czwartek, 28 sierpnia 2014

Księgarnia Erido.pl

Dziś chciałabym napisać Wam kilka słów o nowo powstałej księgarni e-bookowej ERIDO.PL. Księgarnia działa od paru dni, a ja miałam tę przyjemność (jak pewnie niektórzy z Was) wziąć udział w pracach nad jej powstaniem i testach już wcześniej. Z niecierpliwością czekałam na oficjalne otwarcie i mam nadzieję, że zyska oddanych czytelników. A dlaczego? Jak mówią założyciele:


"ERIDO.PL to projekt stworzony przez ludzi takich jak Wy, dla których książki, odkąd tylko pamiętają, stanowiły nieodłączną część ich życia, natomiast w dobie dzisiejszego pośpiechu, gdy nie można nawet strony wściubić na chodniku, postanowili zmienić książkę papierową na jej wersję elektroniczną.



Chcemy, żeby ERIDO.PL stało się miejscem, do którego wszyscy będą wracali jak do ulubionej, zacisznej księgarni. Dlatego też o pomoc w dekorowaniu wnętrza poprosiliśmy najlepszych polskich blogerów książkowych. Ich fachowe rady, nasze doświadczenie, a przede wszystkim łącząca nas pasja do książek dały efekt w postaci powstania księgarni, którą możecie odwiedzić od wtorku pod adresem ERIDO.PL.

ERIDO to pierwsza księgarnia w Polsce, w której to Wy, Czytelnicy jesteście administratorami. To Wy decydujecie na przykład, które książki są warte dodatkowej promocji i polecenia. My natomiast robimy to, co umiemy najlepiej, czyli wspieramy Wasze wybory odpowiednio wysokim rabatem. By czytało się lepiej, WSZYSTKIM.
Tysiące książek zapraszają do odwiedzenia na ERIDO.PL. ERIDO – czytaj wszędzie".

Bardzo podoba mi się takie podejście, zwłaszcza że nie są to słowa rzucane na wiatr. Współpraca z załogą ERIDO.PL przebiega w naprawdę fajnej atmosferze i myślę, że korzystanie z księgarni będzie równie wielką przyjemnością. Ze względu na jej profil - e-booki i audiobooki - zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy z Was będą zainteresowani ofertą, jednak uważam, że warto się czasem przełamać :) Księgarnia oferuje pakiet fajnych promocji, obniżek, a to dopiero początek - myślę, że w miarę jak będzie się rozwijać, będzie coraz lepsza. Poruszanie się po zbiorach jest bardzo proste, tytuły zostały podzielone na szereg kategorii, każdy może polecić te warte większej uwagi.

Słyszeliście już o ERIDO? Czytacie e-booki? Ja jako wielka tradycjonalistka też powoli się przełamuję, a to za sprawa tego maleństwa:




Mam nadzieję, że wkrótce przeczytam na nim swoją pierwsza książkę elektroniczną (jak tylko pokończę stertę papierowych, czekających na mnie w pokoju :P) i myślę, że szybko docenię zalety tego sposobu lektury :)



środa, 27 sierpnia 2014

Marissa Meyer: "Saga księżycowa. Scarlet"


Autor: Marissa Meyer
Tytuł: "Saga księżycowa. Scarlet"
Wydawnictwo: Egmont
Stron: 496

Czerwony Kapturek w wersji współczesnej czyli butna nastolatka w czerwonej bluzie z kapturem na tropie zaginionej babci. Mamy tu i Wilka – wytatuowanego chłopka, należącego do niepokojącej grupy, który trochę zawróci w głowie Scarlet. Brzmi zachęcająco? To druga część "Sagi księżycowej" Marissy Meyer. Jeśli po opowieści o Kopciuszku-cyborgu myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy, to grubo się myliłam. Autorka brnie dalej w grę z konwencją i stawia przed nami kolejną silną, charyzmatyczną bohaterkę. Jej losy w którymś momencie splatają się z Cinder, znaną nam z pierwszej części. Obie dziewczyny mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłyby przypuszczać. Ta niespodziewana więź może być ratunkiem zarówno dla każdej z nich, jak i dla planety, nękanej widmem wojny z Lunarami.

Trudno mi powiedzieć, która część jest lepsza. Chyba bardziej przywiązałam się do Cinder, i cieszyłam się z tych fragmentów, gdzie pojawiała się jej postać. Jednak Scarlet również zdobywa sympatię czytelnika. Dziewczyna jest bardzo oddana babci i nie cofnie się przed niczym, by ją odnaleźć. Nie wierzy w celowe zniknięcie babci, podejrzewa, że ktoś ją porwał i jej przypuszczenia szybko zyskują potwierdzenie. Wilk dołącza do dziewczyny z zamiarem pomocy w poszukiwaniach, jednak tak jak ten baśniowy, skrywa sekret i nie do końca można mu ufać.

Co tu dużo mówić: podobało mi się. Wartka akcja, solidni bohaterowie, troszkę romansu, troszkę przygody, dużo nowinek technicznych i jeszcze ci kosmicii :) Podobają mi się wstawki z baśni przed poszczególnymi rozdziałami. Świetnie komponują się z całością, nawiązując do oryginału i jednocześnie przetwarzając znane motywy. Mieszanka idealna. Szkoda że zakończenie jest takie nagłe – niecierpliwie wypatruję części trzeciej. I na koniec wspomnę o okładkach tej serii – są prześliczne, ogromny plus.

wtorek, 26 sierpnia 2014

serial "Accused", sezony 1-2



 "Accused" ("Oskarżeni")
serial
sezony 1-2

Serial obejrzany trochę w ramach wyzwania. Mało kto o nim słyszał, oglądalność na Filmwebie to potwierdza. A szkoda, bo naprawdę jest wart uwagi. W brytyjskiej produkcji „Accused” każdy odcinek stanowi odrębną historię, więc teoretycznie można go oglądać dowolnie (przynajmniej pierwszy sezon). Każdy epizod ma też ten sam schemat: w pierwszych minutach ukazuje nam się sylwetka oskarżonego, prowadzonego do sali sądowej. Na miejscu gromadzą się świadkowie, sędzia i ława przysięgłych. Napięcie wzrasta, zastanawiamy się czym zawiniła osoba, którą mamy przed oczami. Zwłaszcza, że zwykle oskarżony sprawia wrażenie zwykłego, szarego obywatela, nie mającego nic wspólnego z przestępczością. Bohaterami są osoby wzbudzające sympatię: przeciętni mężczyźni, kobiety, nastolatkowie. Akcja cofa się, poznajemy historię bohaterów, dowiadujemy się co doprowadziło ich na salę sądową. Historie te są niezwykle pasjonujące, wciągające, wywołują falę emocji. Czasem zgorszenie, wściekłość i poczucie niesprawiedliwości, innym razem wzruszają i wyciskają z oczu łzy. Mamy tu postacie nieszablonowe, każdy przypadek jest inny, tragiczny i zadziwiający. Poza tym – świetne aktorstwo.  Zwieńczeniem historii jest ogłoszenie wyroku. Czekamy na to w napięciu – czasem nie chcemy się z nim zgodzić, innym razem wiemy, że jest słuszny.

Serial moim zdaniem jest genialny i dawno z taką pewnością nie przyznawałam najwyższej noty. Drugi sezon składa się tylko z czterech odcinków, ale za to finał jest naprawdę nieprzewidywalny i zaskakujący. Bohaterowie poszczególnych epizodów towarzyszą nam tylko przez godzinę, a jednak potrafią zatrzymać i sprawić, że jeszcze długo po obejrzeniu odcinka niektóre sceny, decyzje i wydarzenia są w naszej głowie. Zakończenie jest wspaniałym podsumowaniem całej historii i daje jeszcze więcej do myślenia. Żal mi rozstawać się z tym serialem, mimo że wpadałam przez niego w chandrę, złościłam się lub pozostawałam całkowicie osłupiała. Jeśli szukacie czegoś, co zaszokuje i pozostawi w was wyrwę, polecam. Nie ma się co zastanawiać, warto. Myślę, że jeszcze do niego wrócę.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Wypadanie włosów i pierwsze półprodukty

Ostatnio zaniedbałam posty włosowe, bo byłam raczej załamana stanem włosów i ich kaprysami. Przełom lipiec/sierpień to raczej miesiąc klęsk jeśli chodzi o pielęgnację - produkty na które trafiałam albo totalnie puszyły mi włosy, albo przeciwnie - sprawiały, że włosy były co prawda gładkie i błyszczące, ale aż do przesady - wyglądały jak tłuste i przyklapnięte (np. przy dodaniu miodu do maski). Szczotka TT też nie sprawdza się u mnie - włosy są cienkie, wola zwykły grzebień ;)

Wciąż się utwierdzam w tym, że maski obciążają mi włosy i nie są dla mnie - gdy nakładam je na kilka minut jak odżywkę działają spoko, gdy na 30 min. pod czepek - efekt nie jest zbyt przyjemny. Największa porażkę zaliczyła w tym miesiącu maska Kallos z keratyną, zielona. Być może jeszcze raz z nią zaryzykuję, ale włosy miałam po niej totalnie przylizane, brzydkie. Wolę jej mlęczną siostrę, ale po niej też nie jest idealnie. Obie mają podobne pojemne opakowania, łatwo się je nakłada i nie przeszkadza mi ich zapach. Dostępne w Hebe.



Z największych problemów - włosy wypadają, wypadają nadal. Mam wrażenie, że ostatnio troszkę mniej, ale nie jest to pocieszenie, skoro wciąż są wszędzie. W tej chwili biorę 3-cie opakowanie tabletek Biotebal, zaczęłam Silicę i piję herbatkę pokrzywową. Wcieram Jantar i kurację z Joanny Czarna Rzepa. Pocieszające, że w końcu pojawiło się trochę baby hair :)

wtorek, 12 sierpnia 2014

Maggie Stiefvater: "Wyścig śmierci"





Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Wyścig śmierci"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 496





Zaczęłam czytać „Wyścig śmierci” i byłam rozczarowana. Autorkę znam z „Drżenia” (które bardzo lubię – tzn. pierwszą część trylogii, bo później już było coraz gorzej) i „Lamentu” (który nie przypadł mi do gustu. Opis „Wyścigu…” skojarzył mi się trochę z „Igrzyskami śmierci”. Śmiertelny konkurs, gdzie zwycięzca może być tylko jeden. Jednak notatka nie do końca jest trafna, bo sam wyścig to zaledwie kilka ostatnich stron książki. Opowieść jest o czymś zgoła innym, i w miarę jak się w niej zanurzałam, przekonywałam się do tej historii, zmieniłam zdanie. Kolejny raz jestem oczarowana 
 
Przede wszystkim – konie wodne, mityczne Each Uisce. Stworzenia wyrastają na kartach tej powieści bez konkretnego objaśnienia, czym są. Stopniowo poznajemy ich naturę, ich piękno a także grozę, ale brakowało mi takiego wprowadzenia już od pierwszych stron.

Zgodnie z legendami Each uisce to mityczny szkocki duch wodny, podobny do Kelpie. Te drugie to demony wodne, mogące przybierać różne kształty – porywają nieszczęśników do rzek i jezior, gdzie rozpruwają ich ciała. Przyjmuje się, że potwór zamieszkujący Loch Ness to kelpie, która upodobała sobie postać morskiego węża. Z kolei konie wodne żyją w morzach, przybierając na lądzie postać przystojnego mężczyzny. Maggie Stiefvater, jak sama przyznaje w zakończeniu, jest bardzo ubawiona tą częścią legendy. Jej konie wodne czerpią z podań, ale zostały „przerysowane” na potrzeby powieści. To piękne, dzikie stworzenia, wychodzące jesienią na brzeg wyspy – są większe, silniejsze i szybsze od typowych koni. Ludzie łapią je i oswajają, by startować w wyścigu. Jednak to bardzo niebezpieczne – konie odczuwają zew, morze je przywołuje – potrafią porwać jeźdźca na dno, potrafią zabić. To jednak nie odstrasza śmiałków – doroczny Wyścig Skorpiona cieszy się popularnością i nie brak chętnych aby dosiąść te groźne, legendarne stworzenia.

(źródło zdjęcia - Wkipedia)
 
Puck i Sean zmierzą się w tym wyścigu. Dla niej wygrana oznacza uratowanie domu i rodziny. Dla niego, czterokrotnego zwycięzcy, to szansa na zdobycie tego, czego najbardziej pragnie. Będą rywalizować wraz z innymi, choć wygrać może tylko jedno. To gra na śmierć i życie, niebezpieczny wyścig na nieokiełznanych stworzeniach. Jednak oboje upatrują w nim jedynej szansy…

Powieść płynie bardzo spokojnie. Naprzemiennie pojawia się narracja pierwszoosobowa – raz w rolę narratora wciela się Puck, raz Sean. To sprawia, że ogromnie polubiłam ich dwoje. Oboje stają się naszymi faworytami i trudno rozstrzygnąć, komu bardziej należy się zwycięstwo. Dodatkowo, między młodymi rodzi się uczucie. Jest ono jednak tak delikatne, tylko sugerowane, że nie zakłóca historii, jest tylko jednym z jej elementów, nie przebija się na pierwszy plan. Powiedziałabym, że jest dojrzałe, pokazane zupełnie inaczej niż w większości książek młodzieżowych. Ale zepchnięcie historii miłosnej na bok ma przede wszystkim taką zaletę, że dzięki temu ważniejsze stają się… konie.

To, jak mogą zżyć się z człowiekiem. Jak rozumieją, odczuwają i okazują swoje przywiązanie. To, jak ważne mogą się stać, jak silnym uczuciem można je obdarzyć. Są pomocą, wsparciem, dodają otuchy. Pozwalają zapełnić pustkę. Wspierają. Bywają groźne, niebezpieczne, żądne krwi. Ich natura bywa nieobliczalna, a jednak nie sposób odmówić im piękna. Dają poczucie wolności – kiedy dosiada się takiego konia, czy to zwykłego, czy wodnego, człowiek przenosi się w inny wymiar, doświadcza niesamowitych stanów. Ciężko to z czymkolwiek porównać. Całkowicie mnie urzekły :) Z kart tej opowieści przebija ogromny szacunek i ciepło w stronę tych stworzeń.

Podoba mi się klimat „Wyścigu śmierci”. Podoba mi się to, że akcja płynie wolno, a autorka skupia się raczej na przeżyciach i doświadczeniach swoich bohaterów. Lubię taki sposób budowania opowieści, choć wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu. Bałam się tej książki, ale jestem zadowolona. Żałuję, że już skończyłam ją czytać, żałuję, że opuściłam magiczną wyspę Thisby. Końcowa scena… Nie można chyba było sobie wymarzyć lepszej :)

Jak najbardziej polecam.

środa, 6 sierpnia 2014

Marissa Meyer: "Saga księżycowa. Cinder"





Autor: Marissa Meyer
Tytuł: "Saga księżycowa. Cinder"
Wydawnictwo: Egmont
Stron: 440





Znacie to słynne „Zaraz idę spać, jeszcze tylko jedna strona, jeszcze tylko jeden rozdział”? Dawno nie miałam takiego uczucia, a tu niespodziewanie wpadłam przy… pierwszym tomie „Sagi księżycowej”. Kopciuszek w wersji futurystycznej: dziewczyna-cyborg, zauroczona pekińskim księciem, a do tego inwazja mieszkańców Księżyca, chcących zawładnąć Ziemią, plus śmiertelna pandemia, wyniszczająca naszą planetę. Nie spodziewałabym się, jak ta historia podbije moje serce :) Powieść jest naprawdę fajna, pomysłowa i dużo się w niej dzieje. Uwielbiam grę z utartymi schematami, powiew świeżości jaki autorka nadała klasycznej baśni, jej oryginalną formę.

Cinder jest przesympatyczną osóbką, która w ponad 30 proc. jest robotem – nad czym ubolewa. Nie zawsze tak było – przeszła trudną operację na skutek wypadku, w którym straciła stopę i dłoń. Ale dziewczyna nie pamięta swojej przeszłości, nie wie skąd pochodzi i co tak właściwie jej się przydarzyło. Dorasta, wykorzystywana przez przybraną matkę – pracując jako mechanik. Może tylko pomarzyć o pójściu na bal, o którym mówią wszyscy, o pięknej sukni i pantofelkach, a zwłaszcza o normalnym, spokojnym życiu. Nie wybrała sobie losu maszyny, ale musi pogodzić się z tym stanem. Jest traktowana jako gorsza, ludzka służąca. Ona nie jest częścią rodziny, pełni rolę podrzędnej służącej, rzeczy, akcesoria.  

Książkę czyta się przyjemnie i szybko. Zdarzało mi się zasiedzieć przy niej w nocy i żałuję, że się skończyła, ale zaraz zamawiam sobie drugi tom w bibliotece. Co prawda punkt kulminacyjny historii jest trochę niewypałem – domyślamy się kim jest Cinder dużo, dużo wcześniej, więc brak zaskoczenia, ale to nie odejmuje tej historii uroku. Podobała mi się bez dwóch zdań :)

Jeszcze taka ciekawostka – w 2015 roku do kin trafia filmowa wersja Kopciuszka. Także dużo się dzieje w tym temacie, a klasyczne baśnie wciąż inspirują.

piątek, 1 sierpnia 2014

"Wikingowie", serial, sezony 1-2





"Wikingowie"
serial
sezony 1-2




Gdzieś w dalekiej Skandynawii VIII wieku żył sobie mężny, wojowniczy lud, który w błyskawicznym tempie podbijał kolejne ziemie. Owi grabieżcy to oczywiście Wikingowie – dziś gdy o nich myślimy, mamy w głowie obraz dobrze zbudowanego mężczyzny, z długimi włosami i brodą, uzbrojonego w topór, włócznię i tarczę. Plądrowali okoliczne wioski, a  także zapuszczali się dalej – Szkocja, Anglia i Francja były całkowicie nieprzygotowane na atak, po prostu słabe. Z wypraw przywozili skarby, ale z czasem zaczęli zdobywać też wiedze, przejmować język, religię i zwyczaje. Ten niesamowity kawałek historii został odmalowany w pasjonującym serialu „Wikingowie”. Mam za sobą dwa sezony i jestem oczarowana, oczywiście.

Serial pokazuje wiele ciekawostek na temat wikingów. Pomijając już sam fakt odwzorowania tamtego okresu i społeczności, strojów, zachowań, broni a także przepięknych łodzi wikingów, zwanych drakkerami… - można wynieść z niego o wiele więcej. Moment, w którym kultura wikingów – ich system wierzeń, zwyczaje, oddanie walce, męstwo, potęga, ale także barbarzyństwo, zostają zestawione z cywilizacją zachodu, pokazuje najlepiej całą złożoność dwóch światów.



Akcja serialu kręci się wokół osoby Ragnara Lothbroka. Gdy go poznajemy, Ragnar jest zwykłym rolnikiem, mającym aspiracje na więcej. To za jego namową wikingowie zapuszczają się na nieznane wody, co przynosi im bogate łupy. Ragnar stopniowo pnie się w górę, wykorzystując nie tylko siłę, ale i intelekt (co powoduje, że ja go coraz bardziej przestaję lubić :P). To on pierwszy zauważa, jak wiele może zyskać dzięki zgłębieniu obcych kultur. Wzięty w niewolę kapłan, Athelstan, staje się jego przewodnikiem. Oddany Bogu, pobożny człowiek trafia do miejsca, gdzie jego wartości wydają się naiwne i nic nie warte. Kapłan stopniowo przekonuje się do nowego trybu życia, zauważając związki pomiędzy bogami skandynawskimi a własnymi przekonaniami. Ragnar z kolei uczy się języka i kultury, przygotowując się do kolejnych najazdów. W jego cieniu pozostaje brat Rollo – łatwo przewidzieć, że doprowadzi do konfliktu, a nawet zdrady. Ragnara otaczają piękne kobiety – waleczna Lagertha i delikatna Księżniczka Aslaug. Jego najwierniejszym przyjacielem, a zarazem konstruktorem łodzi, jest nietuzinkowy Floki. Namiętność, żądza władzy, krwi i posiadania, walka o pozycję, kobiety i ziemie... To wszystko tu znajdziecie. Serial posiada naprawdę barwnych bohaterów, co przyczyniło się do jego popularności. I piękne zdjęcia – widoki skandynawskich terenów zapierają dech w piersiach. Poza tym widowiskowe sceny walk czy obrzędów, brutalnych i krwawych.

Ja polecam. Nie mówię, że ten serial ma u mnie maksymalną notę (bo słabsze strony też posiada), ale jest dobry.