poniedziałek, 28 lipca 2014

Christina Baker Kline: "Sieroce pociągi"

Autor: Beata Szy dnia 19:00:00 5 komentarze
Autor: Christina Baker Kline
Tytuł: "Sieroce pociągi"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Stron: 370

 "- Co najlepszego przytrafiło ci się przez te dziesięć lat? - pytam.
- Spotkanie cię po raz drugi.
Uśmiecham się, opierając się o jego klatkę piersiową.
- A poza tym?
- Spotkanie cię po raz pierwszy".


"Sieroce pociągi” nie wciągnęły mnie od pierwszej strony i początkowo nie mogłam sobie wyrobić zdania co do tej książki, ale w miarę upływu lektury byłam coraz bardziej oczarowana. Nie powiem, że jestem nią zachwycona, że wywróciła moje życie do góry nogami, ale przyznam, że czyta się ją naprawdę dobrze i można całkowicie wsiąknąć w świat wykreowany przez Christinę Baker Kline.

Bohaterki mamy tu dwie. Jedną z nich jest Molly, dziewczyna tułająca się po domach zastępczych. Butna i charyzmatyczna wegetarianka z dużą ilością kolczyków w różnych częściach ciała. W ramach wymierzonych jej prac społecznych dziewczyna zaczyna porządkować strych pewnej starszej pani. Vivian to dziewięćdziesięcioletnia urocza staruszka, która tak naprawdę nie chce wyrzucać starych rzeczy, a jedynie spojrzeć na nie ostatni raz i przypomnieć sobie kim była. W miarę postępów prac dwie kobiety odkrywają, że mają ze sobą dużo wspólnego - tak rodzi się między nimi przyjaźń, a Vivian odkrywa przed nastolatką swoją mroczną przeszłość.

Lubię takie połączenia, gdy bohaterem jest dziecko bądź nastolatek, zaprzyjaźniający się ze starszą osobą. W takich relacjach jest coś zjawiskowego, niosą wiele nieszablonowych sytuacji, dużo ciepła, zrozumienia i mądrości. Zmieniają obie strony i dają nowe spojrzenie na świat. Tak jest i tutaj. Dodatkowo, razem z Vivian wracamy do jej lat dziecięcych, do trudnych czasów, gdy z grupką innych dzieci została wywieziona z ojczyzny tzw. sierocym pociągiem. Mamy okazję dowiedzieć się więcej na temat zjawiska, które jest ciemną kartą historii USA. Wspomnienia staruszki prowadzone są narracją pierwszoosobową, co bardzo mi się podobało - ułatwiło to odczucie na własnej skórze niedoli dziewczynki, pozwoliło się z nią zżyć. Osobiście najbardziej podobała mi się ta partia książki, gdy poznajemy dorosłe już życie Vivian, gdy z pokrzywdzonej, bezradnej dziewczynki zaczyna wyrastać na piękną, szczęśliwą kobietę. Kiedy akcja wraca do współczesności pojawia się narracja trzecioosobowa -wtedy główną bohaterką staje się Molly i jej również niełatwe wkraczanie w dorosłość.


Książka zaopatrzona jest w wywiad z autorką, która opowiedziała skąd pomysł na fabułę i jak wyglądały jej badania, poszukiwania i rozmowy ze świadkami i  krewnymi bohaterów tamtejszych zdarzeń. Dostajemy tu także informacje historyczne na temat tułaczki, jaką odbywały porzucone, bezdomne dzieci w Stanach Zjednoczonych w latach 1854-1929. Szacuje się, że "sieroce pociągi" przewiozły ok. dwieście tysięcy dzieci. Miały znaleźć nowy dom, schronienie i opiekę, ale często czekał je los najgorszy z możliwych - były tanią siłą roboczą, wykorzystywaną przez opiekunów, trafiały do rodzin patologicznych czy ubogich, gdzie często padały ofiarą przemocy czy wykorzystywania na tle seksualnym. Dobrze, że to co kiedyś zatajano, dziś może ujrzeć światło dzienne.

wtorek, 22 lipca 2014

Przygarnij książkę :)

Autor: Beata Szy dnia 18:23:00 7 komentarze
Ostatnio odeszłam od marzeń o wielkiej domowej biblioteczce - dla kogoś, kto co chwilę zmienia lokum jak ja, jest to dosyć niepraktyczne. Biblioteczka rodem z "Pięknej i Bestii" chyba nigdy nie będzie mi dana, ale książki i tak zawsze będą gdzieś blisko, tylko w rozsądnych ilościach. Z tego powodu, choć ze ściśniętym sercem, uszczuplam powoli trochę swoje zbiory.

Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, wklejam fotki z książkami, które przeszły selekcję w pierwszej kolejności. Zdarzają się tu książki w ogóle nieczytane, które dostałam bądź nabyłam drogą zakupu czy wymiany, ale z różnych powodów wciąż nie miałam czasu po nie sięgnąć i takie, które recenzowałam na blogu. Mam nadzieję, że zdjęcia są dość czytelne. Po szczegóły zapraszam na priv. Cen nie ustalam z góry, bo nie mam do tego głowy, indywidualnie skomentuję każdą książkę w razie pytań, ale będą się wahać w granicach 5-15 zł :) Przesyłka wg cennika Poczty Polskiej.

Zdjęcia powiększają się po kliknięciu, a jak czegoś nie widać to służę pomocą. Będę wdzięczna za podanie info dalej :)






poniedziałek, 21 lipca 2014

#4 Niedziela dla włosów

Autor: Beata Szy dnia 17:27:00 3 komentarze
Najczęściej mam weekendy wyjazdowe, więc rzadko kiedy mogę w tym okresie poświęcić włosom tyle czasu, ile bym chciała, ale zdarzają się takie weekendy "ekstra", że wreszcie jest czas na zrobienie czegoś dla siebie. I od razu człowiek się lepiej czuje :)

Moja włosowa niedziela przebiegła w sposób następujący.

1 etap
Olejowanie na noc - zmieszałam olejek z Alverde, który stosuję już od jakiegoś czasu (jak widać bardzo wydajny, buteleczka wciąż prawie pełna), kilka kropel wyciskanych pompką plus dodałam na włosy jeszcze sławny olejek z babydream - to mój pierwszy olej i wciąż jeszcze nie zużyłam opakowania, także też bardzo wydajny. Zawsze się zastanawiam, co myśli moja współlokatorka, gdy widzi w łazience produkt przeciwko rozstępom dla kobiet w ciąży ;) No ale na włosach sprawdza się dobrze. Oleje najlepiej zmywa mi się łagodnym szamponem również z serii babydream.


2 etap
Mycie i odżywianie ;)
Wczoraj zrobiłam to w takiej kolejności jak na zdjęciu. Najpierw nałożyłam na parę minut odżywkę z Gliss Kur z keratyną, potem na 30 min. pod czepek maskę Crema al Latte (stosuję ją przed myciem, gdyż w przeciwnym razie obciąża mi włosy, maski się pod tym względem u mnie nie sprawdzają). Później mycie szamponem z Garniera Ultra Doux z olejkiem z awokado (mam też odżywkę z tej serii), bardzo lubię jego zapach. I na koniec moja ulubiona odżywka z Alterry o której już pisałam.



3 etap
Suszenie i dopieszczanie :)
Na końcówki rzepa z Joanny - kończę opakowanie, ale serum nie sprawdza się u mnie, pojawiły się rozdwojenia.


Wysuszyłam włosy zimnym strumieniem suszarki (nie do końca, było ciepło więc wyszłam na spacer i dałam im doschnąć do końca).
Na koniec zawsze psikam włosy tym, co mam pod ręką - zostało mi jeszcze trochę mgiełki z Radical (też wydajna) i odżywki w sprayu bez spłukiwania z Pilomaxa. W suche włosy wgniatam parę kropel olejku arganowego z Isany.




A zwieńczeniem całego dnia były małe zakupy :)
Z serii Joanny "Z apteczki babuni" wzięłam odżywkę wzmacniającą ze skrzypem i rozmarynem (d/s) i balsam do włosów nawilżająco-regenerujący (b/s). Już nie mogę się doczekać, aż je wypróbuję :) Na końcówki serum z Avon - wiem, że zawiera alkohol, ale już je miałam i dobrze się sprawdzał. No i kuracja wzmacniająca z Joanny przeciwko wypadaniu włosów - sypią się wciąż i nie widzę poprawy.



No i najważniejsze, włosy po :) Nie używałam prostownicy, nie modelowałam ich w żaden sposób. Po raz pierwszy cieszę się, że wracają mi fale i nawet nie chcę już z nimi walczyć. I tak, nadal nie obcięłam końcówek, jakoś się boję :P

Wszystko robię "na czuja", więc jeśli widzicie jakieś ewidentne błędy, będę wdzięczna :)




Fundujecie też sobie czasem takie "aktywne" niedziele?

piątek, 18 lipca 2014

Lois Lowry: "Dawca"

Autor: Beata Szy dnia 19:04:00 5 komentarze


Autor: Lois Lowry
Tytuł: Dawca
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 206







Po „Dawcę” sięgnęłam widząc zwiastun filmowy ekranizacji tej książki – wydawała się naprawdę dobrą, futurystyczną młodzieżówką. Gdy ją wypożyczyłam, zdziwiła mnie objętość – książka ma nieco ponad 200 stron. Opowiada historię Jonasza, dwunastolatka wychowującego się w odległej przyszłości. Świat ten rządzi się swoimi prawami – nie ma w nim bólu, przemocy i cierpienia, ale oczywiście kosztem czegoś. Ludzie nie mają pojęcia czym są barwy, muzyka i uczucia. Żyją w komórkach rodzinnych, wychowujących maksymalnie dwoje dzieci (rodzonych przez rodzicielki i oddawanych pod opiekę piastunów aż do osiągnięcia odpowiedniego wieku). Jednostki nie spełniające wymogów lub zbyt stare zostają „zwalniane”. Mieszkańcy miasteczka muszą być dla siebie uprzejmi i prawdomówni, a każdy przejaw niesubordynacji jest natychmiast wyłapywany. Nikt nie dostrzega wad tego systemu, za wyjątkiem Jonasza. Gdy otrzymuje szkolenie na Odbiorcę Pamięci zaprzyjaźnia się z Dawcą, który systematycznie zaczyna przekazywać mu wspomnienia o przeszłości. Chłopiec zaczyna widzieć więcej, dowiaduje się jak kiedyś żyli ludzie, jednak nie może się tym z nikim podzielić…

Oczywiście, wszystko to gdzieś już było. Czytając „Dawcę” miałam wrażenie że to taka wersja znakomitego „Equilibrium”, tylko dla młodszych, czy chociażby popularnej serii „Delirium”. Dla młodzieży, młodszej i starszej, ale chyba z naciskiem na równolatków głównego bohatera. Książka napisana jest w sposób bardzo uproszczony, niewymagający. Czegoś mi w niej zabrakło. Temat stwarzał tyle możliwości, jednak autorka potraktowała go bardzo powierzchownie. Książka zbiera laury, była bestsellerem i nie przeczę, ma wiele także edukacyjnych walorów, jednak jak dla mnie jest zbyt prosta i dosłowna. Po prostu mało się dzieje, zabrakło mi też szerszych opisów świata, którego przecież w ogóle nie znam. Oczywiście trzeba brać poprawkę na wiek potencjalnego czytelnika, ale tak czy inaczej jestem zawiedziona.

Słyszeliście o filmie? Wstawiam zwiastun:

czwartek, 17 lipca 2014

Kevin Brooks: "Lucas"

Autor: Beata Szy dnia 16:26:00 6 komentarze





















Autor: Kevin Brooks
Tytuł: "Lucas"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 344

"Ludzie nie lubią nie wiedzieć, kim jesteś; nie lubią rzeczy, które odstają od reszty, to ich przeraża. Wolą diabła, którego znają, niż tajemnicę, której nie rozumieją."

Gdy czytałam „Lucasa” wyraźnie dotarło do mnie dlaczego wciąż tak lubię książki, w których bohaterami są nastolatkowie. Otóż punkt pierwszy – wiarygodność. To bohaterowie młodzi, a więc jeszcze nieskażeni, wrażliwi, prawdomówni. Dopiero wkraczają w zdradliwy świat dorosłych, dopiero poznają jego mechanizmy i realia. Dlatego tak ich lubię – nic nie ukrywają, nie lansują się na kogoś, kim nie są. Punkt numer dwa – emocje. Gdy dorastamy, następuje ich spiętrzenie. Strony książek młodzieżowych dosłownie pękają w szwach od opisów sercowych rozterek i perypetii, życiowych dylematów, trudów dorastania, zmian jakie zachodzą w ich sercach i ciałach. Pierwsze miłości, kruchość przyjaźni, relacje z rodzicami, rodzeństwem i przyjaciółmi…  to wszystko kryje w sobie ogromny potencjał, o którym można pisać i pisać. Punkt trzeci – często występuje tu też narracja pierwszoosobowa, którą uwielbiam. Lubię utożsamiać się z bohaterem, mieć wgląd w jego myśli i spostrzeżenia. Co jeszcze? Młodzi patrzą na świat troszkę inaczej niż dorośli, więc to dobra lekcja dla nas, jeśli zapomnieliśmy już jak to było, gdy mieliśmy naście lat. Akcja płynie szybko, żaden opis nie jest zbędny. I jeszcze wiele, wiele można by tu wymieniać :)

Tak, zgadliście. Oczywiście polecam tę niepozorną książeczkę. Traktuje o inności, o bezmyślnym zachowaniu tłumu, o dorastaniu i wpisywaniu się w schemat. Fajnie, jeśli młodzież sięga po takie wartościowe książki, odrywając się na chwilę od „Zmierzchu” i innych tego typu. W dodatku narratorką jest urocza dziewczyna, Cait – ogromnie przypadł mi do gustu jej sposób wyrażania się, jej uczuciowość. Wsiąkniecie w tę opowieść i dacie się jej poszarpać na drobne kawałeczki. Czy jest coś piękniejszego? :)

wtorek, 15 lipca 2014

Haruki Murakami: "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland"

Autor: Beata Szy dnia 13:33:00 4 komentarze






Autor: Haruki Murakami
Tytuł: "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland"
Wydawnictwo: Muza
Stron: 488




Trochę mi się już „przejadł” Murakami, a jednak wciąż po niego sięgam – specyficzny charakter jego powieści przyciąga mnie, gdy mam akurat nostalgiczny nastrój. Świetnie się wtedy wpisuje w moje samopoczucie i dobrze mi się go czyta. Aczkolwiek po skończeniu książki „Koniec świata i hard-boiled wonderland” dochodzę do wniosku, że muszę zrobić sobie dłuższą przerwę od tego autora.

Właściwie trudno w paru słowach opowiedzieć, o czym jest ta książka. Dotykamy tu dwóch światów: jeden z nich to świat rzeczywisty, realny, chociaż wybiegający w przyszłość. Drugi to świat na kształt marzeń sennych, daleki i nieznany, nierealny, pełen niemożliwego. Spaja je osoba głównego bohatera – wykształconego młodego człowieka, trybika w machinie Systemu. W miarę lektury zauważamy, że oba światy sporo łączy, że przewijają się w nich podobne motywy. Później to wszystko się wyjaśnia, dwie równoległe historie zaczynają tworzyć jedną. To, co nadnaturalne, przesiąka do japońskiej świadomości a to, co stanowi podstawę prawdziwego życia, staje się jedyną formą ratunku w Mieście, gdzie ludzie nie mają serc i pamięci.

Murakami stworzył niezwykłe sci-fi – uwodzi niczym nieskrępowaną wyobraźnią, śmiałymi pomysłami i nieprzeciętnymi bohaterami. W jego powieści możemy spotkać mityczne jednorożce, cienie obdarzone świadomością i żyjące w oderwaniu od człowieka, podstępne czarnomroki, żyjące pod linią metra i piękne zwierze, oddające życie kosztem ludzi. To równocześnie świat nowinek technologicznych, gdzie dźwięki kości opowiadają historie swoich właścicieli a świat sprowadza się do szyfrów. Klimat rodem z opowieści Orwella, gdzie ludzie są tylko pionkami i nie znają prawdziwej natury świata. Całość przytłacza, trochę przeraża, nie daje nadziei, wyzwala smutek.

Murakamiego trzeba lubić – jeśli nie przekonują Was jego powieści, ta z pewnością też nie porwie. Jak dla mnie, jest raczej średnia, ale może to tylko znużenie autorem. Mam wrażenie, że choć bez wątpienia różne, jego powieści mają jakiś wspólny mianownik, są do siebie łudząco podobne. Postacie, klimat, prosty i mechaniczny język, zachowania, powierzchowny stosunek do seksu, tajemnica i bohaterowie trwający w letargu, prości i bezuczuciowi (?)… A przy tym wciąż nie mogę się nadziwić nad tym, że jednak to kupuję i w jakimś stopniu daję się zaczarować. Ocena jest więc niejednoznaczna, jak i sama proza.


wtorek, 8 lipca 2014

#3 Keratynowe prostowanie włosów

Autor: Beata Szy dnia 20:15:00 5 komentarze

Keratynowe prostowanie włosów


Długo szukałam alternatywy dla prostownicy – wiedziałam, że wyrządza zbyt wiele szkód, by dalej używać jej codziennie, tak jak dotychczas, ale jednocześnie nie widziałam innego wyjścia. Moje włosy po umyciu nieznośnie się puszą, falują we wszystkie strony, ciężko je ułożyć. Wtedy znalazłam informacje o keratynowym prostowaniu włosów i promocję w salonie fryzjerskim na ten zabieg. Wydawało mi się, że to znak i jedyne rozsądne wyjście. W momencie, gdy poddawałam się prostowaniu – dokładnie 14 kwietnia – moje włosy były już w bardzo złej kondycji. Zaczęły pojawiać się białe kuleczki na włosach, łamały się. Pomyślałam, że tylko w ten sposób uda mi się je ochronić i pożegnać się z prostownica, przynajmniej na jakiś czas.

Moje włosy... To coś mniej więcej w tym stylu...



Keratynowe prostowanie – co to takiego?


Zabieg zapewnia długotrwały efekt lśniących i gładkich włosów. Wykonywany jest na bazie produktu zawierającego naturalną keratynę, która wygładza, odbudowuje i chroni włosy. Stopień wyprostowania włosów zależy od ich rodzaju, grubości i kondycji. Długość utrzymania się efektu prostych lśniących włosów zależy dodatkowo od tego, w jaki sposób pielęgnujemy włosy po zabiegu. Może utrzymywać się nawet do kilku miesięcy.

Moje włosy przed zabiegiem, oczywiście po prostowaniu zwykłą prostownicą:
(zdjęć włosów naturalnych nie mam, gdyż nie wygląda to zbyt dobrze i nigdzie tak nie wychodzę :P)

Jak to wygląda?

Zabieg na włosach mojej długości trwał ok. dwóch godzin w salonie fryzjerskim. Jego wykonanie różni się trochę, zależnie od obranej metody i produktu. Najpierw myjemy włosy szamponem oczyszczającym, który otwiera łuski włosa. Potem nakładamy właściwy produkt z keratyną, pasmo po paśmie, dokładnie, tak aby pokryć całe włosy. Następnie włosy są suszone maksymalnie, do sucha. Później produkt należy w nie wprasować przy użyciu prostownicy, w wysokiej temperaturze (w tym momencie zamarłam, ale nie było już gdzie uciekać). Produkt nieprzyjemnie pachnie i może szczypać w oczy, powodując łzawienie. W salonie, w którym byłam, cały proces zakończył się w tym momencie, ale dziewczyny, które wykonują prostowanie same w domu (wychodzi taniej, zamawiając keratynę na allegro, można poczytać o tym na wizażu, ale sama wolałam nie ryzykować) często myją włosy jeszcze raz i nakładają dołączoną do zestawu odżywkę.


Pierwsze wrażenia :)


Na początku jest efekt wow! Od razu po nałożeniu keratyny włosy stają się niesamowicie lśniące, proste i gładkie. Wyglądają też na zdrowe, ale oczywiście to efekt, który mija wraz z wypłukiwaniem się keratyny. To rzeczywiście działa – byłam w szoku, kiedy po umyciu moje włosy rzeczywiście pozostały proste i nie puszyły się tak jak dawniej. Oczywiście – nie były proste jak druty, czasem wymagały delikatnego wsparcia prostownicy, ale byłam zadowolona. Nie kręciły się pod wpływem wilgoci, kolejny plus. Dziś mijają już prawie 3 miesiące od wykonania zabiegu i efekt jeszcze troszkę się utrzymuje. Włosy co prawda zaczynają falować, ale jest o wiele lepiej niż kiedyś. Udało mi się ograniczyć prostownicę i czasem nie używam jej w ogóle przez kilka dni (a jeśli używam to tylko na włosy z przodu, nigdy na całość).



Zalety zabiegu

  • gładkie, proste włosy
  • ograniczenie prostownicy
  • oszczędzenie czasu na mycie, suszenie i układanie włosów, teraz zajmuje mi to o wiele mniej
  • włosy nie puszą się, nie są podatne na wilgoć
Wady
  • w pierwszych dwóch tygodniach włosy były bardzo oklapnięte, wyglądały na przetłuszczone, tzw. przyklap; przyznam że byłam tym troszkę załamana – musiałam non stop je tapirować i wspomagać się pianką. Nie wiedziałam o tym wcześniej, ale jeśli decydujecie się na zabieg, warto podkreślić, by kłaść produkt w odległości 2-3 cm od nasady, dzięki temu uniknie się takiego efektu.
  • utrata objętości – włosów nagle staje się jakby o połowę mniej
  • konieczność suszenia ich suszarką po umyciu– bez tego na powrót falują
  • cena – nie jest to tani zabieg, ja w promocji zapłaciłam ok. 200 zł, ale ceny różnią się w zależności od długości włosów, salonów, produktów czy wybranej metody
  • keratyna wypłukuje się – warto stosować w tym czasie lekkie szampony bez SLS/SLES
  • podczas zabiegu trzeba wyprostować każde pasmo po kilka razy w wysokiej temperaturze – na pewno nie wpływa to najlepiej na włosy
  • u mnie z czasem, gdy włosy zaczęły wracać do pierwotnego stanu, pojawiły się rozdwojone końcówki i ogólnie mam wrażenie, że włosy są bardziej zniszczone, choć mój cel był zupełnie inny.
Po kilku pierwszych myciach:


Podsumowując - wady się mnożą, a zalet jest tylko kilka...

Niemniej, gdy zastanawiam się czy powtórzyłabym zabieg, wciąż się trochę waham. Nie ukrywam, że keratynowe prostowanie wyleczyło mnie z prostownicy, skróciło czas układania włosów i sprawiło, że trzymają się teraz lepiej i nadal są prostsze, niż dawniej. To ogromne plusy, nawet jeśli w cieniu wielu, wielu wad. Jeśli jednak szukacie ratunku dla zniszczonych włosów, nie tędy droga. Zabieg w tym względzie w niczym nie pomoże, a jeszcze może zaszkodzić – tak jak u mnie powodując np. problem z rozdwojonymi końcówkami.









Tak wyglądają w tej chwili moje włosy po wysuszeniu, bez używania prostownicy:
(przyznam, że nie rozczesałam ich dobrze, zrobiłam foto po przyjściu z zakupów, gdy trochę potargał je wiatr). Dużo zależy też od nakładanej odzywki, czasem prezentują się lepiej - jak na zdjęciu powyżej.


Jak widać sprawiają wrażenie cienkich i przerzedzonych, a końce wyginają się na wszystkie strony i są bardzo zniszczone. Choć marzę o długich włosach, bezwzględnie czeka mnie cięcie. Tylko czasu na fryzjera nie mogę znaleźć – ledwo wróciłam z urlopu, już jutro wyjeżdżam na szkolenie. Ale po powrocie zamierzam skrócić włosy o co najmniej 5 cm. Może i powinnam więcej, ale trochę się boję, moje włosy nie rosną zbyt szybko.


A co Wy sądzicie o takim zabiegu? Poddawałyście się mu kiedyś, myślicie o tym? Używacie prostownicy na co dzień? Macie jakieś rady, jak się od niej „uwolnić”?

niedziela, 6 lipca 2014

#2 Ulubieniec czerwca

Autor: Beata Szy dnia 20:09:00 6 komentarze
# Ulubieniec czerwca

Każdemu kolejnemu miesiącowi zamierzam przypisać produkt, który w tym czasie był moim top 1 :) Pierwszy wpis z tej serii zaczynam z lekkim poślizgiem, spowodowanym urlopem, ale za to napisze parę słów o kosmetyku, który jest moim największym odkryciem ostatnich tygodni.

Alterra odzywka nawilżająca do włosów suchych i zniszczonych – granat i aloes

Nie zdziwię się, jeśli większość z Was o niej słyszała i sama używa. Ja wyczytałam wiele zachęcających opinii, nim sama sięgnęłam po ten produkt. Dostępny w Rossmannie za grosze – kosztuje ok 10 zł, w promocji nawet mniej.


Produkt:
- wolny od syntetycznych barwników, aromatów i konserwantów,
- bez silikonów, parafiny i innych produktów naftowych,
- przebadany dermatologicznie,
- wegański.


Poniżej skład:




Dla mnie ta odżywka jest jak objawienie. Mam włosy bardzo suche i zniszczone, nie przeczę. Po jej zastosowaniu (w metodzie OMO używam jej jako drugiej odżywki) włosy momentalnie stają się miękkie i gładkie. Czuję jak wnika we włosy już po nałożeniu, a po zmyciu utrzymuje się ten przyjemny efekt. Włosy błyszczą i wyglądają ładnie jeszcze następnego dnia. Żaden inny produkt nie daje mi takiej miękkości. Jedyne co, to staram się nie używać jej przy każdym myciu, co wychodzi mi z trudem. Nie chcę by włosy się uodporniły, bo stracę cały efekt. Ale gdy gdzieś wyjeżdżam i muszę ograniczać kosmetyki – Alterra zawsze jest pod ręką. Uwielbiam :) Na pewno zagości w mojej łazience na stałe.

Plusy:
cena
fajna konsystencja i zapach
wydajna
włosy miękkie, gładkie, lśniące
nie obciąża włosów
dostępność – Rossmann


Znacie? Używacie?

wtorek, 1 lipca 2014

Cormac McCarthy: "W ciemność"

Autor: Beata Szy dnia 12:01:00 3 komentarze


Autor: Cormac McCarthy
Tytuł: "W ciemność"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Stron: 272









Proza Cormaca McCarthy'ego nie pozostawia złudzeń: świat jest mroczny, plugawy i nie daje nadziei na wyjście z ciemności. Główni bohaterowie powieści to rodzeństwo: Rinthy i Holme. Para mieszka samotnie, gdzieś w środku lasu, z dala od cywilizacji. W wyniku ich kazirodczego związku rodzi się dziecko, ale matka nigdy nawet nie widzi synka żywego. Holme zabiera dziecko i porzuca w lesie, wmawiając siostrze, że umarło. Gdy prawda wychodzi na jaw, kobieta porzuca dom i wyrusza na poszukiwanie druciarza, gdyż wierzy, że to on zabrał jej potomka.

Książka jest gorzka, a z każdej strony wręcz "wylewa" się kolejna porcja rozczarowań, okropieństw i niepowodzeń. Jak w czytanej przeze mnie wcześniej powieści "Droga", tak i tu, bohaterowie opuszczają dom i wędrują, szukając czegoś, co ich wyzwoli, odmieni życie, uratuje. Świat wokół jest jednak ponury, pełen niebezpieczeństw. Nie ma tu miejsce na dobro, na miłość, czy jakiekolwiek pozytywne uczucia. Bohaterowie są na wskroś źli, pozbawieni serca i współczucia. Wyjątkiem jest biedna Rinthy, która płaci jednak najwyższą cenę za swoją wrażliwość.

Powieść nie przypadnie wszystkim do gustu. Trzeba się nastawić na porcję przytłaczającej lektury. To, co najbardziej mi się podobało to charakterystyczny, oszczędny styl autora. Bohaterowie to często analfabeci, posługujący się językiem pełnym rażących błędów i przekręceń. W którejś recenzji tej książki przeczytałam, że redakcja i korekta nie popisała się, przepuszczając tekst z tyloma usterkami. Gratuluję zrozumienia w takim razie... :) Wszystko tu gra, wszystko jest na swoim miejscu. Zakończenie, również swoiste dla tego pisarza, zmusza do refleksji i dopowiedzenia sobie ciągu dalszego już we własnym zakresie.

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon