest bezpieczne i że dobre zachowanie zostaje wynagrodzone. Ponadto rozbudzają wrażliwość na otaczający nas świat i przyrodę – Beatrix daje w nich wyraz swojego umiłowania wszystkiego, co żywe. A dzieci kochają zwierzaki – króliki, kotki, wiewiórki, myszki, kaczki czy żabki… Na stronach tej książki aż roi się od dziecięcych ulubieńców. Historie te są dynamiczne, wesołe, pełne energii – nie można się przy nich nudzić.

Beatrix Potter karierę jako autorka i ilustratorka książek dla dzieci zaczęła w 1901 roku. Dziś – ponad sto lat później – jej historie nadal cieszą młodych czytelników, co świadczy o talencie pisarki. Nie pozostaje mi więc nic innego jak gorąco polecić Wam tę książkę – to wspaniały prezent dla wszystkich maluchów. Warto mieć ją na uwadze, szukając lektur dla swoich pociech.

Ocena 6/6



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Wilga


czwartek, 22 grudnia 2011

John Connolly: "Wrota"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 22, 2011 25 komentarze



Autor:
John Connolly
Tytuł: "Wrota"
Wydawnictwo: Niebieska studnia
Stron: 302




„Ale w podobny sposób, w jaki nabierały konkretnych kształtów planety, i wieloryby, i papużki, i wy sami, w najmroczniejszym z mrocznych miejsc formowało się także Zło. Stało się to w okresie, kiedy powierzchnia Ziemi zaczęła stygnąć, kiedy płyty tektoniczne zaczęły się przemieszczać, a na naszej planecie pojawiło się w końcu życie. Wówczas Zło znalazło sobie cel dla wyładowania swojej wściekłości.”



Po znakomitej „Księdze rzeczy utraconych” Johna Connolly’ego postanowiłam sięgnąć po kolejną książkę tego autora – „Wrota”. Początkowo wydawało mi się, że w drugiej powieści odnajdę wiele podobieństw do poprzedniej, ostatecznie autor po raz kolejny w roli głównego bohatera obsadza małego chłopca, wplątując go w całą serię nadprzyrodzonych zjawisk, jednak zbieżności na tym się kończą. „Wrota” to książka całkiem inna, pełna humoru i ciekawostek naukowych, daleka od wywołującej koszmary „Księgi”.

Jedenastoletni Samuel podgląda seans spirytystyczny sąsiadów, podczas którego dochodzi do niekontrolowanych zdarzeń. Chłopak jest świadkiem uchylenia się drzwi do innego wymiaru – w czeluściach portalu kolejno znikają wszyscy uczestnicy rytuału, sprowadzając tym samym na Ziemię zło. Wkrótce okazuje się, że niestabilne wciąż przejście szykowane jest dla całej hordy demonów, z Jego Złowrogością na czele. Mieszkańcy Piekła bowiem chcą sobie podporządkować naszą planetę. Samuel usiłuje zapobiec tragedii, jednak nikt nie chce słuchać małego chłopca obdarzonego –zdaniem dorosłych – zbyt bujną wyobraźnią.

Connolly dokonał niemożliwego – grając z konwencją przeobraził – wydawało by się - makabryczną powieść o zalęganiu się zła w świecie w znakomitą komedię. Ta książka naprawdę bawi, głównie dzięki lotnemu językowi pisarza i jego zgrabnym porównaniom. W odróżnieniu od „Księgi…” makabry jest tu naprawdę mało, choć nie brak obrazowych opisów różnorakich demonów i ich oddziaływań. Jednak Connolly wyczarował świat, w którym obok złowieszczych, siejących zniszczenie zjaw istnieją też potwory tchórzliwe, zaliczające swój nieudolny „pierwszy raz” w straszeniu. Wyjaskrawienie takich skrajności wywołuje uśmiech na twarzach czytelników i sprawia, że faktyczne Zło przestaje być takie straszne. Takim budzącym sympatię duchem-pechowcem jest na przykład Głumb, Dopust Pięciu Bóstw. Skazany na banicję nieoczekiwanie trafia do świata ludzi i odkrywa niezwykłe uroki szybkiej jazdy samochodowej. Ta poczciwa, budząca raczej humor, nie lęk, postać wprowadza w świat wykreowany przez Connolla jeszcze więcej żartu, odgrywając przy tym znacząca rolę w finale.

Za co jeszcze należą się pisarzowi laury – za stworzenie błyskotliwego narratora, który daje popis w przypisach. Tak, bo przypisy są tutaj integralną częścią opowieści, stanowią oryginalny dodatek. Pełne dowcipu, ironii i trafnych spostrzeżeń, a zarazem pouczające notatki są świetnym komentarzem do całości. Connolly wplata w tekst wiele nowinek technicznych, wiedzy z takich dziedzin jak matematyka, fizyka i astronomia, a robi to w taki sposób, że najtrudniejsze terminy okazują się być bardzo proste „w obsłudze”.

Książka przeznaczona jest tym razem także dla młodszych czytelników, którzy mogą utożsamiać się z Samuelem i jego przyjaciółmi. Dostosowany do mentalności dziecka narrator przypadnie do gustu także starszym czytelnikom – ci wyłapią dodatkowe smaczki jego narracji. Lektura tej książki ma służyć przede wszystkim rozrywce, wszak to kawałek naprawdę świetnej zabawy, która przy okazji pełni również funkcję dydaktyczną. Ogromnie polecam wszystkim, którzy szukają czegoś na poprawę humoru czy po prostu mają ochotę zrelaksować się przy książce.

Ocena: 5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Niebieska studnia


niedziela, 11 grudnia 2011

J.K. Rowling: "Baśnie Barda Beedle'a"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 11, 2011 28 komentarze



Autor: J.K. Rowling
Tytuł: "Baśnie Barda Beedle'a"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 112


„Baśnie Barda Beedle’a to zbiór opowieści dla młodych czarodziejów i czarownic. Rodzice czytają im je na dobranoc od wielu stuleci, więc trudno się dziwić, że baśnie o skaczącym garnku czy o Fontannie Szczęśliwego Losu są uczniom Hogwartu znane równie dobrze jak dzieciom mugoli bajki o Kopciuszku czy o Śpiącej Królewnie.”

J.K. Rowling zrobiła parę lat temu świetny prezent wszystkim fanom „Harry’ego Pottera”, a ja dostałam ową książeczkę w swoje łapki właśnie teraz. Mowa tu oczywiście o „Baśniach Barda Beedle’a”, z którym to tytułem mieliśmy do czynienia w ostatnim tomie serii. Owa książeczka to zbiór baśni, jakie małym czarodziejom opowiadają ich rodzice. Harry, Ron i Hermiona zetknęli się z jedną z nich – „Opowieścią o trzech braciach” – bliżej przy okazji poszukiwania Insygniów Śmierci.

Bard Beedle żył w XV wieku, ale o nim samym wiemy niewiele – jak we wstępie pisze Rowling. Czarodziej darzył mugoli sympatią, czego odzwierciedlenie odnajdujemy w jego utworach. Jego bohaterowie to przeciętni ludzie, odznaczający się jednak pomysłowością i szlachetnością. Pomysł z opublikowaniem baśni, o których mamy wzmianki w tomach o „Harrym” był strzałem w dziesiątkę, a postać stworzona przez Rowling wydaje nam się dzięki temu autentyczna.

Niewielkiej objętości książeczka zawiera wspomnianą wcześniej baśń, a także cztery inne. Całość uzupełniona jest o odnalezione pośmiertnie komentarze Albusa Dumbledora, interpretujące każdą z opowieści. Niektóre z tych komentarzy zanudzają faktografią, inne – jak w przypadku ostatniej baśni – są bardzo interesujące. Oprócz tego mamy tu wstęp napisany przez autorkę, która wyjaśnia powody wydania książki i jej historię. I to nie jedyna gratka – Rowling dodatkowo ilustrowała cały zbiór, i choć jej rysunki to tylko czarno-białe szkice, świetnie komponują się z utworami. A żeby było wiarygodniej – książka opatrzona jest notką, że przekładu z run na język angielski dokonała Hermiona Granger, a na język polski całość przełożył znakomity Andrzej Polkowski, znany z tłumaczenia całego cyklu opowieści o Harrym.

Książka stanowi osobliwą ciekawostkę kolekcjonerską dla zapalonych miłośników „Harry’ego Pottera”, do których należę. Jest stosunkowo prosta, ale mimo wszystko urocza. Baśnie czarodziejów znacząco różnią się od tych, jakie opowiada się mugolskim dzieciom, ale tradycyjnie zawierają morał i ważne prawdy. Najbardziej podobała mi się oczywiście „Opowieść o trzech braciach”, ale pozostałe historie również zasługują na uwagę. Książkę pochłania się w godzinę, bo baśnie są krótkie, ale stanowią miłe uzupełnienie serii, która została już nieodwołalnie zakończona. Myślę, że dalsze komentarze są zbędne - do tej książeczki po prostu ma się sentyment za sprawą "Harry'ego" i to wystarcza za rekomendację.

Podsumowując, polecam miłośnikom Harry’ego, bo to kolejna okazja, by na chwilę znów zatopić się w czarodziejskim świecie. Nie można wiele oczekiwać po tej szczupłej książeczce, ale mimo to warto mieć ją na swojej półce jako odnośnik do serii. A może ktoś spróbuje czytać ją swoim dzieciom?

Ocena: 5/6

środa, 30 listopada 2011

M.P. Kozlowsky: "Juniper Berry i tajemnicze drzewo"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 30, 2011 15 komentarze



Autor: M.P. Kozlowsky
Tytuł: "Juniper Berry i tajemnicze drzewo"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 268




„Juniper była jeszcze mała, gdy jej rodzice stopniowo zaczęli się odsuwać od świata. Im bardziej byli sławni, tym bardziej samotne stawało się ich życie. Z roku na rok było coraz gorzej. W końcu jej relacja z rodzicami zaczęła przypominać rozszerzający się wszechświat; wydawało się, że dzielą ich miliony kilometrów, których nigdy nie uda im się przebyć, rosnąca nieustannie przepaść.”


Każdy z nas ma jakieś marzenia. Kariera, sława, niesłabnąca uroda, pieniądze. Albo bardziej przyziemne – wyższa ocena z jakiegoś przedmiotu, zdrowie dziecka, przyzwoita praca, upragniona książka czy też wyczekiwana randka. Ilu ludzi, tyle marzeń. Ile bylibyście w stanie poświęcić, gdyby ktoś mógł zagwarantować wam ich spełnienie? Jak wielką cenę moglibyście zapłacić, by osiągnąć to, co dotąd mieliście tylko w snach? Główna bohaterka powieści M.P. Kozlowsky’ego „Juniper Berry i tajemnicze drzewo” stanie przed takim wyborem. Tylko szybko okaże się, że – jak głosi napis z okładki książki – marzenia bywają niebezpieczne.

Juniper to rezolutna jedenastolatka, córka znanej na cały świat pary aktorów. Rodzice dziewczynki w pogoni za blaskiem fleszy zapomnieli nie tylko o niej, ale o sobie nawzajem. Goniąc za karierą zgubili część siebie. Juniper spędza dni zamknięta w okazałej willi, tęskniąc do chwil, gdy rodzice poświęcali jej swój czas, gdy dom wypełniała miłość. Błąkając się po lesie okalającym posiadłość poznaje smutnego chłopca – Gilesa. On również zaobserwował niepokojące zmiany w zachowaniu swoich rodziców – dotąd bliscy mu ludzie stali się obcy, puści, zaabsorbowani sobą. Dzieci postanawiają rozwiązać zagadkę, a trop wiedzie do starego, okazałego drzewa, którego strzeże smolisty kruk. Wkrótce okaże się, że życie rodziców obojga jest w niebezpieczeństwie, a i oni sami mogą paść łupem nieokiełznanych sił, czających się w środku. Bo spełnienie każdego marzenia ma swoją cenę…

Książka Kozlovsky’ego zaintrygowała mnie jeszcze zanim trafiła do moich rąk. Skojarzyła mi się z głośnym filmem animowanym „Koralina” (książki niestety nie czytałam) i rzeczywiście chyba coś jest w tym moim pierwszym skojarzeniu – w obu przypadkach mamy do czynienia z zagubioną dziewczynką, odnajdującą drogę do innego świata, pragnącą za wszelką cenę czuć się kochaną. Książka „Juniper Berry” mimo tych podobieństw jest jednak inna. Mamy tu dziewczynkę mogącą zapobiec katastrofie, która będzie musiała najpierw oprzeć się wielu pokusom.


Powieść skierowana przede wszystkim do młodszych czytelników – przemawia za tym niezobowiązujący, prosty język i świetne ilustracje. Bohaterką jest dziecko i to jego oczami widzimy świat – autor wiarygodnie wciela się w tę rolę. Trochę brakowało mi w tej książce pełnych, plastycznych opisów – czasem stwierdzenie, że postacie wyglądały groteskowo albo przerażająca twarz przypominała szczątki, to za mało. Autorowi nie udało się pobudzić mojej wyobraźni do działania, ale rekompensują to przepiękne grafiki autorstwa Erwina Madrida – jest on znany m.in. z grafik do Shreka 2 i Madagaskaru. Choć rysunki są czarno-białe cieszą oko i naprawdę zachwycają. Wydanie książki jest wspaniałe, a większa czcionka idealnie nadaje się do czytania dla młodszych czytelników.

„Juniper Berry” to mieszanka wybuchowa: powieści przygodowej, fantastycznej z domieszką grozy i dydaktyki. Warto czytać ją dzieciom, by zwrócić ich uwagę na poruszone w książce kwestie: problem nietolerancji, chorobliwą pogoń za sukcesem, odpowiedzialność za własne czyny, wysoką cenę, jaką trzeba zapłacić za pójście na skróty. Książka kultywuje też piękno przyjaźni, istotę rodzinnych więzi i miłości. Podczas lektury można odnaleźć w niej wiele zdań-perełek.

Pokładałam w tej książce spore nadzieje. Choć wiedziałam, że główna bohaterka jest dzieckiem, miałam w pamięci inne tytuły, gdzie wiek bohatera wcale nie sugerował przeciętnego wieku czytelnika. W przypadku „Juniper…” jednak myślę, że jestem na tę książkę już trochę za „stara”, prawdy w niej zawarte dla mnie są oczywistością. Jednak mimo wszystko spędziłam z nią miłe popołudnie i myślę, że warto bliżej zapoznać się z tą publikacją, niezależnie od wieku. A najlepiej czytać ją na głos swoim dzieciom czy wnukom. No i jest to genialny materiał na film!

Ocena: 4/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Esprit


czwartek, 18 sierpnia 2011

Beata Ostrowicka: "Kraina Kolorów: księga nadziei", "Kraina Kolorów: księga intryg"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 18, 2011 5 komentarze


            Beata Ostrowicka jest znaną, polską autorką książek dla dzieci i młodzieży. Będąc w podstawówce zetknęłam się z kilkoma jej pozycjami, w tym z serią „Kraina kolorów”. W skład tego cyklu weszły dwie powieści „Księga nadziei” i „Księga intryg”. Ostatni tom, wydany w 1999 roku, zawierał informację, że w przygotowaniu jest jeszcze trzecia, ostatnia część serii, ale z tego co wyszukałam, nie została ona jeszcze do dziś wydana. „Krainę kolorów” wyróżnia niecodzienny układ: wydarzenia opisane w części drugiej poprzedzają te, które poznajemy w części pierwszej, nie są więc chronologiczne. Stanowi ona dzięki temu ciekawe uzupełnienie, ale mimo wszystko książki warto czytać właśnie w taki, zaplanowany przez autorkę sposób, a nie odwrotnie, zgodnie z biegiem historii, gdyż dzięki temu lepiej rozumiemy wiele sytuacji.
            Tom pierwszy to historia Agaty, zwanej Gacią, która spędza wakacje u wujostwa na wsi. Nie jest z tego powodu zadowolona, zwłaszcza że irytuje ją syn krewnych, łobuz Grzesiek. Oboje dają sobie nieźle popalić, nie stroniąc od wyzwisk i knowań. Dziewczynka jednak szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu i poznaje nowych przyjaciół Zosię-Amatę i Piotrka. Spędzając deszczowe dni na strychu opuszczonego domostwa, dzieci stają się świadkiem niesamowitych zdarzeń… Okazuje się, że wedle przepowiedni Agata ma wyzwolić ciemiężony lud Korolaków, magicznych stworków, zasiedlających Krainę Kolorów. Aby to uczynić, musi najpierw odzyskać pewną Księgę, a potem razem z nią udać się do nieznanej krainy i położyć ją w wyznaczonym miejscu. Oczywiście przyjaciele, a także wredny Grzesiek, wybierają się tam razem z nią, by wspólnie stawić czoło niebezpieczeństwu, a także zobaczyć ten malowniczy, czarodziejski zakątek.
            Drugi tom to wydarzenia poprzedzające, które doprowadziły do nieszczęsnej sytuacji Korolaków. Ukazują rządy poprzedniej królowej, a także dochodzenie do władzy kolejnej, zgubnej władczyni. W tym tomie poznajemy wiele nowych szczegółów związanych z krainą i jej mieszkańcami, a także losy innych Szaraków (Zachariasza i Janki), którzy przed Agatą i jej bandą również dostąpili zaszczytu odwiedzenia tego miejsca.
            Pamiętałam te książki z dzieciństwa i kojarzyłam, że bardzo mi się podobały, dlatego chciałam skontrastować swoją opinię i przeczytać je jeszcze raz, ku swojemu zaskoczeniu jednak… nie udało mi się. Dobrnęłam do sto dwudziestej strony pierwszego tomu i porzuciłam czytanie. Nie wiem czy jestem już za stara na takie książki, czy po prostu świat, moda, a z nią i literatura, tak bardzo się zmieniły przez te dziesięć lat. Biorąc pod uwagę, że moja młodsza siostra odłożyła lekturę po kilkunastu stronach, skłaniam się ku tej drugiej opcji.
            Zatem, dlaczego?
            Przede wszystkim - język powieści. Nieustające zdrobnienia i różne przydomki, którymi obdarowują się dzieci, są monotonne i wcale nie zabawne, wręcz odwrotnie. Mamy tu więc Agateczkę, Grzesinka, Detkę i Odmieńca, malutkie Biedronki i wiele, wiele innych, z moim ulubionym zwrotem „luby” na czele. Dialogi poszczególnych bohaterów również są mdłe i naiwne, oczywiście mamy na uwadze fakt, że to dzieci, ale jednak czuć w ich wypowiedziach jakiś archaizm, przez cały czas miałam wrażenie, że dzisiejsze dzieciaki tak się po prostu nie komunikują, a niektóre sytuacje były po prostu sztuczne. Opisy otoczenia, wnętrz pomieszczeń, a także wyglądu bohaterów są z kolei skąpe i nie rozbudzają wyobraźni. Nona i Achacy, wysłannicy z Krainy Kolorów, zostają scharakteryzowani bardzo pobieżnie, jako małe krasnoludki w podobnych strojach, a przecież było to pierwsze zetknięcie bohaterów z tymi ludkami i należało zatrzymać się tutaj dłużej. Tak samo miała się sytuacja po przeniesieniu się bohaterów do ich świata i poznawaniu okolicy. A magiczne słowa, które wypowiadały stworki, używając zaklęć, brzmiały jak dziecinne wyliczanki. Wstęp książki jest przydługi, dopiero około setnej strony dzieci dowiadują się o Krainie Kolorów, wcześniejsze wydarzenia to monotonne opisy początku wakacji i różnych figli. Narratorką w powieści jest Agata, ale czasem narracja przeskakuje na inne osoby: głos zostaje udzielony i Piotrkowi, i Amacie, a czasem mamy też narrację 3-osobową, która opisuje jakieś wydarzenia w Krainie.  
            Trudno mówić mi cokolwiek więcej, nie zapoznając się z resztą, a mając w pamięci tylko ogólny zarys fabuły. Pamiętam, że część druga wydawała mi się zawsze lepsza, i może jej styl bardziej skupiał czytelnika na akcji. Zastanawiam się jakie odczucia po tej lekturze miałoby dzisiejsze pokolenie dzieciaków w przedziale 10-14, bo to chyba głównie dla nich skierowana jest ta seria. Myślę, że takie bestsellery jak „Zmierzch” i mu pokrewne, skutecznie zmieniły dzisiejszą literaturę młodzieżową. „Kraina Kolorów” jest określana jako powieść fantasy, ale w zestawieniu z najnowszą fantastyką, wypada ona blado. Motywy bohaterów, ich zachowanie, oraz cała konstrukcja świata przedstawionego wydają mi się nieprzemyślane, niespójne i trochę infantylne. Dialogi między Korolakami o tym czy to już czas, czy jeszcze nie, co mówił Kamień, a czego nie, były drętwe i nic nie wnoszące. Czegoś tym książkom ewidentnie zabrakło (oryginalności, polotu, humoru?) i może dlatego do dziś nie powstał zaplanowany trzeci tom.
   
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon