poniedziałek, 20 marca 2017

"Logan. Wolverine", "Piękna i Bestia"

Autor: Beata Szy dnia 11:23:00 1 komentarze


Raczej nie recenzuję filmów, ale spędziłam bardzo kinowy weekend i chciałabym choć w paru słowach podzielić się z Wami wrażeniami. Kilka moich krótkich przemyśleń na temat dwóch obrazów, które oczywiście polecam.


"Logan. Wolverine", film

W sobotę wybraliśmy się do kina na „Logan. Wolverine”. Film znacznie odbiega od tego, co z X-Menami może się kojarzyć, ale jednocześnie jak dla mnie jest naprawdę dobry. To takie zupełnie inne spojrzenie na uniwersum – z nostalgią, surowością, prostotą. Coś się kończy, oglądając ten film cały czas mamy takie poczucie. Wolverine, jedna z najtragiczniejszych postaci tej serii, traci dawny wigor i siłę. To starzejący się pan, zmęczony życiem, dorabiający sobie jako kierowca. Logan, choć nieśmiertelny, odczuwa upływający czas: rany goją się coraz wolniej, coś truje go od środka, jest zgorzkniały i prowadzi samotnicze życie bez nadziei. Umiera, jak podsumuje to Laura. Mutanci przegrali walkę z ludźmi, ukrywają się, pozostała ich garstka. Najpotężniejszy z nich, Charles, to walczący z demencją staruszek, który nie kontroluje już swoich mocy – stanowi zagrożenie i musi się ukrywać. Do tego smutnego, wygasającego świata wkrada się jednak promyk nadziei w postaci małej Laury – dziewczynki, która z Loganem ma więcej wspólnego, niż można by przypuszczać. Jej gra jest fenomenalna. 



„Logan. Wolverine” to film bardzo brutalny, gdzie bohaterowie w końcu nie muszą się patyczkować, nie stronią od wulgarnego języka, a krew leje się tu strumieniami w widowiskowy sposób. Gorzki, ostry, a przy tym wzruszający. Pełen przemyśleń, pytań bez odpowiedzi, surowych obrazów. Wolę taką odsłonę – postacie z krwi i kości, do bólu prawdziwe, pełne cierpienia. Wydają się nam przez to bliższe, realniejsze, dojrzałe. Brak scen po napisach końcowych zostawia nas z poczuciem, że to koniec pewnej ery, że coś się zmieniło. Bardzo ciekawe jest też nawiązanie do komiksów Marvela, które wpadają w ręce Logana – przeglądając je twierdzi, że to wszystko kłamstwa, że większość z tych scen nigdy nie miała miejsca, a reszta wyglądała całkiem inaczej. Błogosławiony Eden, którego szukają bohaterowie, też może być tylko wymyśloną mrzonką. Film pełen jest kluczowych scen, które nadają inny wymiar temu, co dotąd sądziliśmy o X-Menach.


"Piękna i Bestia", film
 
W niedzielę za to zmiana o 180 stopni – „Piękna i Bestia” z Emmą Watson w roli głównej. Uwielbiam wszystkie bajki Disney’a o księżniczkach, nieważne ile mam lat, więc jak mogłabym się nie wybrać? Na początku trochę się zdziwiłam, bo zwiastun w żaden sposób nie zdradzał, że w sumie jest to trochę taki… musical. A ja za bardzo piosenek na ekranie nie lubię… Ale mimo wszystko wczułam się w klimat, a kilka z nich było naprawdę ładnych. Film dosyć wiernie odwzorowuje historię, która znamy z animowanej wersji. Rozwinięto go jedynie o wątek matki Belli i wytłumaczono jak to możliwe, że zamek Bestii przez tyle lat ukryty był w zapomnieniu.


Muzyka, kostiumy, wnętrze zamku, i oczywiście sama postać Bestii – wszystko to oddano bardzo wiernie, drobiazgowo, także film „zjada się” oczami, bo jest naprawdę piękny. Ma też zabawne momenty, a Bestia bywa urocza i w sumie fakt, że Bella mogła ją pokochać, nie wydaje się niczym dziwnym. Scena, kiedy Bella i Bestia robią sobie małą randkę i tańczą w zamku jest po prostu przepiękna. W końcowych zaś scenach, gdy klątwa zostaje przełamana, a książę odzyskuje swój dawny wygląd, dzieje się coś dziwnego – właściwie tęsknimy za poprzednim wcieleniem, i chyba tak powinno być. Sama Bella podczas balu przygląda się swojemu wybrankowi i napomyka, że mógłby zapuścić brodę. Kilka słów uwagi należy się też postaci Gastona – naprawdę dobrze zagrana, mi jakoś tak nieodzownie kojarzył się z brutalnym piratem, który musi postawić na swoim. Na „Piękną i Bestię” czekało się bardzo długo, czy jestem zadowolona? Ogólnie jestem na tak, choć nie wiem dlaczego wciąż mam takie poczucie, że liczyłam na coś więcej. Mimo wszystko – bardzo lubię filmowe wersje bajek, a Wy?

piątek, 17 marca 2017

"Sense8", serial, sezon 1

Autor: Beata Szy dnia 16:02:00 1 komentarze


"Sense8", serial, sezon 1
To niesamowite jak opinia o serialu może się zmienić w trakcie oglądania kolejnych odcinków. Przez pierwsze trzy odcinki „Sense8” zastanawiałam się czy sobie nie odpuścić i nie przerwać, ale staram się być wyrozumiała i jak coś zacznę, serial musi być naprawdę zły, bym go odłożyła. A później – przełom nastąpił właśnie gdzieś przy czwartym odcinku. Jakie to jest dobre. Jaki to świetny serial. Jaki inny, niesamowity, zupełnie nowa jakość.

Historia opowiada o ośmiu osobach z różnych zakątków świata, połączonych w nadzwyczajny sposób. Bohaterowie potrafią przenosić się między kontynentami, rozmawiać ze sobą tak, jakby znajdowali się w tym samym miejscu, mimo że dzielą ich kilometry. To coś więcej niż zamienianie się ciałami, odczuwanie tego samego, choć i to przydarza się naszym bohaterom. „Sense 8” pokazuje osiem dusz zamkniętych w jednej jaźni, jedną dusze rozbitą na osiem ciał, wreszcie tyleż ciał stających się momentami jednym. Oglądanie tego zapiera dech. To jak jedna rozmowa może rozgrywać się w dwóch, trzech miejscach równolegle sprawia, że można tylko przecierać oczy ze zdumienia. Oglądaliście film „Atlas chmur”? To tylko namiastka…

Policjant – wzór cnót. Buntownicza DJ-ka. Pokorna, wierząca Hinduska. Bezkompromisowy, przystojny rabuś. Afrykańczyk o złotym sercu. Aktor – homoseksualista. Lesbijka, która urodziła się w ciele chłopca. Business-woman obyta w sztukach walki. Będą dla siebie oparciem, jakiego można tylko pozazdrościć. Mam ciarki kiedy myślę o wszystkich tych scenach, które w normalnym świecie nigdy nie będą miały miejsca.


Zimna Islandia, piękne Indie, uboga Afryka, pełne niebezpieczeństwa Niemcy, kolorowy Meksyk… I tak dalej, i tak dalej. Splot różnych charakterów, miejsc, wydarzeń, kultur, tradycji. Każdy bohater ma swoją historię, ale wszystkie one zaczynają być do siebie podobne. Minie trochę czasu nim zaczniemy z tego pozornego chaosu wyłaniać spójną całość. Uwielbiam ich wszystkich i bardzo żałuję, że na sezon drugi muszę czekać aż do maja. Póki co Netflix zafundował małą namiastkę, dwugodzinny odcinek który jest wstępem do kolejnego sezonu. I tam niespodzianka, rolę jednego z bohaterów zaczyna grać inny aktor. Przyznaję że trochę zbiło mnie to z tropu i nie było zbyt przyjemne, ale sposób w jaki nawiązuje się do tej zamiany jest dosyć zaskakujący i niespotykany w tego typu produkcjach.

Lubię gdy w serialach pojawiają się aktorzy, których znam z innych produkcji. Tutaj mamy Jonasa, który jest kimś w rodzaju mentora grupy, tłumaczy im istotę działania tej zależności. Znamy go z serialu „Lost” – równie zagadkowego, pełnego niespodziewanych przypadków. Nieprzypadkowe nawiązanie.




Podoba mi się. Serial jest czymś nowym, świeżym. Może dla wielbicieli dynamicznej akcji wydawać się zbyt nudny, choć także ma swoje momenty. Dotyka bardziej psychiki, życia wewnętrznego, emocji które mogą ogarniać kilka osób jednocześnie. Serial Wachowskich, więc nastawcie się na sceny kontrowersyjne, manifestację seksualności i inności. Ale wszystko to opakowane jest w piękny sposób.

Ah i… Po tym serialu mam nowy obiekt westchnień. Wolfgang!

czwartek, 2 marca 2017

Żeby wygrać, trzeba grać... :)

Autor: Beata Szy dnia 13:48:00 3 komentarze
Długo nosiłam się ze zmianą tematyki bloga, tzn. wzbogaceniem jej o nowe elementy. Nie zliczę, o ilu przeczytanych książkach nawet nie wspomniałam w ciągu ostatnich miesięcy, ile seriali pochłonęłam - a czasem aż trudno przypomnieć mi sobie ich tytuły, i jakie nowe pasje mnie wciągnęły. Nie sądzę, że to kiedyś nadrobię, choć kto wie. Spędzam przed komputerem tyle godzin w pracy - i to przed dwoma monitorami naraz - że powtarzanie tego w domu, ślęczenie przed komputerem totalnie mija się dla mnie z celem. Jestem jak wyzuyta ze wszystkiego, jedyne na co mam ochotę to położyć się i odpocząć - to straszne, ale póki co, i wydaje się że szybko się to nie zmieni, moja praca potrafi wycisnąć ze mnie całą energię. Rzadko trafiam na coś, co potrafi dać mi zastrzyk i na chwilę przywrócić dawne samopoczucie. Oczywiście można mówić, że jeżeli coś jest trudne, po co w to brnąć, ale żeby żyć, trzeba zarabiać... No mniejsza z tym.

Wspomniałam ostatnio o panelach z ankietami, które obok brania udziału w różnych kampaniach, dają mi jakiś fajny zastrzyk motywacji i adrenaliny. Trzecią taką sprawą są... konkursy. Bo tak proszę państwa, żeby wygrać, trzeba grać, jak głosi tytuł dzisiejszej notki. I ja mniej więcej tak w listopadzie zeszłego roku dołączyłam do zacnego grona graczy. Oczywiście, gdzieś na tym niższym progu, bo nie mówię tu o atrakcjach typu Lotto czy innych konkursach, gdzie mowa o naprawdę dużych wygranych, ale o takich małych konkursikach, dostępnych dla każdego szaraczka, gdzie zwykle nie trzeba robić nic wielkiego poza napisaniem paru zdań albo polubieniem paru profili :)

Oczywiście robię to gdzieś pomiędzy obowiązkami, więc nie wykorzystuję w pełni potencjału, który takie konkursy dają - znam osoby, które wygrywają coś po parę razy w tygodniu i są to naprawdę fajne, wartościowe nagrody. U mnie bywa różnie, ale przyznam, że każda, nawet najmniejsza drobnostka jakoś tak cieszy. Uczucie rozpakowywania paczki jest jedyne w swoim rodzaju. Poza tym lubię przekazywać nagrody dalej, dzielić się nimi z bliskimi. Od dłuższego czasu robiłam fotki tego, co do mnie przychodziło z myślą, że kiedyś poopowiadam o tym na blogu, ale kupka rosła, a ja nie miałam czasu na pisanie... Dlatego w końcu zebrałam wszystko i może się wydawać, że to jakiś nieprawdopdoobny wysyp, ale tak naprawdę wystarczy od czasu do czasu wziąć w czymś udział, by przez parę miesięcy zebrać np. takie trofea :)

Świąteczna loteria z Tyskie. Zestaw poleciał do mojego brata, gdy odwiedzałam rodzinkę na święta.


Kawa za Marzenie z Jacobs. Nie udało się wygrać głównej nagrody, jaką było spełnienie marzenia, ale nagrody pocieszenia też były niczego sobie :)



Konkurs z bloga, szampon i odżywka właśnie mi się kończą, a szkoda. Nagroda była naprawdę świetna - kosmetyki zapakowane w cudne pudełko. Elegancko, z klasą.  Uwielbiam takie niespodzianki.


Rzadko biorę udział w konkursach, gdzie do wygrania są książki, bo staram się ich już nie kolekcjonować - z braku miejsca.. Przerzuciłam się na czytnik - o tym jeszcze będę pisać. Ale czasem coś się zdatzy, jak ta książka od Radio Wawa.


 Malutka gąbeczka do twarzy z glinką :)


Bon na stronkę Super Prezenty - niedługo chyba wykorzystam w końcu :)

Zestaw kosmetyków z konkursu na Fb od Uzdrowisko Ciechocinek - bardzo fajny :)

Komin z Lays - konkurs chyba wciąż jeszcze trwa, a to nagroda II stopnia. Zima co prawda się kończy, ale szalik jest naprawde dobrej jakości oi posłuży mi za rok, jestem pewna :)


Wkrótce pojawi się kolejny podobny wpis, gdyż mam jeszcze kilka zdjęć nagród w zanadrzu. Nie mam tu na celu robienia komuś przykrości czy przesadnego chwalenia się, ale po prostu chciałam Wam pokazać, że to naprawdę nic trudnego, a ludzie faktycznie wygrywają. Sama kiedyś w to raczej powątpiewałam.

A może sami jesteście konkursowymi wyjadaczami i macie na swoim koncie jakieś fajne wygrane konkursy? Pochwalcie się w komentarzach :)

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon