poniedziałek, 14 stycznia 2019

"Śmierć Komandora" tom 1, Haruki Murakami

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 14, 2019


Murakami zagościł u mnie ponownie po dosyć długiej przerwie. Cieszę się, że sięgnęłam po 1 tom „Śmierci Komandora” w momencie, gdy drugi pojawił się już w Polsce, gdyż ta książka kończy się tak, że od razu chce się więcej. 

Kto czytał jakikolwiek tytuł tego japońskiego pisarza, wie mniej więcej czego się spodziewać po lekturze. Jeśli dla kogoś jest to pierwsze spotkanie z pisarzem, szybko wychwyci charakterystyczne cechy jego stylu. Murakami snuje swoje opowieści dosyć prostym językiem, pełnym podsumowań i powtórzeń, jego opisy są dosyć systematyczne, uporządkowane, spisywane trochę jak dziennik: robiłem to i to, później to i tamto. Nie brak też naturalizmu, na przykład przy dosyć przedmiotowym podchodzeniu do seksualności. Trzeba się do tego przyzwyczaić, i dać się ponieść historii. Bo chociaż z jednej strony wydaje się, że w życiu bohaterów Murakamiego niewiele się dzieje, z czasem te niby codzienne, zwykłe czynności składają się na obraz czegoś większego, niesamowitego, wymykającego się z ram racjonalności. Tak jest i tym razem. Ja „połknęłam” tę książkę w jeden weekend. Bo jeżeli przyzwyczaimy się już do japońskiego świata i zachowań bohaterów, które dla nas Europejczyków mogą być momentami dziwne i niezrozumiałe, gdy zatopimy się całkowicie w tym świecie, lektura po prostu nas poniesie, całkowicie zaprzątając nasze myśli. 

Bohaterem książki jest porzucony przez żonę malarz. Mężczyzna zostawia wszystko i udaje się w kilkumiesięczną podróż bez celu, by poukładać sobie życie na nowo, a później zamieszkuje w domu przyjaciela, należącym niegdyś do jego ojca, uznanego malarza. Tam stara się na nowo odnaleźć radość z malowania, którą stracił wykonując nudną pracę portrecisty. Jednak mijają dni i tygodnie, a malarz nie jest w stanie zacząć pracy, wciąż wpatruje się w puste płótna. Pewnego dnia otrzymuje telefon od swojego agenta – dostaje tajemnicze zlecenie na kolejny portret, i to za bardzo wygórowaną stawkę. Bohater decyduje się przyjąć zlecenie, po raz ostatni. Tak nawiązuje znajomość ze swoim zamożnym sąsiadem, panem Menshiki. To przedziwna postać – człowiek o białych włosach, skrywający w sobie wiele sekretów. Czas upływa więc bohaterowi na malowaniu portretu, do którego Menshiki mu pozuje, na prowadzeniu kursów malarstwa, na romansach z dwoma zamężnymi kobietami. Którejś nocy malarza budzi głos odległych dzwonków, powtarza się to wielokrotnie. Szukając źródła tego dźwięku, uruchamia całą lawinę nieprawdopodobnych zdarzeń. 

Książka Murakamiego jest bardzo klimatyczna. Momentami opowieść traci realizm, a czytelnik zaczyna mieć ciarki na plecach, atmosfera gęstnieje. Ten nastrój grozy dosłownie wbił mnie w fotel, dawno żadna książka tak bardzo nie oddziaływała na moją psychikę – może też dlatego, że z natury unikam wszystkiego, co straszne, naprawdę nie lubię się bać. Murakami natomiast za pomocą z pozoru niegroźnych szczegółów, buduje napięcie. Do powieści wkraczają elementy surrealistyczne. Poznajemy też coraz więcej faktów z przeszłości bohaterów, ich historie zdają się posiadać drugie dno i mieć konsekwencje w teraźniejszości. Bardzo lubię to, jak autor splata losy różnych bohaterów pokazując, że nic nie jest przypadkowe. 

Podobają mi się zwłaszcza fragmenty o sztuce malarstwa, o tym jak farny i płótno przemawiają do malarza, jak obraz czasem sam się wydobywa spomiędzy pociągnięć pędzla. Zawsze żałowałam, że nie mam ani trochę talentu w tej dziedzinie, bo to coś niesamowitego, przenosić swoje uczucia na sztalugę. Obok malarstwa mamy również muzykę, kolejny raz bohaterowie zasłuchani są w operę i potrafią pięknie mówić o tym, co wzbudza w nich muzyka. U Murakamiego zwykle pojawiają się też zagadkowe postaci kobiece, dotknięte jakimś piętnem – mamy tutaj wspominaną, zmarłą córkę głównego bohatera oraz dziewczynkę, którą portretuje. Chociaż Murakami portretuje swoich bohaterów dość pobieżnie, więcej ukrywając, niż nam pokazując, to właśnie tam pomiędzy wierszami można najwięcej wyczytać. Stale mnie zaskakuje, jak on to robi. 

Książka urywa się w dosyć ważnym momencie, trudno sobie wyobrazić, że to koniec, ciąg dalszy po prostu jest potrzebny. Na szczęście mam już drugi tom i niedługo się za niego zabiorę, a wtedy będę mogła podsumować tę przedziwną historię. Póki co jestem poruszona lekturą, bardzo na plus.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon