środa, 25 czerwca 2014

#1 Włosomaniactwo, czyli dopiero zaczynam

Postanowiłam zacząć wprowadzać na bloga troszkę więcej postów o tym, co mnie pochłania na co dzień. Oprócz książek i pojawiających się sporadycznie recenzji płyt i filmów (jestem chyba zbyt leniwa, by przelać na papier wszystko to, o czym mogłabym powiedzieć), ostatnio zaczęłam trochę więcej uwagi poświęcać serialom. Teraz czas na moją kolejną obsesję, tym razem włosową. Mam w planach stworzenie zakładki na ten temat i dzielenie się z Wami od czasu do czasu postępami w trudnych bojach o piękne włosy, nowinkami, moimi ulubieńcami i efektami różnych kuracji.

Moje włosomaniactwo dopiero raczkuje, aczkolwiek od dłuższego czasu czytam coraz więcej na ten temat, śledzę fora i blogi, wypróbowuję różne produkty i szukam tych najlepszych dla siebie. Nie jest to droga łatwa, gdyż na wstępie moje włosy były (wciąż jeszcze są) w opłakanym stanie. Mój największy życiowy grzech to... prostownica.

Tak, właśnie. Jako dziecko byłam posiadaczką dosyć ładnych, gęstych, kręconych włosów. Z wiekiem niestety doszły problemy z ich stylizacją. Włoski stały się cieńsze, przestały się kręcić, a zaczęły po prostu falować – we wszystkie możliwe strony, nigdy tak, jakbym chciała. Wywijające się kosmyki, podatne na wilgoć, trudne do ujarzmienia, puszące się... Marzyłam o prostych włosach. Wtedy nadeszła moda na prostownice. Zaczęłam używać własnej bodajże gdzieś na przełomie gimnazjum/liceum i nie rozstaję się z nią do dzisiaj (to jakieś 10-15 lat). Przyznaję - przez bardzo długi okres katowałam swoje włosy nawet po parę razy dziennie – gdy sprzęt był niższej klasy i efekt utrzymywał się krócej, gdy włosy wywijały się pod wpływem wilgoci, wiatru czy innych czynników. W dodatku nie stosowałam wtedy żadnych kosmetyków ochronnych, a i o odżywki naście lat temu mało kto dbał :) Z czasem zaczęłam dostrzegać co prostownica robi z moimi włoskami, ale było już za późno. Doprowadziłam je do takiego stanu, że naturalne fale zniknęły, a ja zostałam z sianowatym nie-wiadomo-czym. Wydawało mi się, że innego wyjścia już nie ma, trzeba prostować nadal. Doszły jakieś pierwsze kosmetyki pielęgnacyjne, ale to wciąż było za mało.

Przez większość czasu nosiłam krótsze włosy, do ramion, tak było łatwiej „ogarnąć” fryzurę. Im dłuższe włosy, tym trudniej było mi je ujarzmić i tym bardziej widoczne było to, że mam na głowie piórka, nie włosy. Często je podcinałam, więc wydawało się, że są w lepszej formie. Na szczęście nigdy (no,z raz-dwa) nie farbowałam włosów, więc chociaż ten sposób maltretowania odpadł ;) Jak już starałam się ich nie prostować, to musiałam spinać, a to też mi nie odpowiadało... I przyszedł czas, gdy zaczęły mi się marzyć długie, piękne, lśniące włosy. Od tego czasu zaczęłam poważniej zgłębiać temat z nadzieją na odbudowanie ich stanu. Zaczęłam wprowadzać coraz więcej kosmetyków do swojej pielęgnacji. Śmieję się czasem, że ostatnio kupuję szybciej, niż zużywam. Ale jestem tak zdeterminowana, że zamierzam szukać i testować tak długo, aż znajdę te najlepsze dla siebie. A przy tym głównym celem jest zdrowy stan moich włosów.

Ostatnio prostownicy używam już coraz mniej, jednak wciąż nie potrafię jej wyeliminować zupełnie. W kwietniu tego roku w efekcie kompletnej desperacji poddałam się zabiegowi keratynowego prostowania włosów. O plusach i minusach oraz efektach tego prostowania napiszę w niedługim czasie. Faktem jest, że efekt utrzymuje się jeszcze do dziś, choć już w mniejszym stopniu. W pierwszych tygodniach kompletnie zrezygnowałam z prostownicy, musiałam jednak przerzucić się na.. .suszarkę. Susze włosy zimnym nawiewem, ale tylko trochę i dalej pozwalam im wyschnąć. Po tym zabiegu musiałam prostować je do końca, inaczej falowały. Zabieg odchorowałam także rozdwojonymi końcówkami, a wcześniej nie miałam tego problemu. Ale o tym jeszcze będzie post :) Poza tym włosy strasznie mi wypadają, kolejna rzecz.

To dopiero pierwszy wpis z tej serii, więc nie będę się tu dokładnie rozwodzić co i jak, na pewno jeszcze o niejednym wspomnę w następnych postach, chciałam jednak wprowadzić w temat i wypunktować kilka najistotniejszych faktów :)


Główne problemy:
  • włosy suche, bardzo zniszczone, spalone prostownicą, cienkie
  • włosy puszące się, elektryzujące, łamliwe
  • wypadanie
  • rozdwojone końcówki

Pielęgnacja, którą stosuję od paru miesięcy i ciągle wzbogacam, doszlifowuję:
  • mycie włosów metodą OMO (odżywka, mycie, odżywka)
  • zabezpieczanie końcówek
  • maska 2-3 razy w miesiącu (na więcej wciąż nie jestem w stanie sobie pozwolić z powodu braku czasu) – drogeryjne z dodatkami i domowej roboty
  • ograniczenie prostownicy
  • olejowanie raz w tygodniu
  • spraye ochronne do włosów
  • od wewnątrz: Belissa, Biotebal (drugi tydzień)
  • picie drożdży (trzeci dzień)

O niektórych z tych metod jeszcze na pewno wspomnę :)
A na koniec chciałam zapytać o Wasze włosowe historie, rady czy problemy, z którymi się borykacie. Myślę, że każda z nas, mniej lub bardziej, przejmuje się stanem włosów i stara się o nie troszczyć. W końcu włosy to rama naszej twarzy, a gdy one są zdrowe i ładne, my też jesteśmy zadowolone.


Na koniec parę fot, żeby nie być gołosłowną :)

 




Fotka nr 1 – ok. roku 2006 – dłuższe włosy traktowane prostownicą, które już zwłaszcza na końcach były w bardzo złym stanie













Fotka nr 2 – 2011, okres gdy regularnie ścinałam włosy, zawsze mniej więcej tej długości; wyglądały na zdrowsze, ale musiałam częściej używać prostownicy no i zaczynały mi się marzyć długie włosy










Fotka nr 3 – rok 2012, powoli zapuszczam, ale włosy są w opłakanym stanie, długo nie wytrwałam, ścinałam

















Fotka nr 4 – stan na dziś; wciąż jest źle ale zaczynam widzieć postępy. Nadal są suche, łamliwe i rozdwajają się, ale też nabrały blasku i są chyba w coraz lepszej formie. Zapuszczam je od dłuższego czasu i aż boję się pomyśleć o ścięciu końcówek czy jakiejkolwiek wizycie u fryzjera :P Pielęgnuję nadal, ograniczam prostownicę, zapuszczam :)




Mam nadzieję, że nie przynudziłam i wybaczycie, że w ten dotąd literacki zakątek wprowadziłam troszkę przyziemnych spraw :) Czekam tez na Wasze refleksje i porady! 

Na koniec zapraszam jeszcze na ciekaw stronę: http://drogadosiebie.pl/
 

piątek, 20 czerwca 2014

Colleen Hoover: "Hopeless"


          
 


Autor: Colleen Hoover
Tytuł: "Hopeless"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 424





Mam słabość do książek młodzieżowych, której wciąż nie mogę się oprzeć. Wynika to chyba z tego, że gdy sama byłam nastolatką, mogłam korzystać wyłącznie z małej, wiejskiej biblioteki publicznej. Księgozbiór był tam mocno ograniczony, a moje cotygodniowe wizyty często kończyły się wypożyczaniem po raz któryś tych samych tytułów, z racji braku dostępu do nowości. Dziś dostęp do kultury jest o niebo łatwiejszy – wystarczy mieć Internet. Kiedyś trzeba było sobie radzić bez tego. Trochę więc uzupełniam braki, zwłaszcza że jeszcze dziesięć lat temu nie do pomyślenia była obecność w książkach młodzieżowych scen takich, jakie nałogowo pojawiają się teraz.

 A niniejszy wstęp wywołała lektura najnowszego bestsellera dla młodzieży autorstwa C. Hoover: „Hopeless”. I tu ciekawostka – właśnie oświecono mnie, że powstał już odrębny gatunek, new adult. W skrócie: literatura dla młodych dorosłych. W praktyce wygląda to tak, że bohaterami są nastolatki, wkraczające w dorosłość. Możemy się zatem spodziewać, ni mniej, ni więcej, pierwszych inicjacji seksualnych. O ile lata temu zaczytując się w „romansach dla nastolatek” mogłam liczyć co najwyżej na rzewne sceny pierwszego pocałunku, teraz autorki piszą bez pruderii o pierwszych pieszczotach i seksie. Dobrze to czy źle? Nie mnie oceniać, to wyłącznie znak, że literatura idzie z duchem czasu i musi nadążać za obowiązującymi trendami.

Także uwaga, w „Hopeless” aż roi się od scen erotycznych. Co mi przypomniało, dlaczego wciąż tracę głowę dla młodzieżówek. Silne emocje, wrażenia, przeżycia. Tak, było gdy dorastaliśmy: wszystko takie nieznane, nowe, zaskakujące. I tak doświadcza życia Sky, główna bohaterka powieści. A jej wrażliwość udziela się czytelnikowi, i to jest najfajniejsze w całej lekturze. Bo miło, chociaż na chwilę, przypomnieć sobie, jak to było… Albo po prostu przeżyć to na własnej skórze.

Sky jest dzieckiem adoptowanym. Karen, jej przybrana matka, wychowuje ją z dala od zdobyczy techniki. Dziewczyna może tylko pomarzyć o telewizji, komputerze czy telefonie komórkowym. Wychowuje się z dala od rówieśników, pobierając naukę domową. Nie przeszkadza jej to do momentu, gdy najlepsza (i jedyna) przyjaciółka wyjeżdża na wymianę zagraniczną, a Sky niefortunnie, za jej namową, decyduje się na pójście do szkoły. Tam doświadcza tego, o czym dotąd tylko dowiadywała się z książek – że środowisko szkolne jest agresywne i niechętne wobec jakiegokolwiek przejawu inności, a prześladowania są na porządku dziennym. Jednak kłopoty Sky tylko się mnożą. Dziewczyna poznaje Deana, chłopaka, który niebezpiecznie wywraca jej świat do góry nogami. Znajomość z nim nie tylko wywoła emocje, których dziewczyna dotąd nie miała okazji doznać, ale również odsłoni pewne fakty z przeszłości. Przeszłości mrocznej i zatrważającej; wypartej tak przykładnie, że Sky przez trzynaście lat żyła w kompletnej niewiedzy o tym, kim naprawdę jest.

Pierwsze recenzje „Hopeless”, z którymi miałam styczność, były niezwykle pochlebne. To działa na mnie w ten sposób, że od razu chcę sięgnąć po książkę i przekonać się sama, czy jej opinia jest zasłużona. Zwykle nastawiam się chyba na więcej, niż otrzymuję i tym razem znów jest podobnie. Nie zaprzeczam, na tle innych młodzieżówek książka wypada całkiem dobrze. Ma wszystkie te elementy, które sprawiają, że dobrze się ją czyta i zapada w pamięć: bohaterkę z krwi i kości, pięknego (tak, nie przystojnego, po prostu pięknego!) absztyfikanta, element romansowy, żywą akcję, mroczną tajemnicę i układankę, która ładnie się kompiluje w zakończeniu. Autorka nie uniknęła jednak pewnych trywializmów. Przyznam, że Sky bywa często tak naiwna i oderwana od rzeczywistości, że zaczyna to denerwować. Szczytem żenady były dla mnie fragmenty w stylu „napiłam się wody z butelki, on napił się po mnie, to prawie tak jakbyśmy się pocałowali”. Bez komentarza. Język powieści jest raczej prosty, dostosowany do odbiorcy. Wiadomo, że nastolatki mają swój specyficzny żargon, jednak raziły mnie zwroty w stylu: „jestem z ciebie kurewsko dumny”, "jesteś mi teraz zajebiście potrzebna”. Jak dla mnie była to trochę stylizacja na siłę, zupełnie nietrafiona. Poza tym w tekście pojawia się trochę literówek i problemów z interpunkcją, ale z drugiej strony ja czytałam książkę w wersji elektronicznej, egzemplarz recenzencki, więc może te błędy nie pojawiają się w wersji ostatecznej.

No i właśnie – „Hopeless” jest pierwszym przeczytanym przeze mnie e-bookiem. O wrażeniach z takiej lektury, plusach i minusach książki elektronicznej i innych kwestiach z tym związanych zamierzam jeszcze napisać. Przyznam jednak, że przekonałam się do tej formy lektury i na pewno będę ją kontynuować. Nie znaczy to jednak, że zrezygnuję całkowicie z książek tradycyjnych. Do tych sentyment nigdy nie wygaśnie :)


Podsumowując – „Hopeless” jest książką, która wywoła w Was wiele silnych emocji. Jest pełna uroczych, zabawnych scen (i nieraz śmiałam się głośno przy którejś z nich), ale jest też naszpikowana tematami trudnymi, przytłaczającymi, wywołującymi złość, gniew, współczucie i łzy. Może nie jest to lektura idealna i troszkę nie rozumiem zamieszania wokół tego tytułu, niemniej nie zawodzi i można polecać bez wyrzutów sumienia. To coś więcej niż błahy nastoletni romans, bo nasi bohaterowie dojrzewają wraz z opowieścią. Trochę męczy pobrzękujący tu jeszcze schemat jednej, wielkiej miłości aż po grób, jednak od tego mamy książki, by wierzyć, że w życiu też jest szansa coś takiego przeżyć…

środa, 18 czerwca 2014

"The walking dead", serial, sezon 4



 "The walking dead"
 serial
 sezon 4

Uwaga, będą spoilery :)
Czwarty sezon „The Walking Dead” na początku przynudzał. Bohaterowie osiedli w miarę spokojnym otoczeniu, udało im się stworzyć coś na kształt mikromiasta, społeczności, w której każdy odgrywa jakąś rolę: zdobywa pożywienie, udziela opieki medycznej, organizuje zajęcia dla dzieci, dogląda upraw, zabezpiecza teren, stoi na warcie itp. Ale wiadomo, że sielanka nie może trwać wiecznie… Zagrożeń jest kilka. Najpierw swoje żniwo zbiera gorączka – epidemia jest trudna do opanowania. Oczywiście, większość naszych ulubieńców przetrwa, ale przecież nie mogłoby być tak pięknie. Znów pojawia się Gubernator (ten to jest niezniszczalny), który chce przejąć więzienie. Na tym nie koniec.. Nie zapominajmy przecież o czyhających na ludzi zombie, bo to one są wrogiem numer 1 :)


W czwartej części dochodzi znów do rozdzielenia grupy, przez co jest wiele odcinków poświęconych jednostkom lub mniejszym grupom. Oczywiście wszystko zmierza do scalenia (czy raczej spotkania tych, którym uda się przetrwać), ale zanim to nastąpi, trzeba troszkę poczekać. W ogóle nie czułam sezonu klimatu, ciągnął się monotonnie, nie budował napięcia. Dopiero 2-3 ostatnie odcinki przekonały mnie na tyle, że znów z niecierpliwością oczekuję kolejnego sezonu. Jak dla mnie jest to serial, który doskonale ukazuje różne ludzkie oblicza – w sytuacjach skrajnych, potwornych, niebezpiecznych. Życie w ciągłym zagrożeniu wpływa na każdego inaczej. Jedni znoszą je spokojnie, mężnieją, są zdeterminowani by przetrwać. Inni głupieją, tracą zmysły, popadają w depresje i wręcz pchają się w łapy żywych trupów. Jeszcze inni nie cofną się przed niczym, by chronić tylko siebie, podczas gdy są i tacy, gotowi się poświęcić dla obrony ukochanej osoby. I trudno dopowiedzieć sobie na pytanie: a jak ja bym się zachował/a?  

Polecam, bo w ogólnym podsumowaniu serial się nadal broni, mimo że ma wiele słabszych momentów.

niedziela, 15 czerwca 2014

Martin Šmaus: "Dziewczynko, roznieć ogieniek"



Autor: Martin Šmaus

Wydawnictwo: Czeskie Klimaty
Stron: 333


Przyznam, że długo chodziła za mną ta książka w myśl zasady „oceniaj książkę po okładce właśnie”, hehe :) Absolutnie w moim typie – delikatna, w błękitnych barwach, niejednoznaczna. Zresztą gdy wziąć książkę do ręki i przyjrzeć się bliżej, wrażenie zachwytu jeszcze się nasila. Książka jest świetnie skrojona i dopasowana. Podoba mi się jej typografia, jestem urzeczona skrzydełkami, które korespondują z okładką i jej wewnętrzną częścią. Na zdjęciach mały przykład :) Ale oczywiście ładny projekt to nie wszystko – przejdźmy zatem do zawartości.


Tytuł, który po prostu skradł moje serce, jest nawiązaniem do starej cygańskiej pieśni. Bo właśnie o losach Romów, a konkretniej jednego z przedstawicieli tej populacji, traktuje opowieść. Autor przybliża nam trudny, nieraz brutalny, świat ludzi zupełnie innych, niż my. W świecie, gdzie każdy pragnie przywłaszczyć sobie jak najwięcej dobra, gdzie celem życiowym jest zdobycie czegoś swojego, zabezpieczenie przyszłości, gdzie ważne jest to by osiąść w jednym miejscu i zapuścić korzenie, gdzieś obok tego świata, naszego świata, żyją oni – Romowie, z zupełnie inną wizją. Oni nie mają niczego, nigdzie nie są u siebie, nie przywiązują wagi do rzeczy i miejsc. Przemieszczają się jak wygnańcy, uciekając przed bezlitosnymi spojrzeniami gadziów. Kradzież i żebractwo to ich sposoby na życie – innych po prostu nie znają, nie wyobrażają sobie, że można inaczej. Nauka, umiejętność czytania i pisania, zawód, stała praca – to nie jest im do niczego potrzebne. Mentalność tych ludzi jest całkowicie dla nas niepojęta, ale Martin Šmaus doskonale odwzorował ich środowisko, podejmując się trudnego zadania – stara się pokazać drugie oblicze Cyganów, wzbudzić nasze współczucie. Czytając, odrzucamy uprzedzenia i jesteśmy świadkami historii Andrejka, który nie chce dać się zamknąć w ciasnych ramkach, narzuconych przez tradycję i rodzinę. Staje do walki ze swoim przeznaczeniem, pragnąc tylko jednego – wolności...

Chociaż podziwiam realizm, z jakim autor odzwierciedlił świat Romski, sposób w jaki poprowadził swojego bohatera i ukazał jego rozdarcie, oddanie specyfiki tego społeczeństwa i próbę wytłumaczenia rozpadu, książka raczej nie spełniła moich oczekiwań. Ale to pewnie dlatego, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. To publikacja inna, warta uwagi, doceniana w świecie (o czym świadczy także wydawanie literatury czeskiej w Polsce), jednak nie dla każdego. Życie Andrejki upływa na ciągłej tułaczce, ucieczkach i poszukiwaniach, i taka jest właśnie książka. Nie umiałam się w nią „wgryźć”, nasiąknąć jej klimatem, całkowicie się pochłonąć. Raczej brodziłam gdzieś przy samej powierzchni. Niemniej, jeśli będziecie mieli okazję, spróbujcie ;)


niedziela, 1 czerwca 2014

Mark Helprin: "Zimowa opowieść"


Autor: Mark Helprin
Tytuł: "Zimowa opowieść"
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 696


30 lat po amerykańskiej premierze wydano w Polsce kultowe dzieło Marka Helprina „Zimowa opowieść”. Kiedy zobaczyłam zwiastun filmu na jego podstawie obiecałam sobie, że najpierw przeczytam powieść. Delektowałam się nią – całość ma nie bagatela, prawie 700 stron. W opisie wydawcy czytamy, że mamy do czynienia z poruszającą historią miłosną, uczuciem silniejszym niż śmierć. Drobny złodziejaszek, Peter Lake, trafia do wspaniałej rezydencji. Zastaje w niej śmiertelnie chorą córkę właściciela, Beverly. Młodzi decydują się spędzić razem jej ostatnie chwile. Czas przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę – mijają wieki, a uczucie Petera sprowadza go ponownie na Manhattan. Czy zdoła przywrócić do życia ukochaną?

Z „Zimową opowieścią” jest trochę tak jak z „Atlasem chmur” D. Mitchella. Zapiera dech kunszt, niczym nieskrępowana wyobraźnia autora, jego zdolność do mnożenia postaci i wątków, tworzenia wielu oddzielnych historii, które mogą – ale nie muszą – zostać spojone w zakończeniu. Literacko jest to piękne, jednak niemal niemożliwe do przeniesienia na ekran. Tak też się stało chyba w obu przypadkach – wyszły twory trochę niezrozumiałe, kiczowate, nie oddające w pełni walorów obu monumentalnych, jakby nie patrzeć, opowieści. „Zimowa opowieść” nie jest dla każdego. Wystarczy chyba nadmienić, że to, co stanowi podstawę opisu tej książki, jest niewielkim ułamkiem dzieła. W rzeczywistości Peter i Beverly spotykają się gdzieś około 150 strony, a ich znajomość potrwa z raptem, nie wiem, pięćdziesiąt kolejnych? To nie o nich jest ta historia, są tylko częścią układanki, fragmentem czegoś znacznie większego.

Bohaterem powieści jest bowiem miasto. Twór żywy, myślący, ewoluujący. Miasto, które jest uczestnikiem wszystkich wydarzeń, które je spaja, prowokuje i wycisza. Miasto, przyzywające do siebie, mogące przechytrzyć nawet śmierć. Oraz takie, które jest w stanie wygnać, porzucić, odwrócić się i skazać na potępienie. Silny organizm, nie do pokonania. Czas tylko je zmienia, przekształca, jednak nigdy nie pokona. Helprin wprowadza w swoją opowieść tyle charakterystycznych, silnych osobowości, jednak wszystkie one pozostają w cieniu, gdy zdamy sobie sprawę z potęgi miasta. To cichy świadek przemian. Zakątek, w którym wielu szuka schronienia, szansy na lepsze jutro, na miłość i szczęście.

Spędziłam przy tej książce wiele popołudni. Dostałam nie do końca to, po co sięgałam, ale i tak jestem oczarowana. Brak tego wieńczącego „wow” przy odwracaniu ostatniej strony, prawda. Ale „Zimowa opowieść”, jak dla mnie, składa się z mniejszych, wielokrotnych wykrzyknień. Jeżeli lubicie ten typ literatury, w której prym wiedzie majestatyczne słowo, to jest to coś dla Was. I jeszcze tak na koniec – książka jest naprawdę pięknie wydana.


/reportal weryfikacja