niedziela, 30 czerwca 2013

Neil Gaiman: "Nigdziebądź"





Autor: Neil Gaiman
Tytuł: ”Nigdziebądź”
Wydawnictwo: Mag
Stron: 318





- To zdrobnienie od Dee? - spytał.
- Co?
- Twoje imię.
- Nie.
- Jak je wymawiasz?
- Drzwi. Jak coś, przez co się przechodzi.
- Ach tak. - Czuł, że musi powiedzieć coś jeszcze, więc rzekł: - Co to w ogóle za imię? Spojrzała na niego swymi różnobarwnymi oczami.
- Moje imię.


Ten Neil Gaiman, to „Nigdziebądź” ze wstępem tego Andrzeja Sapkowskiego. Już od dawna nosiłam się z uzupełnieniem moich braków jeśli chodzi o twórczość tego poczytnego angielskiego pisarza fantasy, sf i grozy. Nie, żeby to były moje ulubione gatunki – praktycznie rzez ujmując raczej ich nie czytam. Ale pewne nazwiska trzeba znać, a pewne książki przeczytać, wbrew swoim upodobaniom nawet. Muszę przyznać, że nawet się przekonałam. I choć fantasy na pewno nie ma szans predysponować do listy moich najulubieńszych form, to bawiłam się całkiem dobrze z tą zgrabnie napisaną powieścią.

„Nigdziebądź” (już sam tytuł jest urzekający) początkwoo odnosił się do scenariusza serialu telewizyjnego, który autor później zaadoptował na prozę. Ale bez obaw, książka nie powstała na zasadzie „dopiszemy parę zdań do dialogów i wyjdzie nam hit”, pod względem stylistycznym niczego jej nie brakuje. Gaiman pisze całkiem zręcznie, płynne i potrafi zaciekawić. W jego prozie pojawia się wiele elementów humorystycznych i forteli, co też jest wielkim atutem. Również konstrukcja świata przedstawionego ma ręce i nogi – i to niezłe. Podobała mi się koncepcja współistnienia Londynu Pod i Londynu Nad – z tego drugiego wywodzi się nasz bohater, Richard Mayhew. Szary, przeciętny obywatel, mający pracę i narzeczoną, bez większych ambicji. Jego uporządkowany świat wywraca się jednak do góry nogami, gdy decyduje się pomóc zranionej dziewczynie, leżącej na ulicy. Jego spotkanie z Drzwiami – bo takie imię nosi owa zagadkowa postać – przyciągnie problemy, i to dosyć spore. Ale także odmieni życie, bo czasem to, przed czym najbardziej uciekamy okazuje się tym, co daje nam najwięcej.

Historia może nie jest zbyt skomplikowana i odkrywcza,ale ubarwiają ją niesamowite postacie. Mamy tu duet opryszków z którymi lepiej nie zadzierać – ich dywagacje na temat tego co i w jaki sposób zrobiliby ze swoimi ofiarami są na wysokim poziomie i tyleż przerażają, co i śmieszą. Sam Richard jest bohaterem może i przeciętnym, ale wzbudza sympatię – biedny, wciąż sprowadzany do parteru, w czymkolwiek chciałby zabłyszczeć. Ale i on będzie miał szansę się zreflektować. Jest i Drzwi, zdeterminowana do pomszczenia rodziców, napędzająca całą akcję. Oraz markiz de Carabas, jeden z mocniejszych bohaterów. Żelazna Łowczyni, z która lepiej nie zadzierać. I najprawdziwszy anioł, choć zamieszkuje krainę Pod. Oraz wielu, wielu innych. Co najfajniejsze, Gaiman tak żongluje obrazami, że często rzuca cień podejrzenia o zdradę na zupełnie niewinnego bohatera i odwrotnie. Nie od razu jesteśmy więc w stanie się w tym wszystkim połapać, i to jest plus.

Książkę oceniam jako dobrą – może bez rewelacji, ale taka w sam raz do poczytania. Wciąga, czyta się szybko, bawi i daje też do myślenia. Nie zaczynajcie jednak od wstępu Sapkowskiego, bo trochę za dużo zdradza.

środa, 26 czerwca 2013

Zapowiedź: "Dziewczyny atomowe"



Dziś mała zapowiedź tytułu, który właśnie do mnie przywędrował i w najbliższym czasie zamierzam Wam go bardziej przybliżyć.

Denise Kiernan: "Dziewczyny atomowe"

Nieznana historia kobiet, które pomogły wygrać II wojnę światową.
Poznajcie Celię, Toni, Jane, Kattie, Virginię i wiele innych pięknych, młodych kobiet. Przyjechały z odległych zakątków Ameryki do pracy w mieście, które nie istniało na mapach.
Nie wolno im było mówić o tym, co robią.
Rozpoczęły wyścig z czasem, aby uratować swój kraj.
Zmieniły losy wojny i świata. Na zawsze.
Czas, by wszyscy usłyszeli ich historię.

Bestsellerowa książka o zwykłych niezwykłych kobietach.

Książkę wydało Wydawnictwo Otwarte: klik
Premiera: 3 lipca.

Denise Kierenan w perfekcyjny sposób wplata szczegóły naukowych badań w opowieść o powstawaniu miasta Oak Ridge. To książka idealna dla zainteresowanych zarówno losami kobiet, jak i powstawaniem bomby atomowej.
Booklips

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Wojciech Kuczok - spotkanie autorskie

"Psychiatra wie, że ludzie tak naprawdę mogą mieszkać tylko w innych ludziach, wie, że depresja to nic innego, jak bezdomność, na depresję cierpią ludzie, którzy nie mają w kim mieszkać."

Nigdy właściwie nie pisałam na blogu o spotkaniach autorskich, w których czasem zdarza mi się uczestniczyć. Zawsze zostawiałam to sobie na później, przy okazji recenzowania książki któregoś z pisarzy, a później tak się składało, że wciąż te recenzje nie powstawały. Mój stosunek do takich wydarzeń jest ambiwalentny – z jednej strony jest to przeżycie poznać, posłuchać człowieka, który pisze książki w jakiś tam sposób dla nas ważne, z drugiej czasem lepiej żyć w niewiedzy, bo często to, co odczytujemy nie znajduje odzwierciedlenia w osobie, spod której pióra te słowa wypływają. Niemniej gdy mam okazję – a mam ją częściej niż z tego przywileju korzystam – uczestniczę w tego typu wieczorkach.



Najważniejsze z takich spotkań w moim życiu miało miejsce w ubiegłym roku, 8 września. Wojciech Kuczok jest moim ulubionym pisarzem – polskim na pewno, a może i najbardziej docenianym w ogóle. Jego proza z jednej strony oszczędna w wyrazie i formie, z drugiej przesiąknięta taką gamą ludzkich dramatów, wzlotów, upadków i emocji przede wszystkim, jest tym, co najbardziej do mnie, jako czytelnika, przemawia. Cenię Kuczoka za każde słowo – zawsze trafne, celne, precyzyjne. Lubię jego styl – żywiołowy, wartki, spontaniczny. Tworzony jakby tu i teraz, pozbawiony czasem znaków przestankowych, pełen powtórzeń, neologizmów, gier słownych. Podziwiam to jak czasem kilkoma prostymi słowami potrafi przerazić, wzruszyć, chwycić za gardło. Lubię wracać do jego opowiadań, wierszy, do prozy. Kiedy organizowaliśmy z nim spotkanie (które odbyło się w jednej z filii „mojej” biblioteki) od razu wiedziałam, że muszę tam być, że chcę posłuchać co ma do powiedzenia, zobaczyć jaki jest. Nie zawiodłam się oczywiście :)

Wujek kochałby ją nawet, gdyby został z niej tylko głos, zawsze powtarzał, że miłość poznaje się po tym, że czyjegoś głosu pragniesz bardziej niż ciszy, mówił, że kochać to zgodnie przerywać rozmowę, żeby posłuchać deszczu.



Poza pisaniem wielką pasją Wojciecha Kuczoka są góry (miłość tę można odczuć czytając jego książki), a także jaskinie. Ostatnia z książek „Poza światłem” traktuje właśnie o tej tym – o wyprawach w głąb ziemi. W trakcie wrześniowego spotkania mieliśmy okazję zobaczyć zdjęcia z prywatnych zbiorów autora – z jego najprzeróżniejszych podróży. Autor odczytał też fragmenty najnowszej książki. Trochę czasu minęło, a ja jeszcze nie miałam jej w rękach, choć wciąż obiecuję sobie, że to nadrobię. A na spotkanie przyszłam z cała górą książek do podpisu. Choć nie przywiązuję zwykle wagi do autografów, niemniej czasem myślę, że warto. A w tym wypadku było tak z pewnością. Parę z moich „zdobyczy” prezentuję na zdjęciach. Podsumowując spotkanie wypadło całkiem miło. Prowadzone było przez p. Martę Fox, również świetną pisarkę, a na końcu do głosu miała okazję dojść także widownia. Ja zapamiętam Kuczoka jako osobę może trochę zamkniętą w sobie i bardzo skromną, ale przy tym niesamowicie inteligentną, mającą wiele do przekazania, sympatyczną i wrażliwą. Jest taki, jak jego książki. I jeszcze jeden uroczy szczegół – pisarz przekroczył mury biblioteki z wielkim bagażem na plecach, gdyż zaraz po spotkaniu szykował się na kolejną wyprawę :)



Właśnie nadeszło Kiedyś i nic się nie zgadza




Kto nie zna („Gnój”, „Senność”, „Spiski. Przygody tatrzańskie” i inne)– niech czym prędzej biegnie do biblioteki :)

czwartek, 20 czerwca 2013

Carlos Ruiz Zafon: "Cień wiatru"




Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł: ”Cień wiatru”
Wydawnictwo: Muza
Stron: 512 (wyd. kieszonkowe)






Chociaż istny boom na książki Zafona rozpoczął się dobrych kilka lat temu, ja sięgnęłam po „Cień wiatru” dopiero teraz. Wciąż czytywany, wciąż cieszący się pochlebnymi opiniami i proszę, obiecywany sobie od dawna egzemplarz zawędrował w końcu i do mnie. Fabuły chyba nikomu nie trzeba przedstawiać :)

„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.”

Tym, co najbardziej podobało mi się w książce jest jej autotematyzm – bo kochać książki i czytać o ludziach, którzy także podporządkowują im w jakiś sposób swoje życie – to rzecz bezcenna. Mamy w „Cieniu wiatru” bowiem galerię postaci, które mogą skraść nasze serca. Mamy i tytułowy „Cień wiatru” - dzieło Juliana Caraxa, które z każdą kolejną stroną opowieści coraz bardziej chcielibyśmy rzeczywiście przeczytać - ale przecież mamy je w swoich rękach... Jest i młody Daniel Sempere, który jako dziesięciolatek zostaje zaprowadzony przez ojca do miejsca cudownego – na Cmentarz Zapomnianych Książek. Któż z nas nie chciałby znaleźć się w tym labiryncie korytarzyków, skrywających setki, tysiące starych woluminów, zapomnianych przez czas. I pomyśleć, że każda z tych książek ma swoją dramatyczna historię, skrywa jakiś sekret... Daniel może wybrać tam jeden tytuł, i tak trafia na „Cień wiatru”. Książkę, o której krążą legendy. Egzemplarz jedyny w swoim rodzaju. Postać autora, Juliana Caraxa, osnuta jest bowiem tajemnicą. Daniel poszukuje innych jego książek, jednak szybko przekonuje się, że wszystkie uległy zniszczeniu. Kto i dlaczego pali książki Caraxa? Kim jest człowiek bez twarzy, plądrujący biblioteki, księgarnie i prywatne zbiory? To pytanie oczywiście nie da spokoju głównemu bohaterowi.

„Ktoś kiedyś powiedział, że w chwili, kiedy zaczynasz zastanawiać się, czy kochasz kogoś, przestałeś go już kochać na zawsze.”


Autor odsłania przed nami także fascynujący świat antykwariuszy, traktujących swoje miejsce pracy jak drugi dom. Barcelona roi się od osób, które książkom poświęcają swoje życie: kolekcjonują je, przechowują, gromadzą, sprzedają, zdobywają, chronią,a także niszczą...

„Są więzienia gorsze od słów”

Książkę dosłownie się pochłania. Przewracając stronę za stroną ani się obejrzymy, a już dotrzemy do końca opowieści. Czyta się z wypiekami na twarzy. Styl pisarza jest tak dobry (!), dialogi sprawne i zabawne – wystarczy przywołać postaci takie jak strażnik Izaak czy bezdomny Fermin. Są rewelacyjni, mają cięty, błyskotliwy język, okraszany dużą dawką humoru. Najbardziej podobało mi się to, że Zafon potrafi zainteresować, podtrzymać napięcie, że tworzy wokół historii głównej tyle pobocznych, że wprowadza nowe postaci, przy okazji uzupełniając biografie dotychczasowych, że mnoży wydarzenia, a przy tym całość pozostaje jasna, spójna i przede wszystkim ciekawa. Mamy tu wiele równoległych, urzekających historii, łączących się w jedną, nadrzędną. A życie zatacza koło... Jest i tajemnica, zagadka, i miłość, i zbrodnia, i zdrada, poznajemy zwaśnione rody, rodzinne sekrety, dramaty trwające latami...Jest i klimatyczny obraz miasta, zagadkowej Barcelony - urokliwej i zatrważającej jednocześnie. A zakończenie – jak dla mnie wprost wymarzone. Po postu wzrusza. Książkę jak najbardziej polecam.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Patrick Ness: "Siedem minut po północy"




Autor: Patrick Ness
Tytuł: "Siedem minut po północy"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 216






„Siedem minut po północy” Patricka Nessa – bardzo długo czekałam na polskie wydanie tej książki, gdyż data premiery wciąż się przesuwała. Ale w końcu jest, pojawiła się i znalazła się i w moich rękach. Pierwsze co rzuca się w oczy, gdy otwieramy tę książkę, to niesamowicie staranne i piękne wydanie. I nie chodzi tu tylko o mroczne czarno-białe grafiki Jima Kaya, które nie tylko ilustrują treść opowieści, ale korespondują z drukiem, czyniąc każdą kolejną stronę niepowtarzalnym arcydziełem. Wyobraźnia ilustratora doskonale wpisuje się w to, co tworzy się w głowie czytelnika – obrazy są przekonujące, sugestywne, budują tajemniczy, złowieszczy klimat. Książka wydana jest na dobrym, gładkim papierze, który przywodzi na myśl ekskluzywne książki dla dzieci. Szkoda, że oprawa nie jest twarda, dopełniłaby całości. Podsumowując, wydawca spisał się na medal.

Historia oparta jest na pomyśle zmarłej przedwcześnie autorki, Siobhan Dowd. Nie wiem w jakim stopniu P. Ness czerpał z jej doświadczeń, gdyż sam w przedmowie zdradza, że nigdy nie poznał pisarki osobiście, dostał jednak propozycję dokończenia jej książki. Choć się wahał, opowieść przyszła do niego sama. Postanowił opowiedzieć ją po swojemu, jednocześnie składając hołd zmarłej autorce. I tu na scenę wkracza trzynastoletni Conor. I potwór, który odwiedza go w nocy, punktualnie siedem minut po północy. To opowieść o chłopcu, który musi zmierzyć się z ciężką chorobą swojej matki, z odrzuceniem przez rówieśników, ze swoimi wewnętrznymi lękami. Historia dziecka, któremu świat wydaje się na tyle przerażający i zły, że czający się wśród mroku nocy potwór nie robi na nim żadnego wrażenia. Co więcej, chłopak sam go wzywa. By sobie pomóc...




Im bardziej się na coś czeka, tym większe obawy, że człowiek się rozczaruje. Naprawdę bałam się czytać tę książkę, gdyż ostrzyłam sobie na nią apetyt wystarczająco długo, by pokładać w niej wielkie nadzieje. Zdaję sobie sprawę, że z tego powodu mój odbiór był inny, niż gdyby działo się to po przypadkowym trafieniu na ten tytuł. Mimo, że pozostał we mnie jakiś ułamek niedosytu, oceniam tę książkę na piątkę. Trudno zdecydować do jakiej grupy odbiorców jest skierowana – na pewno spodoba się rówieśnikom Conora, ale bez wahania mogą sięgać po nią starsi, również dorośli. Każdy odnajdzie w tej powieści coś dla siebie, dostrzeże w niej inne walory. Książka napisana jest dość oszczędnym językiem – autor stawia na minimalizm słów przy maksymalizacji przekazu. Książkę odbierałam jak uniwersalną przypowieść, w której uogólnienia i niedopowiedzenia sprawiają, że pod konkretnych bohaterów można podstawiać dowolnie inne osoby, historie, zdarzenia. Niemniej trochę brakowało mi rozbudowania wątków, dialogów, poświęcenia większej uwagi przeżyciom wewnętrznym bohaterów. Bardzo podobał mi się za to pomysł na postać potwora-mędrca, który raczy chłopca trzema opowieściami. Każda z nich zaskakuje Conora rozwiązaniem i ma otworzyć mu oczy, pomóc odnaleźć spokój. I wspomniane już grafiki, pojawiające się co kilka stron, potęgujące nastrój grozy - są strzałem w dziesiątkę.

Podsumowując, książkę oczywiście polecam. Spotkanie z powieścią „Siedem minut po północy” na pewno jest niezwykłym doświadczeniem, gdyż mało na rynku podobnych wydań. Może jak dla mnie trochę zabrakło, by nazwać ją majstersztykiem, ale na pewno jej lektura nie była czasem straconym. A jakie są Wasze opinie?

sobota, 8 czerwca 2013

Alice Kuipers: "Najgorsza rzecz, jaką zrobiła"





Autor: Alice Kuipers
Tytuł: "Najgorsza rzecz, jaką zrobiła"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 232




Sophie traci starszą siostrę. Nie może pogodzić się z jej śmiercią, nie potrafi odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, pozbawionej najbliższej osoby. Zadręcza się, nie rozumie, zadaje pytania, na które nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Odsuwa się od ludzi, nie wie gdzie szukać ratunku. Jak przeżyć żałobę, jak poskładać się na nowo? Powieść Alice Kuipers „Najgorsza rzecz, jaką zrobiła” traktuje właśnie o tym. Autorkę kojarzę z debiutanckiej książki „Życie na drzwiach lodówki”. To mała książeczka, opisująca relację między chorą na raka matką i jej córką - składa się z notatek, jakie wymieniają między sobą te dwie, naklejając je na drzwi lodówki. Ten różowy tytuł mignął mi kiedyś w wielkim pudle „wyprzedaż” w jakimś supermarkecie i schodził za parę złotych, ale nie zainteresował mnie szczerze mówiąc. „Najgorsza...” trafiła do mnie po tym jak przeczytałam entuzjastyczną recenzję na którymś z blogów. Ale co tu dużo mówić – rozczarowałam się.

I nie jest tak, że jestem uprzedzona do tej książki, a powinnam brać poprawkę na to, że jest skierowana do innej grupy odbiorców (może nie mniej wymagającej, ale oczekującej od prozy innych, konkretnych emocji), jednak czytuję czasem książki młodzieżowe, i również oceniam je bardzo wysoko. Z „Najgorszą rzeczą, jaką zrobiła” problem jest taki, że choć bohaterka ma szesnaście lat, a każda ze stron jest zapisem zwierzeń z jej pamiętnika, bardzo trudno uwierzyć, że dziewczyna rzeczywiście jest tym, na kogo chciałaby wykreować ją autorka. Już tłumaczę o co chodzi – styl pisania jest bardzo prosty, irytująco niedojrzały, naiwny. I jasne – narratorką jest nastolatka, jednak czytając, mamy wrażenie, że przemawia do nas osoba dużo młodsza. Sophie przeżyła śmierć siostry, brała udział we wstrząsających wydarzeniach, a jednak jej pamiętnik dotyczy głównie tego ile pracy domowej zadano jej na następny dzień, w co ubrać się na imprezę, co mama zrobiła na obiad albo czy odpisać na maila od fajnego chłopaka czy nie. Za dużo jest tu opisów błahych, nieistotnych, które tylko zapełniają strony, ale nie wnoszą nic do treści. Sophie tłumi w sobie uczucia, nie potrafi się nimi z nikim podzielić, nie chce rozmawiać i staje się bardzo egocentryczna – zachowuje się tak w stosunku zarówno do matki, jak i przyjaciółek. Jednak opis tego, co się dzieje w jej wnętrzu, znajduje się jakby na marginesie. Wszystko to wydawało mi się wciąż mało realistyczne, zupełnie nie poruszało, nie pozwoliło utożsamić się z bohaterką i poczuć, że ona naprawdę cierpi. A właśnie to jest niesamowite w powieściach dotykających tematyki śmierci – to ściśnięte gardło, z którym zostaje czytelnik.

Zestawiłam sobie powieść Alice Kuipers z niedawno przeczytanymi przeze mnie „Niebo jest wszędzie” (również o stracie siostry) i „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” (utrata w wyniku ataku terrorystycznego) ponieważ, „Najgorsza rzecz, jaką zrobiła” jest jakby ich kompilacją – łączy oba główne założenia. Wypada jednak najsłabiej, bo o ile wspomniane dwa tytuły wywarły na mnie ogromne wrażenie i zaliczam je do jednych z najulubieńszych, o tyle „Najgorsza...” jak dla mnie jest niewypałem. Przemęczyłam ją, a spodziewałam się naprawdę silnej dawki emocji i wzruszeń. Nic takiego nie miało miejsca. Tylko fakt, że możemy przy niej uruchomić wyobraźnię i dopowiedzieć sobie więcej o przeżyciach bohaterki, niż przedstawiła to autorka, trochę ratuje tę książkę. Szkoda jednak, że tak ciężki temat strywializowano i przekuto go w lekką, tendencyjną powieść, skupiającą się wokół tego jak wytrzymać w szkole. I mój ulubiony fragment na koniec:

A wzrok Dana mówił, że popełnił błąd z Abigail i że chce być ze mną. Razem byłoby nam cudownie. Jest taki uroczy i świetnie całuje. Nie mogę uwierzyć, że tak bardzo go lubię. Chciałabym, żeby zadzwonił.

Coś mi się wydaje, że dzisiejsze nastolatki mają trochę więcej rozumku w głowie, niż nasza bohaterka :)

czwartek, 6 czerwca 2013

Boel Westin: "Tove Jansson. Mama Muminków"





Autor: Boel Westin
Tytuł: „Tove Jansson. Mama Muminków”
Wydawnictwo: Marginesy
Stron: 512




„Muminki” były moją ulubioną dobranocką w dzieciństwie, dlatego gdy tylko usłyszałam o niedawno wydanej biografii Tove Jansson wiedziałam, że to książka dla mnie. Ciekawiło mnie wszystko – zarówno historia życia autorki, jak również sposób, w jaki powstawały Muminki – skąd narodził się pomysł na stworzenie tych małych trolli, jak kształtowały się ich wizerunki i pierwsze opowieści, jak książka przeobraziła się na animację, a także szczegóły o pozostałej twórczości Tove – zarówno literackiej, jak i malarskiej.

Bo Tove Jansson była przede wszystkim malarką – miłość do sztuki wyniosła z domu, gdyż jej rodzice oboje byli artystami. Malowała... Obrazy, szkice, komiksy, okładki, ilustracje, portrety... Dla siebie, na wystawy, na zlecenia... A później przyszło pisanie. Postać Muminka powstała dużo wcześniej, niż premierę miały pierwsze książki z muminkowej serii. Troll pojawiał się w różnych wariantach w grafikach Tove, publikowanych m.in. w czasopismach. Jeszcze bliżej niedookreślony, niesprecyzowany twór, wkradający się do jej wyobraźni. Z cienkim, podłużnym nosem, duży, czasem w czarnych barwach. Początkowo nic nie zapowiadało kariery, jaką zrobiły Muminki. Musiało minąć wiele lat od wydania pierwszych książek, by zapanował swoisty boom – wtedy Muminki były dosłownie wszędzie, rozpoczęło się gadżetowe show. Tove szybko odczuła znużenie niespodziewanym sukcesem. Dostawała setki listów (odpisywała na wszystkie), była zasypywana propozycjami, wymaganiami, zleceniami, pracą po prostu. A jednak kiedy czyta się jej biografię nie można wyjść ze zdumienia jak ta krucha kobieta zdołała zapanować nad tym wszystkim. Tove była perfekcjonistką – potrafiła przepisywać swoje teksty po kilka, kilkanaście razy, wciąż dokonywać korekty, poprawiać, zmieniać. Ilustrowała własne książki, tworzyła instrukcje tego jak mają być skomponowane z tekstem. Pertraktowała z wydawnictwami. Zajmowała się nie tylko malarstwem i literaturą, tworzyła też scenariusze do przedstawień teatralnych, pisała piosenki, współpracowała z wydawnictwami i czasopismami. Tworzyła także powieści i nowele dla dorosłych. Prowadziła bogatą korespondencję. I dzienniki. Jej życie to istny twórczy strumień, w którym skąpana była od stóp do głów. I jeszcze miłość... I podróże... Budowanie wymarzonego domku na wyspie...

Biografia jest naprawdę szczegółowa. Dotyka nie tylko sfery prywatnej życia artystki, ale również analizuje i interpretuje jej twórczość, zarówno literacką, jak i malarską. Pokazuje nam dwa oblicze Tove – to genialne, kreacyjne, utalentowane, a także to drugie – kobiety zmęczonej, strapionej, zagubionej w zgiełku jaki zapanował wokół jej osoby. A wszystko to wzbogacone o zdjęcia z archiwum artystki i jej najbliższych, o reprodukcje jej obrazów, ilustracji, okładek, skany listów... Naprawdę warto. Ja mam zamiar wrócić jeszcze do książek o Muminkach, które czytywałam lata temu. Po takim wprowadzeniu wiem, że spojrzę zupełnie inaczej na świat wyczarowany przez Tove Jansson. Bo choć całe życie walczyła z etykietką pisarki dla dzieci doskonale wiemy, że jej dzieła adresowane są do wszystkich, również dorosłych.