środa, 29 maja 2013

Carlos Ruiz Zafón: "Marina"

Autor: Beata Szy dnia 19:30:00 14 komentarze


Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł: „Marina”
Wydawnictwo: Muza
Stron: 304

„Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.”

Nazwisko Zafona kojarzy się jednoznacznie z książką „Cień wiatru” (tak, przeczytam ją, przeczytam... :)). Ja zaczęłam swoją podróż po świecie wyobraźni tego pisarza od innego dzieła - „Mariny”. Sam autor twierdzi, że to ta właśnie książka jest chyba mu najbliższą, ze wszystkich które wydał, że zostawił w niej cząstkę siebie – swoją miłość do Barcelony. I faktycznie na kartach powieści obrazowo odmalowuje hiszpańskie uliczki, którymi podążają jego bohaterowie. Sama opowieść również jest przejmująca – narrator przedstawia tajemniczą historię swojego zniknięcia z internatu. Kiedy nikt nie miał pojęcia gdzie przepadł i co się z nim dzieje, on brał udział w wydarzeniach wykraczających poza granice racjonalnego poznania. Tak oto poznajemy nastoletniego Oscara – ciekawskiego, sympatycznego chłopaka i Marinę, dziewczynę towarzyszącą mu w odkrywaniu tajemnicy damy w czerni. Uczucie rodzące się między tym dwojgiem, sposób w jaki się porozumiewają, magia dziecięcych poszukiwań – to największe zalety tej książki. Choć nie urzekła mnie intryga – jak się to określa - „rodem z Frankensteina i XIX-wiecznych thrillerów”, będąca osią tej powieści, mimo wszystko uważam ją za dobrą. Nie zachwyciła mnie jednak tak, jak przewidywałam. Początek się broni, zwiastując kawałek naprawdę dobrej opowieści, jednak im dalej, tym bardziej czułam się rozczarowana – jest raczej średnia, przewidywalna. Nie zmienia to faktu, że jeszcze sięgnę po tego autora, bo pisze w naprawdę pociągający sposób.

poniedziałek, 13 maja 2013

Craig Thompson: „Blankets. Pod śnieżną kołderką”

Autor: Beata Szy dnia 17:44:00 4 komentarze


Autor: Craig Thompson
Tytuł: „Blankets. Pod śnieżną kołderką”
Wydawnictwo: Timof
Stron: 593


Dla odmiany – komiks. Już dawno nie czytałam :)

To opowieść o dzieciństwie w ewangelickiej rodzinie, pierwszej miłości i dorastaniu. Autor wspomina swoje życie - niezwykle surowe, czasami wręcz brutalne wychowanie przez rodziców; wspólne zabawy i konflikty z bratem; wzniosłe przeżycia i obsesje pierwszej miłości oraz stosunku do Boga. Thompson pokazuje wpływ swojego dzieciństwa i dorastania na jego dorosłe życie, skłaniając czytelników do refleksji nad własnymi przeżyciami. Momentami jest tak intymny, że ma się ochotę zamknąć książkę i przestać go podglądać.

Gdybyście mieli przeczytać tylko jeden komiks w życiu, to powinien to być Blankets!


"Jako dziecko myślałem, że życie jest najpotworniejszym światem, w jakim można było kiedykolwiek żyć, i że MUSI istnieć coś lepszego".

Opis wydawcy jest właściwie kwintesencją tego, co sama chciałabym o tej książce powiedzieć. Rzeczywiście autor obdarza czytelnika ogromnym zaufaniem, powierzając mu wspomnienia tak osobiste, intymne, często wręcz szokujące, że nieraz zastanawiamy się dlaczego właściwie to robi, czy zasługujemy na taką szczerość? Ale wszystko tu jest na miejscu, ma swój cel. Autor stara się pokazać jak wielką rolę w wychowaniu dziecka odgrywają wzorce czerpane i podglądane u dorosłych. Nie boi się powiedzieć wprost, że rodzice, opiekunowie, nauczyciele, duchowni krzywdzą – blokują wyobraźnię dziecka i jego kreatywność różnego rodzaju zakazami i obostrzeniami, które wcale nie są konieczne. Główny bohater dorasta, ale lęki wyniesione z dzieciństwa zbierają swoje żniwo. Młodemu człowiekowi, karconemu i wciąż pouczanemu w dzieciństwie, trudno coś zbudować, trudno uwierzyć w siebie.

Craig Thompson przemycił na kartach komiksu wiele czasem drastycznych, ale przede wszystkim ważnych prawd, które powinniśmy sobie uświadomić. Komiks jest przeszywający, zarówno wizualnie jak i treściowo. Z każdej strony bije wielki ładunek emocjonalny, historie chwytające za gardło. Miłość, Bóg, wychowanie, dojrzewanie, odkrywanie w sobie talentu i pasji, więzi rodzinne, smutek i radość, pożądanie, to jak zmienia nas czas, jak oddala ludzi, jak podsuwa nowych – wszystko to można odnaleźć na kartach tej niezwykłej opowieści.

sobota, 4 maja 2013

Paolo Giordano: „Samotność liczb pierwszych”

Autor: Beata Szy dnia 21:00:00 7 komentarze


Autor: Paolo Giordano
Tytuł: „Samotność liczb pierwszych”
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 336

Mattia i Alice. Ich losy splatają się w nowej szkole. Każde z nich nosi w sobie traumę z dzieciństwa, która uniemożliwia im normalne funkcjonowanie wśród rówieśników. Obydwoje są outsiderami, padają ofiarami szkolnej przemocy, mają też problemy z własną cielesnością. Nowa przyjaźń nie jest jednak ratunkiem na wszelkie problemy. Choć wiele do siebie czują, nie potrafią wyrażać swych emocji. Poprzez lata, wchodząc w dorosłość, rozpoczynając karierę czy zakładając rodzinę, na przemian zbliżają się do siebie i oddalają. Są bowiem jak tytułowe liczby pierwsze - oddzielone jedyną cyfrą parzystą, która nie pozwala im złączyć się naprawdę.

To, co najbardziej uderzyło mnie w tej książce, to istnienie takiej wewnętrznej zadry, siedzącej gdzieś pod skórą człowieka i nie pozwalającej mu na otworzenie się przed drugą osobą. Co wykształca ranę, nie zabliźniającą się nigdy? Czasem – najczęściej? - wystarczy jedno wydarzenie, jedna chwila, jedno słowo, jeden wybór, za które pokutuje się przez lata. W przypadku Alice było to odłączenie się od grupy na narciarskim szlaku. W przypadku Matti pozostawienie siostry bliźniaczki w parku. Oboje muszą żyć z konsekwencją nietrafnych decyzji. Oboje przez to cierpią, choć każde znajduje inny sposób na zneutralizowanie bólu. Los stawia Mattię na drodze Alice. Oboje odstający od reszty, z sekretami przerastającymi rówieśników. Zbliżają się, ale ich ruchy są przypadkowe, niezdarne. Uciekają od siebie, ale jednak jest coś, co nie pozwala im się zupełnie oddalić. Mijają lata, dorastają, i wciąż są gdzieś obok siebie, i wciąż są daleko.

Paolo Giordano sugestywnie pisze o bólu. Czuje się go, niemal dotyka naszej własnej skóry. A jednak nie rozrzewnia się nad każda tragedią, nie wynosi jej na piedestał – patrzcie, współczujcie. Robi to subtelnie,wplata ją w codzienność. To sposób, który zawsze mnie zachwycał w prozie i dlatego autor zdobył moje serce. Nie każdemu się spodoba – ktoś może stwierdzić, że bohaterowie są nierealistyczni, totalnie nieprzystosowani do życia, a ich sposób postępowania jest nielogiczny. Ale to nieprawda – tragedie zmieniają ludzi. Każdy odbiera je inaczej. Im bardziej skrywa się je przed światem zewnętrzny, tym gorsze spustoszenie sieją wewnątrz człowieka. Niesamowity również jest sposób pokazania miłości, rodzącej się między dwoma zagubionymi osobami – miłości nieporadnej jak oni sami, spłoszonej, bojącej się wyjść z ukrycia.

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę? Z pewnością na sposób postrzegania świata Mattiego – chłopak to reprezentant myślenia matematycznego, umysł ścisły, podporządkowany liczbom. W odczuciu bohatera rzeczywistość można scharakteryzować matematyką. Z jego myślenia rodzi się jedna z najpiękniejszych partii tekstowych w książce, którą cytuję poniżej. Cytat pewnie dłuższy niż moja mikro recenzja, ale uważam, że jest wart uwagi, i zamieszczam go bez skrótów. To ten fragment daje wytłumaczenie czym/kim są tytułowe liczby pierwsze i dlaczego ich przeznaczeniem jest dożywotnia (?) samotność. A książkę polecam :)

„Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne, i dlatego fascynowały Mattię. Czasami myślał, że znalazły się przypadkowo w tym ciągu, uwięzione jak perełki nawleczone na nitkę. Podejrzewał też, że i one wolałyby nie różnić się od innych, być zwykłymi liczbami, tylko że z jakiegoś powodu nie potrafiły. Ta druga myśl nachodziła go przeważnie wieczorem, w tych chwilach, gdy przed snem przesuwał mu się przed oczami chaotyczny korowód obrazów, co zdarza się tylko wtedy, gdy umysł jest zbyt osłabiony, by się okłamywać.

Na pierwszym roku studiów Mattia dowiedział się, że wśród liczb pierwszych niektóre są jeszcze bardziej szczególne. Matematycy nazywają je liczbami pierwszymi bliźniaczymi. Są to pary liczb pierwszych, które z sobą sąsiadują, albo raczej prawie sąsiadują, bo między nimi stoi zawsze liczba parzysta, która nie pozwala im się stykać naprawdę. Liczby takie jak 11 i 13, 17 i 19, 41 i 43. Kto ma cierpliwość, by kontynuować liczenie, odkrywa, że liczby bliźniacze, im większe, tym są rzadsze. Natrafia na liczby pierwsze coraz bardziej odosobnione, zagubione w przestrzeni wypełnionej samymi tylko cyframi, w której panuje cisza i rytmiczny porządek. Pojawia się wtedy niepokojące podejrzenie, że napotkane dotąd pary były przypadkowe, a prawdziwym przeznaczeniem liczb pierwszych jest samotność. Później, kiedy nadzieja znika, a liczenie zaczyna nużyć, niespodziewanie trafia się znowu para liczb bliźniaczych, uczepionych jedna drugiej. Wśród matematyków powszechne jest przekonanie, że jakkolwiek długo by się liczyło, zawsze napotka się kolejną parę, chociaż nikt nie będzie wiedział gdzie, dopóki tego nie odkryje.

Mattia uważał, że Alice i on są takimi właśnie bliźniaczymi liczbami pierwszymi, samotnymi i zagubionymi, bliskimi sobie, ale nie na tyle, by naprawdę się zetknąć. Nigdy jej tego nie powiedział.”

 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon