środa, 30 września 2015

"Wikingowie", sezon 3

Autor: Beata Szy dnia 14:16:00 3 komentarze
Czas na nadrobienie tym razem serialowych zaległości :)

Wikingowie”, sezon 3

Obejrzany już jakiś czas temu, jednak nie miałam kiedy podzielić się swoimi wrażeniami. Trzeba przyznać, że serial wciąż jest dobry i wrażenie, które miałam już wcześniej, nadal się nasila - „Wikingowie” tak bardzo przypominają mi „Sons of Anarchy” nie tylko przez wzgląd na głównego bohatera (podobny nawet wizualnie, silny charakter, który z sezonu na sezon przechodzi coraz mocniejszą metamorfozę), ale także z racji podobnego klimatu, konstrukcji i zwrotów akcji, wiążącej się najczęściej z podstępnymi spiskami.

W sezonie trzecim Ragnara jest jakby mniej, ale wciąż obserwujemy jak zmienił go nowy, królewski tytuł. On chce czegoś więcej, nie wystarcza mu to, co posiada. Ta niegasnąca chęć władzy doprowadzi do niezwykle widowiskowej bitwy o Paryż. Ostatnie odcinki są ucztą dla zmysłów.


Jedną z ciekawszych postaci tego sezonu jest kapłan Athelstan, który nadal miota się pomiędzy pierwotnie zaszczepioną wiarą chrześcijańską, a wierzeniami wikingów. W trzecim sezonie zostanie wystawiony na kolejną pokusę – miłości do kobiety, w dodatku zamężnej. Niesamowita jest też więź między Ragnarem a kapłanem, całkowite oddanie i zaufanie. Kilka pięknych, smutnych scen czeka nas w tym kontekście.

Ciekawe, a przy tym tragiczne, są też losy syna Ragnara i jego wybranki. W ogóle w tym serialu wiele jest wyrazistych postaci, co daje taką przyjemność oglądania i śledzenia ich losów.

Nie podoba mi się za to kreacja Lokiego, który przepełniony zazdrością, nie cofnie się przed niczym. Dotąd pełnił funkcję prawej ręki Ragnara, teraz boleśnie odczuwa zepchnięcie na dalszy plan. To przygnębiające, jak zawiść może zmienić człowieka.

Serial nie tylko w świetny sposób pokazuje tradycję wikingów, ich codzienne życie, zwyczaje i sposób walki, ale zetknięcie dwóch kultur: tej zdawałoby się prymitywnej, barbarzyńskiej, z ludźmi cywilizowanymi. Pozory czasem mylą...

Świetny serial w dalszym ciągu. Może trochę zwolnił, ale wciąż polecam!

sobota, 26 września 2015

Marie-Helene Lafon: "Joseph"

Autor: Beata Szy dnia 18:40:00 3 komentarze


Marie-Helene Lafon: "Joseph"
Wydawnictwo Literackie
120 str.



„Joseph” Marie-Helene Lafon to opowieść krótka, bo zamknięta w nieco ponad stu stronach. Ukazuje historię tytułowego Josepha – spokojnego, łagodnego mężczyzny, który przez całe życie pracował na różnych gospodarstwach, aż wreszcie osiadł u życzliwych ludzi na francuskiej wsi. Nazwałabym tę książkę krótkim opowiadaniem, nowelą, zwięzłą opowieścią, w której nie ma zbędnych słów. Autorka stworzyła niepowtarzalny klimat, bardzo nostalgiczny.

Życie Josepha, jak każdego człowieka, wypełnione jest chwilami szczęścia i goryczy, wzlotami i upadkami. Wypełniając swoją codzienną pracę, wraca wspomnieniami do lat dzieciństwa i dorastania, do pierwszych farm, gdzie podejmował pracę, do prób budowania życia u boku kochanej kobiety, do lat nałogu alkoholowego. Joseph jest dobrym obserwatorem, zżytym z gospodarzami. Tak naprawdę nie ma niczego na własność, żyje z dnia na dzień. Ale wydaje się, że znalazł miejsce, które może nazywać domem.

Niewiele więcej jestem w stanie powiedzieć o tej książce, bo trochę mnie rozczarowała. Czytając entuzjastyczne recenzje krytyków, myślałam że będę miała do czynienia z solidną powieścią, tymczasem „Joseph” to niewielka objętościowo książka, którą można przeczytać w kilka chwil. Nie miałam nawet czasu zżyć się z bohaterami, zasmakować w opowieści. Choć podobał mi się sposób budowania zdań, wiele pięknych porównań, to jednak czuję niedosyt. Rozumiem, że to celowy zabieg i książka miała być właśnie taka – opisywać to co zwyczajne, nijakie i szare. Ale niestety, moja wrażliwość tym razem zawiodła, bo lektura nie przypadła mi do gustu.

wtorek, 22 września 2015

George Orwell: "Rok 1984"

Autor: Beata Szy dnia 16:14:00 7 komentarze


George Orwell: "Rok 1984"
Wydawnictwo Muza
str 288 (wyd. kieszonkowe)




„Rok 1984” Orwella to pozycja obowiązkowa, a jednak dopiero teraz udało mi się nadrobić tę zaległość. To książka do której nie można podejść w każdym momencie, potrzeba odpowiedniej chwili, nastroju, wyważenia. Chyba dlatego do lektury zabierałam się od kilku lat i wciąż nie czułam się odpowiednio gotowa. Przede mną jeszcze „Folwark zwierzęcy”, i mam nadzieję, że za jego czytanie uda mi się też zabrać już niedługo.

Pojęcie Wielkiego Brata dziś kojarzy się głównie z popularnym niegdyś programem rozrywkowym, i trochę smutne to w sumie. Bo historię tragiczną, wizję świata podporządkowanego jakiejś nieokreślonej do końca władzy, gdzie z ludzi zrobiono bezwolne maszyny, przeobrażono tak absurdalnie. Ludzie dali się zamknąć w domu dla sławy i pieniędzy, nie domyślając się pewnie, co leży u podstaw stwierdzenia, że „Wielki Brat patrzy”.

Antyutopia Orwella ukazuje świat jak z horroru – ludzkiej fabryki, w której brak miejsca na własne myśli czy sprzeciw. Historia zmienia się wg upodobań władzy i wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego – łatwo zatuszować niewygodną prawdę, zmienić treść książek, podręczników i dzienników, wyeliminować zdrajców i jeszcze z radością patrzeć na ich egzekucję. To świat bez miłości, w którym nikomu nie można ufać. To świat, w którym nikt z nas nie chciałby żyć. A jednak tak ciężko otworzyć oczy i zauważyć, że wokół dzieje się coś złego.

„Niszczenie słów to coś pięknego. Najwięcej, oczywiście, wyrzucamy czasowników i przymiotników, ale setki rzeczowników też są zupełnie zbędne. Usuwamy nie tylko synonimy, lecz także wyrazy przeciwstawne. Bo jaką rację bytu mają słowa, których znaczenie jest po prostu przeciwieństwem innych? Każde słowo zawiera w sobie swoje przeciwieństwo. Weźmy na przykład przymiotnik "dobry". Jeśli mamy "dobry", po co nam taki przymiotnik jak "zły"? "Bezdobry" wystarczy w zupełności; jest nawet o tyle lepszy, że stanowi dokładne przeciwieństwo przymiotnika "dobry", czego nie można powiedzieć o "zły". A gdy z kolei chcemy coś wzmocnić, czy ma sens stosowanie mętnych i w sumie bezużytecznych określeń typu "wspaniały" lub "znakomity"? "Plus-dobry" adekwatnie spełnia każdy wymóg, jeśli natomiast zachodzi potrzeba jeszcze większej emfazy, można użyć "dwaplusdobry". Akurat tymi formami posługujemy się już dzisiaj, lecz w swoim ostatecznym kształcie cała nowomowa będzie taka. Z czasem pojęcie dobra i zła ograniczy się do zaledwie sześciu słów, a naprawdę do jednego”

To klasyka, więc nawet nie ma co zachęcać – uważam, że twórczości Orwella nie można nie znać. I choć nie jest to lektura łatwa i przyjemna, daje wiele do myślenia. A autor zrobił coś fenomenalnego – stworzył opowieść uniwersalną i ponadczasową, która wciąż jest aktualna, która wciąż jest przestrogą. Możemy się wiele z niej nauczyć. Polecam.

sobota, 19 września 2015

Włosomaniactwo... bez efektów

Autor: Beata Szy dnia 10:46:00 4 komentarze
Dawno nie było wpisów z cyklu „Włosomaniactwo” ponieważ... w tej materii niestety stoję w miejscu, cokolwiek bym robiła. A staram się:
  • mycie włosów chłodną lub zimną wodą
  • odżywka po każdym myciu, w miarę jak jest czas: maska, olej
  • serum ochronne na końcówki po każdym myciu i każdego poranka
  • wcierki
  • suszenie włosów chłodnym nawiewem
  • wiązanie włosów na noc, nigdy nie idę spać z mokrymi włosami
  • unikanie prostownicy (gdzieś od roku nie stosuję jej w ogóle na całość, tylko na kosmyki z przodu bo inaczej się wyjść do ludzi nie da, hehe)
  • próbowanie wciąż nowych kosmetyków, szukanie właściwych
  • zero farbowania

czwartek, 17 września 2015

"Fragile", czasopismo kulturalne

Autor: Beata Szy dnia 18:28:00 2 komentarze
"Fragile", nr 2, 2015

Dziś recenzja kolejnego numeru czasopisma kulturalnego „Fragile” - może zrobi się z tego taka blogowa tradycja? :)

Numer poświęcony wojnie. Wojna o wojnie. Wymowny tytuł. Ja, zaznaczę to na wstępie, unikam tematyki wojennej – czy to w literaturze, czy w kinie. Ale czasem robię wyjątki, jest nawet kilka moich pozycji „naj”, które o tym traktują. Ale, przechodząc do rzeczy, miałam obawy czy w związku z moim sceptycyzmem ten numer mnie zainteresuje. I tu zaskoczenie – jak najbardziej! Kolejny raz znalazłam porcję ciekawych, trafiających do mnie artykułów. Bo tematykę wojenną potraktowano w sposób wielostronny, odchodząc trochę od tego tradycyjnego, pierwotnego skojarzenia. I za to naprawdę wielki plus.

Jak pewnie zauważyliście, zwracam uwagę na wszelkie edytorskie drobiazgi, i pod tym względem „Fragile” również spełnia moje oczekiwania. Choć szata graficzna jest bardzo prosta, czasopismo jest czarno-białe, to jednak wykorzystuje możliwości takiego oszczędnego druku w stu procentach. Wystarczy popatrzeć na nagłówki, układ tekstu na stronie, wkomponowanie obrazów. Kolejny plus :)

Ale do tematyki. Tak jak ostatnio, zwrócę uwagę tylko na kilka tytułów, które zainteresowały mnie w magazynie.

Wojna nie jest abstrakcją” - świetny wywiad z filozofem Tomaszem Żuradzkim o pacyfizmie i jego odmianach. Bliski mi, bo zło, z jakim wiąże się wojna, jest czymś dla mnie niepojętym i nigdy nie zrozumiem, jak można dopuścić do takiego okrucieństwa. Ale tekst otworzył mi oczy i pokazał, jak wiele pacyfizm ma odcieni i jak trudno w dzisiejszych czasach, gdy rozwój technologiczny zaskakuje nas na każdym kroku, wytrwać w takiej postawie.

Wojna w tle na Instagramie” - zupełnie inne spojrzenie na temat. Młoda reporterka wojenna, która na swoich zdjęciach pokazuje wojnę w sposób zakamuflowany, ale dający wiele do myślenia.

Wszyscy mieszkamy w Oranie” - i tu zaskoczenie, pojawił się nawet kadr z serialu „The Walking Dead”. Czyli co wspólnego mają żywe trupy z obawami współczesnego Kowalskiego?
Od ciekawości do wojny” oraz „Internetowe oblicze sprawiedliwości”, czyli słów kilka o historii piractwa i uświadomienie, jak potężną bronią dysponują dzisiejsi hakerzy. Bardzo mnie zainteresowały oba te artykuły, a jednocześnie... przeraziły. 


Mam nadzieję, że tym krótkim opisem choć trochę zachęciłam Was do poznania całej zawartości :)

wtorek, 15 września 2015

Amanda Maciel: "Tease"

Autor: Beata Szy dnia 14:17:00 2 komentarze

 
Amanda Maciel: "Tease"
Wydawnictwo Muza
336 str.




Książki o prześladowaniu wśród młodzieży najczęściej pisane są z perspektywy ofiary. Osoby odmiennej, nie rozumianej przez otoczenie, która pod wpływem szykanowania podąża jedną z dwóch dróg – przeżywa załamanie, depresję, traci chęć do życia, bądź też sięga po broń. Obie te sytuacje doprowadzają do tragedii. W książce Amandy Maciel jest zupełnie inaczej – tutaj ofiarą zostaje... oprawca. Takie spojrzenie na problem uzmysławia, że każdy medal ma dwie strony, i nigdy nie kończy się na cierpieniu jednej osoby, gdy w grę wchodzi czyjaś śmierć.

Emma Putnam popełnia samobójstwo. Ale narratorką jest ktoś inny – Sara. To Sara i jej znajomi rzekomo doprowadzili do śmierci dziewczyny. To Sara ma proces. To Sara musi spotykać się z prawnikiem i psychologiem. To Sara chodzi do szkoły letniej, bo nie zdołała zaliczyć klasy, wskutek tamtych wydarzeń. To ona przeżyła, a więc została – można więc ją wytykać palcami i obwiniać. Życie Sary zamienia się piekło, choć i za życia Emmy zaczynało przybierać taką formę. Jak się odnaleźć? Jak udowodnić innym niewinność i wytłumaczyć, że może Emma sama była sobie winna? Bo Sara nie przyjmuje do wiadomości, że jej zachowanie mogło być niewłaściwe. Widzi tylko swoją krzywdę.

Autorce udało się stworzyć poruszającą, wymowną historię. A przy tym doskonale wczuła się w bohaterów – postaci są realistyczne, wiarygodne. Książka przypadnie do gustu młodzieży – jest pisana ich językiem, dotyka problemów, które pojawiają się w ich życiu, nie bawi się w owijanie w bawełnę, mówi wprost. Układ historii też jest walorem – naprzemiennie ukazywane nam są wydarzenia aktualne, podczas przygotowań do procesu, jak i stopniowo przenosimy się w przeszłość, odkrywając prawdę i poznając bliżej wszystkich bohaterów.

Nie napiszę, że książka jest genialna i dawno czegoś takiego nie czytałam, bo oprócz zalet, mam też do niej kilka uwag, ale mogę śmiało polecić. Czyta się ją szybko i z zainteresowaniem, na pewno warto. Jest czymś nowym i świeżym, choć oczywiście wśród gąszczu innych powieści młodzieżowych może szybko zaginąć.

czwartek, 10 września 2015

Jeff Lindsay: "Demony Dextera"

Autor: Beata Szy dnia 21:36:00 3 komentarze


Jeff Lindsay: "Demony Dextera"
Wydawnictwo: Albatros
336 str.

Serial „Dexter” towarzyszył mi przez dobrych parę lat. Właściwie był jednym z tych tytułów, który zaszczepił we mnie pasję do wątków detektywistycznych. I choć z natury jestem spokojna i unikam brutalności, opowieść o seryjnym mordercy szybko mnie do siebie przekonała. Co prawda, ostatnie dwa sezony były już naciągane, odbiegały od reszty, ale bez względu na to serial należy do moich ulubionych. Od zawsze wiedziałam, że powstał na postawie cyklu książek Jeffa Lindsaya, ale nie miałam okazji się z nimi zapoznać. Aż do teraz :) Na jakimś promocyjnym stosiku w markecie wyszperałam „Demony Dextera” - w dodatku okazało się, że to pierwszy tom. Bez zastanowienia więc umieściłam go w swoim koszyku.

Książka jest tożsama z pierwszym sezonem serialu, opowiada tę samą historię, ale... No właśnie. Serial jest genialny bez dwóch zdań – morderca został uczłowieczony, lubimy go, choć zdajemy sobie sprawę, że działa ponad prawem. Świetnie zarysowano psychologię postaci, wytłumaczono motywy, jakie kierują Dexterem, ukazano Mrocznego Pasażera, przed którym nie może się bronić. Ponadto relacje – rodzinne (z nieżyjącym już ojcem i siostrą), a także wszystkie te układy wewnątrz policji i silne osobowości. Natomiast książka – ehh, licha to opowieść. Oczywiście, Lindsay stworzył Dextera, i to od niego podchodzą wszystkie główne wątki, ale... Książce czegoś brakuje, bohaterowie są zbyt prosto zarysowani, wydarzenia okrojone, napięcie gdzieś znika. Zakończenie też bardzo się różni, i nie ukrywam, że to książkowe wypada blado. Ponadto – kiczowate dialogi. Dexter nie wydaje się ani trochę sympatyczny. To raczej przemądrzały buc bez skrupułów. Ten wizerunek strasznie gryzie się z tym, co proponował serial. A LaGuerta? To straszne, co zrobiono tu z tej postaci! O Ricie też tu bardzo malutko... I Debra – w serialu jest jedną z barwniejszych, ciekawych postaci, tu jest po prostu nudna.


Rzadko to mówię, ale w tym przypadku serial jednak jest górą. I chyba nie będę sięgać po kolejne dzieła Lindsaya, bo raczej mnie rozczarują.

sobota, 5 września 2015

Laserowa korekcja wzroku - badanie kwalifikujace do zabiegu

Autor: Beata Szy dnia 18:39:00 6 komentarze
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami dosyć ważną decyzją, którą ostatnio podjęłam. A mianowicie, czeka mnie operacja. Laserowa korekcja wzroku. Zabieg zostanie przeprowadzony w październiku. Ale zanim do niego dojdzie, chciałabym napisać parę słów o przyczynach, które mnie do tego skłoniły oraz o badaniu kwalifikującym do zabiegu – przeszłam je w zeszłym tygodniu.

O zaletach życia bez okularów można by mówić i mówić. Nie będę wspominać o względach estetycznych, bo dla mnie one akurat nie mają znaczenia, ale domyślam się, że bardzo wiele osób decyduje się na zabieg głównie też z tego względu. Dla mnie wzrok jest bardzo ważny – nie wyobrażam sobie, że mogłabym go kiedyś stracić. Ale praca przy komputerze i książki nie sprzyjają jego poprawie wręcz przeciwnie. Moja wada wzroku wynosi ok -4,5, mam też astygmatyzm. To dużo i mało zarazem. Dużo – bo bez okularów czuję się jak dziecko we mgle i widzę bardzo nieostro. Mało – bo pacjenci zgłaszający się do kliniki borykają się najczęściej z o wiele większymi wadami. Ale dla mnie osobiście wada jest ogromna i bardzo ogranicza moje życie. Basen, sport – można zapomnieć. To śmieszne, ale nigdy nie miałam nawet okularów przeciwsłonecznych. Takie korekcyjne kosztują majątek. W zwykłych – przecież bym się zabiła ;) Praktyka – te ciągłe zimowe zaparowanie, zabrudzenia, przecieranie szkieł. Można wymieniać i wymieniać. Ale jeżeli ktoś nigdy nie należał do okularników, nie do końca zrozumie, jak to jest. Ja soczewek kontaktowych nosić nie jestem w stanie – próbowałam, ale ich zdejmowanie mnie przerasta. Noszę okulary już ponad 20 lat, przyrosły do mnie i właściwie trudno wyobrazić sobie życie bez nich. Ale jednak można!

Myślę, że względy finansowe są tym, co najbardziej ogranicza w tej kwestii. Laserowa korekcja wzroku to koszt rzędu kilku tysięcy, w zależności od dobranej metody. Przy moim astygmatyzmie i nietypowej urodzie – mam bardzo szerokie źrenice, niestety muszę zdecydować się na droższe opcje. Ale warto – odzyskać dobry wzrok, to przecież bezcenne.

Kto może się poddać zabiegowi? Przede wszystkim należy mieć ukończone 21 lat a wada wzroku powinna być stabilna. Należy wybrać dobrą klinikę i udać się na badania wstępne. Koszt takiej wizyty waha się w zależności od wybranego miejsca (100-400 zł). Miałam szczęście, bo udało mi się załapać na wakacyjną promocję w jednej ze śląskich klinik. Dzięki temu koszt takiej wizyty wyniósł 150 zł, zamiast 300, mam też 50 proc. zniżki na operację drugiego oka. Przy takich kosztach, to naprawdę daje odczuwalną różnicę.

Badanie kwalifikujące trwa ok. 2 godzin. Najpierw przechodzi się serię badań komputerowych – ostrość widzenia, badanie ciśnienia wewnątrz oka, średnicy źrenicy, pola widzenia, rogówki. Są to badania z cyklu: patrz w jeden punkt, patrz w prawo, w lewo, w dół, w górę, naciskaj przycisk kiedy zobaczysz światełko itp. Szybkie, proste i bezbolesne. No, może z wyjątkiem pomiaru ciśnienia – nie przepadam za nim. W międzyczasie dostałam też do wypełnienia kwestionariusz z informacjami o zabiegu, możliwych powikłaniach, a później serię pytań o mój stan zdrowia. Kolejny krok to rozmowa z lekarzem. Później oczy są zakrapiane 3 razy, a krople trochę pieką. Źrenica się rozszerza, po czym niektóre badania są powtarzane. Lekarz na bieżąco informuje o wyniku badań. Wszystko upływa w naprawdę miłej atmosferze. Nie macie pojęcia, z jaką ulga odetchnęłam, gdy okazało się, że wszystko jest w porządku i mogę poddać się operacji!

Ważna rzecz – warto na takie badanie pójść z bliską osobą, bo po wyjściu z kliniki jeszcze przez ok. 3 godziny mamy utrudnione widzenie. Przed badaniem na ok. 3-4 tyg. należy zaprzestać noszenia soczewek, ale ten punkt akurat mnie nie dotyczył.

O tym jak przebiega zabieg właściwy, jak należy się do niego przygotować, trochę o możliwych powikłaniach, a przede wszystkim – ile trwa rekonwalescencja i jak się ją znosi, opowiem w następnych postach.


Jestem ciekawa, czy ktoś z Was ma ten zabieg już za sobą, albo też o nim myśli? Czekam na Wasze opinie. Nie będę ukrywać, że strasznie się boję, ale mam nadzieję, że to słuszna decyzja i nie będę żałować.

wtorek, 1 września 2015

Katarzyna Surmiak-Domańska: "Mokradełko"

Autor: Beata Szy dnia 12:08:00 2 komentarze

Katarzyna Surmiak-Domańska: "Mokradełko"
Wydawnictwo Czarne
144 str.


W przypadku tej książki można powiedzieć, że zaczęłam do końca. Najpierw była bowiem autobiografia „Kato-tata”, wydana pod pseudonimem Halszka Opfer. Autentyczna relacja kobiety, która od najmłodszych lat była wykorzystywana seksualnie przez swojego ojca. Raczej nie przeczytam w najbliższym czasie tej książki – unikam tak trudnych, drastycznych tematów, a wiedza, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, jeszcze potęguje moją niechęć. Za to „Mokradełko” jest pozycją zgoła inną -to reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej, która poznała autorkę „Kato-taty”, wraz z Halszką odwiedziła jej rodzinne strony i rozmawiała z bliskimi – matką, mężem, sąsiadami.

W mojej biblioteczce reportaży też jest niezwykle mało z podobnego powodu – zwykle na warsztat brany jest temat trudny, kontrowersyjny, tragiczny. Mam taki okres w życiu, że po prostu nie chcę czytać podobnej literatury. Ale muszę przyznać, że pod względem warsztatowym, pozycje te są po prostu świetne. Tak jak tutaj. Autorka nie ocenia, chłodno relacjonuje, ale w taki sposób, że sami wyrabiamy sobie zdanie. Halszka jest osobą pełną skrajności. Mówi się wręcz, że współczują jej ci, którzy jej nie znają. Odbiega od stereotypowego wizerunku ofiary – nie jest bierną, zamkniętą w sobie kobietą, która przeszła przez piekło. Halszka wydała do bólu szczerą książkę, zaczęła udzielać wywiadów, pokazywać się w telewizji. Ludzie z miasteczka mówią, że jest kokietką, nie można się z nią zaprzyjaźnić, nie wzbudza sympatii. Promuje siebie jako ofiarę, zbierając laury. Jest dwulicowa, fałszywa. Ale mimo wszystko – spotkało ją coś tragicznego, co zwichrowało w pewien sposób jej psychikę. Czy można więc ją winić?

Te, oraz wiele innych ciekawych pytań, stawia ten reportaż. Przedstawia szereg opinii, pozostawiając je bez komentarza – to my musimy go wypracować. Halszka podróżuje z autorką, mamy więc okazję skonfrontować każde słowo. I mimo że „Mokradełko” powstało na bazie historii tak okrutnej, na szczęście nie relacjonuje ponownie tamtych wydarzeń. Skupia się na relacjach bliskich, na życiu Halszki po ukazaniu się książki, na odczuciach otoczenia. Pokazuje, jak niewygodną prawdę można zamieść pod dywan. Bo właśnie tak robi się w wielu polskich domach. A bunt uważany jest za coś złego.

Reportaż napisany sprawnie i interesująco. Można było zrobić z tej historii banał, można było żerować na traumatycznym przeżyciu, wyciskając z czytelnika ostatnie soki. Autorka zdecydowała się jednak na coś innego – pisze w sposób prosty, ale dosadny. Nie rozczula się, ma chłodny osąd. Pokazuje różne punkty widzenia, nie solidaryzując się z żadną ze stron. Naprawdę dobra pozycja.
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon