środa, 25 czerwca 2014

#1 Włosomaniactwo, czyli dopiero zaczynam

Autor: Beata Szy dnia 11:49:00
Postanowiłam zacząć wprowadzać na bloga troszkę więcej postów o tym, co mnie pochłania na co dzień. Oprócz książek i pojawiających się sporadycznie recenzji płyt i filmów (jestem chyba zbyt leniwa, by przelać na papier wszystko to, o czym mogłabym powiedzieć), ostatnio zaczęłam trochę więcej uwagi poświęcać serialom. Teraz czas na moją kolejną obsesję, tym razem włosową. Mam w planach stworzenie zakładki na ten temat i dzielenie się z Wami od czasu do czasu postępami w trudnych bojach o piękne włosy, nowinkami, moimi ulubieńcami i efektami różnych kuracji.

Moje włosomaniactwo dopiero raczkuje, aczkolwiek od dłuższego czasu czytam coraz więcej na ten temat, śledzę fora i blogi, wypróbowuję różne produkty i szukam tych najlepszych dla siebie. Nie jest to droga łatwa, gdyż na wstępie moje włosy były (wciąż jeszcze są) w opłakanym stanie. Mój największy życiowy grzech to... prostownica.

Tak, właśnie. Jako dziecko byłam posiadaczką dosyć ładnych, gęstych, kręconych włosów. Z wiekiem niestety doszły problemy z ich stylizacją. Włoski stały się cieńsze, przestały się kręcić, a zaczęły po prostu falować – we wszystkie możliwe strony, nigdy tak, jakbym chciała. Wywijające się kosmyki, podatne na wilgoć, trudne do ujarzmienia, puszące się... Marzyłam o prostych włosach. Wtedy nadeszła moda na prostownice. Zaczęłam używać własnej bodajże gdzieś na przełomie gimnazjum/liceum i nie rozstaję się z nią do dzisiaj (to jakieś 10-15 lat). Przyznaję - przez bardzo długi okres katowałam swoje włosy nawet po parę razy dziennie – gdy sprzęt był niższej klasy i efekt utrzymywał się krócej, gdy włosy wywijały się pod wpływem wilgoci, wiatru czy innych czynników. W dodatku nie stosowałam wtedy żadnych kosmetyków ochronnych, a i o odżywki naście lat temu mało kto dbał :) Z czasem zaczęłam dostrzegać co prostownica robi z moimi włoskami, ale było już za późno. Doprowadziłam je do takiego stanu, że naturalne fale zniknęły, a ja zostałam z sianowatym nie-wiadomo-czym. Wydawało mi się, że innego wyjścia już nie ma, trzeba prostować nadal. Doszły jakieś pierwsze kosmetyki pielęgnacyjne, ale to wciąż było za mało.

Przez większość czasu nosiłam krótsze włosy, do ramion, tak było łatwiej „ogarnąć” fryzurę. Im dłuższe włosy, tym trudniej było mi je ujarzmić i tym bardziej widoczne było to, że mam na głowie piórka, nie włosy. Często je podcinałam, więc wydawało się, że są w lepszej formie. Na szczęście nigdy (no,z raz-dwa) nie farbowałam włosów, więc chociaż ten sposób maltretowania odpadł ;) Jak już starałam się ich nie prostować, to musiałam spinać, a to też mi nie odpowiadało... I przyszedł czas, gdy zaczęły mi się marzyć długie, piękne, lśniące włosy. Od tego czasu zaczęłam poważniej zgłębiać temat z nadzieją na odbudowanie ich stanu. Zaczęłam wprowadzać coraz więcej kosmetyków do swojej pielęgnacji. Śmieję się czasem, że ostatnio kupuję szybciej, niż zużywam. Ale jestem tak zdeterminowana, że zamierzam szukać i testować tak długo, aż znajdę te najlepsze dla siebie. A przy tym głównym celem jest zdrowy stan moich włosów.

Ostatnio prostownicy używam już coraz mniej, jednak wciąż nie potrafię jej wyeliminować zupełnie. W kwietniu tego roku w efekcie kompletnej desperacji poddałam się zabiegowi keratynowego prostowania włosów. O plusach i minusach oraz efektach tego prostowania napiszę w niedługim czasie. Faktem jest, że efekt utrzymuje się jeszcze do dziś, choć już w mniejszym stopniu. W pierwszych tygodniach kompletnie zrezygnowałam z prostownicy, musiałam jednak przerzucić się na.. .suszarkę. Susze włosy zimnym nawiewem, ale tylko trochę i dalej pozwalam im wyschnąć. Po tym zabiegu musiałam prostować je do końca, inaczej falowały. Zabieg odchorowałam także rozdwojonymi końcówkami, a wcześniej nie miałam tego problemu. Ale o tym jeszcze będzie post :) Poza tym włosy strasznie mi wypadają, kolejna rzecz.

To dopiero pierwszy wpis z tej serii, więc nie będę się tu dokładnie rozwodzić co i jak, na pewno jeszcze o niejednym wspomnę w następnych postach, chciałam jednak wprowadzić w temat i wypunktować kilka najistotniejszych faktów :)


Główne problemy:
  • włosy suche, bardzo zniszczone, spalone prostownicą, cienkie
  • włosy puszące się, elektryzujące, łamliwe
  • wypadanie
  • rozdwojone końcówki

Pielęgnacja, którą stosuję od paru miesięcy i ciągle wzbogacam, doszlifowuję:
  • mycie włosów metodą OMO (odżywka, mycie, odżywka)
  • zabezpieczanie końcówek
  • maska 2-3 razy w miesiącu (na więcej wciąż nie jestem w stanie sobie pozwolić z powodu braku czasu) – drogeryjne z dodatkami i domowej roboty
  • ograniczenie prostownicy
  • olejowanie raz w tygodniu
  • spraye ochronne do włosów
  • od wewnątrz: Belissa, Biotebal (drugi tydzień)
  • picie drożdży (trzeci dzień)

O niektórych z tych metod jeszcze na pewno wspomnę :)
A na koniec chciałam zapytać o Wasze włosowe historie, rady czy problemy, z którymi się borykacie. Myślę, że każda z nas, mniej lub bardziej, przejmuje się stanem włosów i stara się o nie troszczyć. W końcu włosy to rama naszej twarzy, a gdy one są zdrowe i ładne, my też jesteśmy zadowolone.


Na koniec parę fot, żeby nie być gołosłowną :)

 




Fotka nr 1 – ok. roku 2006 – dłuższe włosy traktowane prostownicą, które już zwłaszcza na końcach były w bardzo złym stanie













Fotka nr 2 – 2011, okres gdy regularnie ścinałam włosy, zawsze mniej więcej tej długości; wyglądały na zdrowsze, ale musiałam częściej używać prostownicy no i zaczynały mi się marzyć długie włosy










Fotka nr 3 – rok 2012, powoli zapuszczam, ale włosy są w opłakanym stanie, długo nie wytrwałam, ścinałam

















Fotka nr 4 – stan na dziś; wciąż jest źle ale zaczynam widzieć postępy. Nadal są suche, łamliwe i rozdwajają się, ale też nabrały blasku i są chyba w coraz lepszej formie. Zapuszczam je od dłuższego czasu i aż boję się pomyśleć o ścięciu końcówek czy jakiejkolwiek wizycie u fryzjera :P Pielęgnuję nadal, ograniczam prostownicę, zapuszczam :)




Mam nadzieję, że nie przynudziłam i wybaczycie, że w ten dotąd literacki zakątek wprowadziłam troszkę przyziemnych spraw :) Czekam tez na Wasze refleksje i porady! 

Na koniec zapraszam jeszcze na ciekaw stronę: http://drogadosiebie.pl/
 

9 komentarze:

Sylwia on 25 czerwca 2014 16:01 pisze...

Włosy super błyszczą i widać znaczną poprawę ich kondycji!:) U mnie na włosach podziałało najbardziej oleje, maska kallos i od niedawna szczotka TT:)) W koncu mam normalne wlosy a nie króla lwa:D

Ann RK on 25 czerwca 2014 18:59 pisze...

Za moje włosy też powinnam się wziąć, ale ciągle brak mi na to czasu. Myję je rano, przed wyjściem do pracy, katuję suszarką, a na olejowanie i inne zabiegi brak mi czasu. Prostownicy nie używam, ale za to farbuję. No i nie cierpię chodzić do fryzjera. Dodaj sobie to wszystko do siebie, to Ci wyjdzie stan moich włosów. :P

Karriba on 25 czerwca 2014 20:13 pisze...

Włosomaniaczka wita włosomaniaczkę - wreszcie jakaś bratnia dusza :)
Myślę, że na początku swojej przygody ze świadomą pielęgnacją miałam podobne problemy ;) Na wypadanie nie znalazłam niczego do dziś :( Żadne wcierki nic nie dają i nadal mam ten problem... drożdże są świetne na porost, pod warunkiem że nie ma się jakoś szczególnie wrażliwego żołądka ;) W tej chwili niemal zupełnie zrezygnowałam z prostowania, a włosy są proste do tego stopnia, że aż mnie to wkurza - pewnie też za jakiś czas zauważysz ten efekt :) Jakiś czas temu Lina z godcreatedwomen.blogspot.com pisała o swojej wersji prostowania - może coś takiego by ci pomogło trochę?

Beata Szy on 25 czerwca 2014 22:47 pisze...

Sylwia => dziękuję, faktycznie ostatnio nabrały trochę blasku, dotąd były matowe i przytępione. mam maskę, która nazywają kallos, taką dużą z hebe, może to ta? dziś zastosowałam pierwszy raz. spektakularnych wyników nie ma, ale mam nadzieje, że z czasem :)

Ann RK => ja fryzjerów się boję. po keratynowym prostowaniu mogę myć włosy rano, bo zdąże się wyrobić przed praca, ale tak to myłam zawsze wieczorem, albo jak mam na później. z tym brakiem czasu to horror, znam to bo często jestem w rozjazdach, ale kiedy mogę, staram się o nie zadbać.

Karriba => o to świetnie :)
mój żołądek jest bardzo wrażliwy i zaczynają mi się sensacje po tych drożdżach, nie mówiąc o ich okropnym smaku i zapachu... ale musze się zmobilizowac i chcę wytrwać w miesięcznej kuracji. wcierek nie lubię, próbowałam jantar, ale mi to przetłuszcza włosy, a nie myję ich codziennie, bo za dużo wypada podczas mycia, czesania i suszenia, więc się boję. mysle, że odrzucę prostownicę jak grzywka jeszcze trochę mi podrośnie, bo najwięcej mam własnie problemów z ułożeniem włosów z przodu :/ reszty już prawie nie tykam :) co do prostych, wkurzających włosów - tak, napisze o tym wkrótce post :) zaraz zajrzę na tego bloga, dzięki :)

Karriba on 26 czerwca 2014 10:03 pisze...

U mnie Jantar działał tak samo :) I też, tak jak Sylwia, polecam Kallos Latte (biały słoik plastikowy, fioletowy napis, mleczna - ma bardzo intensywny zapach) - działa świetnie :) No i Tangle Teezer ;) Powodzenia!

Beata Szy on 26 czerwca 2014 10:35 pisze...

Karriba -> no to właśnie dokładnie tą maskę zakupiłam w tym tygodniu i jestem po pierwszej aplikacji już :) mam nadzieję, że coś mi pomoże. Jantara jeszcze mi zostało, więc może za miesiąc spróbuję znowu ;) z tą szczotką to fakt, powinnam zadbać tez od tej strony. dzięki wielkie ;)

Aneta on 26 czerwca 2014 23:56 pisze...

Jestem jak najbardziej za takimi wpisami :) Ja też zmieniłam profil bloga i teraz nie piszę jedynie o książkach i dobrze mi z tym. Chetnie poczytam o pielęgnacji włosów. Ja mam znowu inny problem, bo moje są przetłuszczające, co mnie irytuje. Prostownicy zaczęłam używać kilka miesięcy temu z powodu grzywki, którą zapuszczam, a która układa się idiotycznie po myciu. Prostuję grzywkę po myciu czyli raz na 2-3 dni, ostatnio nawet już nie po każdym myciu, bo grzywkę podpinam, a jak ja podpinam, to nie muszę prostować. Fakt prostownica niszczy włosy, choć ja za rzadko i za krótko używam jej by zniszczyła moje włosy. Trzymam kciuki za regenerację. Chętnie będę czytała o postępach.

finkaa on 30 czerwca 2014 18:53 pisze...

Beato, masz bardzo ładne włosy. Długie i lśniące. Moje są znacznie krótsze, długo nosiłam fryzurę "na męsko". Dopiero jakieś dwa lata temu zaczęłam zapuszczać, ale jako, że też ciągle prostuję, muszę często obcinać końcówki. To jest mój pierwszy problem. Drugi jest taki, że po fryzurze "na męsko" długo włosy są wystopniowane w nieładny sposób, więc także dlatego ciągle muszę podcinać. Teraz moje włosy są trochę dłuższe, niż do ramion, i aby zniwelować całe cieniowanie, czeka mnie jeszcze jedno podcięcie.

Beata Szy on 1 lipca 2014 12:08 pisze...

Aneta => dla mnie też najgorsza jest grzywka - tzn nie mam jej, ale naywam tak krótsze włosy z przodu, ktore prostuje namiętnie od zawsze, już reszte sobie odpuszczam powoli, ale bez tego raczej sie nei da nigdzie wyjść. ja tez trzymam kciuki za Ciebie :)

finkaa => dziekuje bardzo, choć zdjęcia nie oddają pewnie az tak rzeczywistego obrazu, moje wlosy naprawde potrzebuja jeszcze wieleee pracy. z końcowkami mam teraz tez problem. i no tak, zapuszczanie to czasem koszmar, ale za to jaka będziesz szczęśliwa, jak w końcu wloski sie juz wyrównają :)

Prześlij komentarz

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon