Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Państwowy Instytut Wydawniczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Państwowy Instytut Wydawniczy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Więzień labiryntu, Rzeźnia numer pięć i inne

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 22, 2014 9 komentarze

Zaległości, zaległości, a ja nie mam czasu pisać, tak dużo się dzieje w moim życiu prywatnym (i wcale nie chodzi o świąteczną gorączkę).

Po krótce więc, co ostatnio ciekawego przeczytałam.

Autor: James Dashner
Tytuł: „Więzień labiryntu”.
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Najpierw film, potem książka, niestety w moim przypadku miała miejsce ta nieszczęśliwa kolejność. W związku z tym film nawet mi się podobał, a książka już mniej – chyba dlatego, że zniknął całkowicie element zaskoczenia, a nawet nudziło mnie czytanie o czymś, co już doskonale znałam. Oczywiście film różni się od książki, jednak chyba zdecydowanie wygrywa u mnie pierwsze wrażenie – w związku z tym filmowe rozwiązania były dla mnie dynamiczne, a te książkowe wydawały mi się nie do końca trafione. Wiem jednak, że wśród znajomych, którzy najpierw czytali książkę, wszystko jest na odwrót. To znaczy film odbierają jako klapę, a książkę oceniają jako genialną. W każdym razie – historia grupy chłopców uwięzionych w Strefie, otoczonej przez mroczny labirynt, bardzo mi się podobała. Sięgnę po kolejne tomy. I postaram się to zrobić zanim je zekranizują :)



Autor: Kurt Vonnegut
Tytuł: „Rzeźnia numer pięć”
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Stron: 180

Żałuję, że tak późno, choć do twórczości Vonneguta przymierzałam się już długo. Nigdy nie pociągały mnie książki o tematyce wojennej, jednak to co tutaj zrobił ze mną autor... Z całą pewnością mogę zapewnić, że dawno nie czytałam tak dobrej książki. Naładowana emocjami, choć tak niepozorna wizualnie. Każde słowo, każde zdanie, potrafią nieść ze sobą taki ładunek, potrafią wzruszyć, przeszyć na wylot, nawet zranić. Vonnegut w swojej prozie prowokuje czytelnika, jest bezkompromisowy i do bólu szczery. Pisze o własnych doświadczeniach wojennych i nie boi się ubrać w słowa zła absolutnego. A przy tym miesza gatunki, sprawiając że jego opowieść można odbierać na kilku poziomach. Czy to sci-fi? Czy dramat psychologiczny? Uwielbiam jego sposób pisania, uwielbiam ukryte znaczenia jego słów. Nie mogłam się powstrzymać i dorzucam zdjęcie fragmentu :)








Autor: Konrad Górski
Tytuł: „Tekstologia i edytorstwo dzieł literackich”
Wydawnictwo: Państwowe Wydawnictwo Naukowe
Stron: 304


To książka naprawdę dla koneserów – ma swoje lata. Z racji tego, że edytorstwem się obecnie interesuję, a nawet je studiuję, musiałam sięgnąć. Konrad Górski jest tak właściwie ojcem polskiego edytorstwa, więc nie wypada nie znać tej pozycji, jeśli tematyka edycji tekstu jest komuś bliska. Jednak materiał powstawał w latach 70. a przykłady odnoszą się np. do edycji „Pana Tadeusza” Mickiewicza, więc w pełni rozumiem, jeśli kogoś ta pozycja po prostu wynudzi. Ale, jak mówię, z szacunku dla tradycji warto przejrzeć – chociaż wiele z założeń Góreckiego to już przeszłość, wiele obserwacji jest aktualnych także i dzisiaj. Poza tym można prześledzić jak to wszystko się zaczęło ;)



Autor: Robin Williams

Tytuł: „Typografia od podstaw. Projekty z klasą"
Wydawnictwo: Helion
Stron: 240

To bardzo cieniutka, ale atrakcyjna wizualnie książeczka. Kolejna z serii „o edytorstwie i typografii słów kilka”. Właściwie dobra zarówno na początek przygody, jak i służąca jako uzupełnienie czy powtórzenie wiadomości. Poradnik skierowany do osób zainteresowanych DTP – obróbką tekstu, programami do składu, układem tekstu i przykładami dobrej kompozycji. Dużo konkretnych porad – skróty klawiszowe, instrukcje obsługi, ćwiczenia i zadania. Jak wybrać odpowiednią czcionkę, co zrobić by tekst był czytelny i jak go uatrakcyjnić? Pozycja może nie idealna – z racji na niewielką objętość – ale pełna konkretów i napisana w sposób zrozumiały. Autorka obrazuje opisywane sposoby doboru czcionek, nagłówków, wyróżnień. Pokazuje też błędy, daje dużo przykładów. Dla zainteresowanych tematyką jak najbardziej dobra na start :)


wtorek, 12 marca 2013

Styczeń-luty zaległości!

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 12, 2013 12 komentarze

Długo nie pisałam z różnych powodów, więc teraz trudno mi zebrać wszystkie przeczytane w tym czasie książki. Nie będę więc silić się na recenzje, tylko podzielę się z Wami najważniejszymi przemyśleniami o danych tytułach. Braki uzupełnię, bo zgubiłam gdzieś karteczki z notatkami.

Mam też pytanie - jak sobie radzicie z edycją w nowym blogspocie, bo mnie to przeraża. Edytuję te notkę chyba od 30 min i ciągle nie jest tak, jak powinno. Macie jakiś łatwiejszy sposób na przechodzenie do nowych akapitów, wytłuszczanie czcionki itp., bez używania kodów?






Autor: Jacques Pradel, Luc Vanrell
Tytuł: „Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica”
Wydawnictwo: Znak
Stron: 246

Autor poczytnego „Małego Księcia” naprawdę był pilotem wojskowym. Zginął młodo, w tajemniczych okolicznościach w 1944 r. Wrak samolotu Exuperego zostaje odnaleziony dopiero po blisko 50 latach, a tajemnica jego śmierci znajduje rozwiązanie na kartach tej książki.

Szkoda, że biografia pisarza zostaje przedstawiona w tej książce w sposób bardzo uproszczony. Dowiemy się niewiele więcej niż np. z Wikipedii. Autorzy ogniskują akcję głównie wokół tajemniczego zniknięcia pilota i poszukiwania rozwiązania zagadki. Dla kogoś, jak ja nieobytego z terminologią lotniczą, wiele spraw pozostaje niejasnych. Myślę, że książka wymaga uzupełnień, ale autorzy zawarli w niej to, do czego dążyli. Na końcu uchylają rąbka tajemnicy i relacjonują jak przebiegał ostatni lot Exuperego. To niesamowite i tragiczne zarazem. W książce znajduje się wkładka ze zdjęciami, która potęguje emocje.

Od dawna chciałam dowiedzieć się więcej człowieku, który stworzył Małego Księcia, postać tak bliską mojemu sercu. W kolejce już czekają na mnie opowiadania pisarza. Na pewno przeczytam. Polecam „Ostatnią tajemnicę”, ale zaznaczam, że książka ma wiele niedociągnięć.

"Saint-Ex sprawia na mnie wrażenie umysłu, który n i e m o ż e przestać myśleć" - Rougemont o Antoine de Saint-Exupery'm.





Autor: Paula McLain
Tytuł: „Madame Hemingway”
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 400


Idąc dalej tropem wielkich nazwisk, sięgnęłam po powieść na motywach biografii Ernesta Hemingwaya i jego żony. Z kart książki wyłania nam się postać kobiety raczej naiwnej, prostej, która właściwie nie wiadomo czym zauroczyła mistrza. Ale Hadley jest przy nim, gdy nazwisko Hemingway jeszcze nikomu nic nie mówi. Obserwuje, jak rodzi się gwiazda. Wspiera w walce o sławę. A droga na szczyt była bardzo wyboista. Szkoda tylko, że im dalej, tym Hemingway wydaje się coraz mniej sympatyczną osobą. Jednak zaciekawiona życiorysem twórcy również mam ochotę przeczytać coś więcej niż opowiadanie „Stary człowiek i morze”, do którego też, rzecz jasna, chciałabym wrócić.





Autor: Edmund White
Tytuł: „Zuch”
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Stron:


Ta kontrowersyjna książka podobno zapoczątkowała nurt gejowski w literaturze. Wcześniej mówiono o tym nieśmiało, teraz tematyka homoseksualna przeżywa rozkwit. Co znaczące, nastoletni bohater powieści nie tylko nie radzi sobie ze swoją seksualnością, ale i jest przekonany o własnej chorobie. Nie akceptuje odmienności, szuka metody, która raz na zawsze mogłaby wykorzenić z niego zło. Jednak kolejne próby nie przynoszą efektów.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, jednak bardzo dojrzałe przemyślenia świadczą o perspektywie czasowej, z której przemawia do nas mówiący. Styl, który może wielu zniechęcić czy znużyć – tutaj nie dzieje się zbyt wiele, a większość opisów koncentruje się na przemyśleniach głównego bohatera.

Przyznam, że książkę czyta się raczej wolno i potrzeba oddechu, krótkich przerw od jej treści. Niemniej warto przyjrzeć się jej bliżej.







Autor: Haruki Murakami
Tytuł: „Sputnik Sweetheart”
Wydawnictwo:Muza
Stron:


„I wtedy przyszło mi coś do głowy. Co prawda jesteśmy dla siebie nawzajem doskonałymi towarzyszami podróży, lecz ostatecznie przypominamy samotne bryły metalu krążące po osobnych orbitach. Z oddali wyglądamy jak piękne spadające gwiazdy, które jednak w rzeczywistości są więzieniami, gdzie każda z nas tkwi zamknięta samotnie, zmierzając donikąd. Kiedy przecinają się orbity tych satelitów, możemy się spotkać. Może nawet otworzyć przed sobą serca. Ale tylko na krótką chwilę. Już w następnej pogrążamy się w absolutnej samotności. Dopóki nie spłoniemy i nie obrócimy w nicość.”

Murakami po prostu. Niech cytat wystarczy za recenzję.

Dla ludzi, których nie irytują niejasne czy otwarte zakończenia. Lubiących mgiełkę tajemnicy, która już zawsze nas osnuwa, gdy wracamy pamięcią do tego tytułu.

I pojęcie Doppelganera. Nie znałam go wcześniej. To jak zobaczyć nagle samego siebie. Żyć jednocześnie dwoma życiami, w dwóch światach. Interesująca koncepcja, warto poszperać w Internecie.







Autor: Justyna Bargielska
Tytuł: „Obsoletki”
Stron:
Wydawnictwo: Czarne


Autorką jest poetką. To już wiele mówi o tej prozie. Delikatnej, wrażliwej, wyrazistej. Słowo jest tu kluczem. A temat? Tak kobiecy, tak bolesny, a przy tym autorka dokonała czegoś, wydawać by się mogło, niemożliwego. Potrafi pisać o nim bez patosu, wtłaczać go w formę anegdoty. Pojawia się nawet humor. A jednak wciąż krążymy wokół straty. O poronieniach, w tak dotkliwej liczbie mnogiej. Trzeba jednak odpowiednio nastawić się przed tą lekturą. Z początku spodziewałam się czegoś innego. Szukałam smutku i bólu, nie znalazłam go na pierwszych stronach. To, co bolesne, przychodzi z czasem. Może zaskoczyć, wyrosnąć nagle, niespodziewanie, miażdżyć. To książka, która jeszcze długo potem siedzi w głowie. I w sercu.

„Przeczytałam wtedy siedmiutsetstronicowy kryminał w miękkiej okładce w jedną noc, czekając na wypis, zamiast się zastanawiać, czy jeśli ewentualnie moje dziecko składało się z większej liczby elementów, dołożyli po zabiegu te brakujące elementy do słoika. Kiedy po jakimś czasie odebrałam wyniki badań jego zawartości, nie dowiedziałam się z nich niczego ponadto, że przez jakiś czas byłam grobem. Według mnie to się nie nadawało na terapię.”







Autor: Suzanne Collins
Tytuł: „Igrzyska śmierci”, „W pierścieniu ognia”, „Kosogłos”
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron:


I ja się w końcu doczekałam i pochłonęłam trylogię. Może jestem jednak już trochę za „stara”, bo nie uległam ogólnym zachwytom. Jedynkę czytało mi się dość ciężko, gdyż wciąż miałam w głowie obrazy z filmu, które przeganiały wydarzenia. Nikt nie lubi czytać książki po obejrzeniu ekranizacji, to zdecydowanie zła kolejność. Jednak niezrażona brnęłam dalej.

Dwójka nudziła mnie raczej... Do momentu, gdy ogłoszono zasady kolejnych Igrzysk i sposób wybierania trybutów. Tu Collins rzeczywiście się popisała, fantastyczny zwrot akcji. Bardzo spodobało mi się to rozwiązanie, wniosło emocje, których zaczynało już brakować.

Trójka.... Jakoś inaczej wyobrażałam sobie walkę o wyzwolenie. Tę część czytało mi się chyba najtrudniej. Pomijając już niedoróbki językowe, wciąż brakowało mi jednego: dlaczego mimo że spędzamy z bohaterami już tyle czasu, nadal tak mało o nich wiemy? Katniss wydaje się osoba zimną, nieczułą, wręcz egoistyczną. Owszem, tyle robi dla ludzi wokół, dla swoich bliskich, ale brakuje tu gdzieś wiarygodności, przekonania. Bohaterka bardziej przypomina zmiecha niż człowieka. Collins stworzyła dobre sytuacje, tragiczny trójkąt miłosny, a jednak nie wyciągnęła z owych powiązań tyle, ile się dało. Skupiła się raczej na przemocy, na walce, na ciągłym głodzie. Nie satysfakcjonuje mnie to. No i zakończenie również nie wywołało we mnie głośnego „ach!”.

Postaram się teraz pisać na bieżąco, gdyż trudno przygotowuje się takie zbiorcze notki.

wtorek, 22 maja 2012

Miguel de Cervantes: "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 22, 2012 10 komentarze


Autor: Miguel de Cervantes
Tytuł: "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"
Stron: 436
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy




„Don Kichota” Cervantesa wypada znać, choćby tylko we fragmentach, które gdzieś tam na którymś etapie edukacji raczej się pojawiają. Powieść, której bohaterem jest owładnięty urojeniami szlachcic, przyniosła autorowi wielką sławę i do dziś uznawana jest za jedno z najoryginalniejszych dzieł wszech czasów.

Akcja toczy się w Manczy XVII wieku. Don Kichot to pilny czytelnik średniowiecznych romansów, święcie wierzący w każde zapisane w nich słowo, co sprawia, że któregoś dnia miesza mu się w głowie. Szlachcic postanawia stać się jednym z osławionych rycerzy i szybko wciela ów plan w życie. Nadaje sobie wytworne imię, dosiada mizernego konia i opuszcza dom, by szukać przygód. Towarzyszy mu dzielny giermek Sanczo Pansa na swoim niezawodnym ośle. Za swoją damę serca uznaje wieśniaczkę, nie wiedzącą o jego istnieniu, z miejsca pałąjąc do niej gorącą, acz platoniczną miłością. Odtąd każdy waleczny czyn dedykuje ukochanej, prosząc ludzi, którym rzekomo pomaga, by donieśli jej o jego zasługach. W rzeczywistości Don Kichote odbierany jest przez rodaków jako kompletny szaleniec. Jego urojenia tylko narastają – potrafi bukłaki wina wziąć za straszliwego potwora, a karczmę za potężny zamek. Nie trafiają do niego żadne racjonalne argumenty tych, którzy starają się go wyrwać z szaleństwa. Zadziwiający jest też sposób, w jaki Don Kichote potrafi wytłumaczyć sobie każde zjawisko. Choć zalicza kolejne porażki, nigdy się nie poddaje. Wierzy, że odnalazł swoje powołanie.

Powieść Cervantesa jest krytyką literatury rycerskiej, uznawaną za szkodliwą (podobnie jak setki lat później działo się to w odniesieniu do ksiąg zbójeckich). Cervantes wyśmiewa przymioty idealnego rycerza, jego ideały, waleczność, a nade wszystko przygody, jakie przed swoimi bohaterami stawiali twórcy. Bardzo ważna jest przedmowa do utworu, dzięki której dowiadujemy się wiele o charakterze powieści i celach autora. Wyśmiewa on praktyki średniowiecznych autorów, ich przebiegłe sztuczki i fałszerstwa. Cervantes odwołuje się do wielu dzieł, nawet z tytułu, parodiując je i wyszydzając.

Książka pisana jest językiem dla nas współczesnych już archaicznym, czasem nieprzystępnym, przez co czytanie nie zawsze należy do przyjemności. Swoje dodają także rozwlekłe monologi, ciągnące się nawet przez parę stron. Gdy już na dobre rozsmakujemy się w stylu autora, bez problemu potrafimy podążyć jego tokiem myślowym i zgadnąć jak potoczą się konkretne przygody. Choć dzieło to pełne humoru, dobrego smaku i akcji, czasem nuży. Książka jest dosyć obszerna, zapisana małą czcionką. W dodatku mój egzemplarz dosłownie rozsypywał mi się w rękach, co też nie ułatwiało czytania. Szkoda także, że obecnie nie mamy już takiego oczytania w średniowiecznych etosach, by móc tym bardziej docenić doskonałe obeznanie i kunszt Cervantesa – na pewno wiele przez to umyka i nie wszystkie aluzje są jasne.

Książka jest także kopalnią wiedzy o mentalności ludzi tamtych czasów, o kolorycie lokalnym, porządkach i hierarchii. Piętnuje wady, wytyka problemy, uderza zarówno w tych maluczkich, jak i w najwyższe stany.

Don Kichot jest dla jednych postacią śmieszną, absurdalną, dla innych godną litości, ale przede wszystkim jest on bohaterem tragicznym, który wpadł w pułapkę własnej wyobraźni. Choć wierzył, że dokonuje wielkich rzeczy, że jego sława sięga coraz dalej w Hiszpanię, tak naprawdę postrzegany był nie jako błędny, ale obłędny rycerz, któremu brak piątej klepki. Mimo wszystko jednak, jego sława przetrwała do dziś, a kolejne pokolenia poznają historię szalonego rycerza, który walczył z wiatrakami.

A mnie czeka jeszcze drugi tom przygód Rycerza Smętnego Oblicza.
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon