czwartek, 27 listopada 2014

Matthew Quick: "Niezbędnik obserwatorów gwiazd"

Autor: Beata Szy dnia 17:38:00 9 komentarze

Autor: Matthew Quick
Tytuł: "Niezbędnik obserwatorów gwiazd"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 320


"Na tej planecie nikt nie jest w stanie mnie skrzywdzić - odpowiada Numer 21".

Znacie to uczucie, gdy nie możecie się oderwać od książki, a jednocześnie sami siebie upominacie „odłóż to na później, bo zaraz dojdziesz do końca i co wtedy?”. Spotkało mnie to właśnie parę dni temu, gdy zaczęłam czytać „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick’a. Ta książka „chodziła” za mną długo, gdyż wcześniej miałam już przyjemność czytać „Poradnik pozytywnego myślenia” tegoż autora. Teraz wreszcie w moje ręce trafiło wznowienie – w przepięknej szacie graficznej. No i co tu dużo mówić – powieść jest rewelacyjna.

Małomówny Finley ma w życiu dwie miłości. Jedną z nich jest jego dziewczyna, Erin, największa przyjaciółka. Drugą koszykówka – sport, dla którego co roku na parę miesięcy zrywa z dziewczyną, by oboje mogli skoncentrować się na treningach. Erin jest gwiazdą drużyny dziewczyn. W tym roku będzie jednak inaczej. Trener powierza Finleyowi poważne zadanie – będzie musiał zająć się nowym uczniem. Chłopak stracił rodziców i przeżył załamanie. Z traumą radzi sobie udając, że przybył z innej planety i nazywa się Numer 21. Finley bierze go pod swoje skrzydła, zdając sobie jednak sprawę z tego, że kolega może zająć jego miejsce w drużynie.

"Czujesz czasem, jakbyś nie był wewnątrz tą samą osobą, którą jesteś na zewnątrz?".

Lubię książki, gdzie bohaterami są dorastający chłopcy. W odróżnieniu od młodzieżówek, w których wkraczające w świat dorosłości dziewczynki skupiają się głównie na pierwszych, wielkich miłościach i problemach z wyglądem, męscy bohaterowie wydają się – o dziwo! – dojrzalsi i stabilniejsi. Lubię ich sposób obserwacji, ich humor, pasje i wrażliwość. Nie inaczej jest tym razem. Główny bohater „Niezbędnika…” to osoba niezwykle sympatyczna, choć skryta. Finley pomagając przyjacielowi, odkryje też wiele prawd o sobie. Terapia przyniesie obopólne korzyści. Bo najlepiej zmierzyć się z własnymi demonami, mając oparcie w kimś, kto bezbłędnie nas rozumie. I jeszcze ta magia gwiazd :) Polecam, zwłaszcza fanom książek Johna Greena oraz miłośnikom przygód… Harry’ego Pottera ;)

poniedziałek, 24 listopada 2014

David B.: "Rycerze świętego Wita"

Autor: Beata Szy dnia 20:52:00 1 komentarze

Autor: David B.
Tytuł: "Rycerze świętego Wita"
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Stron: 392

Rycerze świętego Wita” to niesamowita historia. Szczera, wstrząsająca, a przede wszystkim niezwykle poruszająca. David B. to pseudonim autora, będącego zarazem bohaterem historii. Uważany za jednego z najwybitniejszych twórców komiksu rysownik opowiedział autobiograficzną historię swojej rodziny. Przez siedem lat kreślił opowieść o dorastaniu w cieniu chorego na epilepsję brata. Pokazał, jak choroba wpłynęła na niego, jego siostrę i rodziców, ale przede wszystkim z jakimi demonami musiał zmagać się jego brat, nękany atakami nawet po kilka razy dziennie. 


Seria ukazała się w 6 tomach w latach 1996-2003 we Francji. Polskie tłumaczenie opublikowano w 2012 r. w jednym zbiorczym tomie. Tytuł odnosi się do osoby św. Wita, patrona epileptyków. Młodzi bohaterowie fascynowali się w dzieciństwie opowieściami o wojownikach, stąd też porównanie do rycerzy. 

Książka szokuje na kilka sposobów. Swoje robią oszałamiające, naturalistyczne grafiki. David B. przyznaje, że długo zastanawiał się jak narysować ataki brata, jak na papier przelać jego cierpienie. Trzeba przyznać, że udało mu się dojść do perfekcji. Czarno-białe szkice przedstawiają to, co trudno wyrazić słowami. Działają na wyobraźnię, mieszają w głowie. Obcowanie z tym komiksem to niełatwa rzecz. Z jego stron przebija dojmujący smutek i seria klęsk – nikt nie potrafi wyleczyć Jean-Christophe'a, nikt nie może mu ulżyć. Rodzice chwytają się najrozmaitszych sposobów: diety makrobiotyczne, wizyty uzdrowicieli, przywódców sekt, egzorcyzmy. A mały Pierre, który później zmieni swoje imię na David, coraz bardziej wycofuje się w świat książek i fantastycznych bohaterów. Rysuje, tworzy opowieści... Po latach, jako uznany twórca, przełamie tabu. Książka jest pięknym hołdem, złożonym rodzinie. Ważnym dla wszystkich jej członków, to nie ulega wątpliwości. Ale jest również potężną dawką wiedzy i wsparcia dla osób, którym choroba towarzyszy na co dzień. Komiks otwiera oczy, uwrażliwia, stara się oswoić z czymś, co budzi lęk i opory. Szukałam tej książki chyba półtorej roku i cieszę się, że w końcu natrafiłam na nią w bibliotece wojewódzkiej.

 

Komiks jest pięknie wydany - duży format i twarda oprawa.
Naprawdę polecam!




niedziela, 23 listopada 2014

Rachel Cohn: "Beta"

Autor: Beata Szy dnia 12:33:00 6 komentarze

Autor: Rachel Cohn
Tytuł: "Beta"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 316

Elizja jest klonem nastolatki, wersją beta. Nie ma uczuć ani pragnień, z jej ciała usunięto duszę. Stworzono ją po to, by służyła ludziom, mieszkańcom rajskiej wyspy. Przynajmniej tak to powinno działać w teorii. Dziewczyna zdaje sobie jednak sprawę, że coś z nią nie tak. Jej podniebienie jest wrażliwe na smaki. Nie chce być posłuszna. Poznaje chłopaka, który zaczyna budzić w niej uczucia. Dociera do niej, że jest defektem. A to oznacza, że stanowi zagrożenie dla ludzi. Musi ukrywać swoją prawdziwą naturę, jeśli chce przeżyć.

Oczywiście fabuła nie jest oryginalna, ale z tego pomysłu dałoby się sporo jeszcze „wycisnąć”. Dałoby się – bo książka „Beta” nie do końca podołała zadaniu. Opisany przez Rachel Cohn świat jest niedoprecyzowany – pojawia się tu zbyt mało informacji o początkach wyspy Dominium, jej właściwościach i mieszkańcach, a także o samym procesie klonowania. Informacje te są podane, ale w sposób szczątkowy, mało barwny. Brakuje detali. Autorka naszpikowała powieść terminologią, którą niewystarczająco tłumaczy. Tak jakby chciała nowymi pojęciami zbalansować braki w opisach. Ileż można czytać o zażywaniu raksji czy graniu w FantaSferze? Wprowadzenie podobnych pojęć w żaden sposób nie wpływa na rozwój akcji. Nie charakteryzuje świata, o którym wciąż niewiele wiemy. Język miał chyba imitować żargon nastolatków przyszłości, a wyszło po prostu komicznie:

„Nie ma mowy, niunia. Może i mam megajazdę, ale potrafię jeszcze zakumać, że to jakaś schiza. Wiesz, że będę musiał powiedzieć tacie? Rozumiesz, debeściaro?”.

Muszę coś więcej dodawać? Ciężko czytało mi się tę książkę, choć jakoś dobrnęłam do końca. Pisarka jakby nie miała pomysłu na fabułę – im dalej, tym bardziej rozczarowuje. Sięga po motywy, które już znamy i które dobrze się sprawdzają. Świat przyszłości. Silna dziewczyna, buntująca się zastanemu porządkowi. Rebelia. Sztucznie wprowadzony brak uczuć kontra miłość zmieniająca wszystko. A mimo to książka była po prostu nudna. Miejscami żenująca. A to przecież dopiero pierwsza część serii.

wtorek, 18 listopada 2014

"Bogowie" w kinach, czyli o transplantologii przemyśleń kilka

Autor: Beata Szy dnia 21:03:00 3 komentarze
Podarować komuś kawałek siebie...

Temat transplantologii, żywo dyskutowany od lat, został znów silniej zaakcentowany za sprawą polskiego filmu „Bogowie”, opowiadającego o życiu profesora Zbigniewa Religi. Po seansie, który wbił mnie w fotel (nie tylko za sprawą znakomitej roli Tomasza Kota), nasunęło mi się kilka przemyśleń na temat przeszczepów.

Kiedy jako młoda gimnazjalistka po raz pierwszy zetknęłam się z formularzem oświadczenia woli, natychmiast wypełniłam ową kartę i zaczęłam nosić przy sobie, w portfelu. Nie wgłębiałam się wtedy zbytnio w istotę procesu dawstwa organów. Wydawało mi się to słuszną drogą, tak po prostu. Bo gdybym kiedyś mogła uratować komuś życie, dlaczego nie? Oczywiście, samo oświadczenie ma charakter jedynie informacyjny – to znak dla bliskich i lekarzy, gdyby w tej niezwykle trudnej sytuacji spadła na nich konieczność podjęcia decyzji. To również wyrażenie chęci ratowania czyjegoś życia, w momencie gdy własne przyjdzie nam tracić. Dla nastolatki wizja swojej śmierci jest czymś tak odległym i abstrakcyjnym, że trudno tu mówić o świadomym wyborze, ale jednak... Tamten pierwszy, impulsywnie wypełniony druczek do dziś noszę przy sobie. Nikt nie chce myśleć o sobie w takim kontekście, nikt nie chce wybiegać myślami w rejony tak mroczne, jednak warto to zrobić. Dla samych siebie, by odchodzić w spokoju. Dla bliskich, by w razie takiej sytuacji, zdjąć z ich ramion odpowiedzialność. I dla potencjalnego biorcy – tego anonimowego człowieka, którego życie jesteśmy w stanie odmienić.


Przeszczep serca to zabieg od początku dyskutowany. Czy jest moralny? Etyczny? Bezpieczny? Profesor Religa dokonał w Polsce przełomu. Musiał zmierzyć się z głosami krytyki ze strony środowiska medycznego. Początkowo przeszczepy serca traktowano jako największe zło, prowadzące do śmierci dwójki pacjentów. Kwestie moralne to temat dosyć śliski w naszym kraju. Jesteśmy zamknięci na zmiany i nowości. Śmierć mózgu była wtedy pojęciem trudnym do zinterpretowania. Komisje lekarskie nie chciały jej stwierdzać, gdy w grę wchodziły szalone pomysły Religi. Chirurg napotykał trudności – odmawiano mu wydania narządu, krytykowano jego pracę, traktowano jak szarlatana. Ale on miał jasno wyznaczony cel i do niego dążył, nie bacząc na przeciwności. Widać to wyraźnie w filmie – doktor miał trudny, chwiejny charakter i źle odnosił się do swoich współpracowników. Ale z drugiej strony – gdyby nie jego bezkompromisowość i hart ducha, jeszcze długo długo nikt by nie podjął u nas takich starań. Zwłaszcza po pierwszych nieudanych operacjach w tym zakresie.

Dziś zmieniła się trochę mentalność. W przeszczepach upatrujemy cudów, szansy na życie, nadziei. Coraz więcej mówi się na temat dawstwa i są to głosy przychylne. Ludzie na całym świecie decydują się na podpisanie oświadczenia woli. Nie boją się, ale wierzą, że mogą kiedyś komuś pomóc. Poruszają nas historie z prasy i telewizji o ludziach, którzy żyją dzięki takiej pomocy. Zastanawiamy się – ile z dawcy przechodzi na biorcę jego organu? Czy biorca po przeszczepie zmienia się, wykazując zainteresowania zgodne z tymi, które cechowały dawcę? Historia zna wiele takich przypadków, które Hollywood oczywiście rozdmuchuje. Ale czyż nie lubimy podobnych wyciskaczy łez?

Oczywiście, każdy medal ma dwie strony. Nadal pojawiają się głosy przeciwników. Lęk przed tym, że lekarze zamiast walczyć o życie ludzi po wypadkach, wolą pozwolić im umrzeć, by móc pobrać narządy. Czy lekarz ma prawo kwestionować wolę Boga? Jak stwierdzić śmierć mózgu i czy nie dochodzi do pomyłek? W tym miejscu jednak porzucę te rozważania, gdyż nie uważam, by były trafne.

Przełom nastąpił lata temu, nareszcie zbieramy jego owoce.

Ostatnio w Polsce miała miejsce intrygująca kampania promująca transplantacje. „Zrób coś dobrego, zanim zostaniesz zombie!” - to hasło, ukute przez serwis Dawca.pl i kanał FOX, doskonale trafiło w sedno problemu. Oczywiście, przy okazji ogólnopolskiej akcji promowano najnowszy sezon serialu „The Walking Dead”, jednak taka medialność była moim zdaniem potrzebna. Zdanie promujące akcję mówi wprost: zanim odejdziesz, możesz zrobić coś dobrego. Nie zmarnuj tej szansy. Nie zaprzepaść możliwości. Twoje ciało umiera i już go nie potrzebujesz. W twoich rękach może być czyjeś życie... Taka forma przedstawienia przeszczepów oczywiście może budzić zastrzeżenia, ale narobiła też trochę zamieszania – a o to głównie chodziło. Jest to forma doskonała do przekonania młodych, do pokazania im różnych możliwości, do zainteresowania tematem. Poza tym hasło zestawiono z dobrym serialem, który także dużo mówi o naturze człowieka w obliczu totalnego spustoszenia świata. 
 


A jakie jest Wasze zdanie na temat transplantacji? Co myślicie o podpisywaniu oświadczenia woli? A może zetknęliście się bezpośrednio z przeszczepami? Wy, albo ktoś z Waszych bliskich?

poniedziałek, 10 listopada 2014

serial: "Mad Men"

Autor: Beata Szy dnia 13:35:00 6 komentarze


"Mad Men"
serial
sezon 1

Gdy zapoznałam się tylko z zarysem fabuły serialu „Mad Man” – że akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, w firmie reklamowej, gdzie główny bohater pnie się po szczeblach kariery, niestety nie doczytałam, że mówimy o latach 60., hehe. Epoka pisania na maszynie i rozkloszowanych sukienek – no okej, chociaż w ogóle nie łapię tego klimatu i dlatego unikam wszelkich filmów nawiązujących do czasów nie współczesnych. No ale jak już zaczęłam, nie było wyboru i dałam serialowi szansę.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest wiele tych aspektów, które mi się po prostu nie podobają, a przez to serial ciągnął mi się i momentami śmieszył. Z drugiej, nie powiem, ma mocne punkty i potrafi jednak zatrzymać. Na docenienie zasługują także kostiumy i scenografia – świetnie odwzorowują charakter „szalonych lat sześćdziesiątych”. Myślałam, że zatrzymam się na pierwszym sezonie, ale chyba jednak spróbuję jeszcze z kolejnymi.

Fajna jest możliwość obserwacji jak budowano kampanie reklamowe w Ameryce tamtych lat. Pojawia się np. problem jak obejść zagrożenia zdrowotne w reklamie papierosów czy przedstawienie pasa wyszczuplającego, który tak naprawdę działa jak… wibrator. Można spojrzeć w obyczajowość młodych-zdolnych, którzy z jednej strony starają się ugruntować swoją pozycję, założyć dom i mieć dzieci, z drugiej ulegają pokusom świata, który rozkwita u ich stóp. Sam główny bohater jest postacią niezwykle skrytą i tajemniczą. W miarę jak serial się rozwija, na jaw wychodzą jego sekrety z przeszłości. Dla mnie „Mad Man” to taka lżejsza forma „Garniturów”. Naprawdę wiele łączy bohaterów, środowisko i zachowania postaci w obu produkcjach. Jednak skłaniam się bardziej ku temu drugiemu tytułowi. W „Mad Manie” brakowało mi tempa, humoru i luzu.

niedziela, 9 listopada 2014

Dan Krokos: "Obca pamięć"

Autor: Beata Szy dnia 11:03:00 3 komentarze


Autor: Dan Krokos
Tytuł: "Obca pamięć"
Wydawnictwo: Drageus
Stron: 336

Rzadko zdarza mi się porzucać lekturę jakiejś książki w połowie, ale w przypadku "Obcej pamięci" tak właśnie było. Autorem tej powieści młodzieżowej jest Dan Krokos - pracownik stacji benzynowej, który spełnił swoje marzenie zostając pisarzem. Bohaterką historii uczynił nastoletnią Mirandę – dziewczyna budzi się na ławce w parku, nie wiedząc kim jest i nic nie pamiętając. Wkrótce zdaje sobie sprawę, że drzemie w niej niebezpieczna moc. Z pomocą Petera, chłopaka takiego jak ona, który odnajduje ją w centrum handlowym, zamierza odzyskać wspomnienia i dowiedzieć się kim, albo może czym tak naprawdę jest.

Pierwszym, co zaczęło mi zaburzać odbiór, była niedopasowana czcionka, a może zbyt wielkie odstępy między wersami – nie wiem, w każdym razie układ tekstu na stronie nie zachęcał mnie do śledzenia dalszych perypetii bohaterki, wręcz spowalniał czytanie. Czcionka powinna sprawiać wrażenie przezroczystej, zwłaszcza w lekkich powieściach tego typu, tutaj tymczasem cały czas czułam, że coś nie gra. Może to tylko moje subiektywne odczucie, ale zamieszczam zdjęcie wnętrza, żebyście mogli ocenić o co mi chodzi.

Po drugie, fabuła się trochę nie klei. Najpierw Miranda i Peter robią wszystko, by wydostać się z ośrodka, w którym przebywali od dziecka. Pod opieką doktora Tycasta dorastali w czteroosobowej grupie, ucząc się obchodzenia ze swoimi nadnaturalnymi zdolnościami. Ich przyjaciele uciekli, pozostawiając Petera samego. Miranda odłączyła się od nich po drodze, jednak nie potrafi sobie jeszcze przypomnieć, co się stało. Tak więc dziewczyna i chłopak wymykają się, w poszukiwaniu pozostałych. Gdy grupa się odnajduje, to wtedy zgodnie stwierdzają... że najlepiej wrócić do ośrodka, by wypytać Tycasta w jakim celu ich szkolił. No tak, najpierw narażają życie, by się wydostać, a potem rozwiązaniem okazuje się powrót. Bardzo to logiczne :) W książce jest kilka takich potknięć, poza tym w ogóle nie mogłam wczuć się w klimat, zrozumieć na jakich zasadach opiera się cała ta konstrukcja i doszukać jakiegokolwiek sensu. Książka wydaje się chaotyczna – mamy tu nagromadzenie wydarzeń, które się nie kleją. Być może później robi się lepiej, ale nie miałam już siły dawać tej powieści szansy.

A może czytaliście i macie odmienne zdanie?

poniedziałek, 3 listopada 2014

Edytorstwo i typografia

Autor: Beata Szy dnia 17:08:00 9 komentarze
Czytamy książkę, czasopismo, artykuł na stronie internetowej i często nawet nie zastanawiamy się nad mozolną pracą edytora, by tekst, na który spoglądamy, był dopracowany, estetyczny i czytelny. Ostatnio troszkę bardziej zainteresowałam się sztuką DTP, bo właśnie w takich kategoriach traktowałabym przygotowywanie tekstu do druku. Chciałabym związać swoją przyszłość z edytorstwem, mieć program In Design w małym palcu i po prostu robić to, jeśli nie zawodowo, to hobbystycznie. Ale plany planami, marzenia marzeniami, długa droga przede mną. Na razie podjęłam naukę na studiach podyplomowych z Edytorstwa i czytam, czytam, i coraz bardziej się zachwycam – krojami pisma, subtelną pracą redakcyjną, która dla oka laika jest przezroczysta, (ale o to też głównie chodzi), i możliwościami składu. Sami pewnie to zauważacie – że jedną książkę czyta się przyjemniej niż inną, że czasem dobór kroju i rozmiaru czcionki, interlinii, ozdobników może tekst uatrakcyjnić, innym razem uczynić go kompletnie odpychającym. Podejście do książki całkowicie się zmienia, kiedy zaczynamy się nad tym szerzej zastanawiać. Nagle odkrywamy niesamowite zależności – jak wszystko ze sobą współgra: szata graficzna i układ stron, kompozycja, jak istotny może być  najmniejszy przypis :)


Pierwsza z książek, o których chciałam dziś napisać parę słów to „Edytorstwo. Jak wydawać współczesne teksty literackie” Łukasza Garbala. Książka stanowi kompendium redaktora i wydawcy literatury pięknej, z podziałem na różne typy publikacji – od prozy i poezji, po dzienniki, listy i książki naukowe. Bardzo fajne jest wprowadzenie w temat – wyszczególnienie najważniejszych terminów, które dla początkującego (jak ja) są niezwykle przydatne. Jeśli chodzi o tekst właściwy, to spodziewałam się troszkę czegoś innego. Garbal mówi przede wszystkim o tym, jak wydawać teksty twórców nieżyjących – przybliża żmudną pracę docierania do źródeł pierwodruków i rękopisów, zmagania z prawami autorskimi, porównywanie wersji i docieranie do tej najodpowiedniejszej, zgodnej z wolą autora. To wszystko na przykładach, które obrazują, że często można toczyć debaty o obecność jednego przecinka w zdaniu i zmianie interpretacji, jaka wynika z tego powodu. Autor szczegółowo omawia proces wydawniczy tekstów pisarzy takich jak Gombrowicz, Miłosz, Herbert Dąbrowska. Myślę, że część z tych informacji jest bardzo przydatna i daje dobre zaplecze osobom, które faktycznie parają się wydawaniem tekstów nieżyjących autorów. Daje ona wgląd w pracę innych edytorów, opisuje problemy i pokazuje różne możliwe rozwiązania. Dla kogoś, kto interesuje się głównie samym składem, a nie tak drobiazgową redakcyjną praca na tekście (choć sama redakcja i korekta również sprawia mi przyjemność) książka nie dostarcza zbyt wielu przydatnych materiałów.

To, co najbardziej mnie interesuje znalazłam za to w książce „Typografia od podstaw. Projekty z klasą”. Tutaj same praktyczne porady, wiele wskazówek, omówień i prezentacja na przykładach. Książka wydana jest specyficznie – gdy autorka pisze o różnych błędach edycyjnych, zabawach krojami pisma itp. to równocześnie je demonstruje – przez to przekartkowanie podręcznika może prowadzić do konsternacji - totalny miszmasz. Ale dzięki temu można od razu wyczuć o czym mowa i odnieść to do swojej późniejszej pracy. Poza tym - podręcznik czyta się z zaciekawieniem, z przyjemnością, łącząc naukę z zabawą.

Pojawia się tu wiele porad praktycznych, z omówieniem i pokazaniem ich zastosowania. Szkoda tylko, że czasami autorka pokazuje nam ładne sztuczki, ale nie opisuje w jaki sposób wprowadzić je w programie, którym się posługujemy (np. cytaty wyróżnione). Często mamy tu pełną instrukcję, łącznie ze skrótami klawiszowymi, jest jednak kilka trików, które nie zostały szerzej omówione i wielka szkoda.

Nawiasem mówiąc, bardzo irytują mnie jednoliterowe spójniki na końcu wersów, których nie umiem przenieść w bloggerowym edytorze, twarda spacja nie działa. We wpisie o perfekcyjnej edycji teksów boli to tym bardziej, ale musicie wybaczyć mi te nieszczęsne wdowy ;)

Oprócz tego, jak w poprzedniej pozycji, w "Typografii..." znajduje się wykaz najważniejszych pojęć czyli taka teoria w pigułce. Podręcznik pomyślany jest jako kontynuacja innego tytułu wydawnictwa Helion: "Jak składać tekst. PC nie jest maszyną do pisania", ale jego nieznajomość w żaden sposób nie przeszkodziła mi w odbiorze.


Mam nadzieje, że zdołałam Was troszkę zainteresować ta tematyką, bo od czasu do czasu na moim blogu będą pojawiać się podobne wpisy. A może znajdują się tu jacyś zapaleni edytorzy? :)

Omówione tytuły:

Autor: Łukasz Garbal
Tytuł: „Edytorstwo. Jak wydawać współczesne teksty literackie”
Wydawnictwo: PWN
Stron: 356


Autor: Robin Williams
Tytuł: „Typografia od podstaw. Projekty z klasą”
Wydawnictwo: Helion
Stron: 240
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon