czwartek, 29 września 2011

Georges Vigarello: „Historia urody”

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 29, 2011 8 komentarze


Współczesna kobieta jest świadoma swojej urody i potrafi ją eksponować. Puder, róż, cienie do powiek, szminka czy tusz do rzęs, lakier do paznokci i perfumy - to tylko niektóre z upiększających kosmetyków, pozwalających na poprawę wyglądu. Do tego dochodzi jeszcze odważny, podkreślający kształty i skąpy ubiór, modne uczesanie, dbanie o zdrowie i figurę. Gdy i to zawodzi, zawsze można jeszcze oddać się pod rękę wprawnego chirurga plastycznego. Żyjemy w czasach, gdzie miła aparycja jest podstawą sukcesu, gwarantem dobrego samopoczucia. Jednak czy zawsze tak było? Jak wielką drogę musiała przejść historia, by znaleźć się w punkcie reprezentowanym przez współczesność? Aby zdać sobie z tego sprawę wystarczy cofnąć się do średniowiecza, które skupiało się tylko na walorach duchowych, czy renesansu, powoli przełamującego ten nurt, wciąż jednak dalekiego temu, co zastajemy teraz. Piękno w renesansie to przede wszystkim ciało naturalne, wyzbyte ze sztuczności, unikające opalenizny, wręcz blade. Uwaga koncentrowała się na „górze”: twarzy, oczach, dłoniach, piersiach, o ciele mówiło się mało i zawsze o ubranym, ukrytym pod warstwą stroju. Jak bardzo odbiega ten kanon od dzisiejszego, ile przewrotów musiało się dokonać, by to zmienić…

Georges Vigarello, francuski historyk, od kilkudziesięciu lat bada przeobrażenia, jakie zaszły w historii, odnośnie postrzegania ciała. W swoich wcześniejszych publikacjach zajął się m.in. historią zdrowia i choroby, czystości i brudu, szczupłości i otyłości, prześladowań, gwałtu („Historia zdrowia i choroby”, "Czystość i brud", „Historia gwałtu”), teraz, kolejną książką, uzupełnia wcześniejsze badania, poddając obserwacji kanon piękna. Jego zainteresowania nie dotyczą jedynie poszukiwań idealnego wzoru, odzwierciedlenia piękna czystego, ale zajmują się szeroko pojętym upiększaniem ciała: począwszy od barwiczek, różów i bielideł, poprzez suknie, gorsety i uczesania, na samoświadomości ciała, jego pielęgnacji i technik poprawiania skończywszy.

Autor śledzi osiągnięcia poszczególnych epok, sprzyjające rozwojowi technik upiększania. Odwołuje się do wynalazków takich jak lustro czy waga, teatr i kino, które rewolucjonizują rynek. Książka podzielona jest na pięć części, z których każda szeroko omawia inny okres czasu: od wieku XVI–stego, po współczesność. Swoje badania Vigarello popiera tekstami źródłowymi, pismami, które przywołuje, cytatami, statystykami i interpretacją malarstwa. Zwraca uwagę na słownictwo ówczesnych twórców i jego ewolucję, doszukując się tym samym zmian w życiu codziennym ludzi tamtych epok. Przygląda się ciału, ubiorowi, technice i stylowi życia, upatrując w nich źródła zmian.

Styl badacza jest naukowy, bogaty w terminologię i przypisy, jednak książka jest przystępna w odbiorze. Jedynymi minusami są: obecność przypisów nie u dołu strony, pod tekstem, ale zebranie ich z tyłu książki (przeszkadza to w lekturze) oraz brak reprodukcji omawianych przez pisarza dzieł malarskich, które stanowiłyby oczekiwany kontekst.

„Historia urody” jest przede wszystkim znakomitą pozycją dla historyków, kulturoznawców i filologów, ale nie tylko. Autor wzbogaca swoje dzieło o ciekawe przykłady, anegdoty i zestawienia, które wpływają na lepszy odbiór całości. Czytelnicy, którym jest znany z poprzednich publikacji, odnajdą w najnowszej pozycji tę samą pilność, dociekliwość i fachową wiedzę, obecną w poprzednich, a ci wszyscy, którzy nie mieli jeszcze styczności z Vigarello, będą mogli uzupełnić swoją wiedzę. Historyk podejmuje się interesujących tematów, badając wpływy przeszłości na współczesność, wyszczególniając drogę ewolucji ideału piękna. Publikacja warta uwagi i wnosząca wielki wkład w historię obyczajów.


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję serwisowi Czytanie Nie Szkodzi i wydawnictwu
Aletheia.


Co czytać?

poniedziałek, 26 września 2011

Margaret Atwood: "Rok Potopu"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 26, 2011 13 komentarze

„Rok Potopu” Margaret Atwood – antyutopijna wizja przyszłości świata. Książka, która daje do myślenia, zmusza nas do zatrzymania się i zastanowienia nad własnym postępowaniem, nad tym dokąd zmierza człowiek i jakie mogą być rezultaty tej ekspansji. M. Atwood w swojej powieści nakreśliła kunsztowną wizję zdegenerowanego świata, bliskiego upadku. Jej surrealistyczna wizja, bliska science-fiction, świat wynaturzony i przejaskrawiony, a przy tym tak prawdopodobny, robi jednak piorunujące wrażenie i powoduje, że zaczynamy uważniej przyglądać się postępowi, nauce i technologiom, na co dzień bombardującymi nas nowymi odkryciami, cudami techniki, modyfikacjami genetycznymi i wynalazkami, za które jednak przyjdzie nam zapłacić…

Pisarka tworząc „Rok Potopu” czerpała ze swojej poprzedniej powieści „Oryks i Derkacz”, rozwijając zapoczątkowane tam motywy. Niestety nie czytałam tamtej powieści i nie jestem w stanie stwierdzić, na ile „Rok Potopu” jest kontynuacją, na ile swobodnym nawiązaniem, niemniej jednak pojawiają się już tam bohaterowie, których spotykamy również w najnowszej powieści. Atwood uznawana jest obecnie za jedną z najwybitniejszych pisarek kanadyjskich, wymienianą jako kandydatkę do literackiej Nagrody Nobla, a jej najnowsza powieść dowodzi, jak słuszne są to oceny.

Światem rządzi skorumpowana korporacja, a jej członkowie żyją w zamkniętej, bezpiecznej strefie. Wszystko, co poza, przyprawia o lęk – ludzie, którzy próbują się przeciwstawić zostają zlikwidowani, a ci, którzy żyją na obrzeżach miasta w nędznych plebsopoliach, są zastraszani i z trudem wiążą koniec z końcem. Każdy ruch jest kontrolowany, ludzie żyją w brudzie, żywią się chorobotwórczą żywnością, a od czasu do czasu po prostu przepadają, stając się np. dodatkiem do hamburgera lub materiałem na handel. Prawdziwym piekłem są paintbóle – miejsca zsyłki dla więźniów, z których cudem wychodzi się żywym. Jest jeszcze jedna grupa – ekologiczna sekta Ogrodników, żyjących w zgodzie z naturą, kierujących się Biblią. To miejsce, gdzie można odnaleźć azyl. Ogrodnicy, pod przewodnictwem Adama Pierwszego, żyją w bezpiecznej kryjówce. Są wegetarianami, żywią się tym, co sami wyhodują, trzymając się zasady, że nie można jeść tego, co ma twarz. Poglądy Ogrodników są jednoznaczne: sprzeciwiają się działaniom korporacji, eksperymentowaniu na ludziach, innych żywych gatunkach i jedzeniu, wszelkim modyfikacjom i ciemiężeniu. Zrzeszają rodziny, wychowują dzieci, obchodzą swoje święta i żyją w pokoju. Zapowiadają nadejście Bezwodnego Potopu, który położy kres nieprawościom, ukarze ludzi, zaprowadzi porządek, ocali niewinnych i pozwoli im zaludnić świat na nowo, zgodnie z Bożą wolą. To prorocze słowa, gdyż wkrótce śmiertelna pandemia ogarnia cały świat…

Wykreowany przez Atwood świat poznajemy za sprawą dwóch bohaterek: Toby i Ren. Książka podzielona jest na rozdziały, z których każdy zaczyna się okolicznościową mową Adama Pierwszego, następnie odnajdujemy tekst przypisanego do obchodzonego święta hymnu, wyśpiewywanego przez zgromadzonych. Dalej następuje narracja: trzecioosobowa w przypadku Toby, pierwszoosobowa ze strony Ren. Opisywane są wydarzenia teraźniejsze – rok dwudziesty piąty, Rok Potopu, ale zaraz potem przywoływane są wydarzenia wcześniejsze, sięgające aż do początków działalności zgromadzenia. Pozwala to nie tylko zbliżyć się do ocalałych bohaterek, poznać ich wcześniejsze, dramatyczne losy, ale również odnaleźć się w świecie stworzonym przez pisarkę, poznać jego prawdziwe oblicze, zaznajomić się z niespotykaną florą i fauną (z takimi cudami jak np. lwiagnior, połączenie owcy i lwa), a także z wszechwładną siłą bezlitosnego KorpuSOKorpu. Mimo, że początkowo czytelnik może pogubić się w hierarchii tego świata, za sprawą dwóch różnych punktów widzenia bohaterek bardzo szybko wychwytuje najistotniejsze wątki, chłonąc ich pieczołowicie przedstawione historie i czekając na punkt przecięcia się obu opowieści.

Powieść Atwood to majstersztyk, godny polecenia. Książka spójna, wielowątkowa, w której zadbano o najdrobniejszy szczegół, przekonywująco oddając realia wyimaginowanej rzeczywistości. To zarazem obfita we wskazówki i ostrzeżenia proza, będąca przestrogą: jeżeli w dalszym ciągu będziemy niszczyć planetę, która nas żywi, z pewnością obróci się ona przeciwko nam… Autorka jednak nie daje nam żadnej recepty, pozostawia powieść z otwartym zakończeniem, do którego każdy może dopisać swój własny ciąg dalszy. Czytanie, z uwagi na wyrafinowany styl autorki, daje dużo przyjemności. Znakomita, wybitna, po prostu rewelacyjna.

Ocena: 6/6

wtorek, 20 września 2011

Stephenie Meyer: "Drugie życie Bree Tanner"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 20, 2011 16 komentarze

„Drugie życie Bree Tanner” S. Meyer to krótka powieść, powstała na motywach 3 części sagi „Zmierzch”, „Zaćmienie”. Historia młodej wampirki, z którą Bella ma styczność zaledwie przez parę minut, a jednak jest to moment znaczący – Bella dostrzega w Bree odbicie swojej własnej, nieuchronnej przyszłości – stała się zalążkiem do napisania dodatku do sagi. Jak twierdzi we wstępie autorka: „… jej historia jest bardzo ważna dla zrozumienia całości”, po czym obiecuje nam odkrycie wielu sekretów z życia nowonarodzonej. Czy wywiązuje się z obietnicy?

Uprzedzę od razu, że nie. Nie wiem po co powstała ta powieść. Oczywiście, pomijając medialny szum i kolejne zera na koncie pisarki. Dostajemy zapowiedź uzupełnienia wiadomości o Bree, która dopiero co wkroczyła w ten złowrogi świat, jednak pozostajemy rozczarowani. Książka jest krótka i niewiele wnosi: o swoim poprzednim, ludzkim wcieleniu Bree mówi niechętnie, wiemy tylko, że uciekła z domu od brutalnego ojca i ma około szesnaście lat. Poznajemy ją w momencie, gdy Riley, pod wodzą Victorii, szykuję armię do walki z Cullenami. Bree jest bystrzejsza niż inne młode wampiry, szybko brata się z równie inteligentnym Diegiem, a ich przyjaźń ma szansę przerodzić się w coś więcej, jednak czytelnik od samego początku zna zakończenie i wie, co stanie się z bohaterką. Ten finał sprawia, że książka pozbawiona jest elementów zaskoczenia, ekscytacji. Trudno polubić tę młodą osóbkę, gdyż tak właściwie nawet nie mamy szansy jej poznać: szczątkowe informacje o jej biografii, opis zaledwie kilku dni życia i walka, a następnie spotkanie z Volturi, przynoszące jej kres. Książka w ogóle nie wciąga, a wszystkie wątki zostają zakończone równie nagle i szybko, jak się rodzą. W dodatku styl autorki nie uległ poprawie, nadal jest prosty i lakoniczny, a dialogi drętwe i równie nieciekawe. Całość jest nudna, monotonna i przystępna może jedynie dla zapalonych fanów. Nie polecam i właściwie szkoda mi nawet słów na tę pozycję. Strata czasu. A w dodatku z zapowiedzi wynika, że autorka szykuje nam jeszcze parę takich arcydzieł…

Ocena: 2/6

poniedziałek, 19 września 2011

@trament nr 3

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 19, 2011 8 komentarze


Chwilowo mam małe problemy z Internetem, więc jest mnie mniej, ale dziś chciałam Wam przedstawić nowy numer elektronicznego magazynu, @tramentu.

Co udało nam się osiągnąć przez miniony miesiąc? Najważniejsza informacja to ta, że mamy już swój własny numer ISSN, przyznawany oficjalnym czasopismom, odpowiednik książkowego ISBN. @trament można też znaleźć w kolejnych e-księgarniach, m.in. ebook.pl, virtualo.pl, www.libranova.eu, tak więc rozszerzamy swoją działalność i docieramy do kolejnych czytelników.

Trzeci, bieżący numer, dotyka tematu PAMIĘCI, a w nim:

• Mężczyzna, który zapominał drogi powrotnej - o tym, co się dzieje, kiedy człowiek traci pamięć,
• Techniki wspierania pamięci - kilka cennych rad jak się uczyć, przydatnych po powrocie do szkoły,
• Jak powstawały moje książki, czyli słów kilka o procesie twórczym - artykuł Krystyny Habrat na temat jej powieści i inspiracji do pisania, które można czerpać z życia codziennego,
• Poradnik pisarza, a w nim kilka rad skąd wykombinować kasę na wydanie własnej książki,
Konkurs - do wygrania zestaw ebooków

Ponadto, jak zawsze działy:

Poezja
Migawki
Moja książka
Recenzowo
Opowiadania

A w nich wiele ciekawych utworów, wierszy, opowiadań i polecanych książek.
Plus przepiękne zdjęcia, również oscylujące wokół tematu pamięci.

Co tu mówić więcej, zapraszam do ściągania.

Do kolejnego numeru będę też wkrótce zaczynała zbierać materiały związane z żywiołem wody. Będą mi m.in. potrzebne też Wasze recenzje. Jeżeli ktoś czytał książkę, która nadawałaby się (żegluga, morskie stworzenia i potwory, piractwo, wysepki itp.) to bardzo proszę o info :)

Do pobrania m.in. tutaj

piątek, 16 września 2011

Red. D.L. Howard: "Dexter. Taki sympatyczny morderca"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 16, 2011 21 komentarze

„Kocham Dextera, a jeśli to jest złe, to nie chcę być dobra”.

Najpierw muszę uprzedzić, że recenzja może zawierać serialowe spoilery dla tych, którzy serii nie oglądali, choć starałam się je zminimalizować. Książka „Dexter: taki sympatyczny morderca” to studium osoby Dextera, serialu, jak również powieści, na kanwie której powstał. Nie da się jej czytać, nie znając naszego mrocznego (anty)bohatera i nie obejrzawszy przynajmniej trzech pierwszych sezonów serialu. Ponieważ autorzy rozwijają wiele kwestii, zawartych w seriach, analizują fenomen Dextera, jego osobę i interakcje z innymi bohaterami, różne wątki, a także gatunek sam w sobie, by odnieść satysfakcję z lektury, trzeba najpierw obejrzeć serial. Dlatego, jeśli ktoś jeszcze z Dexterem nie miał styczności – radzę najpierw nadrobić zaległości, a naprawdę warto.

Dexter Morgan. Na pierwszy rzut oka niepozorny, przystojny, sympatyczny biały mężczyzna z klasy średniej, może trochę małomówny i outsider, ale jednak budzący pozytywny odbiór. Wychował się w przybranej rodzinie – jego przyszywany ojciec Harry był policjantem, siostra poszła w ślady ojca, a on sam również pracuje na posterunku w Miami – jest ekspertem od badań krwi. Ten spokojny, ułożony wizerunek burzy druga, ciemna strona Dextera – nie ukrywa on bowiem, że żyje w nim Mroczny Pasażer, żądny krwi. Dexter jest seryjnym mordercą, który jednak w swoich morderczych działaniach posiłkuje się wpojonym mu przez przybranego ojca kodeksem – zabija tylko tych, którzy w jego odczuciu na to zasługują. Ludzi, którzy sami mordują dzieci i niewinnych, są impulsywni i nie stosują żadnych moralnych zasad. Krótko mówiąc, jego mroczna pasja to nic innego jak przedłużenie policyjnej służby w tych przypadkach, gdzie prawo jest bezsilne. To wrażenie moralności sprawia, że Dexter, mimo swojego prawdziwego oblicza, jest bohaterem fascynującym, wywołującym u widza aprobatę. Fenomen Dextera – antybohatera, dokonującego krwawych masakr, ale zarazem przykładnego brata, męża i ojca, budzi wiele spekulacji, a autorzy książki „Dexter: taki sympatyczny morderca” postanowili się z nimi zmierzyć, by uchwycić istotę powodzenia serialu.

Twórcy książki, pod przewodnictwem D.L. Howarda, to ludzie, którzy wiedzą, o czym piszą. Już we wstępie zostają przedstawione ich sylwetki: są to wybitni profesorowie, wykładowcy, filmoznawcy, kulturoznawcy, filolodzy i filozofowie, słowem: ludzie wybitni, co potwierdza rzetelność i poziom zamieszczonych w książce artykułów i esejów.

Głównym paradoksem, który starają się rozwikłać autorzy, jest akceptowalny sposób przedstawienia głównego bohatera serialu, który choć jest mordercą, wywołuje również u widza sympatię, a ponadto – możemy się z nim utożsamiać. Krok po kroku autorzy przedstawiają triki scenarzystów, dzięki którym udało się uzyskać ten efekt. Mimo tego, że Dexter zabija, kibicujemy mu i paradoksalnie nie zauważamy absolutnego zła w jego poczynaniach. Dlaczego? Odpowiedź oczywiście znajdziemy w książce.

Pozycja zawiera m.in. wywiady z Jeffem Lindsayem, autorem książek o Dexterze, a także z Jamesem Manosem Juniorem, scenarzystą i producentem związanym z serialem. Poznajemy wiele ciekawostek, dotyczących zarówno historii powstania książki, czerpania pomysłów, serialowych odstępstw i planów na kolejne powieści, oraz szczegóły związane z przeniesieniem książki na ekran, wizji niektórych odcinków i pracy nad serialem. Są to bardzo ciekawe, obfite w trafne spostrzeżenia i cenne w wiadomości rozmowy.

Książka podzielona jest na pięć części, a każda z nich zawiera kilka artykułów, zgłębiających tajemnice „Dextera”. Mam oczywiście kilka swoich ulubionych typów. Przede wszystkim „Analiza czołówki” A. I. Karpovich – pasjonujące wyjaśnienie kilkunastosekundowego filmiku wprowadzającego do serialu, który skrywa wiele treści. Znana miłośnikom serialu hipnotyzująca czołówka, w której oglądamy poranne czynności Dextera, takie jak golenie, przygotowywanie i spożywanie śniadania oraz ubieranie się i wychodzenie z domu, jednocześnie obnażająca makabrę tych rytuałów, opatrzona idealną ścieżką dźwiękową, zostaje przez autorkę artykułu dokładnie zinterpretowana. Nawet tak niewinny obrazek, jak komar pijący krew Dextera, następnie ginący pod wpływem jego odruchu, niesie zapowiedź akcji serialu: płynność ról sprawca-ofiara, ich naprzemienność, żądza krwi i śmierć, to przecież motor napędowy tej serii. A dalej jest jeszcze ciekawiej.

Do gustu przypadły mi bardzo m.in. artykuły zatytułowane: „Harry Morgan: (post)modernistyczny Prometeusz” D.L. Howarda, „Seks, psychoanaliza i sublimacja w Dexterze” B. Johnsona oraz „Braterstwo krwi: Brian + Dexter + Miguel” F. Boyle. Pierwszy z nich porusza relację Dextera i jego przybranego ojca, ideę kodeksu i proces wychowania dziecka na seryjnego zabójcę. Harry zostaje porównany do Frankensteina – tak jak i on tworzy potwora i kiedy uzmysławia sobie, co zrobił, czuje wstręt i przerażenie. Między tymi dwoma bohaterami zachodzi więcej szczególnych konotacji. Drugi z tekstów zakłada, że rytualne mordy są dla Dextera rodzajem przeniesienia popędu seksualnego i jego zaspokojenia, gdyż nie da się ukryć, że traktuje je jak sztukę. Pada wiele argumentów, przemawiających za tym stanowiskiem. I wreszcie trzeci, genialny artykuł, kontrastuje Dextera z jego rodzonym bratem i Miguelem, bratem krwi, przyjacielem, który przez pewien czas dzieli z nim sekret. Ciekawa analiza ich kontaktów, więzów i zależności, kończących się dramatycznie, jest naprawdę godnym polecenia esejem.

W innych tekstach autorzy szukają pierwiastków różnych gatunków w serialu: od komedii począwszy, na horrorze skończywszy. Znajdują się tu również teksty analizujące kodeks Dextera i jego słuszność, jego moralność i sposób, w jaki zostaje usprawiedliwiany i wiele innych. Książka posiada również dodatki: „Przewodnik po odcinkach” wytłuszczający dotychczasowe pięć serii, tytuły odcinków i rok powstania oraz „Przewodnik po powieściach” zawierający krótkie streszczenia. Pokazują one, jak bardzo serial różni się od książek i z jakimi sprawami boryka się literacki odpowiednik naszego bohatera.

Do wad książki mogę zaliczyć fakt, że powstawała w oparciu jedynie o trzy pierwsze sezony, zanim ukazały się następne. A szkoda, bo czwarta i piata seria niosą ze sobą znów mnóstwo ciekawych rozwiązań i zachowań, o których koniecznie chciałabym przeczytać. Oprócz tego wychwyciłam w tekście kilka drobnych literówek, no i cena – 37 zł, jest chyba troszkę zbyt wygórowana jak na to wydanie. Są pewne przykłady, które powtarzają się w artykułach, ale są to powtórki konieczne, gdyż każdy tekst stanowi zarazem odrębną całość. Na pewno nie jest to książka lekka, do przeczytania w jeden wieczór, gdyż zawiera teksty teoretyczne i odpowiednią terminologię, ale autorzy starali się pisać w sposób przystępny i czytelnik nie powinien mieć problemów z przyswojeniem treści. Można czytać z zachowaniem sugerowanej kolejności, można wybiórczo – co kto woli. Niemniej jednak, polecam.

Mogłabym o tej książce pisać i pisać, ale sadzę, że najlepszym wyjściem jest po prostu sięgnięcie po nią i przekonanie się na własnej skórze, czy warto. To „Dexter” w pigułce, obalanie mitów, tworzenie nowych i próba rozrachunku z serialem. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich zapalonych fanów, źródło ciekawostek i nowinek.

Ocena: 6/6

Książkę do recenzji otrzymałam z serwisu nakanapie.pl, za co serdecznie dziękuję.



Link do książki: klik

środa, 14 września 2011

Pomocyyy :)

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 14, 2011 6 komentarze

Oj, gdyby w innych dziedzinach życia wiodło mi się tak dobrze, jak ostatnio w konkursach... Ale nie ma co narzekać, tylko cieszyć się tym, co jest. A mianowicie? Ledwo pochwaliłam się moją świeżą paczką z Kumiko, w konkursie na Recenzję Tygodnia wygrałam w ukochanej nakanapie.pl bon na zakupy w tej księgarni. Pytanie brzmi: na co się zdecydować, by jak najlepiej wykorzystać 50 zł? Macie w zanadrzu coś bardzo, bardzo wartego uwagi i polecenia? Chciałabym kupić coś, z czego będę naprawdę zadowolona.

Może mi ktoś doradzi?


edit: to przy czym zostałam, nad czym się zastanawiam:



















A w międzyczasie będę poszukiwać nadal :)
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon