czwartek, 29 sierpnia 2013

Jonathan Safran Foer: "Wszystko jest iluminacją"


Autor: Jonathan Safran Foer
Tytuł: "Wszystko jest iluminacją"
Wydawnictwo: W.A.B
Stron: 440


„Nie powiedziała: Ożenisz się. Nie powiedziała: A ja się zabiję. Spytała tylko: Jak ustawiasz swoje książki?

Foer u mnie po raz kolejny i znów zachwyt. Chociaż nie powiem – książka wprawiła mnie w osłupienie już od pierwszych stron, ba, zdań. Bo choć narratorów mamy tu wielu, pierwszy, z jakim się stykamy, jest nad wyraz nietypowy. Język jego wypowiedzi jest zawiły, i używając tego słowa nie mam na myśli konstruktywnych, estetycznych wypowiedzi, ale – krótko rzecz ujmując – bredzenie bez ładu i składu. Aleksandr Perczow jest tłumaczem – i to tłumaczem nieporadnym, niekompetentnym, bardzo kulawo radzącym sobie z zawodowymi zobowiązaniami. Ale przy całej swojej pokraczności jest tak uroczy, zabawny i szczery, że z miejsca wybaczamy mu wszystkie językowe grzechy, a jego „oczewidno” na stałe wchodzi do naszego słownika.

„To chyba jest miłość - myślała - prawda? Kiedy zauważa się czyjąś nieobecność i nienawidzi się jej jak niczego na świecie? Bardziej nawet niż kocha się obecność tego kogoś?”

czwartek, 22 sierpnia 2013

Majgull Axelsson: "Pępowina"



Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: "Pępowina"
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 544



"Pamiętam. Więc jestem. Chociaż nie chcę ani być, ani pamiętać."


Ta książka to dla mnie chyba póki co największe rozczarowanie tego roku. Mimo, że widzę wszędzie w większości pozytywne recenzje i zachwyty, nie wiem dlaczego, ale ja nie dałam się uwieść „Pępowinie” M. Axelsson. A duże nadzieje wiązałam z tą powieścią, bo i tematyka niezmiernie mnie pociągała. Relacje matka-dziecko są podstawą tej opowieści. Wpływ wychowania na dorosłe życie, ukazanie jak rany zadane w dzieciństwie mogą owocować w przyszłości, obserwacja jak zmienia się stosunek dziecka do rodzica podczas dorastania, jak chęć uniknięcia popełnienia błędów rodziców przyczynia się do popełniania zupełnie nowych błędów, z równie szkodliwymi skutkami. „Jak matki, chcąc uniknąć błędów swoich rodziców, wychowują dzieci zupełnie inaczej niż same były wychowywane – czym wyrządzają im jeszcze większą krzywdę” - muszę przyznać, że to jedno zdanie głównie mnie przyciągnęło i sprawiło, że niecierpliwiłam się bardzo, kiedy wreszcie poznam tę książkę bliżej.

"Może jest tak, że wyobcowanie rodziców zagnieżdża się w dziecku, czyni je obcym dla siebie samego i całego świata."


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

True blood, sezony 2-3






"True blood"
Sezony 2-3




Wiele osób twierdzi, że „True blood” z każdym sezonem się coraz bardziej psuje, ale 2-3 uważam wciąż jeszcze za udane. I tak wciąż twierdzę, że ten serial jest tak głupi... że aż fajny ;) I miło się przy nim rozerwać.

W sezonach 2-3 miasteczko zostaje wręcz nawiedzane przez coraz to różniejsze stwory. Do wampirów i zmiennokształtnych dołączają m.in. wataha wilków, wróżki, menady i inne „dziwactwa”. Bon Temps jest rajem dla stworzeń będących odstępstwem od normy. Jest groźnie, krwawo, brutalnie, ale i wesoło. Wszelkie możliwe dewiacje, seks, orgie, morderstwa i uzależnienia – tym karmi się ten serial, to nam prezentuje, w skrajnych formach. Taka mieszanka wybuchowa może albo się podobać, albo wkurzać. Na pewno nie pozostawi nikogo obojętnym.

sobota, 17 sierpnia 2013

E-buka 2013


Mój blog pierwszy raz bierze udział w konkursie na blog książkowy - eBuka 2013.


Co to jest eBuka?
To próba fachowej oceny stron poświęconych książce i czytelnictwu przez osoby związane na co dzień z tym rynkiem. To jedyna taka akcja, w której od początkowej eliminacji do samego finału ważny jest głos profesjonalistów, a liczba głosów Czytelników wpływa tylko na przyznanie nagrody publiczności.

Konkurs skierowany jest do twórców blogów poświęconych książce, ilustracji i czytelnictwu, przeznaczonych zarówno do dorosłego, dziecięcego i młodzieżowego odbiorcy. W przypadku eBuki najlepsze blogi wybiorą fachowcy, czytelnicy będą mogli głosować na swojego ulubieńca w osobnej konkurencji.

(za: duzeka.pl)

czwartek, 15 sierpnia 2013

Wojciech Tochman: "Dzisiaj narysujemy śmierć"




Autor:
Wojciech Tochman
Tytuł: "Dzisiaj narysujemy śmierć"
Wydawnictwo: Czarne
Stron: 152





"Tyle lat już mija, a samobójstwa ocalonych trwają i trwają. To klęska terapeuty, jeśli jakiś terapeuta był. Moja klęska jako lekarza psychiatry. Jeśli ktoś do mnie dotarł. I klęska rodziny, jeśli jakaś rodzina była. Klęska humanizmu, klęska świata. A świat był, świat istnieje. Ofiara, w przeciwieństwie do kata, zwykle znajduje się tuż przed punktem, zza którego nie ma powrotu. Pozwoliliśmy jej ten punkt przekroczyć. (...) Ofiara myśli: skoro nie mogę z mojego otoczenia usunąć kata, usunę się sama. Kat, po latach, zwycięża."


Rok 1994, Rwanda, Afryka. Pasterze Tutsi, chłopi Hutu i plemię Twa. Ci pierwsi ginący z rąk tych drugich.
Sto dni krwawej masakry, podczas której ginie nawet do miliona Tutsi. Trzaski rozłupywanych maczetą głów. Śmierć i gwałt, na każdym kroku. Ludobójstwo będące porażką dla całej ludzkości – bo kiedy tam dochodziło do najbrutalniejszych mordów, nie zareagował nikt. Nawet kościół, mający w Rwandzie swoje ośrodki. Bo przecież działa tam misja, ponad połowa populacji jest wyznania katolickiego, prosperują kościoły. Nie mówi się o tym, że Hutu mieli milczące przyzwolenie kościoła. Ukrywa się to, że księża nabierali wody w usta, uciekali, opuszczali potrzebujących, albo wręcz brali udział w masakrze. Jak teraz wygląda Rwanda, jak żyją ocalali, czy po takim koszmarze można się podnieść? O tym wszystkim jest reportaż Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć”.

środa, 14 sierpnia 2013

Fanpage :)


Niedawno założyłam fanpage dla bloga - z chęcią polubię Wasze profile na Facebooku i zapraszam na swój :) Proszę zostawcie jakieś namiary - w komentarzach albo bezpośrednio przez FB, bo ciężko się odnaleźć w tym gąszczu :)

Link do mnie: [klik]


niedziela, 11 sierpnia 2013

Marek Bieńczyk: "Tworki"




Autor: Marek Bieńczyk
Tytuł: „Tworki”
Wydawnictwo: Sic!
Stron: 196




„Wreszcie ukazała się twarz w swym zniknięciu,w najdalszym oddaleniu, w negatywie opcji życie i trzeba było wszystko odwrócić, narodziny nazwać śmiercią, pustkę okiem, szczelinę uśmiechem, aby tę twarz opisać, ująć w dłonie i nazwać, żeby miała imię.”



Chyba pierwszy raz siedzę nad recenzją kompletnie nie wiedząc, co o książce napisać. „Tworki” Marka Bieńczyka. Akcja powieści rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym – młody Jurek przyjeżdża tam do pracy. Czas w Tworkach płynie inaczej, powoli, to miejsce jakby odcięte od reszty świata. To tutaj młodzi ludzie, pracownicy szpitala, nawiązują przyjaźnie, to tu rodzą się między nimi pierwsze miłości. O życiu pacjentów wiemy niewiele – są jakby gdzieś po drugiej stronie, nie o nich jest ta historia, zlali się z tłem. Akcja powieści rozgrywa się w 1943 roku, to czasy wojenne. To tu młodzi – Polacy i Żydzi – odnajdują schronienie. Paradoksalnie zakład dla ludzi chorych staje się miejscem gdzie można zakosztować odrobiny normalności. Bohaterowie budują sobie namiastkę wolności, uciekając od ponurego obrazu wojny. Jednak czy taka izolacja jest możliwa? Czy to nie swoista cisza przed burzą?

Kiedy brałam udział w spotkaniu autorskim z Markiem Bieńczykiem zapadły mi w głowie jego słowa o tym jak traktuje pisanie. Szlifuje starannie każde zdanie, do perfekcji, potrafi przerabiać kolejne akapity tak długo, aż wreszcie uzna, że efekt jest zadowalający. Dba o każdy szczegół – przecinek, kropka, wielokropek, ich wybór nigdy nie jest przypadkowy. Autor opowiadał jak dostał egzemplarz jednej ze swoich powieści, tuż po wydaniu i zauważył, że korektor usunął przecinek w znaczącym wg niego miejscu. Oj, działo się. Ta drobiazgowość jest widoczna, kiedy czyta się „Tworki”. Język urzeka – właściwie czułam się trochę, jakbym miała w rękach powieść nie współczesnego poety, ale dzieło z okresu romantyzmu. Bieńczyk jest takim pisarzem trochę z innej epoki, jak dla mnie. Wartości, którym hołduje, sposób w jaki się wyraża... To wszystko czyni z niego człowieka niezwykle enigmatycznego, podkreśla jego erudycję. Ale czasem przytłacza – czytanie tej powieści nie należy do zajęć odprężających. Ja brnęłam przez "Tworki" bardzo leniwie, kosztując jej małymi fragmentami, inaczej się nie dało.

Książkę trzeba docenić za magiczny język, za porównania, metafory, subtelną poetykę, wrażliwość. Za opowieść chwytającą za serce. Za kunszt. Ale należy nadmienić, że te wszystkie walory nie każdego przyciągną, że książka jest trudna, że może sprawiać wrażenie monotonnej i kompletnie o niczym – na pewno trafią się czytelnicy, którzy odbiorą ją w taki sposób. Ja jestem gdzieś pośrodku. Bieńczyk mnie urzekł, ale nie powalił. Nie popłynęłam z prądem, przytłoczona trochę ciężarem jego stylu. Ale przyznam, że wzruszyłam się bardzo. Że ostatnie strony poruszyły mnie do głębi. Że historia to piękna. I narrator, który przysiada obok nas na ławce, mówiąc do nas – aż chciałoby się uścisnąć mu dłoń.



wtorek, 6 sierpnia 2013

Annabel Pitcher: "Moja siostra mieszka na kominku"




Autor: Annabel Pitcher
Tytuł: "Moja siostra mieszka na kominku"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 288



„Moja siostra mieszka na kominku” A. Pitcher to książka do „połknięcia” w jeden, dwa wieczory. Z perspektywy dziesięcioletniego Jamiego obserwujemy rozpad rodziny, wywołany najgorszą z możliwych tragedii – śmiercią. W wyniku ataku terrorystycznego pięć lat wcześniej zginęła Rose. Od tego czasu członkowie rodziny coraz bardziej odsuwają się od siebie. Mama chłopca porzuciła dzieci i zamieszkała z nowym wybrankiem, poznanym na zajęciach grupy wsparcia. Ojciec się rozpił i nie zajmuje się domem. Jasmine, bliźniaczka zmarłej, buntuje się, farbując włosy na różowo i podkreślając, że nie jest klonem swojej zmarłej siostry. Urna z prochami Rose jest nieodłącznym elementem wystroju, umieszczonym na honorowym miejscu – kominku. Jakby wciąż była obecna, jakby lęk przed ostatecznym pożegnaniem obezwładniał. W domu dochodzi do wielu absurdalnych sytuacji z tego powodu. Każdy przeżywa żałobę indywidualnie, zamykając się w swoim świecie. I tylko Jamie, który był zbyt mały by pamiętać siostrę i ma tylko parę niewyraźnych wspomnień, nie cierpi z powodu jej utraty. Zagłębiamy się więc w świat skrzywdzonego dziesięciolatka, nie pojmującego dlaczego codzienność, jaką znał, zmienia się w zawrotnym tempie. Jamie tęskni za domem, za matką, za normalnością. Chce rodziny spojonej, wspierającej się, pełnej miłości. Rose nie żyje, to prawda, ale czas biegnie dalej, a rodzice jakby zapomnieli, że mają jeszcze dwójkę dzieci…

Stylizacja na opowieść tworzoną przez małego chłopca wypadła przekonująco – świat przedstawiony zawiera wszelkie elementy, istotne z punktu widzenia dziesięciolatka. Mamy więc ulubionego bohatera komiksowego Spiker-Mana, z którym malec się utożsamia. Mamy szkołę, gdzie Jamie bywa gnębiony, ale też zalicza pierwsze sukcesy, poświęca się lekcji plastyki, zawiera pierwszą przyjaźń… z dziewczyną, z muzułmanką. Ta znajomość nie może przypaść do gustu jego ojcu – wszak to „oni” są wszystkiemu winni, to „oni” zabili jego córkę… Jamie ma ukochane zwierzątko – kotka, i przelewa na niego wszystkie troski. Ma też marzenie – by mama wróciła, by znów była przy nim… Aby je zrealizować wpadnie nawet na szalony pomysł.

Książkę czyta się szybko, i choć wydawać by się mogło, że jej tematyka jest przygnębiająca, do końca nie jest to prawda. Jamie to dziecko, i w związku z tym inaczej traktuje okalające go tragedie. Narracja z jego punktu widzenia bywa więc też pełna humoru, koncentruje się na sprawach przyziemnych, pytaniom takim jak „dlaczego?” nie pozostawiając zbyt wiele miejsca. Wydaje mi się jednak, że byłaby dużo lepsza z perspektywy wszechwiedzącego narratora – dojrzalsza, a przy tym bardziej przemyślana, głębsza.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Joanna Sałyga: "Chustka"




Autor: Joanna Sałyga
Tytuł: "Chustka"
Wydawnictwo: Znak
Stron: 400





Trudno recenzować tę książkę, bo trudno oceniać czyjeś życie, zwłaszcza jeśli spisywane wcale nie w celu wydania drukiem. „Chustka” to opowieść o kobiecie niezwykłej, silnej, pogodnej mimo przeciwności losu, zdeterminowanej do walki. Niektórzy z Was może mieli ten zaszczyt odnaleźć jej bloga w latach 2009-2012, kiedy był prowadzony na bieżąco, kiedy ona – Joanna – walczyła z najokrutniejszą chorobą, z rakiem. Dzieliła się ze swoimi czytelnikami bólem, który towarzyszył postępowi choroby, smutkiem, rozpaczą, ale i radościami. Pisała o tym jak walczy, jak szuka dla siebie nowych metod, nowych tabletek, nowych terapii. Prosiła o wsparcie, i sama je dawała. W miejsce, które stworzyła w wirtualnej przestrzeni, zaglądały setki osób. Szukały w jej wpisach nadziei dla siebie, szukały otuchy, odnajdywały pokłady wiary, szczerość, humor, ogromną mądrość życiową. Ona chciała żyć i dopóki tylko mogła, czerpała z życia garściami. Ja usłyszałam o Chustce dopiero wtedy, gdy odeszła już do lepszego świata. Jeszcze chyba nawet nie trwały prace nad książką, będącą wycinkami z jej bloga, uszeregowanymi chronologicznie najważniejszymi wpisami tej dzielnej, cudownej kobiety. Blog wciąż można odnaleźć w sieci – tym, którzy nie słyszeli o Chustce, polecam to uczynić. A jeśli jej historia was wzruszy, sami będziecie chcieli sięgnąć po książkę.

Czytając, zastanawiałam się do kogo tak właściwie „Chustka” jest kierowana.
Myślę, że fakt, że książkę wydano, najważniejszy jest chyba dla jej bliskich – Niemęża i osieroconego synka. Joanna miała świadomość kruchości swojego życia i starała się przemycać na blogu różne myśli, wskazówki i zapewnienia dla własnego dziecka, bo kochała synka najbardziej na świecie i nie wyobrażała sobie, co będzie, gdy jej zabraknie. Książka na pewno jest ważna też dla wszystkich tych, którzy przez lata czy miesiące kibicowali Chustce, mieli okazję ją poznać – osobiście bądź wirtualnie i również mocno przeżyli jej śmierć. Może stać się także panaceum dla innych chorych – słowa Chustki potrafią uśmierzyć ból, dać motywację do walki, pokazać, że nie można się poddawać. Tak powstała Fundacja Chustka. A dla nas, osób, które po książkę sięgnęły – można by rzec – przez przypadek? Myślę, że nie jest łatwo się przebić przez jej treść. Pomijając fakt, że zbliżając się do końca mamy świadomość co tam na nas czeka i boimy się, dosłownie boimy, czytać dalej, bo tak bardzo chcemy, żeby ona pozostała z nami, żywa... Książka składa się z zapisków z bloga, które dla kogoś kto spodziewa się tu typowej prozy, mogą stanowić wyzwanie. Pojawiają się wpisy, bardzo różne – chaotyczne, zwięzłe, zagadkowe, przeplatane wyrywkami dialogów, cytatów, ważnych myśli, tekstów z innych książek, piosenek. Zwyczajny blog (nie)zwyczajnej kobiety, ubrany w papier i ładną okładkę. Nie każdego może przekonać taka forma, ale nie o to w tym chodzi. To książka po prostu inna, do której nie można sięgnąć ot, tak. Trzeba się przygotować mentalnie, nastawić na tematy trudne, mając w świadomości wciąż to, że to wcale nie fikcja...

sobota, 3 sierpnia 2013

Wojciech Kuczok: "Poza światłem"


Autor: Wojciech Kuczok
Tytuł: "Poza światłem"
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 152





Książka Wojciecha Kuczoka „Poza światłem” jest dziennikiem z podróży różnorakich – po Polsce, po świecie, po górach, a wreszcie wędrówką także w głąb ziemi, do jaskiń. Pisarz, globtroter, alpinista, taternik, grotołaz i turysta w jednym opowiada nam swoim specyficznym stylem o tym, jak – można by rzec – przemierzył świat wzdłuż, wszerz, od góry aż po sam dół. Kuczok znajduje się poza tytułowym światłem, w jaskiniowych ciemnościach, i poza światem, z daleka od ludzi, samotny, ale spokojny, zachwycający się tym, co znajduje się u jego stóp.

„U ortopedy: „O, pan Kuczok, takie pan ma znane nazwisko...” (rosnę). „Ten himalaista też się tak nazywał” (maleję). „Nie, przepraszam, to był Kukuczka, Kuczok to ten znany chorzowski malarz” (znikam).”

Pierwsza część książki to relacja z podróży po miastach różnych krajów: z odwiedzanych muzeów, zabytków, ośrodków, ulic, zakątków wszelkiego typu. Kuczok robi to w znany sobie sposób – zwięźle, anegdotycznie, refleksyjnie, bawiąc się słowem. Jeśli ktoś liczy na szczegółowe opisy, na możliwość podążenia śladem autora, bogatszy o jego doświadczenia, to raczej się zawiedzie – Kuczok przystaje tam, gdzie chce, opowiada o tym, co akurat dla niego ważne, ignorując potrzeby czytelnika-turysty. To nie przewodnik dla podróżnych, żaden atlas, drogowskaz, mapa. Czyta się raczej dla literackiej wyobraźni Kuczoka, dla jego niebagatelnych obserwacji, dowcipu, wnikliwości, a nie po to, by przenieść się tam razem z nim.

„Dziś zrozumiałem, że kucharzem nie będę choćby z powodu daltonizmu – już w pierwszym zdaniu przepisu na lasagne czytam bowiem: usmażyć mięso aż zbrązowieje”.

Książka podzielona jest na dwie części. Autor w pewnym momencie ucieka (rozdział „uciecby”) – od zatłoczonych, brudnych miast, hałasu, zgiełku, ludzi. W miejsca spokojne, gdzie można zetknąć się z naturą, odetchnąć czystym powietrzem, odnaleźć harmonię, wyciszyć się. To jeden z najpiękniejszych fragmentów dziennika, pokazujący jak bardzo Kuczok kocha miejsca wyludnione, pierwotne, naturalne, jak zachłystuje się ich pięknem.

„Uciecby. Z miast, bo wszystkie ohydne w taki sam sposób, więcej w nich ludzi niż drzew.”

W dalszej części opowieści ujawnia nam się Kuczok – taternik i grotołaz. Opowiada o zdobywanych przez siebie szczytach, o wędrówkach, niebezpieczeństwach, chwilach grozy, ale i takich, w obliczu których dopada nas zachwyt na myśl o majestacie przyrody. Pisarz opisuje to niezwykłe doświadczenie, gdy odkrywa nową jaskinię czy komorę i jest pierwszym (a czasem jedynym) człowiekiem, który postawił w niej stopę. Jego odkrycia na tym polu są imponujące. Jednak mimo całego umiłowania do gór i jaskiń Kuczok szczerze przyznaje, że niejednokrotnie ledwo uszedł z życiem, że jego pasja jest niebezpieczna, że równie fascynująca, jak i przerażająca. Głośno mówi o swoich lękach, nie chowa ich przed nami.

„To jaskinie dają mi jedyny w swoim rodzaju komfort znikania z powierzchni ziemi. Nic tak nie leczy z depresji. Wystarczy ósma godzina akcji pół kilometra poniżej otworu i już chce się człowiekowi łasic do życia. Po kilkunastu godzinach pogrążania się, by osiągnąć dno, nagle ów akt samobójczy należy odczynić, cofając czas w kierunku wyjścia. Każdy pokonany metr pionu kosztuje wtedy wystarczająco dużo czasu i energii, żeby człowiek zdążył odzyskać szacunek do powszedniości. Dyndając na linie trzydzieści metrów nad dnem studni, w pół drogi do stałego gruntu pod nogami, marzę o ciepłych kapciach i kominku – i właśnie, żeby za tymi rekwizytami codzienności zatęsknić, żeby przywrócić właściwe proporcje stanu posiadania, schodzę pod ziemię.”


„Poza światłem” może spodobać się wielbicielom Kuczoka, do których sama się zaliczam. Jednak pozostawia z uczuciem niedosytu, nie jest do końca tym, czego moglibyśmy się spodziewać. Kuczok jest oszczędny, i choć pisze o swoich prywatnych doświadczeniach, nadal robi to pozostawiając jakiś margines niedopowiedzeń tylko dla siebie. Znaleźć tu można wiele celnych spostrzeżeń, uroczych zdań, inteligentnych porachunków z językiem, prywatnych zdjęć, odważnych wyznań, to prawda. Ale czegoś zabrakło. Jeśli ktoś Kuczoka jeszcze nie czytał, może być zawiedziony tą książką, może w ogóle jej nie zrozumieć. O wszystkim i o niczym?