Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lutego 2019

„Dziewczyna z atramentu i gwiazd” Kiran Millwood Hargrave

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 24, 2019 0 komentarze




Wracam jeszcze raz ze zdjęciem książki „Dziewczyna z atramentu i gwiazd”, ale tym razem już z recenzją po lekturze. 

Książka jest bardzo dopracowana pod każdym względem, grafika spójna jest z tekstem. Historia opowiada o trzynastoletniej Isabelle, którą wychowuje tylko Ta, bo jej matka i brat nie żyją. Dziewczynka uwielbia słuchać legend, które opowiada jej ojciec, a także uczyć się od niego kartografii, razem studiują i tworzą mapy. Mieszkają na wyspie Moya, otoczonej przez Zapomniane Ziemie. W mieście zaczyna się dziać coś dziwnego, ginie dziewczynka, zwierzęta ze strachu uciekają, mieszkańcy są niespokojni. Isabella, na wzór odważnej bohaterki z legend Arinty, chce stawić czoło złu. 

Książka być może jest skierowana do młodszego czytelnika, zważywszy na wiek bohaterki, ale trafi również do tych starszych, ja dobrze bawiłam się przy lekturze. Opowieść jest magiczna, urzekająca, przepełniona symbolami. Z wielką przyjemnością podążamy śladem małej, dzielnej dziewczynki, poruszającej się po krainie jak ze snu. Podoba mi się bardzo niezwykły świat wykreowany przez autorkę, tak niepodobny do współczesnego. 

Sam proces czytania jest ciekawym zjawiskiem, trochę tak jakbyśmy przeglądali stare mapy i razem z Isabellą szukali jej zaginionej przyjaciółki. Każda strona poprzecinana jest liniami i znakami, fragmentami krajobrazu, więc kartkując kolejne strony mamy wrażenie, że naprawdę wędrujemy, że posuwamy się dalej, a rozwiązanie wszystkich zagadek jest coraz bliżej. Dawno nie spotkałam się z tak pięknie wydaną książką, tak zmyślnie zaplanowaną. 

Polecam fanom przygód i magii w literaturze. Tak jak wspomniałam, książka jest jak baśń, z założenia więc przeznaczona dla tych młodszych nastolatków, ale nas starszych na pewno też nie zawiedzie. Fabuła nie jest bardzo skomplikowana, książka jest dosyć cienka, ale na pewno pozostaje w pamięci. 

niedziela, 3 lutego 2019

"Kolor milczenia" Elia Barceló

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 03, 2019 0 komentarze



„Kolor milczenia” to książka, która od pierwszego z nią zetknięcia, bardzo wiele obiecuje. Jest przepięknie wydana – z solidnej, twardej oprawy spogląda na nas rudowłosa piękność. Rzeczywistość jest jednak nieco inna. Główną bohaterką opowieści jest Helena, starsza kobieta, uznana malarka, dręczona koszmarami młodości. Wiele lat temu jej siostra zaginęła, znaleziono ją martwą i nigdy nie wyjaśniono zagadki jej śmierci. Helena przez całe swoje życie stara się z jednej strony uciec od wspomnień i cieni, które ją prześladują i nie pozwalają zaznać spokoju, z drugiej prowadzi własne prywatne śledztwo, z nadzieją że w końcu uda jej się rozwikłać zagadkę i odkryć rodzinne sekrety.

Jeśli od pierwszych stron czytelnik nie polubi głównego bohatera, trudno przebrnąć przez lekturę, miewacie to samo uczucie? Nie mam tutaj na myśli tego, że bohater musi być postacią pozytywną – zdarzają się opowieści o seryjnych mordercach, którzy jednak przykuwają uwagę tak złożoną osobowością, że podążamy ich śladem, nawet jeśli ich czyny są przerażające. Mówię o takiej sympatii, która nie ma granic, nie szufladkuje i nie ocenia bohatera, ale tworzy coś w rodzaju paktu – przez kolejne kilkaset stron całkowicie oddajemy swoją uwagę bohaterowi, ścieramy się z nim. Natomiast Helena jest postacią trzymającą dystans przez całą lekturę, nie można jej dosięgnąć. Jest oschła i zimna, nie dopuszcza do siebie nikogo, nawet rodziny, trzyma się z dala od ludzi i pozwala sobie na bliskość tylko wtedy, gdy jej jest to na rękę. Zupełnie nie czułam „mięty” do tej postaci, nie mogłam jej polubić, nie mogłam wczuć się w jej dramaty. W związku z tym lektura była dla mnie dość mozolna i niestety nie dostąpiłam tej literackiej uczty, jaką powieść obiecywała. Przeczytałam książkę, ale obyło się bez fajerwerków.

Powieść rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Są czasy współczesne, postacią kluczową jest tu właśnie Helena i wspomnienia, które stopniowo przed nami ujawnia, ale pojawiają się też niezależne wstawki z przeszłości, na początku niewiele mówiące, później splatające się z historią główną i odkrywające przed nami coraz więcej. Rozwiązanie tej historii jest ciekawe, zaskakujące i wielowątkowe, ale przywodzi na myśl bardziej seriale pokroju „Mody na sukces” niż literaturę z wyższej półki. Szkoda też, że tak oszczędnie odmalowano koloryt marokańskich luksusów i hiszpańskich miast, bo w takiej scenerii rozgrywa się akcja książki. Sama kilka lat temu miałam okazję spędzić wakacje w Maroko i kolory tego kraju są ze mną do dzisiaj.

Warto wyrobić sobie opinię samodzielnie, gdyż powieść jest doceniania i cieszy się wielką popularnością, zdobyła m.in. tytuł Książka Hiszpanii 2017 roku. Ja niestety nie uległam jej czarowi, choć na ogół lubię takie wielopokoleniowe opowieści z rodzinnymi tajemnicami w tle.

czwartek, 13 lipca 2017

Zaległości - Sekretne życie pszczół, Czy miałaś kiedyś rodzinę?, Stulecie detektywów

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 13, 2017 4 komentarze
Nie macie pojęcia jak bardzo żałuję, że nie mam już czasu na bloga i swoje pasje tyle, co kiedyś. Pochłaniająca, wypełniona stresem praca skutecznie odbiera zapał. O ile czas na ulubiony serial czy nową książkę zawsze się gdzieś znajdzie – po pracy, na przerwie w pracy, w dzień wolny (jak dziś), to z pisaniem jest trudniej. Gdy mam wybrać –blog czy czytanie książki, wybieram to drugie. Z tego powodu w ciągu ostatnich miesięcy przewinęło się przez moje ręce wiele książek, o których nie pisnęłam tu ani słowem. Czas to zmienić, w skróconej oczywiście formie. Ale chciałam by pojawiły się chociaż ich tytuły- znak, że nie rzuciłam czytania, że zawsze będzie mi bliskie.

 "Sekretne życie pszczół"
Sue Monk Kidd
Wydawnictwo Literackie
352 str.
„Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd czytałam chyba pół roku temu, jeśli nie dawnej. To był ten czas, gdy wszyscy czytali książki z jakąś pszczołą w tle – zauważyliście, jak bardzo popularny był to temat? Książka opowiada o kilkunastoletniej Lily, wychowywanej przez surowego ojca. Dziewczyna żyje w przeświadczeniu, że przyczyniła się do śmierci matki. Nie pamięta dokładnie wydarzeń ze swojego dzieciństwa, ale urywki wspomnień z dzieciństwa i fakty, jakie jej wpajano, utwierdzają ją w tym. Czuje się niekochana i winna – dlatego w pewnym momencie ucieka z domu, obierając za towarzyszkę czarnoskórą opiekunkę. Razem trafiają do małego miasteczka, gdzie trzy czarnoskóre siostry zajmują się produkcją miodu. Z tym miejscem łączy Lily więcej, niż mogłaby przypuszczać.

Książka w piękny sposób inicjuje temat trudnego dorastania, akceptacji, kobiecej przyjaźni i odmienności. Ukazuje Amerykę lat 60. XX wieku i silnie rysuje problem rasizmu i braku swobód osób, uważanych za gorsze z powodu swojego koloru skóry. Może w mojej ocenie książka nie była tak wybitna, jak sugerowały to wszystkie pochwały z okładki, ale zapadła mi w pamięć. Dodatkowym plusem jest to, jak opisuje miłość do miodu, do pszczół, do pracy. Przypomniała mi dzieciństwo, kiedy mogłam obserwować jak dziadek dogląda swoich uli i wytwarza miód. Czasem żuliśmy soczyste plastry, wypełnione miodem, jeszcze gorące. Miło było wrócić do tych chwil :)

 "Czy miałaś kiedyś rodzinę?"
Bill Clegg
Wydawnictwo W.A.B
336 str.

Kolejnym tytułem, o którym jeszcze tu nie wspominałam, jest książka „Czy miałaś kiedyś rodzinę?, autorstwa Billa Clegga. Tytuł po prostu mnie spiorunował, jak i okładka przedstawiająca spalone zapałki. Bo właśnie tragiczny pożar jest punktem centralnym tej opowieści – w przeddzień ślubu Lolly w jej domu wybucha pożar. Giną niedoszli małżonkowie oraz partner matki panny młodej. Tylko June udaje się przeżyć – nie było jej wtedy w mieszkaniu, wyszła po kłótni z Luke. Wydarzenie to wpływa na całe miasteczko – przeraża, zasmuca, wywołuje pytania, spekulacje. Kto jest winny tragedii?

Książka rysuje historie kilku osób, poszczególne osoby dotyczą kolejno różnych osób. Dzięki temu mamy okazję bliżej poznać bohaterów, odczuć jak bardzo pożar zmienił ich życie. Każdy cierpi na inny sposób, każdy coś stracił. Książka pokazuje jak żyje się dalej, co czują ci, co pozostali, jak silne może być poczucie winy i do jakich działań popycha. Gdy po nią sięgałam, spodziewałam się szczerze mówiąc czegoś innego, większego nacisku na tajemnicę pożaru, tymczasem książka przeplata po prostu historie różnych osób, które w miarę rozdziałów stają się coraz bardziej powiązane. W końcu jednak wracamy do owej tragicznej nocy, by znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania…

"Stulecie detektywów"
Jurgen Thorvald
Wydawnictwo Znak
702 str.

No i wreszcie trzeci tytuł, najbardziej obszerny. „Stulecie detektywów” Jurgena Thorwalda to 700 stron historii kryminalistyki. Ja bardzo lubię pozycje tego autora, są dla mnie wybitne – dbałość o szczegóły, historię, bibliografię, totalne zagłębienie się w temat i przybliżenie obranych zagadnień w przystępny, ale pouczający sposób. Wcześniej czytałam jego książkę o ginekologii, mam w domu jeszcze opowieść o chirurgii, także trochę przede mną :) Właściwie przybrałam dziś skrótowa formę opowiadania o tym, co czytałam, więc trudno mi się odnieść tu do tak monumentalnego dzieła. To po prostu kryminalistyka w pigułce, od samych początków. Nie wiem czy znajdziemy bardziej rzetelne dzieło, które zawiera w sobie aż tyle treści. 

Thorwald zaczyna od samych początków – od identyfikacji. Zanim odkryto genialną metodę daktyloskopii, czyli porównywanie linii papilarnych dłoni, radzono sobie w inny sposób. Pomysłów było wiele, szczególnym uznaniem cieszyło się mierzenie wybranych części ciała i porównywanie uzyskanych wyników. Odciski były przełomem, ale w czasach gdy o komputerach można było jeszcze pomarzyć, wynalezienie sposobu na ich opis i katalogowanie, nie należało do najłatwiejszych. A to dopiero początek. Dalej mamy samą medycynę sądową – jak się rozwijała, jak trudno było udowodnić, że medycyna na sali sądowej może odgrywać kluczową rolę, ale też z jakim ryzykiem wiąże się popełnienie błędu w badaniach. Dawniej wiele morderstw nie wykrywano, uważano że ofiary po prostu umierały w tragicznych okolicznościach, popełniały samobójstwa, ulegały wypadkom. Trudno było wykryć zbrodnię, ale rozwój nauki i medycyny znacznie to ułatwił. Toksykologia czy balistyka – kolejne wielkie rozdziały, opisujące coraz to nowsze sposoby na docieranie do prawdy. Książka pokazuje historie ofiar i zbrodniarzy, coraz to nowsze na pozbawienie życia, które przyczyniały się też do rozwoju kryminalistyki. Bez zbrodni nie byłoby obecnej wiedzy, choć ich ogrom, okrucieństwo i bezduszność przyprawia o dreszcze.


Warto wiedzieć jak rodziła się obecna wiedza, ile trudności naukowcy spotykali po drodze, jak w ogóle powstał zawód detektywa, w jaki sposób funkcjonowały dawne sądy czy policyjne oddziały. Polecam, bo to naprawdę ciekawa książka, którą z jednej strony czyta się jak dobry kryminał, z drugiej to kopalnia wiedzy na naprawdę intrygujący tema, kompendium wiedzy i encyklopedia, którą chce się czytać.

sobota, 10 grudnia 2016

Richard Adams: "Wodnikowe Wzgórze"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 10, 2016 2 komentarze




Richard Adams: "Wodnikowe Wzgórze"
Wydawnictwo Literackie
528 str.



Najtrudniejsze w zaległościach jest to, że im są większe, tym trudniej wrócić. Od kilku tygodni powtarzałam sobie: napiszę coś jutro, napiszę coś w weekend, napisze jak będę miała wolne… A lista tytułów przeczytanych książek i obejrzanych seriali wydłużała się tak, że sama myśl o tym wszystkim znów odbierała mi energię. Trudne to były dni, ale powolutku może uda mi się z tego wyjść. A zacznę oczywiście od zobowiązań, czyli książki recenzyjnej.

„Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa to opowieść o grupie królików, które opuszczają królikarnię w przeczuciu niebezpieczeństwa i poszukują bezpiecznego miejsca, w którym mogłyby osiąść. Mają przy tym po drodze ogrom niesamowitych przygód, czasem niebezpiecznych, innym znów razem zabawnych. Dlaczego w ogóle zabrałam się za książkę o grupie zwierząt, dla których najważniejsze w życiu jest znalezienie króliczek, mogących zapewnić przetrwanie gatunku? Zachęciła mnie nota z okładki mówiąca o tym, że książka uważana jest za jedną z najważniejszych pozycji literatury fantastycznej, a przy tym czerpali z niej Stephen King, J.K. Rowling czy Andrzej Sapkowski. Czytając „Wodnikowe Wzgórza” czujemy, że pobrzmiewają w niej echa „Władcy pierścieni” czy „Opowieści z Narnii”. To książka niezwykła, rozgrywająca się w świecie zwierząt. Bohaterami są właśnie one: króliki, mające własną hierarchię, osąd, a nawet system religijny. Królicze bóstwa? Dlaczego nie. Słuchanie ich opowieści jest jak odczytywanie króliczej Biblii, pełnej przypowieści. To niesamowite doznanie.

Autor włożył wiele trudu w poznanie zwyczajów zwierząt, ich osobliwości i natury. Ale dzięki temu książka wydaje się tak realna i bliska nam, choć przed oczami mamy całkiem niewiarygodną opowieść. Miło było na chwilę zanurzyć się w tym leśnym świecie, gdy na co dzień otacza nas pęd za karierą i nowoczesnością. Książka pozwala się na chwilę zatrzymać i zanurzyć w niezwykłej krainie. A króliki będące głównymi bohaterami tej opowieści, stają się nam bliskie, kibicujemy im, czujemy się za nie odpowiedzialni. Silne charaktery są wielką zaletą tej historii. Mamy tu wielką różnorodność: króliki słabe, podporządkowane i te stworzone do wyższych celów, które chcą przewodzić. Odważne, sprytne i zupełnie wyjątkowe, obdarzone przeczuciami.Długo będę pamiętać mężnego Leszczynka, prowadzącego króliki do celu. W zwierzętach można odnaleźć cechy ludzkie, dostrzec drugie dno opowieści.  Lektura jest gorzką alegorią nas samych.

Czytając, zastanawiałam się do kogo autor kierował swoją książkę. Choć wydawałoby się na pierwszy rzut oka – na co wskazuje piękne wydanie, barwne ilustracje i sama bajkowa tematyka – że mogłaby to być baśń dla dzieci, nie do końca tak jest. Książka opisuje zdarzenia brutalne, króliki również potrafią być okrutne, a ich świat pełen jest czyhających niebezpieczeństw. Jest to więc lektura dla starszych, którzy mogą się rozkoszować niesamowitą wizją autora, jego wiedzą, a także sile fantazji, która stworzyła tak niespotykaną historię. 

wtorek, 18 października 2016

Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 18, 2016 3 komentarze



Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"
Wydawnictwo Literackie
240 str.



Książka „Jeszcze jeden oddech” Paula Kalanithi jest z rodzaju tych, których się nie ocenia, bo napisało ją życie. Mam problem z takimi tytułami i nieczęsto po nie sięgam – świadomość, że trzymam w rękach autentyczną historię jest równie ekscytująca, co przerażająca; zważywszy że od początku mamy świadomość tragicznego finału opowieści.

Paul był młodym, cenionym neurochirurgiem. Właściwie stał u progu kariery – z sukcesem kończył długoletnią rezydenturę, mam świetne wyniki, opinie, cechowała go wrażliwość i duże doświadczenie; zewsząd napływały interesujące oferty pracy. Ale jego świat wywrócił się do góry nogami gdy z rokującego lekarza zamienił się w cierpiącego pacjenta. Przygniotła go najtragiczniejsza z diagnoz: rak.

Paul jest erudytą, człowiekiem zakochanym w literaturze. Widać to w jego tekście, gdy cytuje poezję z pamięci, gdy zastanawia się nad każdym napisanym zdaniem. Literatura była jego pierwszym powołaniem: zawsze czytał dużo, dzięki swojej mamie, a później zaczął studiować literaturę angielską na Uniwersytecie Stanford. Poszukiwał, stawiał trudne pytania, za pomocą słów chciał zgłębić świat i ludzką istotę, dotrzeć do sedna, poznać tajemnicę śmierci. W pewnym momencie ten środek wyrazu przestał mu wystarczać: jego prace były bardziej naukowe, zainteresowanie biologią dało o sobie znać. Wtedy Paul postawił wszystko na jedną kartę i zmienił ścieżkę rozwoju, skłonił się w stronę medycyny. Ludzki umysł był czymś, co go fascynowało, dlatego wybrał neurochirurgię.

Paul był człowiekiem zdolnym i serdecznym. Choroba najpierw go załamała, a potem dodała mu sił: to dzięki niej zaczął dążyć do spełnienia swojego największego marzenia, napisania książki. Jako pacjent jest postacią bardzo charakterystyczną: sam analizuje reakcje swojego ciała, dyskutuje z lekarzami, podważa ich decyzje, wreszcie daje się prowadzić. Paul chciał żyć, widmo śmierci ciążyło nad nim, odbierało mu to, na co przez tyle lat pracował. Ale choroba pozwoliła też zacieśnić więzi z rodziną, przełamać kryzys, a nawet podjąć decyzję o dziecku. Żona Paula to niesamowita osoba – była przy nim przez cały czas, wspierała jak tylko mogła.

Nie jest to książka, którą chciałabym w jakikolwiek sposób oceniać. Niesie nadzieję, i na pewno jest ważną lekturą dla osób, które zetknęły się ze śmiertelną chorobą. To pozycja wartościowa, zapis ostatnich chwil młodego człowieka, który na własnej skórze musiał doświadczyć tego, co dotąd studiował na papierze i oglądał we własnym gabinecie. Ponadto zainteresowanie literatura daje o sobie znać – Paul pisał świetnie, z wyczuciem, jego język jest bardzo bogaty. Nie doczekał wydania książki, jego historia jest niedokończona, urywa się w pewnym momencie, gdy nie ma już sił, by pisać. Ale tak właśnie musiało być…

Polecam. Przy okazji zamieszczam zdjęcie paczki tuż po rozpakowaniu. Wydawnictwo Literackie mnie zaskoczyło – do egzemplarza recenzenckiego dołączono paczkę chusteczek (to na te wzruszenia) i cudowną zakładkę. Dziękuję! Książka na pewno pozostanie w mojej pamięci na długo.     
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon