sobota, 4 maja 2013

Paolo Giordano: „Samotność liczb pierwszych”

Autor: Po drugiej stronie... dnia maja 04, 2013 7 komentarze


Autor: Paolo Giordano
Tytuł: „Samotność liczb pierwszych”
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 336

Mattia i Alice. Ich losy splatają się w nowej szkole. Każde z nich nosi w sobie traumę z dzieciństwa, która uniemożliwia im normalne funkcjonowanie wśród rówieśników. Obydwoje są outsiderami, padają ofiarami szkolnej przemocy, mają też problemy z własną cielesnością. Nowa przyjaźń nie jest jednak ratunkiem na wszelkie problemy. Choć wiele do siebie czują, nie potrafią wyrażać swych emocji. Poprzez lata, wchodząc w dorosłość, rozpoczynając karierę czy zakładając rodzinę, na przemian zbliżają się do siebie i oddalają. Są bowiem jak tytułowe liczby pierwsze - oddzielone jedyną cyfrą parzystą, która nie pozwala im złączyć się naprawdę.

To, co najbardziej uderzyło mnie w tej książce, to istnienie takiej wewnętrznej zadry, siedzącej gdzieś pod skórą człowieka i nie pozwalającej mu na otworzenie się przed drugą osobą. Co wykształca ranę, nie zabliźniającą się nigdy? Czasem – najczęściej? - wystarczy jedno wydarzenie, jedna chwila, jedno słowo, jeden wybór, za które pokutuje się przez lata. W przypadku Alice było to odłączenie się od grupy na narciarskim szlaku. W przypadku Matti pozostawienie siostry bliźniaczki w parku. Oboje muszą żyć z konsekwencją nietrafnych decyzji. Oboje przez to cierpią, choć każde znajduje inny sposób na zneutralizowanie bólu. Los stawia Mattię na drodze Alice. Oboje odstający od reszty, z sekretami przerastającymi rówieśników. Zbliżają się, ale ich ruchy są przypadkowe, niezdarne. Uciekają od siebie, ale jednak jest coś, co nie pozwala im się zupełnie oddalić. Mijają lata, dorastają, i wciąż są gdzieś obok siebie, i wciąż są daleko.

Paolo Giordano sugestywnie pisze o bólu. Czuje się go, niemal dotyka naszej własnej skóry. A jednak nie rozrzewnia się nad każda tragedią, nie wynosi jej na piedestał – patrzcie, współczujcie. Robi to subtelnie,wplata ją w codzienność. To sposób, który zawsze mnie zachwycał w prozie i dlatego autor zdobył moje serce. Nie każdemu się spodoba – ktoś może stwierdzić, że bohaterowie są nierealistyczni, totalnie nieprzystosowani do życia, a ich sposób postępowania jest nielogiczny. Ale to nieprawda – tragedie zmieniają ludzi. Każdy odbiera je inaczej. Im bardziej skrywa się je przed światem zewnętrzny, tym gorsze spustoszenie sieją wewnątrz człowieka. Niesamowity również jest sposób pokazania miłości, rodzącej się między dwoma zagubionymi osobami – miłości nieporadnej jak oni sami, spłoszonej, bojącej się wyjść z ukrycia.

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę? Z pewnością na sposób postrzegania świata Mattiego – chłopak to reprezentant myślenia matematycznego, umysł ścisły, podporządkowany liczbom. W odczuciu bohatera rzeczywistość można scharakteryzować matematyką. Z jego myślenia rodzi się jedna z najpiękniejszych partii tekstowych w książce, którą cytuję poniżej. Cytat pewnie dłuższy niż moja mikro recenzja, ale uważam, że jest wart uwagi, i zamieszczam go bez skrótów. To ten fragment daje wytłumaczenie czym/kim są tytułowe liczby pierwsze i dlaczego ich przeznaczeniem jest dożywotnia (?) samotność. A książkę polecam :)

„Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne, i dlatego fascynowały Mattię. Czasami myślał, że znalazły się przypadkowo w tym ciągu, uwięzione jak perełki nawleczone na nitkę. Podejrzewał też, że i one wolałyby nie różnić się od innych, być zwykłymi liczbami, tylko że z jakiegoś powodu nie potrafiły. Ta druga myśl nachodziła go przeważnie wieczorem, w tych chwilach, gdy przed snem przesuwał mu się przed oczami chaotyczny korowód obrazów, co zdarza się tylko wtedy, gdy umysł jest zbyt osłabiony, by się okłamywać.

