piątek, 10 lipca 2015

Czasopismo kulturalne "Fragile"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 10, 2015 0 komentarze


Ostatnio zaproponowano mi zrecenzowanie jednego numeru czasopisma kulturalnego "Fragile" i chciałabym dziś przybliżyć Wam ten tytuł w kilku słowach.

Czasopismo niszowe, dostępne w salonach Empik, małych księgarniach oraz poprzez stronę internetową Fragile. Cena: 7 zł, przy ok. 100 czarno-białych stronach.

[Pismo kulturalne "Fragile", wydawane od 2008 roku, jest projektem artystyczno-badawczym rozumianym jako forum wymiany myśli i postaw, które ma kształtować kompetentne, spójne, zróżnicowane społeczeństwo. Kwartalnik koncentruje się na kulturze współczesnej, polskiej i zagranicznej, jej wytworach, funkcjonowaniu i odbiorze. Bada i omawia projekty kultury niszowej, promując je, oraz zagadnienia kultury popularnej, dążąc do ich reinterpretacji. Na łamach "Fragile” publikowane są teksty krytyczne, naukowe, eseje, wywiady i recenzje.] - 
 http://pisarze.pl/index.php/prasa-literacka.html 

Zawartość czasopisma podzielona jest na pięć kategorii głównych: Muzykę, Film, Sztukę, Literaturę i Teatr. To daje duże pole do popisu  sprawia, że każdy powinien znaleźć temat dla siebie. Gdy szukam słowa, oddającego ducha poszczególnych materiałów, artykułów, przychodzi mi do głowy jedno - akademicki. Naprawdę można się poczuć trochę tak, jakbyśmy znów zasiadali w sali wykładowej (a czasem brakuje mi tych studenckich chwil :)) Dobre teksty krytyczne, wywiady, recenzje.  Prace są rzetelne, wyczerpujące, widać trud i wkład w nie włożony. Oczywiście nie każdy musi sięgać po tego typu tytuły, nie dla każdego będą one interesujące, ale wierzę, że dobrze jest od czasu do czasu przynajmniej sięgnąć po coś z wyższej półki.


Z zawartości tego numeru mnie najbardziej zainteresował artykuł "Atelier muzyka", który rzuca sporo światła na to, jak to jest być muzykiem, ile wyrzeczeń wiąże się z tą pracą. Tekst odwołuje się m.in do znakomitego filmu "Whiplash" i pokazuje, że obraz wcale nie jest tak bardzo przesadzony...

Drugim, polecanym przeze mnie tekstem, jest "Creative writing - wybawienie czy pułaka", czyli temat bardzo na czasie. Trochę o tym, jak to naprawdę jest z pisaniem - czy pisać każdy może, jak rodzi się talent i czy pisania można się nauczyć. Co z kursami pisania, poradnikami, warsztatami - czy teksty, które wychodzą spod pióra wychowanków takiej szkoły, są mniej wartościowe?

Numer utrzymany jest w oszczędnej, czarno-białej stylistyce. Zdaję sobie sprawę, że w tej czy podobnej cenie powstaje wiele innych, kuszących czasopism i bardzo ciężko przebić się tytułom kulturalnym, które nie gonią za rozgłosem. Przeglądając "Fragile" czułam, że wydają je ludzie z pasją, którzy kochają to, co robią i chcą się dzielić swoją wiedzą z innymi, a takie działania popieram. Nie wszystkie artykuły były dla mnie, nie każda z tych dziedzin głeboko mnie interesuje, ale doceniam i cieszę się, że na naszym rynku można odnaleźć takie pozycje.

niedziela, 28 czerwca 2015

Jasper Jones, Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta, Osobliwy dom pani Peregrine

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 28, 2015 1 komentarze

Craig Silvey
„Jasper Jones”
Rebis, 400 str.

Książka, którą osobiście umieszczam pomiędzy moimi ulubionymi tytułami tj. „Buszujący w zbożu”; „Wszechświat kontra Alex Wood”, „Magiczne lata”. Główny bohater ma podobną wrażliwość, świadomość świata, zmysł obserwacji i dobre, podatne serce. Uwielbiam takie opowieści. 
 
Trzynastoletni Charlie pewnej nocy zostaje obudzony i wyciągnięty z domu przez Jaspera, miejscowego rozrabiakę. Dla Charliego chłopak jest jak największy autorytet, kwintesencja snów, pragnień i życzeń. Teraz połączy ich mroczny sekret – odkrywają ciało młodej dziewczyny. Chcą odnaleźć zabójcę, jednak nie mogą nikomu wyjawić prawdy o tym, co widzieli. Jasper stałby się głównym podejrzanym, zwłaszcza, że z ofiarą łączyło go coś więcej.

Książka jest magiczna. Natrafiłam na nią przez przypadek, i bardzo się cieszę. Dołącza do grona tych tytułów, które zostaną ze mną na dłużej. Nie bez powodu mówi się o niej, jak o połączeniu „Zabić drozda” i „Buszującego...”. Uwodzi w podobny sposób, zapiera dech. Polecam!


Claire North
„Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta”
Świat Książki,462 str.


Jeśli robię książkowe zakupy przez Internet, to wybieram księgarnię Aros – mają naprawdę atrakcyjne ceny. Na dzień dziecka zrobiłam sobie prezent, a w zamówieniu znalazła się między innymi ta książka. Zaintrygowała mnie tytułem i piękną okładką, reszta również okazała się warta swojej ceny. 
 
Książka jest kolejnym wariantem opowieści o podróżach w czasie. Tyle tego już było, a jednak wciąż nam się nie nudzi. Harry August umiera, a po śmierci odradza się ponownie, wiodąc kolejne, identyczne życia. Pamięta swoje poprzednie wcielenia i wybory, ale niezależnie od tego, co robi, zawsze trafia w to samo miejsce i zapada na tę samą chorobę. Nie może się wyrwać, aż do czasu... U kresu jedenastego życia odnajduje go dziewczynka mówiąc, że świat się kończy. Tylko Harry może powstrzymać katastrofę.

Historia świetnie pokazuje nieograniczone możliwości, jakie niesie ze sobą reinkarnacja. Harry wykorzystuje dar – pogłębia wiedzę w różnorakich dziedzinach, uczy się języków, podróżuje. W przeciwieństwie do innych ouroboran dysponuje pamięcią absolutną, co oznacza, że drobiazgowo zapamiętuje każdą chwilę z poprzednich wcieleń. To daje mu przewagę, ale przysporzy również przeraźliwego cierpienia z ręki kogoś, kogo uważał za przyjaciela. 
 
Przyznam, że od książek z wartką akcją, gdzie jedno sensacyjne wydarzenie goni drugie, wolę literaturę spokojniejszą, bazującą na przemyśleniach głównych bohaterów. Książki, gdzie akcja biegnie jakby dwutorowo – w świecie rzeczywistym, i we wnętrzu postaci. Ta pozycja jest idealną mieszanką obu tych dróg, dzięki czemu spodoba się zarówno fanom literatury popularnej, jak i szukającym czegoś więcej.
Mówiąc krótko, świetna książka. Czyta się jednym tchem, wciąga, zaskakuje. Pokazuje, czym grozi pęd ku władzy i zbyt szybki rozwój technologiczny. Czasem lepiej zwolnić. 

 

Ransom Riggs
„Osobliwy dom pani Peregrine”
Media Rodzina, 400 str.

Książka wydana tak osobliwie, jak zwiastuje to sam tytuł. Mroczne, czarno-białe fotografie przedziwnych dzieci, zdobiące karty tej powieści, budują nastrój. Obiecują powieść mroczną,z dreszczykiem, pełną tajemnic. W istocie jednak ten tytuł mnie zawiódł – choć spodziewałam się tego, przeczytawszy kilka recenzji, chciałam jednak przekonać się na własnej skórze. Tytuł chodził ze mną już dłuugo, więc marketing działa. Mimo, że treść nie dorównuje opakowaniu, sądzę że jest to w jakimś stopniu powieść intrygująca, na pewno inna.

Jacob dorastał karmiony opowieściami dziadka o jego niezwykłym dzieciństwie i przyjaciołach z walijskiego sierocińca. Z czasem chłopak przestaje wierzyć w opowieści o walkach z potworami, bierze je za bajki czy urojenia starszego człowieka. Do czasu, gdy dziadek ucieka, a Jacob w poszukiwaniu odpowiedzi trafia do miasteczka, w którym dorastał dziadek Portman. Tu okazuje się, że osobliwe dzieci z niezwykłych fotografii naprawdę istnieją.

Książka jest dobra mniej więcej do połowy, potem jest coraz gorzej. Szkoda, bo potencjał był wielki – świetny pomysł, niezwykli bohaterowie. Coś jednak nie zagrało. Książka nie jest ani mroczna, ani dowcipna, jak to sugeruje nota wydawnicza. Bohaterowie zostają spłyceni, autor mógł tak wiele z nich wyciągnąć, a wykorzystał tylko niewielki procent możliwości. Całość może nie jest bardzo zła, ale na pewno nie spełnia oczekiwań. Dla mnie średniak, i nawet nie ciekawi mnie kontynuacja. 
 

czwartek, 4 czerwca 2015

Byliśmy łgarzami, Kamienni bogowie, Miedzy nami...

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 04, 2015 4 komentarze

To że mniej piszę, nie znaczy, że nie czytam. Jednak zupełnie inny rytm życia w obecnym miejscu zamieszkania, trochę nie daje mi możliwości. Dziś chciałam nadrobić trochę zaległości, tym razem te literackie.



„Byliśmy łgarzami”
E. Lockhart
Wydawnictwo YA!, str. 256

Taki kolejny skarb, na mojej literackiej mapie. Książka przyciągnęła mnie wszystkim – oprawą graficzną, zastanawiającym tytułem, marką (bo już wcześniej spotkałam się z wydawnictwem Ya! i polubiłam styl wydawanych przez nich książek dla młodzieży). Wszystko to sprawdziło się – kolejny raz jestem urzeczona. I choć w książce zastosowano technikę, która od czasu do czasu pojawia się w pozycjach, które wybieram, więc nie jest niczym nowym – mimo to znowu dałam się „nabrać” i byłam autentycznie zaskoczona zakończeniem.

Po krótce – narratorką jest nastoletnia Cadence. Duża rodzina – ciotki i kuzynostwo – co roku spędzają magiczne wakacje na prywatnej wyspie. To miejsce, będące osią wszystkich zdarzeń. Młodzi ludzie tworzą zżytą grupę, nazywając się Łgarzami. To trochę przewrotna nazwa, gdyż nastolatkowie, jako jedyni w tym środowisku, zdają się reprezentować jakieś wartości. Rodzina skrywa wiele sekretów, a ich unaocznienie doprowadza do serii fatalnych zdarzeń. W tej książce nic nie jest takie, jak się wydaje. A język jest niezwykle intrygujący – oszczędny, a przy tym trafiający w sedno. Naprawdę warto przeczytać – można pochłonąć w jedno popołudnie.


„Gotuję, bo lubię”
Wydawnictwo Buchmann

Niewielka książka o kwadratowym formacie – ale za to jak pięknie wydana. Ilustracje sprawiają, że człowiek od razu staje się głodny. Książka zawiera 26 prostych przepisów na smaczne dania: od zup i dań obiadowych po desery. Przepisy naprawdę nie są skomplikowane, choć przeglądając je zdałam sobie sprawę, że niektórych składników nigdy jeszcze w życiu nie kosztowałam. Każdy przepis zajmuje dwie strony – z lewej pojawiają się zdjęcia wszystkich składników, z informacją jakie ilości będą nam potrzebne, z prawej mamy krótką instrukcję przygotowania i fotografię gotowego przysmaku – działającą na zmysły, jak najbardziej. Niektóre przepisy wydają mi się zbędne – jak np. warzywa z piekarnika, nie potrzeba tu przecież wielkiej filozofii – z drugiej strony założenie poradnika jest takie, że są to potrawy proste, nie wymagające kulinarnej wiedzy. Szczególnie przypadło mi do gustu ciasto „Zimny pies” i choć w kuchni czuję się średnio, postaram się je upichcić na dniach :)


„Kamienni bogowie”
Jeanette Winterson
Wydawnictwo Rebis, 302 str.


Mam mieszane odczucia co do tej książki. Jakiś czas temu natknęłam się na spory kiermasz taniej książki – urodzinowa akcja w jednym z marketów. Muszę przyznać, że uzupełniłam tym sposobem biblioteczne zbiory o kilka naprawdę fajnych tytułów. Ta książka była jednym z nich, trochę gorzej trafionym. 
 
Billie i Spike – intrygujące bohaterki. Poznajemy ich kolejne wcielenia, bo czas się zmienia – cofa lub wyprzedza historię. Billie – kobieta, wymykająca się stereotypom, bacznie obserwująca rozwój technologii i Spike – pierwszy tak inteligentny robot. Ta powieść przypomina trochę „Atlas chmur” w swojej formie, ale to tylko maleńki wycinek, namiastka. Wizja autorki, jej sposób przedstawienia świata przyszłości czyli tego, gdzie możemy zabrnąć, jeśli nie wysilimy się na odrobinę refleksji, jak najbardziej skłaniają do uznania. Jednak całość była trochę nużąca, nie ujawniła całego potencjału. Oceniam jako powieść średnią, ale być może jest to kwestia tego, że to nie do końca mój gatunek.

„Między nami”
Chris Cleave
Wydawnictwo Świat Książki, 320 str.

Poruszająca.

Pszczółka uciekła z Nigerii i trafiła do obozu dla uchodźców w Wielkiej Brytanii. Młoda kobieta rzuca cień światła na to, jak traktuje się tam imigrantów i jak trudno przystosować się do życia w nowym świecie, otrzymać wymarzoną wolność. Dziewczyna wyrwała się z piekła, by trafić do kolejnego. Ale gdy udaje jej się opuścić ośrodek, nie ma dokąd pójść. Zna tylko jeden adres, i to tam kieruje swoje kroki. Jej życie zostało związane z życiem pewnego małżeństwa, wiele lat temu, na afrykańskiej plaży. Wspomnienia wracają, a koszmar tamtych chwil może albo złączyć, albo na zawsze podzielić bliskie sobie osoby. Książka traktuje o dramatach – tych osobistych, i globalnych. Nie pozostawia obojętnym. Choć nie jest idealna – zawiera parę fabularnych zgrzytów – naprawdę sądzę, że warto się z nią zmierzyć. 
 
Na odwrocie okładki znajduje się wiele ciepłych słów na temat powieści – ciepła, odważna, przerażająca. Nie powiem, to one między innymi kusiły mnie do lektury, ale nie żałuję. Ta książka to coś nowego, i warto poznać tę historię. Wzrusza, szokuje, stawia niewygodne pytania: „A co my zrobilibyśmy w podobnej sytuacji?”. Naprawdę ciężko zdecydować... Cieszę się, że zupełnie przypadkiem trafiłam na tak zastanawiającą powieść.

niedziela, 24 maja 2015

Arrow, House of cards i Daredevil, czyli serialowo :)

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 24, 2015 6 komentarze


Stagnacja na blogu, chociaż czytam i oglądam... Nowe miasto, zmiana pracy, to wszystko daje o sobie znać. Mam nadzieję, że już wkrótce powrócę z większą częstotliwością wpisów, a tymczasem mały ułamek tego, co u mnie na tapecie :)




„Arrow”, serial, sezon 1

Już wspominałam jakiś czas temu, że zaczęłam oglądać ten serial. Pochodzący z zamożnej rodziny Oliver spędza na bezludnej wyspie kilka lat, podczas których zostaje uznany za zmarłego. Gdy zostaje odnaleziony i wraca do rodziny, chce wypełnić wolę zmarłego ojca – zwalczyć korupcję w swoim mieście. Gdy zapada zmrok, staje się zamaskowanym Łucznikiem, walczącym o dobro. Ale policja ma zupełnie odmienne spojrzenie na sprawę – dla nich mężczyzna jest po prostu mordercą. 
 
Arrow” to dla mnie takie połączenie Robinsona Crusoe, Spider-Mana i Batmana, czyli mieszanka całkiem dobrze rokująca. O dziwo, serial bardzo przypadł mi do gustu. Mówię tak dlatego, że pierwsze odcinki wydawały mi się trochę płaskie, sztuczne, lukrowate. Później akcja przyspieszyła, wprowadzono wiele fajnych wątków, nowych bohaterów. Oglądając ten serial ma się wrażenie, że „to już gdzieś było”, ale dostajemy tu znane rozwiązania w nowych odsłonach i naprawdę da się to polubić.



„House of cards”, serial, sezon 3

Kolejny sezon dobrego serialu z Kevinem Spacey'em w roli głównej. I tu... troszkę rozczarowanie. Francis Underwood to zawodnik bezwzględny, silny i przebiegły. Taki obraz dostaliśmy w poprzednich sezonach. Jednak gdy bohater dopiął swego i sięgnął po najwyższą władzę – prezydenturę – serial zwalnia. Coś nie wychodzi, Frank zawodzi. Nie radzi sobie z władzą, której tak pragnął, nie sprawdza się. Traci sojuszników, budzi kontrowersje, nie ma poparcia wśród ludzi. 

Trzeci sezon prezentuje miotającego się prezydenta, który zapiera się rękami i nogami, by nie stracić stanowiska. Tylko po co? Nie do takiego Underwooda nas przyzwyczajono. Nie mogłam odnaleźć się w takim rozwoju wypadków, zupełne odwrócenie ról, nic nie składało się w całość. Kryzys narasta też stopniowo w małżeństwie pary prezydenckiej – i to jeden z ciekawszych wątków tego sezonu. Claire jeszcze zaskoczy. Bez wątpienia dostaniemy ciąg dalszy, mam tylko nadzieję, że serial powróci na dobre tory. Bo tutaj - słabo, słabo.



„Daredevil”, serial, sezon 1 

Film z Benem Affleckiem w roli głównej do najszczęśliwszych produkcji nie należał, za to serialowa interpretacja komiksu jak najbardziej może skraść Wasze serca. Z jednej strony wrażenie, że wszystko to już było: zamaskowany bohater, który w pojedynkę próbuje stawić czoło mrokom własnego miasta. Szybko odkrywa, że miłość nie jest mu pisana – on stanowi zagrożenie dla bliskich, stając się równocześnie zbyt łatwym celem dla wrogów. Przyjaciele – owszem, razem można konie kraść. Ale jeśli prawda o podwójnym życiu w jakiś sposób wyjdzie na jaw – wtedy przestaje być wesoło. Z podobnymi dylematami zmaga się większość superbohaterów, ale to jednak wciąż ekscytuje, bynajmniej nie nudzi. 

Nie można odmówić temu serialowi powiewu świeżości. Jest dobrze, wciąga, daje świetną rozrywkę. Niewidomy prawnik o złotym sercu z żelaznymi zasadami, który po zmroku przeradza się w mściciela. Świetnie skrojony czarny charakter, Wilson Fisk – złowieszczy i bezlitosny, a przy tym uczłowieczony (za sprawą niezwykle dobrych retrospekcji retrospekcji). Podsumowując, tytuł oceniam wysoko i jak najbardziej czekam na kolejny sezon

sobota, 25 kwietnia 2015

David Bez: "SałatLove"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 25, 2015 3 komentarze

David Bez
"SałatLove. Zdrowe sałatki na każdy dzień roku"
Buchamann
304 str.




Kiedy zaczęłam nową pracę początkowo cieszyłam się ze stołówki z pracowniczymi obiadkami za grosze. Spędzamy w pracy dużą część dnia, i to ważne, by w tym czasie nie zapominać o posiłkach. Batonik, kanapki.... Nie zawsze to wystarczy, nie do końca jest to dobry pomysł. Organizm potrzebuje energii, nie należy o tym zapominać. Jednak ważne jest przede wszystkim to, w jaki sposób się odżywiamy. Bardzo szybko przekonałam się, że nie ma to jak własne jedzenie, gdyż po paru tygodniach takiego stołowania się „jedzeniem z proszku”, jak się okazało, czułam się nie najlepiej.

David Bez w książce „Sałatlove” porusza właśnie tę kwestię. Autor jest grafikiem i projektantem, nie jest – jak podkreśla – kucharzem. Jednak szerszej publiczności znany jest jako bloger kulinarny. David kilka lat temu zaczął się szerzej interesować tym co je, przygotowując codzienny lunch w pracy. Dużo czytał, obserwował, eksperymentował, aż stworzył swój sałatkowy projekt. Na początku każdego tygodnia robi większe zakupy do pracy – świeże warzywa, owoce, przyprawy. Zajmuje w pracowniczej lodówce całą półkę :) W porze lunchu przygotowuje wartościowy posiłek – zajmuje to niewiele czasu, a dostarcza organizmowi potrzebnych składników, i co najważniejsze – jego sałatki są zdrowe. David Bez zachęcany przez kolegów, zaczął fotografować swoje małe dzieła i umieszczać je na blogu. Książka jest wyborem „przepisów", które można odnaleźć również na blogu autora: saladpride.blogspot.com.

Sałatki wyglądają kusząco, jednak trochę trudniej przenieść to wszystko na polskie realia. Wiele z produktów, których używa autor, są w Polsce mało znane. Raczej ciężko mi sobie wyobrazić, że szykuję do pracy sałatkę z grzybami enoki, krewetkami, jagodami goji, jarmużem czy kalmarami. Wymieniłam tylko kilka z przykładowych składników, z różnych kompozycji. Właściwie dla mnie, kulinarnej ignorantki, wiele sałatek wzbudziło zastanowienie w postaci pytania „Hm, okej, tylko co to w ogóle jest?” :) Jeszcze długa droga przede mną, ale choć nie wszystkie z propozycji autora będę w stanie kiedykolwiek wypróbować, myślę że pokuszę się na eksperymenty.

Sałatki są pogrupowane tematycznie – mamy tu propozycje na cztery pory roku. Mogą ich próbować zarówno mięsożercy, jak i wegetarianie, weganie i witarianie. Autor zadbał o odpowiednie informacje przy każdej z sałatek. Książka wydana jest przepięknie, a zdjęcia kuszą. Co mnie najbardziej zaintrygowało – Bez zjada większość warzyw na surowo. Cukinia, buraki, kalafior czy brokuły – w niczym mu to nie przeszkadza.

Oryginalna książka i bardzo ciekawy człowiek. Polecam najpierw zajrzeć na blog – jeśli „poczujecie miętę”, będzie to znak, że to książka dla Was.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Maggie Stiefvater: "Złodzieje snów"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 07, 2015 2 komentarze
 Maggie Stiefvater
"Złodzieje snów"
Grupa Wydawnicza Foksal
                
Maggie Stiefvater, jak ja Panią uwielbiam!
Nie wiem czy miewacie czasem takie uczucie: "Gdybym to ja mogła napisać taką książkę, zrobiłabym to dokładnie tak samo!". W przypadku tej autorki, mam takie wrażenie co i rusz. Jej sposób pisania, to jak dobiera słowa, to jak buduje nastrój... To idealnie odzwierciedlenie wszystkich moich literackich sympatii. Bardzo ją lubię, bardzo lubię jej powieści. Niby młodzieżowe, a więc wydawałoby się - takie proste, pewnie banalne, nic trudnego... A jednak Stiefvater potrafi zaczarować, potrafi oprzeć się modzie i stworzyć bohaterów zupełnie innych, czym skradła moje serce.
                    
"Złodzieje snów" to część druga, a więc jeżeli nie znacie jeszcze "Króla kruków" czym prędzej to nadróbcie, gdyż nie da się czytać tej książki bez znajomości poprzedniej. Autorka nie ułatwia zadania - ona od razu wrzuca nas w historię, nie bawiąc się w przypomnienia: co jak i kto z kim, i właściwie w jakim celu to wszystko. Chwilę mi zajęło, zanim na nowo wsiąkłam w świat spokojnego miasteczka, Henrietty. Ale kiedy to wreszcie nastąpiło, mogłam delektować się historią strona po stronie.
             
Blue ma niecodzienną rodzinę. Jej matka i ciotki to wróżki. Ona sama nie ma zdolności magicznych. No, może poza tym, że wzmacnia moc innych. I że jej pocałunek ma sprowadzić śmierć na chłopaka, którego pokocha.
                         
Gansey, Adam i Ronan to przyjaciele z elitarnej szkoły. Szukają legendarnego Króla Kruków, a Blue dołącza do tej paczki. Przy okazji okazuje się, że oni także są nietuzinkowi. Ronan potrafi wyciągać przedmioty ze swoich snów. Gansey jest szalenie bogaty. Adam zawarł pakt z Cabeswater, który go zmienił. Jest jeszcze Noah, który tak naprawdę nie żyje. W drugiej części do tej galerii osobliwości dołącza Szary Mężczyzna. Z zawodu po prostu... płatny moderca. Podoba mi się to, że nie mamy jednego głównego bohatera. Każdy dostaje taki "swój czas" w pakiecie, każdego możemy bliżej poznać i polubić. Każdy dokłada coś do tej historii, odgrywa znaczącą rolę. Bohaterowie tworzą zespół, i choć każdy z nich jest inny, wnoszą równie wiele.

Nie będę się długo rozwodzić, po prostu gorąco polecam. Stiefvater pisze specyficznie i myślę, że albo się ją lubi, albo nie. Skupia wiele uwagi na przeżyciach bohaterów, a akcja - choć jest - ma czasem drugorzędne znaczenie. Jeżeli czytaliście trylogię "Niepokój", albo "Wyścig śmierci" i podobało Wam się, ta seria również powinna trafić w Wasze gusta.

Na zdjęciu niestety okładka testowa, gdyż czytałam książkę jeszcze przed wydaniem. Z tego powodu nie oceniam drobnych literówek itp, bo tekst miał być jeszcze poddany korekcie. Poniżej okładka finalna - bardzo podoba mi się szata graficzna tej serii.

Czekam na kontynuację! :)

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon