Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 października 2016

Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 18, 2016 3 komentarze



Paul Kalanithi: "Jeszcze jeden oddech"
Wydawnictwo Literackie
240 str.



Książka „Jeszcze jeden oddech” Paula Kalanithi jest z rodzaju tych, których się nie ocenia, bo napisało ją życie. Mam problem z takimi tytułami i nieczęsto po nie sięgam – świadomość, że trzymam w rękach autentyczną historię jest równie ekscytująca, co przerażająca; zważywszy że od początku mamy świadomość tragicznego finału opowieści.

Paul był młodym, cenionym neurochirurgiem. Właściwie stał u progu kariery – z sukcesem kończył długoletnią rezydenturę, mam świetne wyniki, opinie, cechowała go wrażliwość i duże doświadczenie; zewsząd napływały interesujące oferty pracy. Ale jego świat wywrócił się do góry nogami gdy z rokującego lekarza zamienił się w cierpiącego pacjenta. Przygniotła go najtragiczniejsza z diagnoz: rak.

Paul jest erudytą, człowiekiem zakochanym w literaturze. Widać to w jego tekście, gdy cytuje poezję z pamięci, gdy zastanawia się nad każdym napisanym zdaniem. Literatura była jego pierwszym powołaniem: zawsze czytał dużo, dzięki swojej mamie, a później zaczął studiować literaturę angielską na Uniwersytecie Stanford. Poszukiwał, stawiał trudne pytania, za pomocą słów chciał zgłębić świat i ludzką istotę, dotrzeć do sedna, poznać tajemnicę śmierci. W pewnym momencie ten środek wyrazu przestał mu wystarczać: jego prace były bardziej naukowe, zainteresowanie biologią dało o sobie znać. Wtedy Paul postawił wszystko na jedną kartę i zmienił ścieżkę rozwoju, skłonił się w stronę medycyny. Ludzki umysł był czymś, co go fascynowało, dlatego wybrał neurochirurgię.

Paul był człowiekiem zdolnym i serdecznym. Choroba najpierw go załamała, a potem dodała mu sił: to dzięki niej zaczął dążyć do spełnienia swojego największego marzenia, napisania książki. Jako pacjent jest postacią bardzo charakterystyczną: sam analizuje reakcje swojego ciała, dyskutuje z lekarzami, podważa ich decyzje, wreszcie daje się prowadzić. Paul chciał żyć, widmo śmierci ciążyło nad nim, odbierało mu to, na co przez tyle lat pracował. Ale choroba pozwoliła też zacieśnić więzi z rodziną, przełamać kryzys, a nawet podjąć decyzję o dziecku. Żona Paula to niesamowita osoba – była przy nim przez cały czas, wspierała jak tylko mogła.

Nie jest to książka, którą chciałabym w jakikolwiek sposób oceniać. Niesie nadzieję, i na pewno jest ważną lekturą dla osób, które zetknęły się ze śmiertelną chorobą. To pozycja wartościowa, zapis ostatnich chwil młodego człowieka, który na własnej skórze musiał doświadczyć tego, co dotąd studiował na papierze i oglądał we własnym gabinecie. Ponadto zainteresowanie literatura daje o sobie znać – Paul pisał świetnie, z wyczuciem, jego język jest bardzo bogaty. Nie doczekał wydania książki, jego historia jest niedokończona, urywa się w pewnym momencie, gdy nie ma już sił, by pisać. Ale tak właśnie musiało być…

Polecam. Przy okazji zamieszczam zdjęcie paczki tuż po rozpakowaniu. Wydawnictwo Literackie mnie zaskoczyło – do egzemplarza recenzenckiego dołączono paczkę chusteczek (to na te wzruszenia) i cudowną zakładkę. Dziękuję! Książka na pewno pozostanie w mojej pamięci na długo.     

poniedziałek, 9 marca 2015

Moja krótka historia, Gra anioła

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 09, 2015 2 komentarze

Stephen Hawking: Moja krótka historia

W.A.B.

Stron: 152


Po obejrzeniu filmu „Teoria wszystkiego” zainteresowałam się żywiej postacią Stephena Hawkinga i tym, co zrobił dla współczesnej astrofizyki. Jeśli też oglądaliście ten film, autobiografia naukowca, „Moja krótka historia”, nie będzie dla Was zaskoczeniem. Tytuł nawiązuje do „Krótkiej historii czasu" - to najbardziej znane dzieło Hawkinga, w której autor snuje koncepcję powstania wszechświata. Stephen Hawking jest badaczem znanym na całym świecie nie tylko z powodu śmiałych teorii, ale także z powodu dolegliwości, na jaką cierpi. Jeszcze na studiach zdiagnozowano u niego stwardnienie zanikowe boczne. W tej chwili naukowiec jest sparaliżowany i nie mówi – porozumiewa się przy pomocy syntezatora mowy. Choroba nie przeszkodziła mu jednak w prowadzeniu barwnego życia, wychowywaniu dzieci i dokonywaniu odkryć.
Jeżeli chodzi o „Moją krótką historię”, jest to książeczka niewielkich rozmiarów, co zrozumiałe – biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich powstawała. Autor wbrew tytułowi rzuca jednak niewiele światła na swoje życie prywatne, mówi o nim oględnie, zdawkowo. Bardziej koncentruje się na pracy naukowej, odkryciach, a także walce o godne życie, mimo choroby. Stephen Hawking to człowiek niezwykle bystry i dowcipny, na przekór przeciwnościom losu. Mnie oczywiście najbardziej zaciekawił wątek romansowy, który tu został przedstawiony nieco inaczej niż w filmie. Zainteresowana całą historią, zakupiłam też autobiografię byłej żony Hawkinga. Książka czeka jeszcze w kolejce, ale fakt, że jest zdecydowanie obszerniejsza, nastawia mnie pozytywnie :)

Carlos Ruiz Zafon: „Gra anioła”

Muza


Stron: 608

Druga część powieści „Cień wiatru” trochę „odstała” na półce, zanim zdecydowałam się po nią sięgnąć. Czego, z miejsca przyznaję, bardzo żałuję. Nie spodziewałam się nawet – pomimo że część pierwsza bardzo mi się podobała – aż tak pozytywnych przeżyć. Zafon pisze zgrabnie, potrafi snuć tajemnicze, przykuwające uwagę historie, tego oczywiście nie trzeba nikomu udowadniać. Z oddaniem pisze o książkach, właściwie każda strona to swego rodzaju hołd złożony słowu pisanemu, książkom i ich twórcom. Za to zdecydowana pochwała. Jest ciekawe, jest i mrocznie, bo parę razy włos mi się zjeżył na głowie. Napięcie, emocje, przygoda. Bohater, który przyciąga, który budzi zaufanie i skrada serce. Ale nie sądziłam, że ta książka dosłownie uwiedzie mnie, oczaruje. A tu proszę! Zdołała wzruszyć do tego stopnia, że ostatnie strony trochę łez wywołały, nie kłamię.

„- Będę kiedyś o tym pamiętać? - zapytała.
- Kiedyś tak.”. 


Żałuję, że pierwszą część czytałam tak dawno temu i nie wszystkie powiązania są teraz dla mnie oczywiste, ale najistotniejsze tak. Zafon świetnie splótł obie historie, robiąc to trochę niestandardowo, niechronologicznie. I co tu dużo mówić, jeśli, tak jak ja, macie zaległości, czym prędzej nadrabiajcie, bo warto!

poniedziałek, 13 maja 2013

Craig Thompson: „Blankets. Pod śnieżną kołderką”

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 13, 2013 3 komentarze


Autor: Craig Thompson
Tytuł: „Blankets. Pod śnieżną kołderką”
Wydawnictwo: Timof
Stron: 593


Dla odmiany – komiks. Już dawno nie czytałam :)

To opowieść o dzieciństwie w ewangelickiej rodzinie, pierwszej miłości i dorastaniu. Autor wspomina swoje życie - niezwykle surowe, czasami wręcz brutalne wychowanie przez rodziców; wspólne zabawy i konflikty z bratem; wzniosłe przeżycia i obsesje pierwszej miłości oraz stosunku do Boga. Thompson pokazuje wpływ swojego dzieciństwa i dorastania na jego dorosłe życie, skłaniając czytelników do refleksji nad własnymi przeżyciami. Momentami jest tak intymny, że ma się ochotę zamknąć książkę i przestać go podglądać.

Gdybyście mieli przeczytać tylko jeden komiks w życiu, to powinien to być Blankets!


"Jako dziecko myślałem, że życie jest najpotworniejszym światem, w jakim można było kiedykolwiek żyć, i że MUSI istnieć coś lepszego".

Opis wydawcy jest właściwie kwintesencją tego, co sama chciałabym o tej książce powiedzieć. Rzeczywiście autor obdarza czytelnika ogromnym zaufaniem, powierzając mu wspomnienia tak osobiste, intymne, często wręcz szokujące, że nieraz zastanawiamy się dlaczego właściwie to robi, czy zasługujemy na taką szczerość? Ale wszystko tu jest na miejscu, ma swój cel. Autor stara się pokazać jak wielką rolę w wychowaniu dziecka odgrywają wzorce czerpane i podglądane u dorosłych. Nie boi się powiedzieć wprost, że rodzice, opiekunowie, nauczyciele, duchowni krzywdzą – blokują wyobraźnię dziecka i jego kreatywność różnego rodzaju zakazami i obostrzeniami, które wcale nie są konieczne. Główny bohater dorasta, ale lęki wyniesione z dzieciństwa zbierają swoje żniwo. Młodemu człowiekowi, karconemu i wciąż pouczanemu w dzieciństwie, trudno coś zbudować, trudno uwierzyć w siebie.

Craig Thompson przemycił na kartach komiksu wiele czasem drastycznych, ale przede wszystkim ważnych prawd, które powinniśmy sobie uświadomić. Komiks jest przeszywający, zarówno wizualnie jak i treściowo. Z każdej strony bije wielki ładunek emocjonalny, historie chwytające za gardło. Miłość, Bóg, wychowanie, dojrzewanie, odkrywanie w sobie talentu i pasji, więzi rodzinne, smutek i radość, pożądanie, to jak zmienia nas czas, jak oddala ludzi, jak podsuwa nowych – wszystko to można odnaleźć na kartach tej niezwykłej opowieści.

piątek, 18 maja 2012

Aglaja Veteranyi : "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze?"

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 18, 2012 8 komentarze

Autor: Aglaja Veteranyi
Tytuł: "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze?"
Wydawnictwo: Czarne
Stron: 192



„Zawsze mieszkamy gdzie indziej. Czasami wóz jest tak ciasny, że prawie nie możemy się minąć. A potem cyrk daje nam wóz z toaletą. (…) Choć czasami mieszkamy w luksusowych pokojach z lodówką w pokoju i telewizorem. Raz mieszkaliśmy w domu, gdzie po ścianach biegały jaszczurki. Postawiliśmy łóżka na środku pokoju, żeby te gady nie mogły wleźć pod kołdrę (…)
NIE WOLNO NAM NICZEGO POKOCHAĆ.
Przyzwyczaiłam się, wszędzie umiem tak się urządzić, żeby się dobrze czuć.”




Szukałam tej książki parę lat. Niestety nakład nie był wznawiany, a od dawna jest wyczerpany. Na allegro, gdy książka pojawiała się z rzadka, ceny osiągały horrendalne rozmiary. Nie mogłam jej znaleźć w żadnej księgarni. Również w okolicznych bibliotekach. Zawsze, gdy poszukiwałam tego tytuły, wyskakiwał mi jedynie audiobook. Raz nawet zaczęłam go słuchać, ale przerwałam po kilku zdaniach. To nie było to, potrzebowałam słowa pisanego, bo w nim tkwi główna siła tej powieści.

Po przeprowadzce znalazłam debiutancką powieść A. Veteranyi dostępną w kilku filiach mojej biblioteki. No i przyszedł ten czas, że nareszcie trafiła do moich rąk. Teraz mogę podzielić się z wami wrażeniami z lektury tej niezwykłej książki. Ale najpierw kilka słów o samej autorce, które są konieczne dla odbioru całości.

Aglaja Veteranyi to postać niezwykle tragiczna. Urodziła się w Bukareszcie i dorastała w rodzinie artystów cyrkowych, co wiązało się z wędrownym trybem życia. Rodzina uciekła z Rumunii, uzyskując azyl w Szwajcarii. Tam pomieszkiwali w hotelach i wozach cyrkowych, nigdzie nie zagrzewając miejsca na stałe. Pisarka długo była analfabetką, dopiero w szwajcarskiej szkole z internatem nauczyła się pisać i odtąd niemiecki stał się jej językiem literackim.

Ukończyła studia aktorskie i pracowała jako aktorka, równolegle pisząc. Powieść, o której zamierzam napisać kilka słów, została bardzo ciepło przyjęta przez krytykę i nagradzana. Niestety, autorka nie doczekała wydania swojej drugiej książki („Regał ostatnich tchnień”). Popełniła samobójstwo w 2002 r.

Traumatyczne doświadczenia pisarki znajdują odzwierciedlenie w prozie. Bohaterką powieści jest dziewczynka, wychowująca się w cyrku. Jej ojciec jest klownem, a mama wykonuje pokazowy numer: wisi za włosy, żonglując piłeczkami czy płonącymi pochodniami. Dziewczynka ma również przyrodnią siostrę, która opowiada jej historię o tytułowym dziecku gotującym się w mamałydze zawsze wtedy, gdy nasza bohaterka boi się o swoją matkę, w czasie jej pokazu. Siostra tłumaczy, że wyobrażenie sobie bólu doznawanego przez owo dziecko musi rozproszyć lęk o śmierć matki. To nie pomaga – w wizjach dziewczynki jej matka wciąż spada na ziemię.

„TYLKO ZANIM SIĘ URODZIŁAM, BYŁAM KIMŚ.”

Książka to bardzo niepokojąca, naznaczona wykorzenieniem, wyobcowaniem, lękami, przeczuciem śmierci. Opowieść o dziecku odartym z poczucia przynależności, pozbawionym własnej tożsamości. Najbardziej jednak uwagę zwraca styl autorki, który ja pokochałam już dawno temu, mając przed sobą próbkę i dla którego szukałam tej książki tak zapalczywie. Tekst jest nieregularny i lapidarny: czasami na stronie znajduje się po prostu tylko kilka zdań. Veteranyi bawi się też czcionką, krzyczy (i to rozpaczliwie) wielkimi literami dla podkreślenia pewnych pytań, ważnych kwestii, myśli. Taki układ jest zamierzony i wpływa na świadomość czytelnika. Pozwala czytać między wierszami, doszukiwać się kontekstów. Nie wszystkim może przypaść do gustu, ale przyznam, że do mnie zdecydowanie trafił.

Autorka unika banału, pisząc o trudnych, patologicznych wręcz rodzinnych zależnościach. Broni się dzięki stosowanym niedopowiedzeniom i skromności. Jej myśli mogą być odbierane wręcz jako niezrozumiałe, gdyż nie ma co ukrywać – momentami książka bywa surrealistyczna. Ale to wszystko buduje nastrój grozy i tajemniczości, jaki wiąże się z przeżyciami dziecka dorastającego w ezoterycznym świecie areny cyrkowej.

„CZY JUŻ W CZASIE SPADANIA UMIERA SIĘ ZE STRACHU?”

Bohaterka, podobnie jak sama pisarka, trafia w końcu do szkoły, gdzie zauważa braki w swoim dotychczasowym wychowaniu i początkowo ma wielkie trudności z dostosowaniem się do nowych warunków. Jednak w książce ważniejsze od fabuły jest to, co się dzieje we wnętrzu bohaterki: jak wpłynęło na nią osobliwe dzieciństwo i dokąd może ją zaprowadzić. Trudne cyrkowe doświadczenia na zawsze pozostawią w jej psychice pewną skazę. Bo choć cyrk kojarzy nam się jako miejsce, w które rodzice zabierają dzieci dla rozrywki w letnie weekendy, tak naprawdę dzięki książce odkrywamy jego drugą, mroczną stronę.

Polecam wszystkim wrażliwcom, którzy nie boją się oszczędnych form i zmierzenia się z momentami niejasnym tekstem.


Ocena: 5/6

PS A mamałyga to taka narodowa rumuńska potrawa, z mąki albo kaszy kukurydzianej :)

wtorek, 18 października 2011

Marcel Pagnol: "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 18, 2011 11 komentarze
Autor: Marcel Pagnol
Tytuł: "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 416

Niektóre książki są jakby stworzone po to, by trzymać je w dłoniach, przewracać kartki, śledzić druk. „Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki” Marcela Pagnola należy właśnie do takich dzieł. Trudno stwierdzić, czy to za sprawą niezwykle starannego, dobrego wydania książki, czy może z powodu sielankowego czaru, jaki kryje się na kartach tej autobiografii słynnego Francuza, a może jeszcze przez coś innego. Jedno jest pewne – ta książka przykuwa uwagę już od pierwszych storn i powoduje pozytywne wrażenia, nie można się od niej oderwać.

Marcel Pagnol (1895-1974) to francuski dramaturg, prozaik, reżyser filmowy („Żona piekarza”) i teatralny. Bardzo ceniony i lubiany w kraju. Pod koniec swojego życia Pagnol zaczął spisywać swoje wspomnienia z lat dziecięcych, niezwykle humorystyczne i barwne opowieści, zebrane w cykl „Wspomnienia z dzieciństwa”. „Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki” to właśnie pierwsza część tego zbioru, sięgająca do lat najmłodszych twórcy, a nawet wybiegająca trochę dalej w przeszłość, do korzeni jego ojca i dziadka.

Rodzinna Prowansja, kraina egzotycznych roślin takich jak migdałowce i figowce, świat ciepły, pogodny, oferujący mnóstwo przygód, to miejsce, które przybliża nam w swoich książkach Pagnol. Opisuje siebie jako małego chłopca, rozkoszującego się wakacjami na wsi, gdzie czas umilają mu zabawy z bratem Pawełkiem w Indian albo obserwacja owadów, a później polowania z ojcem i wujem. To historia niezwykle silnych więzi rodzinnych, miłości, rodzenia się pierwszej przyjaźni, badania otoczenia i kształtowania osobowości, a także codziennych trudów. Podróż ku przeszłości, cudowna i fascynująca.

Pagnol z niezwykłą drobiazgowością oddaje koloryt tamtych dni, opisuje kolejne wydarzenia. Jego opowieść pełna jest humoru, zabawy, ale także i nostalgii. Autor ma bardzo lekkie pióro, pisze w sposób plastyczny, wciągający, barwny.

W krótkiej przedmowie pisarz zdradza czytelnikowi, co skłoniło go do zapisania swoich wspomnień, stawia też czytelnika w roli przyjaciela, któremu opowiada swoje dzieje:

„Czytelnik – to znaczy: prawdziwy czytelnik – jest prawie zawsze przyjacielem. Poszedł wybrać książkę, wziął ją do rąk, zaprosił do siebie. Będzie ją czytał w ciszy, siedząc w ulubionym kącie, w swoim domowym otoczeniu. Będzie ją czytał sam i nie zniesie, żeby ktoś inny wtedy podczytywał, zaglądając mu przez ramię. Na pewno jest w domowym stroju albo w piżamie, w ręku trzyma fajkę. Ma do ciebie całkowite zaufanie”.

Książka podzielona jest na dwie części: pierwsza jest swoistym wyrazem hołdu dla ojca, druga żywszym wspomnieniem matki. Obie części mają różnych tłumaczy: Pawła Prokopa i Małgorzatę Paszkę i początkowo ukazywały się oddzielnie, ale stanowią nierozerwalną całość – druga kontynuuje wydarzenia, zapoczątkowane w pierwszej. W polskiej wersji zadbano o liczne przypisy, które tłumaczą oczywiste dla Francuzów odniesienia, obchody świąt, wydarzenia historyczne, nam niekoniecznie znane.



Nie sposób też nie wspomnieć o wydaniu „Chwały mojego ojca…”. Autorem ilustracji jest Jean-Jacques Sempé, ilustrator książeczek o przygodach Mikołajka. Rysunek poprzedza każdą z części, a dodatkowo czasem sylwetki bohaterów pojawiają się w rogach stron. Sprawia to naprawdę miłe, przyjemne wrażenie i wspiera lekturę.

Książka, którą mogę polecić każdemu. Pełna humoru, czaru i magii, optymistyczna, choć zakończenie wyraźnie odcina się na tym tle. Lektura i dla tych małych, w wieku małego Marcela, i dla dużo starszych, którzy pod wpływem książki mogą przypomnieć sobie historie własnego dzieciństwa. Polecam.

Ocena 5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Esprit


 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon