poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Joanna Sałyga: "Chustka"
Autor: Joanna Sałyga
Tytuł: "Chustka"
Wydawnictwo: Znak
Stron: 400
Trudno recenzować tę książkę, bo trudno oceniać czyjeś życie, zwłaszcza jeśli spisywane wcale nie w celu wydania drukiem. „Chustka” to opowieść o kobiecie niezwykłej, silnej, pogodnej mimo przeciwności losu, zdeterminowanej do walki. Niektórzy z Was może mieli ten zaszczyt odnaleźć jej bloga w latach 2009-2012, kiedy był prowadzony na bieżąco, kiedy ona – Joanna – walczyła z najokrutniejszą chorobą, z rakiem. Dzieliła się ze swoimi czytelnikami bólem, który towarzyszył postępowi choroby, smutkiem, rozpaczą, ale i radościami. Pisała o tym jak walczy, jak szuka dla siebie nowych metod, nowych tabletek, nowych terapii. Prosiła o wsparcie, i sama je dawała. W miejsce, które stworzyła w wirtualnej przestrzeni, zaglądały setki osób. Szukały w jej wpisach nadziei dla siebie, szukały otuchy, odnajdywały pokłady wiary, szczerość, humor, ogromną mądrość życiową. Ona chciała żyć i dopóki tylko mogła, czerpała z życia garściami. Ja usłyszałam o Chustce dopiero wtedy, gdy odeszła już do lepszego świata. Jeszcze chyba nawet nie trwały prace nad książką, będącą wycinkami z jej bloga, uszeregowanymi chronologicznie najważniejszymi wpisami tej dzielnej, cudownej kobiety. Blog wciąż można odnaleźć w sieci – tym, którzy nie słyszeli o Chustce, polecam to uczynić. A jeśli jej historia was wzruszy, sami będziecie chcieli sięgnąć po książkę.
Czytając, zastanawiałam się do kogo tak właściwie „Chustka” jest kierowana. Myślę, że fakt, że książkę wydano, najważniejszy jest chyba dla jej bliskich – Niemęża i osieroconego synka. Joanna miała świadomość kruchości swojego życia i starała się przemycać na blogu różne myśli, wskazówki i zapewnienia dla własnego dziecka, bo kochała synka najbardziej na świecie i nie wyobrażała sobie, co będzie, gdy jej zabraknie. Książka na pewno jest ważna też dla wszystkich tych, którzy przez lata czy miesiące kibicowali Chustce, mieli okazję ją poznać – osobiście bądź wirtualnie i również mocno przeżyli jej śmierć. Może stać się także panaceum dla innych chorych – słowa Chustki potrafią uśmierzyć ból, dać motywację do walki, pokazać, że nie można się poddawać. Tak powstała Fundacja Chustka. A dla nas, osób, które po książkę sięgnęły – można by rzec – przez przypadek? Myślę, że nie jest łatwo się przebić przez jej treść. Pomijając fakt, że zbliżając się do końca mamy świadomość co tam na nas czeka i boimy się, dosłownie boimy, czytać dalej, bo tak bardzo chcemy, żeby ona pozostała z nami, żywa... Książka składa się z zapisków z bloga, które dla kogoś kto spodziewa się tu typowej prozy, mogą stanowić wyzwanie. Pojawiają się wpisy, bardzo różne – chaotyczne, zwięzłe, zagadkowe, przeplatane wyrywkami dialogów, cytatów, ważnych myśli, tekstów z innych książek, piosenek. Zwyczajny blog (nie)zwyczajnej kobiety, ubrany w papier i ładną okładkę. Nie każdego może przekonać taka forma, ale nie o to w tym chodzi. To książka po prostu inna, do której nie można sięgnąć ot, tak. Trzeba się przygotować mentalnie, nastawić na tematy trudne, mając w świadomości wciąż to, że to wcale nie fikcja...
czwartek, 18 lipca 2013
Jaume Cabre: "Wyznaję"
Autor: Jaume Cabre
Tytuł: "Wyznaję"
Wydawnictwo: Marginesy
Stron: 768
To jest książka niezwykła. O której można by mówić i mówić, pisać i pisać, nie wyczerpując wcale tematu, ale jednocześnie mając świadomość niedostatku swojego języka przy próbie uchwycenia jej możliwości, złożoności, tego co magiczne i po prostu piękne. Dlatego nawet nie odważę się spróbować – postaram się oddać tylko część z moich rozmyślań nad tą pozycją.
„Wyznaję” Jaume Cabre'a to powieść szkatułkowa, która wymyka się jednak klasyfikacjom. Z jednej strony jest to, jak sugeruje tytuł, rodzaj spowiedzi głównego bohatera, Adriana – filologa, muzyka, naukowca, profesora, lingwisty. Człowieka wybitnego, utalentowanego, o ponadprzeciętnej inteligencji. Adrian Adrevol u kresu życia podejmuje się trudnego zadania spisania swoich przeżyć, wspomnień, refleksji. W sposób chaotyczny, niechronologiczny, powraca do lat swojego dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego. Opisuje trudne dzieciństwo, pozbawione miłości, podporządkowane nauce, literaturze, skrzypcom. Muzyka daje mu największego przyjaciela – Bernata. Ta postać towarzyszy nam przez całą opowieść. Adrian poznaje swoją największą miłość, Sarę, i traci ją. Czy ich drogi jeszcze się skrzyżują? Ale przede wszystkim poświęca się pracy – pisze eseje, gra, kolekcjonuje rękopisy i dzieła sztuki. Ale „Wyznaję” to nie tylko dzieje Adriana. Poprzez znajdujące się w jego posiadaniu „pomniki historii” - skrzypce, obrazy, teksty – historia poszerza się. Cofamy się m.in. do czasów Barcelony lat 40. i 50., do Hiszpańskiej Inkwizycji, do Paryża przełomu XVII i XVIII wieku, do okresu nazizmu i II wojny światowej. Można zapytać gdzie w jednej powieści miejsce na taką złożoność i jak można tego dokonać? Każdy z tych zakamarków przeszłości odkrywa przed nami bowiem nowych bohaterów, wielkie dramaty, poruszające historie. I w tym miejscu trzeba rzec kilka słów na temat narracji „Wyznaję”.
"To mój przyjaciel. To facet, który... Mimo, że jest taki mądry, nadal chce być moim przyjacielem i znosi moje kaprysy. Od tylu lat."
Głównym bohaterem, spoiwem, trzonem całej historii jest oczywiście Adrian. To on opowiada, prowokuje i przywołuje historie, nadaje im bieg. To on przemawia – w pierwszej osobie, pisząc list – adresata udaje nam się poznać, w pewnym momencie. Ale narracja wprowadzona przez Cabre'a jest przedziwna. W obrębie czasem nawet jednego zdania narrator pierwszoosobowy potrafi oddać głos trzecioosobowemu. Przez pierwsze kilkanaście stron, zanim oswoiłam się z tym chwytem, nie mogłam do końca połapać się w tym kto jest bohaterem, kto mówi, ilu ich tu w ogóle jest. Obok wypowiedz bezpośrednich pojawiają się zdania typu: „Adrian spojrzał...”. Dodatkowo opowieść często zostaje nagle przerwana, a w nią wtłoczona jakaś historia z przeszłości. Oglądanie obrazu może np. spowodować przeskok czasowy do okresu, w którym mnisi zamieszkiwali klasztor z tego konkretnego malowidła. Dialogi wplatane są w tekst, bez stawiania znaków interpunkcyjnych. Jest tu też dużo cytatów w obcych językach, które nie zostały, zgodnie z wolą autora, przetłumaczone. Jest i piękny, kunsztowny, melodyjny język. Pojawia się także narracja kursywą - rodzaj książki w książce, opowieść z punktu widzenia Bernata. To wszystko i jeszcze więcej sprawia, że powieść wymaga skupienia, koncentracji, analizy. Ale to także czyni ją zagadkową, monumentalną, po prostu piękną.
"Sara. Dni, tygodnie, miesiące przy tobie, z szacunkiem dla tego odwiecznego milczenia, w które często zapadałaś. Jesteś dziewczyną o spojrzeniu smutnym, ale cudownie pogodnym. A ja miałem coraz więcej zapału do nauki, wiedząc, że później cię zobaczę i zatopię się w twoich oczach, zawsze na ulicy, jedząc zapiekanki na placu Sant Jaume czy spacerując alejkami parku Ciutadella, w naszej szczęśliwej konspiracji, nigdy w twoim czy moim domu, chyba że byliśmy pewni, że nikogo nie będzie, bo nasz sekret miał pozostać tajemnicą dla obu rodzin. Nie wiedziałem, dlaczego właściwie; ale ty wiedziałaś. A ja pozwalałem się unosić nieprzerwanemu szczęściu przez tyle dni, nie zadając pytań. "
Chociaż mówi się, że głównym tematem „Wyznaję” jest zło absolutne, któremu Adrian poświęcił życie, starając się stworzyć esej, dokładnie badający to zagadnienie, i rzeczywiście to prawda, obok tego wszechogarniającego zła czai się coś jeszcze – coś dobrego, ciepłego. Zło, okrucieństwo, krzywda, zbrodnia, podstęp – to wszystko wypełnia karty tej opowieści, owszem. Zło pojawia się wszędzie, znajdujemy je na kartach historii, bez względu na czas, miejsce, społeczeństwo. Zło, które stawia pytanie: gdzie jest Bóg? I czy w ogóle istnieje? Ale „Wyznaję” to także jedna z najpiękniejszych opowieści miłosnych, jakie miałam okazję czytać. Opowieść o uczuciu tak silnym, trwałym, będącym treścią istnienia. O miłości, która potrafiła sobie poradzić z okrucieństwem. I ta książka wzrusza, i zapada w pamięć. Zostanie ze mną jeszcze na długo. Polecam tym, którzy nie boją się wyzwań :)
czwartek, 6 czerwca 2013
Boel Westin: "Tove Jansson. Mama Muminków"
Autor: Boel Westin
Tytuł: „Tove Jansson. Mama Muminków”
Wydawnictwo: Marginesy
Stron: 512
„Muminki” były moją ulubioną dobranocką w dzieciństwie, dlatego gdy tylko usłyszałam o niedawno wydanej biografii Tove Jansson wiedziałam, że to książka dla mnie. Ciekawiło mnie wszystko – zarówno historia życia autorki, jak również sposób, w jaki powstawały Muminki – skąd narodził się pomysł na stworzenie tych małych trolli, jak kształtowały się ich wizerunki i pierwsze opowieści, jak książka przeobraziła się na animację, a także szczegóły o pozostałej twórczości Tove – zarówno literackiej, jak i malarskiej.
Bo Tove Jansson była przede wszystkim malarką – miłość do sztuki wyniosła z domu, gdyż jej rodzice oboje byli artystami. Malowała... Obrazy, szkice, komiksy, okładki, ilustracje, portrety... Dla siebie, na wystawy, na zlecenia... A później przyszło pisanie. Postać Muminka powstała dużo wcześniej, niż premierę miały pierwsze książki z muminkowej serii. Troll pojawiał się w różnych wariantach w grafikach Tove, publikowanych m.in. w czasopismach. Jeszcze bliżej niedookreślony, niesprecyzowany twór, wkradający się do jej wyobraźni. Z cienkim, podłużnym nosem, duży, czasem w czarnych barwach. Początkowo nic nie zapowiadało kariery, jaką zrobiły Muminki. Musiało minąć wiele lat od wydania pierwszych książek, by zapanował swoisty boom – wtedy Muminki były dosłownie wszędzie, rozpoczęło się gadżetowe show. Tove szybko odczuła znużenie niespodziewanym sukcesem. Dostawała setki listów (odpisywała na wszystkie), była zasypywana propozycjami, wymaganiami, zleceniami, pracą po prostu. A jednak kiedy czyta się jej biografię nie można wyjść ze zdumienia jak ta krucha kobieta zdołała zapanować nad tym wszystkim. Tove była perfekcjonistką – potrafiła przepisywać swoje teksty po kilka, kilkanaście razy, wciąż dokonywać korekty, poprawiać, zmieniać. Ilustrowała własne książki, tworzyła instrukcje tego jak mają być skomponowane z tekstem. Pertraktowała z wydawnictwami. Zajmowała się nie tylko malarstwem i literaturą, tworzyła też scenariusze do przedstawień teatralnych, pisała piosenki, współpracowała z wydawnictwami i czasopismami. Tworzyła także powieści i nowele dla dorosłych. Prowadziła bogatą korespondencję. I dzienniki. Jej życie to istny twórczy strumień, w którym skąpana była od stóp do głów. I jeszcze miłość... I podróże... Budowanie wymarzonego domku na wyspie...
Biografia jest naprawdę szczegółowa. Dotyka nie tylko sfery prywatnej życia artystki, ale również analizuje i interpretuje jej twórczość, zarówno literacką, jak i malarską. Pokazuje nam dwa oblicze Tove – to genialne, kreacyjne, utalentowane, a także to drugie – kobiety zmęczonej, strapionej, zagubionej w zgiełku jaki zapanował wokół jej osoby. A wszystko to wzbogacone o zdjęcia z archiwum artystki i jej najbliższych, o reprodukcje jej obrazów, ilustracji, okładek, skany listów... Naprawdę warto. Ja mam zamiar wrócić jeszcze do książek o Muminkach, które czytywałam lata temu. Po takim wprowadzeniu wiem, że spojrzę zupełnie inaczej na świat wyczarowany przez Tove Jansson. Bo choć całe życie walczyła z etykietką pisarki dla dzieci doskonale wiemy, że jej dzieła adresowane są do wszystkich, również dorosłych.
czwartek, 20 września 2012
Alfonso Signorini: "Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości"
Tytuł: "Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 224
Marilyn Monroe to legenda. Piękna, niezwykła, kusząca uwielbiana. Amerykańska modelka i aktorka, gwiazda kina lat 50. i 60. XX wieku. Pożądana przez mężczyzn. Wielbiona przez tłumy. Ikona kobiecego piękna. A jednak… jej historia jest tragiczna. Umarła zbyt młodo. Nie urodziła wymarzonego dziecka. Nie zdobyła mężczyzny, którego kochała. Wciąż czuła niedosyt, brak. Zbeletryzowana biografia cudownej Marilyn, autorstwa włoskiego dziennikarza i pisarza, Alfonso Signorini’ego, sugeruje dlaczego.
Tak naprawdę nazywała się Norma Jeane. Nowe nazwisko przybrała wspinając się po szczeblach kariery. Dzieciństwo Marilyn nie należało do szczęśliwych. Wychowywana przez neurotyczną, szaloną matkę, dręczona przez babkę, trafiała pod skrzydła kolejnych opiekunów. Czuła się niekochana, nieakceptowana, zupełnie niepotrzebna. To właśnie wtedy zrodziły się jej sny, sny o sławie, sny o wielkiej karierze. Przeczuwała, że zostanie gwiazdą, pragnęła tego. Miała w sobie wiele samozaparcia i samodyscypliny. Nieugięcie dążyła do celu. Osiągnęła niebywały sukces, to prawda. Ale jej życie prywatne nie było usłane różami. Koszmary dzieciństwa ciągnęły się za nią do końca…
Nie mam zamiaru oceniać historii Marilyn, chcę się skupić na sposobie jej podania. Trzeba przyznać, że chociaż Signorini oddaje istotę życia Marilyn, przedstawia autentyczny życiorys, biografię czyta się jak powieść. Bardzo szybko. Nie wiadomo jednak do jakich źródeł dotarł pisarz, zbierając materiały do swojej książki, na jakich przesłankach oparł konkretne rozdziały, ponieważ nie padają tu żadne przypisy czy bibliografia. To daje trochę do myślenia i zastanawia ile prawdy jest w tym, co pisze włoski autor, a co jest po prostu jego fantazją. Dlatego całość trzeba brać z przymrużeniem oka.
Autor nie zasypuje nas suchymi faktami, wręcz przeciwnie. Opisuje życie kobiety, kobiety prawdziwej, z krwi i kości, poszukującej miłości. i to właśnie ta sfera – związki, uczucia, miłostki Marilyn najbardziej interesują autora. Biografia jest wybiórcza - choć wspomniano o jej rolach, pracy na planie i stosunkach w branży, są to kwestie marginalne. To, co nie interesuje Signorini’ego traktowane jest przez niego powierzchownie. Biografia nie jest bezstronna – autor stawia tezę, dla której każdy rozdział ma być już tylko dobitniejszym potwierdzeniem. Czy słusznie?
Ogromny plus za wklejki ze zdjęciami!
Treści zawarte w książce warto zweryfikować. Na pewno sięgnę po inną, fachową literaturę na temat aktorki. Wiele z sugerowanych przez pisarza kwestii wydaje się przesadzonych, niekompletnych, czy też zbyt ckliwych. Niemniej książka wydaje się dobra na start – rzuca pewne światło na sylwetkę ikony tamtych lat. Nie można jednak bazować tylko na niej.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild
/kolejny raz automatycznie ustawił mi się nowy wygląd bloga i tym razem nie ma tego magicznego przycisku, żeby przywrócić stary. czy ktoś może pomóc?
sobota, 4 sierpnia 2012
Stan Lauryssens: "Dali i ja"
Autor: Stan Lauryssens
Tytuł: "Dali i ja"
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 224
Salvador Dali to nazwisko, które zna chyba każdy. I nawet jeśli nie jesteśmy pasjonatami sztuki, nazwisko tego hiszpańskiego malarza w naszych głowach od razu konotuje pewne symbole. Przede wszystkim wywołuje termin surrealizm, a zaraz potem znane z obrazów malarza wizerunki topniejących zegarów, płonącą żyrafę, kule inwalidzkie, wędrujące mrówki, motyle. Ekscentryczny pan z długimi, nawoskowanymi w górę wąsami uważany jest za geniusza, a jego dzieła, balansujące na granicy snu i jawy, zachwycają do dziś. Jaki był naprawdę? Jakie sekrety skrywa jego biografia? Czy jego sława nie jest przesadzona? Stan Lauryssens w książce „Dali i ja” odpowiada na te i inne pytania.
Ta powieść łotrzykowska jest jednocześnie traktowana przez samego autora jako literatura faktu – opisuje on wydarzenia, których sam był uczestnikiem, świadkiem, albo o których mu opowiedziano. W czasach, gdy Dali podbijał świat, Lauryssens został handlarzem, specjalizującym się w malarstwie Dali’ego. Wyszukiwał wpływowych inwestorów, którzy pragnęli ulokować swoje nielegalnie zdobyte fortuny w czymś, co po latach przyniosłoby im zysk. Dali świetnie się do tego nadawał. Był przebojem – ekscentrycznym geniuszem, o którym rozpisywała się prasa, który pojawiał się w mediach. Jego obrazy osiągały na aukcjach niebotyczne sumy. Złote zdanie Stana, że po śmierci Dali’ego produkcja ustanie, a popyt się zwiększy, przekonywało inwestorów. Obiecywał im, że odkupi dzieła z wielokrotnym przebiciem. Trzeba tylko poczekać, aż mistrz wyzionie ducha. To skutkowało. Bogacze dawali pieniądze, handlarz wyszukiwał nowe obrazy. Wszystkie opatrzone były sygnaturą pisarza, dołączano do nich certyfikat autentyczności. Nikt o nic nie pytał, nikt nie miał wątpliwości. W rzeczywistości słynne obrazy malarza produkowane były na szeroką skalę: fałszowano je i robiono odbitki. Rynek zalewany był nieautentycznym Dalim. Taki proceder musiał w końcu zebrać swoje żniwo…
Książka traktuje przede wszystkim o nielegalnym rynku handlu sztuką, ale jest też kopalnią wiedzy o osobie Dali’ego. O tym, jaki był naprawdę ten dziwny, charyzmatyczny człowiek. Odkrywa jego prawdziwe oblicze i wstydliwe fakty z życia malarza i jego muzy, żony Gali. Para kochała się w pieniądzach i zrobiłaby dla nich wszystko. Ponadto żyła ponad stan. Dali słynął z organizowania kontrowersyjnych imprez, na których dochodziło do orgii. Sam uwielbiał się ze sobą zabawiać, podczas gdy jego żona-nimfomanka, płaciła młodym mężczyznom za seks. Lubował się w małych chłopcach. Nie znał umiaru, przekraczał granice dobrego smaku. Kultywował siebie, wyrósł na ikonę. To on w głównej mierze przyczynił się do zaprzepaszczenia swojej ogromnej fortuny w ostatnich latach życia. To on uruchomił nieodwracalny proces powielania, fałszowania i kantowania. A wszystko to przez pieniądze…Stworzono nawet anagram z jego imienia: Avida Dollars (chciwy na dolary).
Język autora książki jest bardzo dosadny, szorstki i wyrachowany, jak on sam. Przez lata Lauryssens wrósł w swój zawód kanciarza i oszusta łasego na miliony swoich klientów, i właśnie ten wizerunek znajduje odzwierciedlenie w jego sposobie prowadzenia narracji. Pisarz jest oszczędny w słowie i często brutalny – nie waha się przed przytaczaniem najwstydliwszych kawałków. Wydaje się człowiekiem bez uczuć, który podobnie jak Dali, koncentruje się jedynie na zyskach. Bywa okrutny, ale za sprawą szczerości do bólu. Nie owija w bawełnę, nie ma czasu na sentymenty.
Ze wspomnień Lauryssensa wyłania się portret człowieka-szaleńca. Dali nie budzi sympatii, jest wręcz odrażający. Gdzieś w trakcie lektury zatracamy szacunek do malarza jako artysty. I choć w pamięci mamy najznakomitsze z jego dzieł, czujemy dziwne zażenowanie. Książka „Dali i ja” otwiera oczy, ukazuje tamten czas z drugiej perspektywy i uświadamia kim tak naprawdę był Dali. Mimo talentu i surrealistycznej wyobraźni, których nie da się mu odmówić, Dali w ostatecznym rozrachunku okazuje się… Ale o tym w książce :)
Mną osobiście powieść wstrząsnęła, ale cieszę się, że na nią natrafiłam. Dali pozostaje dla mnie postacią oryginalną, pełną sprzeczności, nękaną obsesjami. Na pewno jeszcze nie raz sięgnę po pozycje, które pozwolą mi przybliżyć jego sylwetkę i zinterpretować obrazy. Oczywiście polecam!
Ocena: 5/6
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki &Weltbild
poniedziałek, 2 lipca 2012
Virginia Woolf: "Orlando"
Autor: Virginia Woolf
Tytuł: "Orlando"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 224
Virginia Woolf uważana jest za jedną z czołowych pisarek literatury modernistycznej. Urodziła się w Londynie, wychowywana w wielodzietnej rodzinie. Jej życiorys jest tragiczny: śmierć rodziców odcisnęła na niej bolesne piętno, doprowadzając do pierwszych załamań na tle nerwowym. Wykorzystywana seksualnie przez przyrodnich braci, od dziecka cierpiała na depresje. Virginia wyszła za mąż za pisarza, jednak uważa się, że z powodu jej homoseksualnej orientacji małżeństwo nie zostało nigdy skonsumowane. Woolf żywiła wielkim uczuciem swoją przyjaciółkę, również pisarkę. W wieku 59 lat popełniła samobójstwo.
Powieść „Orlando” jest zapisem niezwykłej biografii fikcyjnej postaci, którą poznajemy jako szesnastoletniego chłopca, dorastającego w epoce elżbietańskiej, a rozstajemy się z nią w roku 1928. Nie bez powodu przechodzę na rodzaj żeński, gdyż autorka zastosowała tu pewien nowatorski koncept, ale o tym później. „Orlando” jest powieścią genderową, traktującą na temat tożsamości płciowej. Płeć kulturowa to zlepek stereotypów, cech i ról, narzuconych kobietom i mężczyznom przez społeczeństwo. Dywagacje na temat tego czy rodzimy się kobietami lub mężczyznami, czy dopiero się nimi stajemy na skutek przypisywanych nam przez społeczeństwo i kulturę ról narodziły się wraz z wyodrębnieniem się ruchu feministycznego. „Orlando” doskonale obrazuje to zjawisko, całkowicie zrywając z podporządkowanymi płciom regułami. Orlando przeistacza się w Orlandę tak po prostu, zachowując wspomnienia i charakter. Jest osobą na pograniczu płci, androgyniczną, w której ścierają się dominujące zarówno u mężczyzn, jak i kobiet, cechy. Jednocześnie bohater(ka) czuje, że nie przynależy w pełni do żadnej z nich. Ta niebagatelna przemiana nie budzi w nikim zastrzeżeń: zostaje przyjęta ze spokojem. Dodatkowo seksualność bohatera/bohaterki jest dobrym tematem do dyskusji, bowiem zakochuje się on zarówno w kobietach, jak i mężczyznach.
Powieść Woolf to także rozprawa o poezji – polowanie na dziką gęś, jej klasyczny symbol. Przez trzysta lat Orlanda pisze poemat, kreśląc kolejne linijki i zabierając się za nie ponownie, nosząc tekst przy sercu. Chce osiągnąć ideał, jednak stale nanosi poprawki, niezadowolona z efektu końcowego. Jak pisze wydawca: „Jest to także autobiografia – autobiografia "żarłocznej" czytelniczki, autobiografia umysłu, który w równym stopniu żył w teraźniejszości co w przeszłości i jej księgach”.
Książkę czyta się niełatwo, ze względu na erudycyjne dygresje, nieprawdopodobny porządek zdarzeń, urywane opisy, względność czasu, niejednolitość, zawiłość. Nie jest to tekst przystępny, przy lekturze trzeba się ogromnie skupić. Jest to jednak książką, którą warto przeczytać ze względu na osobę autorki a także na niecodzienne podjęcie tematyki gender, które w powieści odnajdujemy. Osobiście, spotkałam się już z podobnym chwytem w książce współczesnej – w „Ja” Martela, toteż owo przejście z jednej płci w drugą nie stanowiło dla mnie aż tak wielkiej sensacji. Przyznam jednak, że do tego momentu lektura bardzo mi się dłużyła, nie widziałam w książce nic szczególnego, dopiero potem wszystko nabrało głębszego sensu. „Orlando” jest też parodią biografii spisywanych przez mężczyzn, ich przywiązania do prawdopodobieństwa i faktografii. Zawiera w sobie wiele warstw, możliwości interpretacyjnych… Jest to powieść ważne, eksperymentalna, i aktualna także dzisiaj. Warto ją znać.
wtorek, 26 czerwca 2012
Andrew Morton: "Tom Cruise. Nieautoryzowana biografia"

Autor: Andrew Morton
Tytuł: "Tom Cruise. Nieautoryzowana biografia"
Wydawnictwo: Philip Wilson
Stron: 432
Tom Cruise, hollywoodzka gwiazda kina, o której słyszał każdy. Znany z takich hitów jak „Top Gun”, „Rain Man”, „Wywiad z wampirem” czy „Mission: Impossible”. Postać dość kontrowersyjna. Były mąż Nicole Kidman, kochanek Penelope Cruz, obecnie mąż Katie Holmes i szczęśliwy ojciec. Człowiek, który na swoim koncie ma wiele sukcesów i wyróżnień, opieczętowanych firmową marką śnieżnobiałego uśmiechu. Ambitny, twardy, po trupach idący do celu, nonszalancki i często arogancki, ale przy tym uroczy, charyzmatyczny i łamiący kobiece serca. Członek Kościoła Scjentologicznego, budzącego skrajne emocje. Postać kontrowersyjna. Zagadka.
Chociaż nie jestem jakąś szczególną fanką talentu Cruise’a dosłownie „połknęłam” nieautoryzowaną biografię Andrew Morton’a na temat aktora. Życie Cruise’a nigdy nie było nudne czy przeciętne, dlatego czyta się ją jak dobrą powieść. Autor (biograf-skandalista, piszący wcześniej mi.in o księżnej Dianie i Madonnie) przez dwa lata zbierał materiały do publikacji, podróżując po Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Europie. Rozmawiał z przyjaciółmi Cruise’a z dzieciństwa, z jego nauczycielami, pierwszymi sympatiami, a także ze śmietanką towarzystwa. Z przeprowadzonych badań, zlepków wycinków prasowych i książkowych, opowieści, wywiadów i fotografii, wypowiedzi samego aktora i jego rodziny, wyłania się obraz człowieka-ikony.
Życie Cruise’a w zasadzie można podzielić na dwa etapy, gdzie linię graniczną stanowi jego przyłączenie się do scjentologów. Pierwsza część to czas trudnego dzieciństwa, wychowywania się w rozbitej rodzinie, zmaganie z dysleksją i próba wyrwania się w małego miasteczka. Pierwsze kroki w szkolnych teatrach, castingi, promocja agentki. Młodość aktora nie była usłana różami i czytając historię jego życia nikt nie ma wątpliwości, że potrzeba było ogromnej determinacji, samozaparcia i wiary we własne możliwości, by dojść tak wysoko. Ale ten okres to również czas pierwszych miłosnych fascynacji, a że Tom, wychowywany z siostrami, miał podejście do kobiet, w tym zgodni są wszyscy, którzy go poznali. Mimo niewielkiego wzrostu miał w sobie to coś, co zawsze pchało w jego ręce najpierw młode koleżanki, później kobiety. W miłości odznaczał się wielkim romantyzmem i czułością. Niestety, z zadziwiająca szybkością potrafił też zmieniać obiekt swoich westchnień, wycofując się z poprzedniego związku bez słowa ostrzeżenia.

Tom Cruise wstąpił do Kościoła Scjentologicznego ok. 1986 r. Decyzja ta na zawsze zmieniła jego życie. Kontrowersyjne prawdy, głoszone przez Kościół, dla aktora okazały się niezwykle interesujące. Odrzucenie psychologii i konwencjonalnych metod leczenia, wiara w reinkarnację, wzmocnienie własnego ego poprzez odnajdywanie boga w sobie to tylko niektóre z naczelnych haseł tej wiary. Sekta, która poszerza swój zasięg, poprzez werbowanie sław (John Travolta, Jennifer Lopez, David i Victoria Beckham czy politycy) nie tylko wymaga wielkich wkładów finansowych, ale również ma destrukcyjne działanie na swoich popleczników: stanowi zagrożenie dla zdrowia fizycznego i umysłowego, łamie prawa człowieka, stosuje metody zastraszania, szantażu i prania mózgu. Pod maską ‘wolności”, którą rzekomo ma oferować, scjentologia zmienia człowieka w niewolnika. Po 11 września Cruise, który początkowo nie przyznawał się oficjalnie do swoich kontaktów ze scjentologami, zaczął promować swoją wiarę, upatrując w niej ratunku dla ludzkości i stając się jej ambasadorem na świecie. Szczerze mówiąc czytając o scjentologii i obserwując jakie spustoszenie poczyniła w życiu i psychice aktora (bo jak inaczej zinterpretować jego coraz dziwaczniejsze zachowania), byłam coraz bardziej zdumiona i przerażona. Tom omotał także swoją młodziutką żonę Katie – niegdyś wesołą dziewczynę, znaną np. z ”Jeziora marzeń”, teraz zamkniętą, przygaszoną. Do sekty wciągnął także swoje dzieci – dwójkę adoptowanych z małżeństwa z Kidman, oraz małą Suri. Scjentologia wymaga poświęceń – zrywając z nią, traci się kontakt z resztą rodziny…

Książka uzupełniona jest fotografiami aktora – od czasów szkolnych, aż po aktualne. Ukazuje jego lata szkolne, wielkie miłości, a także drogę do sukcesu. Znamy go z filmów, tu mamy okazję podpatrzeć go trochę prywatnie. Znamienne jest także to, że czasem wypowiedzi aktora skonfrontowane z relacjami jego znajomych, dają dwa zupełnie inne obrazy. Ile w nich prawdy, wie chyba tylko sam Tom… Zresztą ostatnie zdanie tej książki po prostu mnie urzekło. Stanowi idealne podsumowanie.
Oczywiście polecam – tym wszystkim, którzy uwielbiają filmy Toma, oraz tym, którzy niekoniecznie – myślę, że jego biografia zaciekawi obie grupy. A napisana jest naprawdę dobrze.
Ocena: 5/6
sobota, 16 czerwca 2012
C.S. Lewis: "Zaskoczony radością"

Autor: C.S. Lewis
Tytuł: "Zaskoczony radością"
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 350
Książka „Zaskoczony radością” jest czymś w rodzaju autobiografii C.S. Lewisa, twórcy „Opowieści z Narnii”. Piszę „czymś w rodzaju”, ponieważ nie jest to biografia w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Wprawdzie Lewis drobiazgowo opisuje swoje dziecięce lata, burzliwe czasy szkolne i studenckie, jednak w tych wspomnieniach akcent pada głównie na jego rozbudowane życie wewnętrzne i na to, co autor nazwał Radością. Jest to pewne enigmatycznie określane uczucie, słodko-gorzki stan, będący zarazem tęsknotą i uczuciem spełnienia, pragnieniem i jego realizacją. Uczucie to jest szerzej omawiane przez samego autora, ale tak naprawdę tylko ludzie odbierający świat w podobny do niego sposób potrafią uchwycić kwintesencję tytułowej Radości.
W młodości Lewis deklarował się jako zdecydowany ateista, w późniejszych latach nawrócił się na chrześcijaństwo. I właśnie owo odnalezienie wiary jest tym, o czym w głównej mierze Lewis stara się opowiedzieć czytelnikowi. Zaskakująca wręcz jest jego pamięć jeśli chodzi o przedstawianie zakamarków swojej duszy w różnych okresach, zwłaszcza w młodości. Lewis potrafi spojrzeć na swoje życie krytycznym okiem i zdecydować, które wydarzenia wpłynęły na jego poglądy religijne bez wahania – choć często są to zdarzenia bardzo ulotne, kruche, zdawałoby się – marginalne. Jego opowieść to niezwykle szczera wędrówka w głąb duszy, w głąb siebie.
Lewis już od dziecka mógł się poszczycić wybujałą wyobraźnią. Wspólnie z bratem w ramach zabaw tworzyli wyimaginowane światy, w których obsadzali ludzi i zwierzęta, ustanawiali władzę i budowali historię, rozplanowując wydarzenia kolejnych epok. Zabawy te, inspirowane dziecięcymi lekturami, bez wątpienia miały wpływ na późniejsze życie autora. A pierwsze lektury wykrystalizowały jego późniejszy gust literacki. Z dzieciństwa pozostała mu zdolność kreatywnego myślenia i duża wyobraźnia. W zasadzie Lewis zawsze żył w dwóch światach: tym rzeczywistym i tym wymyślonym. Gdy było mu źle w jednym, uciekał w drugi. To, co spodobało mi się najbardziej, to sposób w jaki podchodził do książek. W zasadzie do szczęścia potrzebował tylko ich – i nawet na froncie I wojny światowej potrafił zaszyć się gdzieś w kącie, by dokończyć lekturę i zaznać chwili spokoju.
Lewis daje się poznać jako wielki erudyta. Jego oczytanie może wręcz wprowadzać w konsternację: autor wychował się na dziełach klasycznych, czytał je w oryginale i studiował bardzo wnikliwie. Później uczył się również filozofii i oba te kierunki – filologię i filozofię – znajdują odzwierciedlenie jego tekstach. Lewis wtrąca w tekst cytaty niemal automatycznie, odwołuje się do mitologii i wielu, wielu dzieł starożytnych i współczesnych niemal nieustannie. Przeciętny czytelnik dzieła klasyczne zna co najwyżej z fragmentów, a już tym bardziej nie posługuje się biegle łaciną czy greką. Dlatego ten zgrzyt czasem utrudnia odbiór „Zaskoczonego radością” – mamy wrażenie, że jesteśmy krok za Lewisem, że choć autor stara się nam przybliżyć swoją sylwetkę, wciąż gdzieś powstaje rozdźwięk.
„Zaskoczony radością” to książka przede wszystkim dla tych, którzy z twórczością Lewisa mieli już do czynienia i osoba autora jest im bliska. Biografia to jednak, jak już zaznaczyłam, niepełna. I choć mimochodem Lewis przemyca wiele informacji na swój temat, tak naprawdę ważniejsze jest dla niego pokazanie stanów duchowym, poszukiwanie wiary, odnalezienie łaski. Odkrywa przed czytelnikiem własną filozofię życia, która może zachwycić, zanudzić, zaskoczyć czy też wywołać wahanie: „no dobra, ale po co tak komplikować?”. Autor nie boi się krytykować sam siebie – przyznaje, że przez długi czas pozostawał zatwardziałym egocentrykiem, outsiderem z silnym poczuciem niezależności i że nawet po nawróceniu wielu z tych cech nie zdołał się wyzbyć. Jednak dzięki swojej rozbrajającej szczerości i dystansowi potrafi zdobyć czytelnika. Co ważne: autor nie moralizuje, nie nakłania do podążenia jego ścieżką. Przedstawia tylko określone wycinki swojego życia by podkreślić, jak wielką rolę miało nawrócenie w jego przypadku. Lektura „Zaskoczonego…” nie prognozuje jednak nagłego wzrostu wiernych w kościołach. Książka jest tylko próbą odpowiedzenia sobie na pytania: kim jestem, dokąd zdążam, czego oczekuję od życia? Polecam, choć uprzedzam, że nie jest dla każdego i nie jest też lekką pozycją.
Ocena: 4/6
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Esprit
niedziela, 3 czerwca 2012
Melanie Benjamin: "Alicja w krainie rzeczywistości"
Autor: Melanie Benjamin
Tytuł: "Alicja w krainie rzeczywistości"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 328
Każdy zna historię dziewczynki, która wpadła do króliczej nory, odkrywając tam po drugiej strony niesamowitą Krainę Czarów. Mało kto wie jednak, że autor „Alicji w Krainie Czarów”, baśni, która weszła już do kanonu klasyki, doczekała się wielu wznowień, przekładów i ekranizacji, swoją opowieść zadedykował rzeczywistej Alicji – dziewczynce, której był wielkim przyjacielem. Alicja Liddell, bo tak nazywała się naprawdę, dorastała w dystyngowanym świecie oksfordzkich wykładowców. Jej ojciec był dziekanem, a matka najważniejszą osobą w towarzystwie. Ona i jej siostry miały być damami, jednak mała Alicja dalece odbiegała od narzuconego przez normy ideału. Wciąż brudziła swoje śnieżnobiałe, drogie sukienki, kaleczyła kolana, chodziła z potarganymi włosami. Miała naturę urwisa, pragnęła swobody, jak każde dziecko. Jednak elitarne środowisko, z którego się wywodziła, narzucało surowe reguły. Świat konwenansów, wytwornych strojów, powściągliwości – dziś wydający się nam czymś dziwnym, trudnym do pojęcia. Uroczyste bale, spotkania w obecności przyzwoitki, surowa etykieta… - dzięki tej książce możemy przenieść się do XIX wieku i naprawdę na własnej skórze odczuć tamtą atmosferę.
Pan Dodgson był znajomym ojca dziewczynek, mieszkał w sąsiedztwie i wykładał matematykę. Lubił zabierać dziewczynki na spacery, opowiadał im historie, fotografował. Szczególnie upodobał sobie siedmioletnią Alicję, która wkrótce stała się jego muzą. Gdy miała dziesięć lat, pierwszy raz opowiedział historię o Krainie Czarów. Nękany jej prośbami, zaczął spisywać historię, która tuż po wydaniu (pod pseudonimem) okazała się bestsellerem. To dziewczynce podarował manuskrypt z dedykacją, to jej cechy nadał swojej bohaterce. Tych dwoje łączyła szczególna fascynacja. Jednak gdy Alicja miała jedenaście lat stało się coś, co raz na zawsze pogrzebało ich przyjaźń. W atmosferze skandalu dom państwa Liddell zatrzasnął raz na zawsze drzwi przed starszym, jąkającym się dziwakiem, który za bardzo zbliżył się do jednej z ich córek.
Powieść „Alicja w krainie rzeczywistości” M. Benjamin chociaż jest fikcją literacką, bazuje na tamtych wydarzeniach. Bohaterką i zarazem narratorką jest Alicja – poznajemy ją u kresu życia, gdy pamięcią raz jeszcze wraca do swojej młodości – wspomnień dotąd odtrącanych, zagłuszanych i wciąż nie do końca zrozumianych. Benjamin wprawdzie opiera się na faktach historycznych, ale sama przyznaje, że prawdę o związku Alicji i Lewisa Carrolla znała tylko ta dwójka. Ona spróbowała złożyć w całość kawałki, do których udało się dotrzeć z własnymi przypuszczeniami, podejrzeniami. Trzeba jednak przyznać, że udało jej się to wybornie – powieść czyta się z przejęciem, jednocześnie ze świadomością, że choć to tylko wariacja na temat losów prawdziwej Alicji, wiele z przedstawionych tu zdarzeń mogłoby mieć miejsce. Historia wydaje się autentyczna, żywa i jak najbardziej prawdopodobna. Autorce świetnie udało się wczuć w bohaterkę, oddać targające nią emocje.
Do napisania książki autorkę skłoniła oglądana niegdyś skandalizująca wystawa fotografii Lewissa Carrola. Pisarz uwieczniał na zdjęciach małe dziewczynki, często w prowokacyjnych pozach. Wśród zdjęć można odnaleźć i fotografię samej Alicji Liddell, w podartej, obnażającej ciało sukience. Co musiał czuć, o czym myśleć i czego pragnąć człowiek, który oglądał dzieci w podobny sposób? Te pytania intrygowały od zawsze. Powieść stara się nie tyle pogrążyć Dodgsona, co zrozumieć naturę jego relacji z Alicji i tego, jak owe przeżycia wpłynęły na jej późniejsze życie. Bo bez wątpienia widmo bajkowej Alicji towarzyszyło jej przez całe życie, bez względu na to jak usilnie próbowała się wyrwać z Krainy Czarów.
Wielką gratką są zamieszczone w książce trzy fotografie – wspomniane wcześniej, kontrowersyjne zdjęcie z wystawy, oraz przedstawiające Alicję jako młodą kobietę i staruszkę. Książka podzielona jest właśnie w taki sposób – na trzy części: dzieciństwo, młodość i starość. Jednak bez względu na to, o którym etapie życia powieść traktuje, Kraina Czarów zawsze odgrywa tu fundamentalną rolę. I choć świat odebrał „Alicję w Krainie Czarów” jako bajkową i sielankową, tak naprawdę życie zarówno Alicji, jak i Carrolla, utwór naznaczył piętnem nieszczęścia.
Warto przeczytać. Powieść stymuluje do dalszych poszukiwań. A ponieważ historia kulisów powstania „Alicji” frapowała mnie już od paru lat, na pewno nie jest to ostatnia książka, jaką na ten temat przeczytam. No i mam ochotę zwrócić się po samą "Alicję w Krainie Czarów", która wcale nie jest tylko bajką dla dzieci...
Ocena: 5/6