Na pierwszym roku studiów Mattia dowiedział się, że wśród liczb pierwszych niektóre są jeszcze bardziej szczególne. Matematycy nazywają je liczbami pierwszymi bliźniaczymi. Są to pary liczb pierwszych, które z sobą sąsiadują, albo raczej prawie sąsiadują, bo między nimi stoi zawsze liczba parzysta, która nie pozwala im się stykać naprawdę. Liczby takie jak 11 i 13, 17 i 19, 41 i 43. Kto ma cierpliwość, by kontynuować liczenie, odkrywa, że liczby bliźniacze, im większe, tym są rzadsze. Natrafia na liczby pierwsze coraz bardziej odosobnione, zagubione w przestrzeni wypełnionej samymi tylko cyframi, w której panuje cisza i rytmiczny porządek. Pojawia się wtedy niepokojące podejrzenie, że napotkane dotąd pary były przypadkowe, a prawdziwym przeznaczeniem liczb pierwszych jest samotność. Później, kiedy nadzieja znika, a liczenie zaczyna nużyć, niespodziewanie trafia się znowu para liczb bliźniaczych, uczepionych jedna drugiej. Wśród matematyków powszechne jest przekonanie, że jakkolwiek długo by się liczyło, zawsze napotka się kolejną parę, chociaż nikt nie będzie wiedział gdzie, dopóki tego nie odkryje.

Mattia uważał, że Alice i on są takimi właśnie bliźniaczymi liczbami pierwszymi, samotnymi i zagubionymi, bliskimi sobie, ale nie na tyle, by naprawdę się zetknąć. Nigdy jej tego nie powiedział.”

wtorek, 30 kwietnia 2013

Haruki Murakami: "Na południe od granicy, na zachód od słońca"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 30, 2013 5 komentarze


Autor: Haruki Murakami
Tytuł: "Na południe od granicy, na zachód od słońca"
Wydawnictwo: Muza
Stron: 232

„Po pewnym czasie rzeczy twardnieją. Jak cement w wiadrze. I nie możemy już wrócić. Chcesz powiedzieć, że cement, z którego jesteś zrobiony, stwardniał, więc nie możesz być już kimś innym.”

Lubię to, jak Murakami tworzy swoich bohaterów. To postacie, o których wciąż niewiele wiemy u schyłku powieści. Są nostalgiczne, melancholijne, tajemnicze. Szczególnie kobiety – pojawiają się, nosząc w swoim wnętrzu, często niewypowiedziane do końca. I sposób, w jaki autor traktuje uczucia, miłość – jako siłę, która gna do siebie ludzi, pozostawiając w nich trwałe ślady nawet, wtedy, gdy los ich rozdziela. O tym wszystkim i zarazem wcale nie o tym jest powieść „Na południe od granicy, na zachód od słońca”.

„Wtedy jednak nic nie rozumiałem. Nie rozumiałem, że mogę skrzywdzić kogoś tak straszliwie,że osoba ta już nigdy nie dojdzie do siebie. Że można, po prostu żyjąc, zranić inna istotę tak bardzo, że rana ta już nigdy się nie zagoi.”

Hajime, jako dorosły mężczyzna, mając u swego boku żonę i dzieci, wciąż roztrząsa swoje smutne dzieciństwo i pierwszą miłość, zupełnie wówczas nieuświadomioną, do kalekiej dziewczynki, Shimamoto. Widmo tej postaci nieustannie go prześladuje – gdy tylko dostrzega gdzieś dziewczynę powłóczącą nogą, momentalnie przywodzi mu to na myśl beztroskie lata dzieciństwa z najlepszą przyjaciółką. Ich drogi jeszcze się zejdą...

„Hajime, na zdjęciach nie wszystko widać. To tylko cienie. Prawdziwa ja znajduje się gdzieś daleko. A tego nie widać na zdjęciu.”

Lubię w Murakamim właściwie wszystko. Nawet to, że wprowadza bohaterów w ten oniryczny, niejasny świat, i równie gwałtownie ich stamtąd wyrywa. To, że tylko on jeden zna prawidła rządzące tą rzeczywistością i zataja je przed czytelnikiem. Nie zależy mu na zaspokojeniu naszej ciekawości. Kluczem do tych opowieści jest właśnie pozostawienie otwartych miejsc. O uczuciach przenikliwych, intensywnych i bezkresnych, nie zawsze spełnionych, nie zawsze prowadzących do spełnienia, ale mimo to takich, o których się marzy...

”Wydawało nam się, że wiele wspólnie zbudowaliśmy, ale nie udało nam się osiągnąć ani jednej rzeczy. Życie układało nam się zbyt łatwo. Byliśmy zbyt szczęśliwi.”

wtorek, 23 kwietnia 2013

Jacek Dehnel: "Lala"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 23, 2013 5 komentarze


Autor: Jacek Dehnel
Tytuł: „Lala”
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 406


„Lala” Jacka Dehnela, młodego gdańskiego pisarza, to powieść, za którą autor otrzymał Paszport Polityki. Tytułowa Lala to postać prawdziwa – babka pisarza, i to jej poświęcona jest książka. Bo biorąc do ręki to dzieło spotykamy się z niezwykle bezpośrednim i szczerym rozrachunkiem z przeszłością. Dehnel, próbując ratować okaleczoną chorobą pamięć swojej ukochanej babci, spisuje wszystkie jej opowieści, wysłuchiwane od najmłodszych lat. Rysuje obraz idyllicznej krainy dzieciństwa, gdzie beztrosko dorastał, otaczany wspomnieniami Lali. Kobiety niezwykłej, o zachwycająco barwnym życiorysie. Wykształconej, zdolnej, pięknej. Teraz, u progu śmierci, role się odwracają. Babcia już nie pamięta, myli historie, osoby, zdarzenia. Wnuk musi dopowiadać za nią, przypominać, poprawiać. Książka ma niejako w tym pomóc. A jednocześnie stanowi świadectwo bogatego życia najbliższej osoby. Jest hołdem, złożonym u jej stóp. Obrazuje też, jak nieubłagany jest czas, jak każdego dnia coś zabiera. Wspomnienia blakną, odchodzą. Tylko papier może je zatrzymać.

Jacek Dehnel bez wątpienia jest pisarzem zdolnym, wrażliwym, posługującym się kunsztownym językiem. Aż trudno uwierzyć, że to człowiek tak młody (rocznik 1980, a książka powstawała w latach 2000-2002). Gdybym zaczęła czytać książkę nie wiedząc nic o autorze stawiałabym raczej na człowieka sędziwego,z dużym dorobkiem literackim. Dehnel objawia się jako młody-stary pisarz, oczytany, świadomy dorobku kultury, staroświecki, poważny, odmienny, wyjęty jakby z innej epoki. Ale widzimy, co go ukształtowało, gdyż biografia babki przemienia się w autobiografię autora, od najmłodszych lat zaznajamianego ze sztuką. Ja czuję się na tę prozę wspomnieniową jeszcze zbyt młoda, niedojrzała. Nie potrafię patrzeć jego oczami, nie potrafię zamyślić się nad istotą życia i śmierci, odbyć tej swoistej wędrówki do źródła własnego jestestwa. I chociaż to gawęda piękna, obrazowa i szczera, jednak jeszcze nie dla mnie. To nie ten czas.

Opowieść to niespójna, pełna dygresji, niechronologiczna. Myślę, że Dehnel napisał ją głównie dla siebie, dla swojej rodziny, babki, chcąc w ten sposób dać wyraz głębokiej miłości i szacunku. Może na pewnym etapie życia każdy z nas powinien odbyć podobną podróż, przejrzeć stare fotografie, wysłuchać opowieści najbliższych. Starsi ludzie mają w zanadrzu tyle niesamowitych historii. Czy my za kilkanaście, kilkadziesiąt lat również będziemy mieli o czym opowiadać?

Wymęczyła mnie ta proza. Czytałam naprawdę długo. A jutro spotkanie DKK w bibliotece, na którym będziemy o niej dyskutować :)

„Tę historię opowiem już za babcię. Coraz więcej opowiadam za babcię. Wszystko się rozsypuje, rozmywa, rozchodzi na strzępy.
Rozpad babci najlepiej było widać po rozpadzie narracji. Z początku brakowało tylko drobnych składowych („Co się ze mną dzieje... nie pamiętam już, niczego nie pamiętam... kto, do jasnej cholery, wystawiał w 1938 roku Lato w Nohant? To była jedna z pierwszych ról Andrycz, zjawiskowo piękna wtedy była, zjawiskowo... nie pamiętam”), potem znikały fragmenty historii, szczegóły mieszały się ze sobą i nikt nie wiedział, gdzie stała śliwa, a gdzie wiśnie, jakiego koloru była sukienka pani Iksińskiej pewnego wieczora, i tak dalej, a babcia, jak to babcia, dbała o narrację i uzupełniała ją wyobraźnią, czyli substancją innej natury. Z czasem zaczęły znikać całe opowieści, albo, co gorsza, jedne historie mieszały się z innymi, dochodziło do niezwykłych kontaminacji i absurdalnych zderzeń.”

środa, 3 kwietnia 2013

Jonathan Safran Foer: „Strasznie głośno, niesamowicie blisko"

Autor: Po drugiej stronie... dnia kwietnia 03, 2013 9 komentarze




Autor: Jonathan Safran Foer
Tytuł: „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 492



„... pomyślałem, że to wielka szkoda, że musimy żyć, ale prawdziwą tragedią jest to, że mamy tylko jedno życie, bo gdybym miał dwa, wtedy jedno spędziłbym z nią.”

Wiedziałam, że to będzie dobra książka. Oglądałam wcześniej film na jej podstawie i byłam pod wrażeniem. Nie spodziewałam się jednak, że dostanę tekst tak rewelacyjny. Idealny w wyrazie i formie. Nic dodać, nic ująć. Jonathan Safran Foer zawarł w swojej powieści wszystko, czego szukam w literaturze.

Po 11 września powstało wiele filmów i książek, które podejmowały temat ataku na WTC, szerzej, czy tylko napomykając, obojętnie. Tutaj zostaje pokazane życie po tragedii – Oskar stracił w niej ojca. Niezwykle inteligentny, bystry i pomysłowy chłopak, ale przede wszystkim ponadprzeciętnie wrażliwy, musi pochować najbliższą osobę. Trumna jednak jest pusta, a ból chłopaka narasta. Antidotum wydaje się rozwiązywanie ostatniej, pośmiertnej zagadki, jaką zostawił mu ojciec. W poszukiwaniu zamka do klucza, Oskar podróżuje po Nowym Jorku, odwiedzając ludzi o nazwisku Black. Przełamuje lęki i szuka odpowiedzi. My kibicujemy ze wszystkich sił. Czas jednak nie cofa się, dni nie biegną w tył, samolot nie zawraca, budynek nie składa się na nowo...

Tę książkę można czytać, czytać, czytać... Zachłystując się każdym słowem. Pięknym, lirycznym, zawsze na swoim miejscu. Przygotujcie się na wzruszenia. Przygotujcie się na historie, które pozostaną z wami na długo. Na łzy, ale także na śmiech. Bo strata może mieć różne oblicza i dotyka zawsze więcej osób... Syna, żonę, matkę, ojca, siostrę, ukochanego... Słowa są tu tak żywe, że niemal ich dotykamy. Polecam.

Zwiastun filmu: klik

piątek, 29 marca 2013

David Mitchell: "Atlas chmur"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 29, 2013 16 komentarze


Autor: David Mitchell
Tytuł: ”Atlas chmur”
Wydawnictwo: Bellona
Stron: 512



„Byliśmy tacy, jacy wy jesteście.”


„Atlas chmur” – przy tym tytule popełniłam kardynalny błąd; najpierw obejrzałam film w kinie, dopiero w ostatnich tygodniach udało mi się przeczytać książkę. Trafiłam na wcześniejsze wydanie (z 2006 r.).

Najpierw zachwycił mnie zwiastun filmu, i ta jedyna w swoim rodzaju melodia „Atlasu chmur na sekstet”, którą wciąż odsłuchuję sobie w wolnych chwilach. Zwiastun, który notabene równie dobrze mógłby być streszczeniem filmu, bo odsłania najcenniejsze konkluzje. Te prawdy o tym, że wszystko jest połączone, nasze życiorysy splatają się z dziejami innych, miłości, rozstania, zdrady – to wszystko przydarza się od wieków, wciąż tylko dotyka ludzi w innej formie, prawdy o reinkarnacji i odnajdywaniu w sobie pozostałości innych biografii. To chyba najważniejsze wnioski, które można wyciągnąć zarówno po lekturze ksiązki, jak i po zapoznaniu się z filmem. Piękne, ale oczywiście nie rewolucyjne. Podane jednak w nieszablonowy sposób, który zaważył o popularności dzieła Mitchella. I, jeśli chodzi o książkę, nie jedyne. Film pozostaje pod tym względem pusty.

Film w porównaniu z ksiązką został trochę spłycony. Doszło do wielu nieuniknionych skróceń i zmian, ale również wielu dla mnie niezrozumiałych (takich jak np. zupełnie inny wiek niektórych postaci). Nie chcę jednak pisać o filmie, który co prawda urzekł mnie wizualnie, w podsumowaniu jest tylko ładnym obrazkiem, bez większego przekazu. Wątki poszatkowano, wymieszano, by dodać w ten sposób trochę „ambitnego polotu”, ale do ksiązki mu daleko.

„Tylko trzy albo cztery razy, kiedy byłem młody, ujrzałem przelotnie Wyspy Radości, nim zniknęły we mgłach, niskich ciśnieniach, szybkich frontach, przeciwnych prądach i niesprzyjających wiatrach… Wziąłem je za dorosłość zakładając, że były stałym punktem krajobrazowym w podróży mojego życia, zaniedbałem zapisanie, na jakiej szerokości i długości leżą, którędy wiedzie do nich droga. Młody byłem i głupi. Czego bym teraz nie oddał za niezmienną mapę tego, co stale nieuchwytne? Za swego rodzaju atlas chmur.”

Dzieło Mitchella bywa niejasne. Niektóre z postaci posługują się specyficznym, archaicznym językiem (Zachariasz, Adam Ewing) – dlatego, przynajmniej w moim wydaniu, odczytanie tekstu - zwłaszcza w pierwszym przypadku, bo mamy tu do czynienia z językiem ubogim, zacofanym – bywało zadaniem karkołomnym. Jednak wiadomo, że był to celowy zabieg i patrząc na dzieło jako na całość, jestem zachwycona umiejętnościami autora – w jednej powieści stworzył tyle odmiennych światów i bohaterów, a każdemu z nich nadał wyraziste, indywidualne cechy. I chociaż to ksiązka, która skupia w sobie kilka zupełnie różnych historii, bardzo szybko zauważamy wszystkie smaczki – subtelne powiązania. Historie rozgrywają się w różnych epokach, w różnych wymiarach czasowych, może też w różnych światach? Trudno dookreślić czasem czas konkretnych wydarzeń, trudno wskazać miejsca akcji na mapie. Mitchell przedstawia zarówno czasy zamierzchłe, odległe, jak również futurystyczną przyszłość. Jednak w każdym z tych miejsc, w każdej z postaci możemy dostrzec echa współczesności.

Mitchell pokazuje zarówno okrucieństwo ludzi w dążeniu do władzy i zaspokajania własnych popędów i pragnień, ale również piękno – jednostki samotnie walczące z systemem, niosące nadzieję, piękno miłości, nawet tej tragicznej. W tych sześciu historiach każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Myślę jednak, że „Atlas chmur” to ksiązka do której trzeba wrócić – przy pierwszym odczytaniu pewnie zatraca się wiele cennych elementów. Jej niejednorodna, eksperymentalna budowa na pewno nie ułatwia interpretacji. Ale czy nie chodzi tu właśnie o to, by o tej książce myśleć?

I najpiękniejszy zwiastun: klik

wtorek, 12 marca 2013

Styczeń-luty zaległości!

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 12, 2013 12 komentarze

Długo nie pisałam z różnych powodów, więc teraz trudno mi zebrać wszystkie przeczytane w tym czasie książki. Nie będę więc silić się na recenzje, tylko podzielę się z Wami najważniejszymi przemyśleniami o danych tytułach. Braki uzupełnię, bo zgubiłam gdzieś karteczki z notatkami.

Mam też pytanie - jak sobie radzicie z edycją w nowym blogspocie, bo mnie to przeraża. Edytuję te notkę chyba od 30 min i ciągle nie jest tak, jak powinno. Macie jakiś łatwiejszy sposób na przechodzenie do nowych akapitów, wytłuszczanie czcionki itp., bez używania kodów?






Autor: Jacques Pradel, Luc Vanrell
Tytuł: „Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica”
Wydawnictwo: Znak
Stron: 246

Autor poczytnego „Małego Księcia” naprawdę był pilotem wojskowym. Zginął młodo, w tajemniczych okolicznościach w 1944 r. Wrak samolotu Exuperego zostaje odnaleziony dopiero po blisko 50 latach, a tajemnica jego śmierci znajduje rozwiązanie na kartach tej książki.

Szkoda, że biografia pisarza zostaje przedstawiona w tej książce w sposób bardzo uproszczony. Dowiemy się niewiele więcej niż np. z Wikipedii. Autorzy ogniskują akcję głównie wokół tajemniczego zniknięcia pilota i poszukiwania rozwiązania zagadki. Dla kogoś, jak ja nieobytego z terminologią lotniczą, wiele spraw pozostaje niejasnych. Myślę, że książka wymaga uzupełnień, ale autorzy zawarli w niej to, do czego dążyli. Na końcu uchylają rąbka tajemnicy i relacjonują jak przebiegał ostatni lot Exuperego. To niesamowite i tragiczne zarazem. W książce znajduje się wkładka ze zdjęciami, która potęguje emocje.

Od dawna chciałam dowiedzieć się więcej człowieku, który stworzył Małego Księcia, postać tak bliską mojemu sercu. W kolejce już czekają na mnie opowiadania pisarza. Na pewno przeczytam. Polecam „Ostatnią tajemnicę”, ale zaznaczam, że książka ma wiele niedociągnięć.

"Saint-Ex sprawia na mnie wrażenie umysłu, który n i e m o ż e przestać myśleć" - Rougemont o Antoine de Saint-Exupery'm.





Autor: Paula McLain
Tytuł: „Madame Hemingway”
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 400


Idąc dalej tropem wielkich nazwisk, sięgnęłam po powieść na motywach biografii Ernesta Hemingwaya i jego żony. Z kart książki wyłania nam się postać kobiety raczej naiwnej, prostej, która właściwie nie wiadomo czym zauroczyła mistrza. Ale Hadley jest przy nim, gdy nazwisko Hemingway jeszcze nikomu nic nie mówi. Obserwuje, jak rodzi się gwiazda. Wspiera w walce o sławę. A droga na szczyt była bardzo wyboista. Szkoda tylko, że im dalej, tym Hemingway wydaje się coraz mniej sympatyczną osobą. Jednak zaciekawiona życiorysem twórcy również mam ochotę przeczytać coś więcej niż opowiadanie „Stary człowiek i morze”, do którego też, rzecz jasna, chciałabym wrócić.





Autor: Edmund White
Tytuł: „Zuch”
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Stron:


Ta kontrowersyjna książka podobno zapoczątkowała nurt gejowski w literaturze. Wcześniej mówiono o tym nieśmiało, teraz tematyka homoseksualna przeżywa rozkwit. Co znaczące, nastoletni bohater powieści nie tylko nie radzi sobie ze swoją seksualnością, ale i jest przekonany o własnej chorobie. Nie akceptuje odmienności, szuka metody, która raz na zawsze mogłaby wykorzenić z niego zło. Jednak kolejne próby nie przynoszą efektów.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, jednak bardzo dojrzałe przemyślenia świadczą o perspektywie czasowej, z której przemawia do nas mówiący. Styl, który może wielu zniechęcić czy znużyć – tutaj nie dzieje się zbyt wiele, a większość opisów koncentruje się na przemyśleniach głównego bohatera.

Przyznam, że książkę czyta się raczej wolno i potrzeba oddechu, krótkich przerw od jej treści. Niemniej warto przyjrzeć się jej bliżej.







Autor: Haruki Murakami
Tytuł: „Sputnik Sweetheart”
Wydawnictwo:Muza
Stron:


„I wtedy przyszło mi coś do głowy. Co prawda jesteśmy dla siebie nawzajem doskonałymi towarzyszami podróży, lecz ostatecznie przypominamy samotne bryły metalu krążące po osobnych orbitach. Z oddali wyglądamy jak piękne spadające gwiazdy, które jednak w rzeczywistości są więzieniami, gdzie każda z nas tkwi zamknięta samotnie, zmierzając donikąd. Kiedy przecinają się orbity tych satelitów, możemy się spotkać. Może nawet otworzyć przed sobą serca. Ale tylko na krótką chwilę. Już w następnej pogrążamy się w absolutnej samotności. Dopóki nie spłoniemy i nie obrócimy w nicość.”

Murakami po prostu. Niech cytat wystarczy za recenzję.

Dla ludzi, których nie irytują niejasne czy otwarte zakończenia. Lubiących mgiełkę tajemnicy, która już zawsze nas osnuwa, gdy wracamy pamięcią do tego tytułu.

I pojęcie Doppelganera. Nie znałam go wcześniej. To jak zobaczyć nagle samego siebie. Żyć jednocześnie dwoma życiami, w dwóch światach. Interesująca koncepcja, warto poszperać w Internecie.







Autor: Justyna Bargielska
Tytuł: „Obsoletki”
Stron:
Wydawnictwo: Czarne


Autorką jest poetką. To już wiele mówi o tej prozie. Delikatnej, wrażliwej, wyrazistej. Słowo jest tu kluczem. A temat? Tak kobiecy, tak bolesny, a przy tym autorka dokonała czegoś, wydawać by się mogło, niemożliwego. Potrafi pisać o nim bez patosu, wtłaczać go w formę anegdoty. Pojawia się nawet humor. A jednak wciąż krążymy wokół straty. O poronieniach, w tak dotkliwej liczbie mnogiej. Trzeba jednak odpowiednio nastawić się przed tą lekturą. Z początku spodziewałam się czegoś innego. Szukałam smutku i bólu, nie znalazłam go na pierwszych stronach. To, co bolesne, przychodzi z czasem. Może zaskoczyć, wyrosnąć nagle, niespodziewanie, miażdżyć. To książka, która jeszcze długo potem siedzi w głowie. I w sercu.

„Przeczytałam wtedy siedmiutsetstronicowy kryminał w miękkiej okładce w jedną noc, czekając na wypis, zamiast się zastanawiać, czy jeśli ewentualnie moje dziecko składało się z większej liczby elementów, dołożyli po zabiegu te brakujące elementy do słoika. Kiedy po jakimś czasie odebrałam wyniki badań jego zawartości, nie dowiedziałam się z nich niczego ponadto, że przez jakiś czas byłam grobem. Według mnie to się nie nadawało na terapię.”







Autor: Suzanne Collins
Tytuł: „Igrzyska śmierci”, „W pierścieniu ognia”, „Kosogłos”
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron:


I ja się w końcu doczekałam i pochłonęłam trylogię. Może jestem jednak już trochę za „stara”, bo nie uległam ogólnym zachwytom. Jedynkę czytało mi się dość ciężko, gdyż wciąż miałam w głowie obrazy z filmu, które przeganiały wydarzenia. Nikt nie lubi czytać książki po obejrzeniu ekranizacji, to zdecydowanie zła kolejność. Jednak niezrażona brnęłam dalej.

Dwójka nudziła mnie raczej... Do momentu, gdy ogłoszono zasady kolejnych Igrzysk i sposób wybierania trybutów. Tu Collins rzeczywiście się popisała, fantastyczny zwrot akcji. Bardzo spodobało mi się to rozwiązanie, wniosło emocje, których zaczynało już brakować.

Trójka.... Jakoś inaczej wyobrażałam sobie walkę o wyzwolenie. Tę część czytało mi się chyba najtrudniej. Pomijając już niedoróbki językowe, wciąż brakowało mi jednego: dlaczego mimo że spędzamy z bohaterami już tyle czasu, nadal tak mało o nich wiemy? Katniss wydaje się osoba zimną, nieczułą, wręcz egoistyczną. Owszem, tyle robi dla ludzi wokół, dla swoich bliskich, ale brakuje tu gdzieś wiarygodności, przekonania. Bohaterka bardziej przypomina zmiecha niż człowieka. Collins stworzyła dobre sytuacje, tragiczny trójkąt miłosny, a jednak nie wyciągnęła z owych powiązań tyle, ile się dało. Skupiła się raczej na przemocy, na walce, na ciągłym głodzie. Nie satysfakcjonuje mnie to. No i zakończenie również nie wywołało we mnie głośnego „ach!”.

Postaram się teraz pisać na bieżąco, gdyż trudno przygotowuje się takie zbiorcze notki.

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon